Strona 1 z 1

Runnin' your mouth – like you know me

: wt sie 25, 2026 7:43 pm
autor: Arthit Rattanakosin
Plan filmowy
kilka godzin przed klubem
Poranek zaczął się obiecująco. Art nagrał trzy poboczne sceny bez najmniejszego zająknięcia – jedno ujęcie, może dwie poprawki oraz reżyser za każdym razem kiwający głową z tym charakterystycznym, zadowolonym uśmiechem, który Art znał aż za dobrze i który zawsze potwierdzał to, co sam już o sobie wiedział. Że był dobry. Że był najlepszy. Że cała ta ekipa, cały ten plan zdjęciowy istniały właściwie po to, żeby uchwycić go w odpowiednim świetle. Dzień zapowiadał się na kolejny mały triumf w jego karierze.
Siedział teraz na krześle u makijażystek, podczas gdy charakteryzatorka poprawiała mu podkład wokół linii żuchwy, delikatnie wklepując puder gąbeczką, a on obserwował własne odbicie w lustrze z tą samą wyćwiczoną satysfakcją, jaką czuł zawsze, gdy patrzył na siebie z bliska. Włosy układały mu się idealnie. Skóra świeciła w odpowiednich miejscach i matowiała tam, gdzie wypadało. Wyglądał zjawiskowo i jeszcze lepiej się czuł.
Sięgnął odruchowo po telefon leżący na blacie i zerknął na wiadomości – trzecie miejsce w tygodniowym rankingu popularności, o jedno wyżej niż wczoraj. Uśmiechnął się na samą myśl, odkładając telefon z powrotem ekranem do dołu.
Wtedy podszedł do niego jeden z asystentów produkcji, z tabletem przyciśniętym do piersi i miną kogoś, kto właśnie dostał zadanie, którego nikt inny nie chciał wykonać. Trudno było powiedzieć, czy był to strach, czy może niechęć do aktora. Pewnym było jednak, że nie chciał się tu znaleźć.
Art – zaczął, odchrząkując niepewnie. – Mamy mały problem. Twój partner do sceny numer siedem... nie dotarł. Korek na autostradzie, może wypadek, nie mamy jeszcze pełnych informacji, ale na pewno nie zdąży.
Poczuł, jak coś w nim tężeje. Nie od razu wybuchł – to nie było w jego stylu, przynajmniej nie na samym początku. Najpierw westchnął głośno, teatralnie, z tym samym wydechem na końcu, jaki wykonywał przed kamerą, gdy scenariusz wymagał od niego zaprezentowania prawdziwych emocji. Tylko że tym razem nie grał.
Żartujesz sobie – rzucił podirytowany, nie odrywając wzroku od lustra. Nie poświęcił nawet ułamka sekundy, by spojrzeć na asystenta. – Serio? W dniu, w którym mam najważniejszą scenę tego bloku zdjęciowego, ktoś nie potrafi dotrzeć na plan na czas? Czy ja w ogóle mam do czynienia z profesjonalistami?
Pracujemy nad rozwiązaniem
Nie interesują mnie te wymówki – uciął mężczyźnie w wieku podobnym do swojego, wstając z krzesła tak gwałtownie, że charakteryzatorka musiała cofnąć rękę, żeby nie upuścić gąbki lub, co gorsza, nie oberwać z impetem z oparcia – Macie to naprawić. Znajdźcie mi kogoś. Na już. Mam jeszcze cztery inne sceny do nagrania i nie zamierzam siedzieć tu cały dzień, czekając, aż ktoś raczy się zjawić.
Reżyser podszedł kilka chwil później, zaniepokojony poruszeniem, próbując złagodzić sytuację tym miękkim, usypiającym tonem, jakim zwykle rozmawiał z aktorami, którzy mieli gorszy dzień. Art nie dał się jednak uspokoić. Krzyżując ręce na piersi, mierzył mężczyznę wzrokiem, jakby to on osobiście ponosił winę za cały łańcuch wydarzeń, które doprowadziły do tego, że musiał teraz bezczynnie stać na planie.
Znajdziemy godne zastępstwo. Masz moje słowo – zakomunikował starszy mężczyzna. – Daj nam kwadrans.
Macie dziesięć minut – odparł aktor, nie kryjąc irytacji w głosie. – Jeśli w ciągu tego czasu nie znajdziecie mi kogoś, kto potrafi stanąć przed kamerą i nie zepsuć mi tego ujęcia swoją bylejakością, to wychodzę. Serio. Koniec tematu. Mam gdzieś, ile to będzie was kosztować.
Młoda dziewczyna z zestawem słuchawkowym na głowie – ktoś z jego ekipy, kogo imienia oczywiście nie pamiętał – podała mu odkręconą butelkę, próbując rozładować napięcie choćby drobnym gestem uprzejmości. Ręce jej się jednak trzęsły – może z nerwów, może ze zmęczenia jego wcześniejszym humorem i przez to część wody chlusnęła na jego rękaw, zanim zdążył zacisnąć palce na opakowaniu.
Ty tak na serio? – Art spojrzał na mokry materiał swojego kostiumu z takim obrzydzeniem, jakby ktoś oblał go czymś znacznie gorszym niż H2O. – Czy dzisiaj wszyscy postanowili być irytująco niekompetentni?
Odwrócił się na pięcie, nie czekając na przeprosiny, i odszedł w stronę technicznej części planu, gdzie stały rzędy sprzętu oświetleniowego oraz kilku statystów czekających na swoją kolej. Był wściekły, spięty i doskonale zdawał sobie sprawę, że cała ekipa patrzyła na niego teraz z tym samym znajomym wyrazem twarzy – mieszanką rozżalenia i rezygnacji, jaka zawsze pojawiała się u ludzi zmuszonych znosić jego humorki. Nie obchodziło go to. Praca z nim powinna być dla nich czymś, o czym zawsze marzyli w swojej karierze. Sposobnością, która otworzy im drzwi do największych wytwórni. Był ich złotym biletem i powinni mu za to codziennie dziękować.
Wtedy jego wzrok padł na Azjatę wyróżniającego się w tej bezbarwnej masie młodych i przeciętnie urodziwych mężczyzn.
Coś w jego osobie natychmiast przyciągnęło uwagę aktora – sposób, w jaki na niego patrzył – pewny siebie, ale bez tej sztuczności, którą prezentowała większość ludzi, mogących stanąć z nim twarzą w twarz. A może po prostu jego wygląd, delikatne rysy twarzy oraz szerokie barki, które Art bezwiednie skatalogował niemal błyskawicznie, oceniając kąty, proporcje, to, jak dobrze wypadłby na ekranie tuż obok niego.
Nie zastanawiał się długo. Nie czekał, aż ktoś dokończy zdanie, które akurat wypowiadał w jego stronę – jakiś asystent tłumaczył mu coś o harmonogramie, ale Art przestał go słuchać w połowie słowa. Ruszył bez zastanowienia w stronę mężczyzny, omijając z gracją kable i statywy, z tą samą pewnością siebie, z jaką poruszał się po scenie. Zignorował przy tym całkowicie kilku młodziutkich chłopaków, którzy nie potrafili oderwać od niego wzroku, w oczekiwaniu, aż ten może łaskawie na nich spojrzy.
Głos, który jeszcze przed chwilą ciął jak bicz, złagodniał w ułamku sekundy, przechodząc w coś znacznie bardziej aksamitnego – ten sam mechanizm, który pozwalał mu płakać na zawołanie przed kamerą:
Ty – pstryknął palcami, zatrzymując się tuż przed nim, taksując go wzrokiem od stóp do głów. – Potrafisz grać drugoplanowe role? Chcesz czegoś spróbować przed kamerą? Potrzebuję kogoś do jednej sceny. Uprzedzam, że będziemy się całować. – Uniósł brew, patrząc na mężczyznę z wyzywającym, niemal drapieżnym błyskiem w oku. – Jesteś wystarczająco ambitny, żeby się tego podjąć, czy wolisz stać tu z resztą tła?

Jason Choi

Runnin' your mouth – like you know me

: pt sie 28, 2026 12:43 am
autor: Jason Choi
outfit

Gdyby ktokolwiek kiedykolwiek zasugerował Jasonowi, że ten wystąpi kiedyś w telewizji w towarzystwie jakiejś sławy, Choi kazałby mu iść leczyć się na głowę.
Tymczasem proszę bardzo, oto był na planie filmowym. Zgłosił się na casting właściwie bardziej dla beki, niż z faktycznej potrzeby zaistnienia na wielkim ekranie - nigdy nie miał aż takich ambicji by stać się wielką gwiazdą. Niewielki kącik w social mediach, który sobie zbudował, w zupełności mu wystarczał. Tak po prawdzie to nie spodziewał się nawet, że się dostanie - nie posiadał co prawda informacji o tym, ilu właściwie statystów było potrzebnych, ale widział jakie dzikie tłumy zjawiły się pod budynkiem w dniu przesłuchania. Wszyscy oni liczyli na swoje pięć minut na srebrnym ekranie. Choi oczywiście podchodził do tego z dużo większym dystansem. Uda się to uda, nie to trudno. Był w stanie zmarnować ten dzień czy dwa - wszystko dla tej jednej milisekundy podczas której będzie widać go gdzieś w tle, w rogu kadru, podczas którejś z kluczowych scen serialu. Nie mógł się doczekać, aż siądzie razem z kumplami i pokaże Alexowi i Ericowi konkretny wycinek z odcinka serialu. Pewnie na ekranie komórki obraz będzie tak niewyraźny, że nawet nie da się rozpoznać jego rysów twarzy. Niemniej, miałby się chociaż czym pochwalić.
Gdy nadszedł wyznaczony dzień, Jason naturalnie jako ten grzeczny i odpowiedzialny statysta zjawił się na wyznaczonym miejscu - co samo w sobie było sukcesem, bo zwykle prawie wszędzie się spóźniał. Ustawienie kilku budzików zdało jednak egzamin. Z marszu cała grupa, która dostała angaż, została skierowana na spotkanie organizacyjne, podczas którego mieli przy okazji podpisać kilka papierków. Większość stawiała parafkę od razu, nie zwracając większej uwagi co właściwie podpisuje - Jason poświęcił jednak kilka chwil na to, by przeczytać chociaż kilka podpunktów. Klauzula o obowiązku zachowania tajemnicy dotyczącej szczegółów produkcji, zakaz robienia zdjęć na planie, informacje dotyczące wynagrodzenia... pierwszy raz miał do czynienia z tego typu umową, ale wyglądała jak totalnie basic stuff, więc i on finalnie złożył podpis.
Dla Choia wizyta na planie była niemal jak wycieczka do muzeum - kiedy akurat nikt z ekipy filmowej nie przekazywał im jakichś istotniejszych informacji lub nie kierował ich w konkretne miejsce na planie, oglądał wszystko z fascynacją dorównującej tej u pięciolatka odwiedzającego fabrykę słodyczy. Siorbiąc po cichutku soczek przez słomkę, mężczyzna obserwował krzątaninę scenografów, dokładających wszelkich starań by każdy element ujęcia był na swoim miejscu. Z zaciekawieniem próbował przysłuchiwać się z daleka jak reżyser dyskutuje z kimś nad folderem, otwartym gdzieś w połowie grubości. Oczy mu błyszczały, kiedy widział jak po zakończonym ujęciu aktorzy na moment zrzucali maski, porzucając swoje postaci i stając się na powrót sobą. To ostatnie było szczególnie fascynujące.
Zdążył już zaliczyć nawet swoją własną scenę. W scenariuszu jego rola została określona jako Mężczyzna przy stoliku 3. Usadzili go w prowizorycznej kawiarni, a za rekwizyty dali im filiżanki z prawdziwą kawą i prawdziwe ciastka. Jason dostał do pary całkiem uroczą brunetkę - i chociaż jego zadaniem było po prostu stanowienie tła dla głównej pary bohaterów, Choi dołożył wszelkich starań, by wiarygodnie udawać trwającą właśnie randkę przypadkowego Mężczyzny przy stoliku 3 i Kobiety przy stoliku 5. Złapali całkiem niezły kontakt i kiedy statystom znów kazano czekać aż będą potrzebni, to właśnie z nią Jason zabijał czas, wdając się w dość ożywioną dyskusję.
O tym, że na planie pojawiły się jakieś problemy, nikt im wprost nie powiedział. Znaki były jednak dość oczywiste - ludzie z obsługi zaczęli biegać nerwowo, dyskutować szeptem między sobą, a także posyłać pełne napięcia spojrzenia ku stanowisku charakteryzatorek. Im, szaraczkom, oczywiście nikt nic nie mówił - mieli czekać i tyle. Jason westchnął cicho, powracając do wcześniej przerwanej rozmowy - a przynajmniej do momentu, kiedy obiekt zmartwień całej ekipy najwyraźniej przemaszerował przez część planu.
Choi go kojarzył - oczywiście że tak. Może nazwisko Rattanakosina nie należało do najbardziej rozpoznawalnych, jak u gwiazd Hollywoodu, ale jeśli było się fanem konkretnego gatunku filmowego, nie sposób było nie natknąć się na chociaż kilka jego produkcji - a tak się składało, że Jason zaliczał je do swojego guilty pleasure. Po cichu rozważał czy gdzieś pomiędzy ujęciami udałoby mu się zapytać o autograf. Teraz jednak zdecydowanie nie była na to chwila.
Z uprzejmym zainteresowaniem śledził wzrokiem ich rozjuszoną gwiazdę serialu. Gdy ich spojrzenia przypadkowo się skrzyżowały, Choi pozwolił sobie na minimalistyczny, serdeczny uśmiech - bo po prostu taki był. Często niewzruszona oaza spokoju, która dzieliła się tą dobrą energią z innymi. Nigdy nie spodziewał się jednak, że może to przykuć czyjąś uwagę.
Jason pozwolił sobie na pół sekundy zwłoki, zanim w ogóle otworzył usta by odpowiedzieć - po części dlatego, że musiał wyjść z pierwszego szoku, ale też dlatego by uciszyć tę drobną iskierkę irytacji, spowodowaną tym, że ktoś pstrykał na niego palcami. Nie był przecież psem by zwracać jego uwagę w ten sposób - ale sławni aktorzy chyba mieli swoje dziwactwa, więc uznał że przymknie na to oko. Tym bardziej, że istotniejsze były słowa wypowiedziane przez aktora. Jasonowi co prawda nigdy nie było po drodze z ambicją, ale takich okazji się zwyczajnie nie przepuszcza.
- Krótka rola drugoplanowa, gdzie będę mógł całować się z Artem Rattanakosinem? - mężczyzna wstał ze swojego miejsca - A myślałem, że ten dzień nie mógł stać się jeszcze lepszy. Jestem cały twój - dodał, rozkładając ramiona. Czy umiał grać? Przed kamerą? Fuck no. Ale potrafił być sobą - wesołym, czułym, wściekłym kiedy trzeba. Zmysłowym również. To chyba nawet lepsze niż udawanie, nie? Autentyczność. Albo faktycznie będzie mieć swoje pięć minut z super gwiazdą, albo reżyser uzna że gra tak chujowo, że prędko wyjebią go za drzwi. - Będę kim tylko zechcesz.

Arthit Rattanakosin