hell is waiting for us
: wt sie 25, 2026 8:21 pm
Wciąż nie potrafiła odpowiedzieć sobie na pytanie, czy przyjazd do Toronto był dobrym pomysłem, ale za każdym razem kiedy jej myśli zawędrowały za daleko, żebrząc o ucieczkę, przywoływała przed oczy twarz matki i docierało do niej, że jeśli ona jej nie odnajdzie i nie odkryje co się z nią stało, to nikt tego nie zrobi. Dlatego każdego dnia grymas frustracji, zamieniała na wystudiowany uśmiech, którym witała ludzi z powściągliwą uprzejmością odpowiadając na ich pytania, nawet te, które nierzadko sprawiały, że miała ochotę wstać z krzesła i rzucić im w głowę zszywaczem.
Myślała, że praca w gazecie coś zmieni. Poukłada jej bałagan w głowie i wskaże drogę, której do tej pory nie zauważyła. Ale nic takiego się nie stało. Po części mogła być za to odpowiedzialna, nie kwapiąc się do wylewności, kiedy padała jej kolej na opowieść. W przeciwieństwie do nowej koleżanki, wypluwała z siebie zdawkowe zdania, ale wciąż większość czasu spędzała tak jak ona, w milczeniu. Być może to właśnie dzięki Mireyi, jeszcze nie zrezygnowała z nawiązywania nowych znajomości, czując że bardziej pomagają jej wspólne wyjścia, niż to, co nieudolnie sama próbowała robić.
Nawet nie pamiętała jak doszło do tego, że wspólnie przypieczętowały decyzję o sobotnim wyjściu. Po prostu się stało, a ani Neve, ani Mira nie oponowały. To było im potrzebne. Oderwanie się od codzienności, traum i dźwigania problemów, które przygniatały ich karki swoim ciężarem. Czasem dziewczyna po prostu musi wyjść, zdruzgotać się alkoholem, a następnego dnia przeklinać cały świat za cholernego kaca.
Podjechała pod dom Pritchett taksówką, a kiedy brunetka podeszła do samochodu, odruchowo poklepała siedzenie obok.
- Mam nadzieję, że jesteś gotowa na to, że wracając do domu, będziemy musiały się czołgać? - zagaiła wesoło na powitanie. W zasadzie to była jedna z chwil w których po jakimś czasie wzrok przestawał być potrzebny, bo i tak zaczynał w pewnym momencie szwankować. Przynajmniej w jej przypadku, bo paru zdecydowanie głębokich kieliszków, zarówno naczynia jak i ludzie, zaczynali się najpierw mnożyć, a potem zupełnie rozmazywać.
Kiedy dojechały do lokalu, najpierw wybrały się do baru. Tranzac było jednym z niewielu miejsc, do których lubiła przychodzić. Zazwyczaj omijała zatłoczone miejsca, wciąż trzymając w sobie urazy ze starego życia.
- Dzisiaj chętnie wypiłabym drinka, nie w jakiejś fikuśnej szklance, tylko w wiadrze. Wiesz, takim jak dzieci zabierają do piaskownicy. Kilka razy spotkałam się z czymś takim, ale nie w Toronto. Muszę zamówić takie wiaderka i kiedyś ci coś takiego przygotuję. Znacznie większy komfort, nie trzeba ciągle dolewać - wyjaśniła pokrótce, przypominając sobie pewien raz sprzed dwóch lat, kiedy podczas wyjazdu trafiła do takiego lokalu. Sam fakt trzymania wiaderka za rączkę z wetkniętą weń słomką i grzechoczącymi kostkami lodu, sprawił, że była tym zachwycona, a dzisiaj rzeczywiście to był jeden z cięższych dni. Koniec miesiąca, koniec tygodnia. Marzyła o tym, żeby "zmyć" z siebie w jakiś magiczny sposób kurz każdego dnia.
mireya pritchett
Myślała, że praca w gazecie coś zmieni. Poukłada jej bałagan w głowie i wskaże drogę, której do tej pory nie zauważyła. Ale nic takiego się nie stało. Po części mogła być za to odpowiedzialna, nie kwapiąc się do wylewności, kiedy padała jej kolej na opowieść. W przeciwieństwie do nowej koleżanki, wypluwała z siebie zdawkowe zdania, ale wciąż większość czasu spędzała tak jak ona, w milczeniu. Być może to właśnie dzięki Mireyi, jeszcze nie zrezygnowała z nawiązywania nowych znajomości, czując że bardziej pomagają jej wspólne wyjścia, niż to, co nieudolnie sama próbowała robić.
Nawet nie pamiętała jak doszło do tego, że wspólnie przypieczętowały decyzję o sobotnim wyjściu. Po prostu się stało, a ani Neve, ani Mira nie oponowały. To było im potrzebne. Oderwanie się od codzienności, traum i dźwigania problemów, które przygniatały ich karki swoim ciężarem. Czasem dziewczyna po prostu musi wyjść, zdruzgotać się alkoholem, a następnego dnia przeklinać cały świat za cholernego kaca.
Podjechała pod dom Pritchett taksówką, a kiedy brunetka podeszła do samochodu, odruchowo poklepała siedzenie obok.
- Mam nadzieję, że jesteś gotowa na to, że wracając do domu, będziemy musiały się czołgać? - zagaiła wesoło na powitanie. W zasadzie to była jedna z chwil w których po jakimś czasie wzrok przestawał być potrzebny, bo i tak zaczynał w pewnym momencie szwankować. Przynajmniej w jej przypadku, bo paru zdecydowanie głębokich kieliszków, zarówno naczynia jak i ludzie, zaczynali się najpierw mnożyć, a potem zupełnie rozmazywać.
Kiedy dojechały do lokalu, najpierw wybrały się do baru. Tranzac było jednym z niewielu miejsc, do których lubiła przychodzić. Zazwyczaj omijała zatłoczone miejsca, wciąż trzymając w sobie urazy ze starego życia.
- Dzisiaj chętnie wypiłabym drinka, nie w jakiejś fikuśnej szklance, tylko w wiadrze. Wiesz, takim jak dzieci zabierają do piaskownicy. Kilka razy spotkałam się z czymś takim, ale nie w Toronto. Muszę zamówić takie wiaderka i kiedyś ci coś takiego przygotuję. Znacznie większy komfort, nie trzeba ciągle dolewać - wyjaśniła pokrótce, przypominając sobie pewien raz sprzed dwóch lat, kiedy podczas wyjazdu trafiła do takiego lokalu. Sam fakt trzymania wiaderka za rączkę z wetkniętą weń słomką i grzechoczącymi kostkami lodu, sprawił, że była tym zachwycona, a dzisiaj rzeczywiście to był jeden z cięższych dni. Koniec miesiąca, koniec tygodnia. Marzyła o tym, żeby "zmyć" z siebie w jakiś magiczny sposób kurz każdego dnia.
mireya pritchett