let's dance to joy division and celebrate the irony
: wt sie 25, 2026 10:05 pm
Blask nocy przyćmiewał stłumione, światło bocznych lamp, zawieszonych niemal w nicości bezbarwnych, barowych ścian. Jak niemal każdego wieczoru stawiała stopy w tych samych miejscach, na przetartych, drewnianych deskach, nęcona obietnicą unoszącą się wśród dźwięków klawiszy starego pianina. Od czasu do czasu stanowiącego gwóźdź wieczoru, poprzedzającego następne, wypełnione burleską. Żaden fałsz nie dobiegał jej uszu, bo choć wśród morza fałszu tonęła, nie miała słuchu tak wprawnego, by dostrzec pewne nieprawidłowości. Zresztą. Czy nawet jeśli, wychwyciłaby nietakt w melodii wystukiwanej miarowym rytmem klawiszy, to byłoby w tym coś złego?
Można rzec, że okrucieństwem dla artysty, jest tak bezmyślna ignorancja, a równocześnie rozkoszą jest w ów ignorancji sięgać po bezmiar przyjemności. Każdy dźwięk naelektryzowany samotnością, pieścił samo wnętrze jej duszy, w pewien sposób niosąc słodkie ukojenie. My, ludzie, zwierzęta stadne, nieważne jak mocno pragniemy stać się samotnikami, zawsze będziemy łaknąć bliskości. Chociażby tej minimalnej namiastki rozwiniętej w nici porozumienia między dźwiękiem, a jego odbiorcą. To było dla niej wystarczającym powodem, by wieczory spędzać w tego typu miejscach. Przysiąść na brzegu drewnianego krzesła, skrytego w cieniu. Nie rozsiąść się. Nie przewiesić nogi przez nogę. W gotowości, pozwalającej w każdej chwili unieść się nad ziemią zerwać się i rozpłynąć w mgle barowego gwaru i rozognionych ciał.
Melodii nie dało się zmierzyć, a jednak jej bezmiar ciągnął się przez wieczność, nieskończenie piękny i pozbawiony litości dla słuchaczy, którzy miast dać się pochłonąć mniej lub bardziej angażującym rozmowom, stapiali się z muzyką. Nie było ich wielu, a melodia ginęła we wrzawie, pozwalając by zawładnęły nią bardziej cielesne pobudki.
Cisza nie rozbrzmiała wraz z końcem łkania pianina, ani nawet gdy echo oklasków opadło gładko w zapomnienie. Kolejną cechą tego miasta, którą zatrważająco szybko odkryła, był brak ciszy, jakby Toronto miało to do siebie, że nigdy nie składa oczu do snu. Nawet pozornie spokojne dzielnice, kryjąc się pod baldachimem nocy, niosły echem tupot nóg i wspomnienie cudzego śmiechu niknącego za rogiem.
Zatem i jej czas przyszedł, gdy postawne cielsko zwaliło się na krzesło obok, mrucząc sprośne peany w jej stronę, nie zważając na wpół grzeczne protesty. Noga za nogą, w kierunku wąskiego korytarza, nieucieczki wyjścia. Uznawszy, że Sal znajdzie ją na górze, nie zaprzątała sobie głowy użeraniem się z niegrzecznym jegomościem.
Nie myliła się.
Pojawił się, wbrew wszelkim prawom panującym na świecie, sprawiając, że oddech zamarł jej w piersi. Nieśmiały uśmiech zalał barwą piwonii blade płótno jej twarzy. Deski antresoli zatrzeszczały, gdy obróciła się w pełni w jego stronę, postukując ze zdenerwowaniem czubkami paznokci o pomalowane czarną emalią balustrady.
- Liczyłam, że mnie tutaj znajdziesz - mruknęła pod nosem, unosząc nieśmiało podbródek do góry. Może to nawet nie pruderyjność, a poczucie zdrady zżerające ją od środka sprawiało, że niemal eksplodowała od wstydu. To ona wszak go wykorzystywała. - Miałam pisać, ale mnie wyprzedziłeś - warto było dodać, nim pomyśli, że jest pozbawiona manier. - Mam nadzieję, że nie widziałeś tego pokazu testosteronu, który się rozegrał wcześniej? - pytanie, poszybowało nad krzyżówką ich spojrzeń. Miała na myśli wcześniej wspomnianego mężczyznę, który nie rozumiał słowa nie.
- Wiesz, to potwornie przykre, że ludzie przychodzą w takie miejsca i nawet nie zwracają uwagi na pianistę, który daje tak piękne przedstawienie - równocześnie wyrywając z klatki Neve emocje, o których dawno już zapomniała. - Mam wrażenie, że większość się budzi dopiero, kiedy ktoś pomacha tyłkiem przed ich twarzą - było to okropne spłycenie sztuki burleski, ale poniekąd celne.
sal dykman
Można rzec, że okrucieństwem dla artysty, jest tak bezmyślna ignorancja, a równocześnie rozkoszą jest w ów ignorancji sięgać po bezmiar przyjemności. Każdy dźwięk naelektryzowany samotnością, pieścił samo wnętrze jej duszy, w pewien sposób niosąc słodkie ukojenie. My, ludzie, zwierzęta stadne, nieważne jak mocno pragniemy stać się samotnikami, zawsze będziemy łaknąć bliskości. Chociażby tej minimalnej namiastki rozwiniętej w nici porozumienia między dźwiękiem, a jego odbiorcą. To było dla niej wystarczającym powodem, by wieczory spędzać w tego typu miejscach. Przysiąść na brzegu drewnianego krzesła, skrytego w cieniu. Nie rozsiąść się. Nie przewiesić nogi przez nogę. W gotowości, pozwalającej w każdej chwili unieść się nad ziemią zerwać się i rozpłynąć w mgle barowego gwaru i rozognionych ciał.
Melodii nie dało się zmierzyć, a jednak jej bezmiar ciągnął się przez wieczność, nieskończenie piękny i pozbawiony litości dla słuchaczy, którzy miast dać się pochłonąć mniej lub bardziej angażującym rozmowom, stapiali się z muzyką. Nie było ich wielu, a melodia ginęła we wrzawie, pozwalając by zawładnęły nią bardziej cielesne pobudki.
Cisza nie rozbrzmiała wraz z końcem łkania pianina, ani nawet gdy echo oklasków opadło gładko w zapomnienie. Kolejną cechą tego miasta, którą zatrważająco szybko odkryła, był brak ciszy, jakby Toronto miało to do siebie, że nigdy nie składa oczu do snu. Nawet pozornie spokojne dzielnice, kryjąc się pod baldachimem nocy, niosły echem tupot nóg i wspomnienie cudzego śmiechu niknącego za rogiem.
Zatem i jej czas przyszedł, gdy postawne cielsko zwaliło się na krzesło obok, mrucząc sprośne peany w jej stronę, nie zważając na wpół grzeczne protesty. Noga za nogą, w kierunku wąskiego korytarza, nie
Nie myliła się.
Pojawił się, wbrew wszelkim prawom panującym na świecie, sprawiając, że oddech zamarł jej w piersi. Nieśmiały uśmiech zalał barwą piwonii blade płótno jej twarzy. Deski antresoli zatrzeszczały, gdy obróciła się w pełni w jego stronę, postukując ze zdenerwowaniem czubkami paznokci o pomalowane czarną emalią balustrady.
- Liczyłam, że mnie tutaj znajdziesz - mruknęła pod nosem, unosząc nieśmiało podbródek do góry. Może to nawet nie pruderyjność, a poczucie zdrady zżerające ją od środka sprawiało, że niemal eksplodowała od wstydu. To ona wszak go wykorzystywała. - Miałam pisać, ale mnie wyprzedziłeś - warto było dodać, nim pomyśli, że jest pozbawiona manier. - Mam nadzieję, że nie widziałeś tego pokazu testosteronu, który się rozegrał wcześniej? - pytanie, poszybowało nad krzyżówką ich spojrzeń. Miała na myśli wcześniej wspomnianego mężczyznę, który nie rozumiał słowa nie.
- Wiesz, to potwornie przykre, że ludzie przychodzą w takie miejsca i nawet nie zwracają uwagi na pianistę, który daje tak piękne przedstawienie - równocześnie wyrywając z klatki Neve emocje, o których dawno już zapomniała. - Mam wrażenie, że większość się budzi dopiero, kiedy ktoś pomacha tyłkiem przed ich twarzą - było to okropne spłycenie sztuki burleski, ale poniekąd celne.
sal dykman