when the noise grows loud
: wt sie 25, 2026 10:00 pm
009.
Pięć minut do wizyty.
Poruszyła się w nim ta neutralna myśl i poruszyło się wraz z nią zastygnięte dotąd w bezruchu ciało. Odepchnął się tym samym od chłodnego muru, ostatni raz koncentrując uwagę na przestrzeni wokół niego. Najpierw wzniesiony powyżej chodnika wzrok natrafił na betonową pustkę, przerywaną jedynie pionem suchego drzewa tuż przed drzwiami centrum uzależnień. Później, już po przekroczeniu progu budynku i opuszczeniu zawietrzonego skwerku na ulicy, uderzyła w niego cisza panująca i zamknięta w trzewiach korytarza.
W środku było niewiele cieplej, niż na zewnątrz.
Mówiło się, że ściany mają uszy. Ściany tego miejsca uparcie jednak milczały, sprawiając przez chwilę wrażenie, jakby świat w tym miejscu gęstniał od emocji (głównie smutku?) i stawał się depresyjny, niemal przy tym martwy.
Choć doktor Howard również pracował w środowisku “bliskim śmierci” doświadczenie z dziś było zupełnym przeciwieństwem jego pracy, jako lekarza i chirurga urazowego. Tam rozruch i strach przodowały przed jakimikolwiek innymi emocjami.
Rozruch — podczas osobistych i publicznych katastrof.
Strach — przed stratą, przed bólem, przed złamaniem ciała i ducha.
Nie pamiętał kiedy sam zdążył przywyknąć do tego rodzaju widoku – bolesnego i brudnego; mrożącego krew w żyłach, gdy na oddział trafiali np. młodzi ludzie, z powykręcanymi kończynami i gołymi kośćmi, widocznymi na wydartej powłoce ciała.
Może nie przywykł wcale i tylko mu się wydawało, skoro ciało oddawało stres i zmęczenie w nalocie migreny i w odstrzale piorunującego go bólu, przebiegającego między skronią, a potylicą.
Przez lata nauczył się nie reagować na cudzą krew, na trzask łamanych kości, ani na widok ran, które dla większości ludzi byłyby wystarczającym powodem, by odwrócić wzrok. Nie nauczył się jednak tego, co działo się później, kiedy zostawał z tym wspomnieneim sam.
Ciało, pozbawione konieczności działania, a przy tym eksploatowane na każdym polu, w zmęczeniu niemal zgarbione, w ostatnich tygodniach zaczynało wystawiać mu rachunek za godziny spędzone na dyżurze. Mimo tego, że dosłownie parę dni temu wziął nawet wolne, chcąc wyciszyć niepokojący go stan migrenowy, ta wciąż atakowała go niespodziewanie.
Chichot losu, a przy tym także niedyspozycja ciała, dziś również niespotykanie wyraźnie tańczyły między resztką jego trzeźwości. Wiły się w wątłych meandrach howardowych myśli, powściąganych zawzięcie i zagłuszonych przez migrenę, jakby ściśle zagnieżdżony między myślami ból nie chciał dać się wyplenić z głowy. Gdyby nie był tak uprzejmy i pełen samokontroli, pewnie zakląłby pod nosem nietaktownie, czując jak skrzydła bólu trzepoczą mu już nie tylko pod czaszką, ale również głębiej, z uporem, który trudno było dalej ignorować.
Zanim jednak dał się temu wrażeniu pochłonąć, jego uwagę ściągnęła recepcjonistka.
— Pan Howard? Zapomniałam Panu przekazać, że dr Riddle’a dzisiaj nie ma w pracy. Zastąpi go nasz rezydent, doktor Harrington. Wciąż chce Pan skorzystać?
Oczy Milesa błysnęły zaskoczeniem, twarz jednak, pozbawiona wyraźnej, emocjonalnej skazy, pozostała niemal przy tym neutralna. Jedynie drobna zmarszczka przecięła jego czoło, gdy migrena ściągnęła gwałtem brwi, przyspieszając jego odpowiedź. Palce szybko odnalazły drogę do skroni, rozmasowując je subtelnie. Natrętne pulsowanie nie ustąpiło.
— Niech będzie. W porządku — rzucił bez entuzjazmu, z nadzieją jednak na owocne zakończenie dzisiejszego spotkania, być może opatrzone zapasem beta-blokerów.
Pięć minut później siedział w fotelu, czując jak iskra irytacji próbowała włamać mu się do spojrzenia, gdy usłyszał od ów Harringtona alternatywną terapię, w zamian za znane mu już i proste rozwiązanie: Propranolol.
— Słucham?
P y t a n i e nie zawisło w powietrzu chwilową łuną zastanowienia. Zdumienie i chłód głosek zmroził je wręcz momentalnie, gdy słucham zastygło między nimi jak sopel lodu – goły, nieoblepiony w miękkość kurtuazji.
Skrawki skóry na karku mrowiły go od ciężaru wstrzymywanej w sobie złości, gdy wpatrzony w lekarza, prawie wstał w niechęci.
— Jaki cel miałaby ta zmiana? — zmusił się do próby dialogu.
Dion Harrington