Strona 1 z 1

the end of all our troubles

: wt sie 25, 2026 10:24 pm
autor: Lucien Spencer
Jak jedna, z pozoru niewinna wizyta lekarska mogła odmienić całe życie? O tym Lucien i Zoya mieli się dziś przekonać.
Mężczyzna w ciągu tych dwóch tygodni, odkąd dowiedział się o ciąży, zdążył już w pewnym stopniu przywyknąć do myśli, że zostanie ojcem. I przywyknąć do tego, że Zoya już zawsze będzie w jego życiu. Co prawda, nadal z trudem wyobrażał sobie przyszłość, ale poznawszy kobietę bliżej, wierzył w to, że z czasem wszystko powinno się ułożyć. Potrzebował tylko zapewnienia, że dziecko miało się dobrze.
Obawiał się tej wizyty.
Ciemnowłosa zdążyła już udowodnić, że całe to zajście nie było ogromną pomyłką, jak uznał w pierwszym odruchu w szatni. W ciągu tych kilku spotkań, które pozwoliły im się zbliżyć do siebie, nie dostrzegał niczego, co mogłoby obudzić w nim podejrzenia, że coś było nie tak. Wierzył jej. Wierzył w tę naturalność i zdroworozsądkowe podejście do sprawy. Wierzył, że nie chciała od niego niczego więcej, jak obecności na tyle, ile był w stanie jej obiecać.
Jej wizyta lekarska wzbudzała w nim niepokój nie ze względu na informacje, jakie mogła przekazać im doktor. Jego podskórny lęk spowodowany był tym, jak po potwierdzeniu ciąży poinformuje o tym najbliższych. Mimo czasu na oswojenie się z tym samemu, nie wiedział, czy dało się przygotować na rozmowy i działania, które w związku z tym go czekały.
Podjechał pod klinikę punktualnie. Widząc Zoyę wychodzącą z budynku, w pierwszej chwili uśmiechnął się nieznacznie do siebie. Wyglądała jednak na mocno zamyśloną, więc kiedy ze wzrokiem wbitym w chodnik, niemal minęła jego auto, zatrąbił na nią krótko, a następnie skinął na nią, gdy wreszcie podniosła na niego oszołomione spojrzenie.
Hej — powiedział łagodnym tonem na przywitanie, spoglądając, jak zajmowała miejsce obok. Jej milczenie i odwrócone spojrzenie wydało mu się dziwne, dlatego bez słowa odpalił silnik i włączył się do ruchu.
Jak tam? Długo musiałaś czekać na wizytę? — zagadnął, zachowując typowy dla siebie spokój. Gdy po chwili nie uzyskał odpowiedzi, mimowolnie nabrał w płuca trochę głębiej. — Jak było? Wszystko w porządku? — dopytał, na moment odrywając wzrok od drogi, żeby spojrzeć na Zoyę. Jej milczenie i dziwne spięcie zaczynało go niepokoić i nasuwać mu myśl, że c o ś musiało się stać. Ta niepewność powoli zaczynała zżerać go od środka. — Zoya — jego opanowany głos wcale nie wskazywał na nic, co kłębiło się w jego myślach, ale kiedy upłynęła kolejna chwila jazdy w milczeniu, postanowił ją nieco ponaglić. — Zoyaaa — powiedział tym razem głośniej, jednocześnie na kilka sekund kładąc swoją dłoń na jej udzie, by chociaż tak zwrócić na siebie jej uwagę. — Powiedz mi, co się dzieje — poprosił, gdy na moment udało mu się złapać jej spojrzenie.

Zoyaaa

the end of all our troubles

: śr sie 26, 2026 1:07 am
autor: Zoya Weasley
Zoya też obawiała się tej wizyty i jak się okazało, to całkiem słusznie. Trudno było opisać, co czuła, gdy najpierw z intensywnie bijącym sercem, usiadła na fotelu, a potem z gorzkim smakiem rozczarowania, próbowała przełknąć wszystko, co powiedział lekarz.
Tak naprawdę zrobiła wszystko jak należało: powiadomiła ojca dziecka, przez minione trzy tygodnie nie spożywała alkoholu, starała się w miarę możliwości oszczędzać, brała kwas foliowy i przede wszystkim wykonała trzy testy. Ha, trzy wadliwe testy, które wisiały na drzwiach kanadyjskich aptek jako produkty wycofane z powodu wad fabrycznych.
Miała plany. Tak jak Lucien, po wizycie zamierzała poinformować o wszystkim swoich bliskich. Co więcej, z nim u boku, o czym miał dowiedzieć się właśnie dzisiaj. Chciała również odczekać jeszcze miesiąc, zanim wspomni o ciąży w pracy, a ze względu na ostatni, ciężki okres postanowiła pójść na zwolnienie pod koniec drugiego trymestru. Dołączyła nawet do paru mamusiowych grupek, aby w odpowiednim czasie zapoznać się z polecanymi artykułami dotyczącymi wyprawki dla niemowląt.
I jak naprawdę zabawnie to brzmiało, że Zoya Weasley miała plany dotyczące dziecka.
Mozolnym krokiem opuściła klinikę. Wycofana i pogrążona w nawałnicy dziwnych myśli, z wzrokiem wbitym w płyty chodnikowe, ruszyła wzdłuż ulicy. Z zamyślenia wyrwał ją dopiero dźwięk klaksonu. Odruchowo skierowała wzrok w stronę niebieskiego mercedesa, który zatrzymał się przy krawężniku. Kierowca wołał ją do środka, więc wciąż mocno otępiała, drgnęła i pospiesznie zajęła miejce pasażera.
W tym momencie Zoya nie potrafiła spojrzeć Lucienowi w oczy. Czuła się jak ostatnia idiotka, bo świadomość, że nie zrobiła testu innej firmy wprawiała ją w ogromne wyrzuty sumienia. Raz za razem zerkała przez szybę, słysząc na przemian zatroskane pytania i swoje imię.
Z o y a.
Żółć napłynęła jej do ust, kiedy po raz pierwszy spróbowała się odezwać. Przy drugim podejściu rozbolał ją żołądek, a przy trzecim poczuła dłoń Luciena na swoim udzie. Wtedy wzdrygnęła się, ale mimowolnie złapała z nim kontakt wzrokowy, po czym ściągnęła z siebie jego rękę i odsunęła kolana w stronę drzwi.
Było piętnastominutowe opóźnienie. — Desperacko chwyciła się najbezpieczniejszego z pytań, po czym objęła się ramionami, jakby było jej zimno, choć temperatura wewnątrz auta wskazywała dwadzieścia dwa stopnie. Zaraz potem ponownie odwróciła twarz w stronę bocznej szyby.
Wiedziała, że się martwił. To krótkie spojrzenie w oczy Luciena było dla Zoi wystarczająco wymowne, dlatego poczuła się jeszcze gorzej, bo trzymała go w niepewności. Ale... nie potrafiła po prostu zacząć o tym mówić. Nie potrafiła przyznać się do tego, że tamtego f e l e r n e g o dnia w szatni zaryzykowała jego karierę, rzucając testem ciążowym, którego wynik nie był nawet potwierdzony.
Lucien, słuchaj, bo... bo... — Nerwowo zmieliła ślinę i jeszcze mocniej docisnęła ramiona do piersi, uprzednio zerkając w kierunku mężczyzny. — Nie wiem, jak ci to powiedzieć — Uciekła wzrokiem w kierunku ekranu, na którym niespodziewanie pojawiło się powiadomienie. Obok ikony wiadomości wyświetlił się podpis Mecenas Fraser, a niżej treść:

Panie Spencer, przygotowałem wstępną umowę z panią Zoyą Weasley, którą wysyłam na pana adres e-mail. Proszę o potwierdzenie, czy jej treść jest zgodna z Pana oczekiwaniami, abyśmy mogli przystąpić do dalszych działań.

Po kilku sekundach komunikat zniknął, ale to wcale nie rozwiało nagłej dezorientacji Zoi. Otworzyła szeroko usta, zupełnie zapominając, o tym co właściwie chciała przed chwilą powiedzieć, choć wciąż czuła pod skórą ten cholerny niepokój związany z wizytą u lekarza.
Niespodziewana wiadomość i zawarte w niej - tak naprawdę połowiczne - informacje całkowicie zbiły ją z tropu. Zapragnęła dowiedzieć się więcej, więc tym razem spojrzała na Luciena z osobliwymi iskrami w oczach i wskazała palcem na ekran, jakby manifestując, że wszystko widziała.
O jaką umowę chodzi? — zapytała.

Lucien Spencer

the end of all our troubles

: śr sie 26, 2026 1:33 pm
autor: Lucien Spencer
Podobnie jak Zoya, on też miał plany. Rzadko kiedy pozwalał sobie na zupełną spontaniczność. Całe jego życie było zaplanowane i dostosowane pod wyścigi, nie było w nim miejsca na głupie błędy. Tymczasem wystarczył tylko jeden, żeby wszystko diametralnie się zmieniło. Starał się wyprzedzać fakty i zapobiegać problemom, więc kiedy dotarła do niego powaga sytuacji związana z ciążą, naturalnie zaczął myśleć o przyszłości. Plany zaczęły formować się w jego głowie już w drodze do Huntsville, a z każdym następnym spotkaniem z Zoyą utwierdzał się w przekonaniu, że tak n a l e ż a ł o postąpić.
Starał się wziąć na siebie pełną odpowiedzialność. To dlatego zaoferował się, że przyjedzie po dziewczynę po lekarzu. I martwił się, że wydarzyło się coś złego, co zafrapowało Zoyę do tego stopnia, że wydawała się bardzo nieobecna. Z coraz gorszymi przeczuciami, które usilnie tłumił w sobie, chciał jej dodać otuchy, ale… odtrąciła jego rękę i odsunęła się od niego. Zaalarmowany tą nagłą zmianą w jej zachowaniu, odłożył dłoń na podłokietnik.
Odpowiedź ciemnowłosej nie zadowoliła go, bo dziewczyna najwyraźniej przedłużała poruszenie tematu, który stanowił najważniejszy punkt tego dnia. Widział też jej niepewność i odruchy, przez które mimowolnie zaczynał odczuwać w powietrzu nieprzyjemne napięcie. Kiedy zaczęła mówić, postanowił skupić się na drodze i obie dłonie zacisnął odrobinę mocniej na kierownicy.
Najprościej, jak się da — powiedział, starannie modulując swój głos tak, by nie dało się w nim wyczuć nawet cienia niepokoju, który przyspieszał bicie jego serca. Nie przepadał za owijaniem w bawełnę, nie w tak poważnych chwilach, w których mogło zmienić się tak wiele.
Nagły dźwięk powiadomienia odwrócił jego uwagę od Zoi. Odruchowo spojrzał na ekran i mimowolnie spiął się, gdy pospiesznie odczytał wiadomość. Przez jego głowę przeszła mu ironiczna myśl, że pan mecenas miał idealne wyczucie czasu.
Zaraz jednak przeniósł wzrok na ciemnowłosą w obawie, co widziała. A sądząc po jej minie i następujących po niej słowach, w których pobrzmiewała nuta oskarżenia, wyglądało na to, że Zoya również przeczytała wiadomość w całości.
Nie miała się dowiedzieć o tym w takich okolicznościach. Planował zabrać ją do parku na piknik, żeby tam, przy croissantach z jego ulubionej cukierni i kawie z termosu porozmawiać o ich wspólnej przyszłości. Teraz pozostało mu jedynie robić dobrą minę do złej gry.
Miałem Ci dziś o tym powiedzieć — zaczął, a ciche westchnienie, które wydobyło się spomiędzy jego warg, miało dodać mu odwagi. — Konsultowałem się z prawnikiem w naszej sprawie. Uznałem, że to dobry moment, żeby zabezpieczyć waszą i moją przyszłość — wyznał finalnie ze stoickim spokojem.
Jego świat nierozerwalnie wiązał się z podpisywaniem umów i przestrzeganiem ich warunków. I choć może bezpośrednio nie wspomniał o tym Zoi podczas ich rozmowy na farmie, tak naprawdę zamierzał dopilnować, żeby ona i dziecko mieli jak najlepiej. To dlatego wstępna umowa wymagała jego sprawdzenia, bo w kilku kwestiach, mimo sugestii Frasiera, żeby rozwiązać sprawy inaczej, Lucien pozostawał bezkompromisowy.

Zoyaaa

the end of all our troubles

: śr sie 26, 2026 4:15 pm
autor: Zoya Weasley
Wsiadając do auta, czuła się winna wszystkiemu. Przede wszystkim zamierzała przeprosić Luciena, być może nawet błagać go o wybaczenie, a na koniec - rzecz jasna - zakończyć ich znajomość. Uznała to za najlepsze wyjście. Przez palący wstyd, który nie dawał Zoi spokoju, nie potrafiła już zachowywać się przy nim naturalnie.
Ta osobliwa skrucha i pokora zniknęły jednak w chwili, w której przeczytała wiadomość na panelu.
Jeszcze kilka sekund wcześniej Zoya sądziła, że najgorszym problemem będzie powiadomienie Luciena, że dziecko nigdy nie istniało. Niestety obecnie poczuła się bardziej przytłoczona kolejnymi niewiadomymi, a nawet nie zdążyła wystarczająco otrząsnąć się po wizycie.
Wpierw patrzyła na Luciena z wyraźnym wścibstwem, niezrozumieniem oraz nieprzyjemnym przeczuciem, że to co miał jej do powiedzenia, było czymś o k r o p n y m. I intuicja wcale jej nie zawiodła.
Zoya aż zadrżała, kiedy usłyszała wyjaśnienie. Mimowolnie rozplotła ramiona i nerwowo zacisnęła palce na udach. Jeszcze wtedy próbowała zachować tak bardzo potrzebny spokój; jeszcze przy pierwszym szoku, naprawdę chciała zrozumieć, co dokładnie nim kierowało.
A l e...
Konsultowałeś... — zaczęła, ale głos momentalnine jej osłabł. Nerwowo zmieliła ślinę w ustach. — Konsultowałeś naszą relację z prawnikiem zamiast ze mną? — Natychmiast rozbolała ją głowa. — Czy nie mieliśmy pracować nad szczerością? Potrzebujesz do tego umowy? — zapytała i dopiero gdy usłyszała własne słowa, dotarło do niej jak tragicznie to wszystko zabrzmiało. Zaraz prychneła, po czym gwałtownie wplotła palce jednej dłoni we włosy. Na moment zacisnęła powieki, a następnie utkwiła wzrok w przedniej szybie.
To było absurdalne. Absurdalne. Nie mogła uwierzyć, że ich relacja zatoczyła tak dziwne koło. Było to, bo przecież ostatnie dni należały do cudownych. Napełniły ją emocjami, których dawno już nie czuła.
Najwyraźniej przyzwyczajona do bliskości Luciena, całkowicie straciła czujność.
Zabolało.
Tym bardziej że Lucien wyraźnie postawił granicę pomiędzy swoją przyszłością a przyszłością Zoi i dziecka. W jego słowach nie odnalazła wzmianki o n i c h; o dokładnie tej przyszłości na którą chyba naiwnie zaczęła liczyć.
Miałeś to zaplanowane od początku? — zadała kolejne pytanie. Tym razem w jej głosie słyszalne było zdenerwowanie. Nagle odwróciła głowę w jego stronę. — Myślałam, że w Huntsville wyraziłam się jasno. Twój udział w wychowaniu dziecka miał być dobrowolny. Powiedziałam ci, że nie zamierzam robić ci problemów. Nawet nie wpisałabym cię do aktu urodzenia, jeśli nie chciałbyś mieć z nami kontaktu. A teraz miałabym podpisać jakąś umowę, bo jesteś jakąś pieprzoną gwiazdą? — Już nie mogła ukryć narastającej w niej złości. Wynikała ona z rozczarowania postępowaniem Luciena, ale również ze świadomości popełnienia własnych błędów.
I znowu pomyślała, że gdyby tylko zrobiła test innej firmy, wcale nie musieliby ze sobą rozmawiać.

Lucien Spencer

the end of all our troubles

: śr sie 26, 2026 11:19 pm
autor: Lucien Spencer
Według Luciena umowa była czymś koniecznym, przez co musieli przejść, żeby widać było czarno na białym, jakie prawa mieli oboje względem dziecka i jakie dziecko miało możliwości. Mężczyzna uważał, że tylko w ten sposób mógł ochronić ich przed jakimikolwiek niedogodnościami, na jakie mogli natrafić później. Była to jedna z nielicznych decyzji, jakie podjął sam, bez udziału rodziców, biorąc pod uwagę również ich ewentualny sprzeciw. Postępował zgodnie ze sobą i swoimi przeczuciami względem Zoi. A te pisały mu się obecnie w całkiem kolorowych barwach.
Delektował się ich życiem w bańce, tymi intensywnymi tygodniami, w których spędzali razem czas, a jego myśli coraz częściej błądziły wokół niej. Nie chciał tego przerywać, jednocześnie wiedząc, że wkrótce ta rzeczywistość musiała nadejść.
Umowa pozwalała mu przewidzieć każdy ruch, żeby później nie musieć się niczym martwić. Przede wszystkim nie chciał zostawić Weasley na lodzie, jeśli coś pójdzie nie tak. A w tym sporcie, przy takich prędkościach wystarczyła przecież tylko chwila nieuwagi, żeby pożegnać się ze światem na zawsze.
Mimo to obawiał się reakcji Zoi. Była to bardzo przemyślana decyzja, o której miał z nią porozmawiać w znacznie milszych okolicznościach, niż poprzez przypadkowo wyświetlony sms w samochodzie podczas już wystarczająco napiętej atmosfery. Nie tak miała się o tym dowiedzieć.
Nie mógł nie zauważyć jej poddenerwowania, kiedy wbiła palce w swoje uda. Jej głos, gdy zaczęła zadawać pytania, tylko potwierdzał, jak duży wpływ wywarła na niej jego odpowiedź. Natychmiast pożałował swoich słów.
Nie relację tylko pewne dyspozycje — uściślił. Doskonale pamiętał swoje własne słowa na temat pracy nad szczerością. To dziś miał właśnie zrobić, tymczasem niespodziewana zmiana biegu rozmowy całkowicie zniweczyła jego plany. Już teraz, kiedy zerkał na kobietę kątem oka, wiedział, że powinien był inaczej to rozegrać.
To było bardziej skomplikowane, niż przypuszczała. W jego świecie nic nie było proste, zdążył już wielokrotnie przekonać się o tym na własnej skórze. I właśnie tej przepaści między nimi obawiał się najbardziej. A ona swoimi oskarżeniami zdawała się zupełnie nie zwracać na to uwagi. Przez kilka sekund zawahał się nad odpowiedzią, bo częściowo miała rację. Częściowo.
Nie do końca. Jadąc do Huntsville, nie miałem pojęcia, czy się dogadamy. Nie chciałaś mnie znać. Przecież gdybym do Ciebie napisał, zignorowałabyś mnie. — Teraz już miał pewność, że właśnie tak by się stało. Dlatego w desperackim akcie wsiadł wtedy do auta i po prostu pojechał na jej poszukiwania. Z resztą, takich spraw nie rozwiązywało się przez telefon.
Pieprzona gwiazda zabolała go bardziej, niż chciał dać to po sobie poznać. Na moment wstrzymał powietrze, żeby zaraz zamknąć usta i przełknąć nerwowo ślinę. Bo tak, Zoya znowu miała rację. Wszystko sprowadzało się do jego kariery. Tego został nauczony — był zamknięty w ramach i zobowiązaniach, według których musiał funkcjonować. Nie było w nim miejsca na błędy i sytuacje, kiedy jedna ze stron postanowi nagle się rozmyślić.
A ja Ci powiedziałem, że jeszcze nie wiem, jak to rozwiązać — odparł powoli, siląc się na spokojny ton, choć zaczynały wzbudzać się w nim emocje, którym za nic nie mógł pozwolić wyjść na światło dzienne. Cokolwiek wpływało na zmianę postawy Zoi, nie zamierzał dać się jej sprowokować. Odetchnął ciężko, próbując zebrać myśli. — Nie mamy żadnej gwarancji, że to co jest teraz, nie popsuje się za jakiś czas. Co będzie, jeśli jednak kiedyś przestaniemy się dogadywać? Umowa daje pewność, że każde z nas dostanie to, czego będzie potrzebować, a dziecko nie będzie odpowiadać za swoich głupich rodziców. — Kiedy mówił, jego opanowany głos nie zadrżał ani razu. Przez cały ten czas patrzył jednak na drogę przed siebie.
Mimo wszystkiego, co zaczynał czuć do Zoi, starał się myśleć racjonalnie. Doświadczył już w życiu kilku przypadków, gdy zaczynał się angażować, by ostatecznie skończyć ze złamanym sercem, bo nie mógł pogodzić życia prywatnego z zawodowym. Nie chciał powielać swoich błędów. Nie w tak poważnej sprawie, gdy w grę wchodziło dziecko.

Zoya Weasley

the end of all our troubles

: czw sie 27, 2026 12:09 am
autor: Zoya Weasley
Prychnęła prześmiewczo, kiedy Lucien wspomniał o pewnych dyspozycjach, po czym energicznie pokiwała głową, choć wcale nie rozumiała co miał na myśli.
Tak naprawdę nie rozumiała niczego z tego, co właśnie kotłowało się w głowie mężczyzny. Ani pomysłu na spisanie umowy, ani związanych z nią intencji, ani nawet gestów, którymi obdarowywał je przez minione dni, a które teraz wydawały jej się dziwnie nieprawdziwe. Tkwiła więc w tym aucie, mknąc ulicami Toronto i miała wrażenie, że lada moment zabraknie jej powietrza.
Właśnie w tym momencie bardzo chcę cię zignorować — syknęła rozeźlona, właściwie kompletnie niczego nie wnosząc do ich rozmowy.
Naprawdę usiłowała się powstrzymywać, jednak Zoi coraz trudniej było zapanować nad własnymi myślami; nad słowami, które szczypały ją w koniuszek języka oraz nad umysłem, który podszeptywał coraz bardziej osobliwe scenariusze.
Nawet nie wyłapała, w którym momencie nazwała Luciena tą pieprzoną gwiazdą, ale pod natłokiem wszystkich zebranych informacji wcale tego nie żałowała. Niemniej zauważyła, jak mocno zacisnął usta i nerwowo przełknął ślinę, więc w tym pełnym napięcia momencie poczuła satysfakcję, że nie była jedyną zdenerwowaną osobą w tym samochodzie.
Myślisz, że umowa zmusi mnie do dogadania się z tobą na siłę? Poza tym nie chcę niczego od ciebie. Ile razy mam ci to powtórzyć?
Poza domysłami Zoi pozostał jednak fakt, że Lucien myślał naprawdę dalekosiężnie. Może i martwił się o swoją karierę, ale najwyraźniej również o to, aby w przypadku jego domniemanej śmierci ich dziecko nie musiało borykać się z problemami, które mogłyby się z tym wiązać. Żyjąc tu i teraz, napawając się przez dwa tygodnie naprawdę błogą relacją, zapomniała o priorytetach związanych z wychowaniem małego człowieka.
W pewnym momencie odpięła pas, co natychmiast wychwycił system. W samochodzie rozległo się uporczywe pikanie.
Zoya nachyliła się gwałtownie w stronę Luciena i bez ostrzeżenia ujęła jego twarz w dłonie, po czym przyciągnęła do siebie i pocałowała. Trzymała tak długo, aż w końcu sam się wyrwał i odwrócił wzrok w stronę przedniej szyby. Tak naprawdę ledwo zdążyła zaczerpnąć oddechu, gdy samochód nagle wykonał gwałtowny manewr, aż musiała chwycić się siedzenia.
Zaraz ponownie sięgnęła po policzki mężczyzny, ale tym razem tylko na moment przyciągając go do siebie. Musnęła jego usta krótkim pocałunkiem, dodatkowo czule zasysając górną wargę.
A co z emocjami? — Odsunęła się nerwowo i prędko zapięła pas, aby uciszyć system, który jedynie potęgował jej migrenę. — Na nie też masz w tej cholernej umowie jakiś paragraf? — zapytała szybko, jakby po raz kolejny próbowała wbić Lucienowi szpilkę.
Problem w tym, że sama nie wiedziała, komu właściwie zrobiła na złość tym pocałunkiem ani do czego dokładnie dążyła. Tak naprawdę mogła po prostu powiedzieć mu, że nie była w ciąży i nie drążyć dalej tematu umowy. Jednak prawdopodobnie czuła w tym momencie zbyt wiele, aby zachować spokój co ostatecznie przerodziło się w kłótnię.

Lucien Spencer

the end of all our troubles

: czw sie 27, 2026 11:28 pm
autor: Lucien Spencer
Umowa miała sens. A przynajmniej w głowie Luciena. Rzeczywiście, myślał o niej już podczas drogi do Huntsville, ale konkretne jej warunki zaczęły nasuwać mu się dopiero w trakcie poznawania się z Zoyą.
Mimowolnie, z każdą chwilą w jej towarzystwie, gdzieś pomiędzy wiadomościami a długimi rozmowami na kamerce, zaczynał odczuwać do niej coraz większe przywiązanie. Ono zaś sprawiało, że chciał dla niej i dziecka jak najlepiej. Nie potrafił dokładnie określić, co działo się między nimi, niemniej po raz pierwszy od dawna było mu dobrze. Umowa była dla niego tylko formalnością, która niczego w ich relacji nie zmieniała. Nie rozumiał jeszcze, jak źle wyglądało to w oczach Zoi.
Czy do tej pory robiliśmy cokolwiek na siłę? To tylko zabezpieczenie na wypadek... ... naszego rozstania lub śmierci któregokolwiek z nas, cisnęło mu się na usta, ale w porę urwał, jakby obawiał się, że wypowiadając te słowa na głos rzeczywiście ściągnie na nich jakieś fatum. Na moment zacisnął więc palce mocniej na kierownicy i przeniósł wzrok na lusterko boczne, by uniknąć jej spojrzenia. — Teraz nic nie chcesz, ale co, jeśli sytuacja ulegnie zmianie? — Jeśli jedno z nich zmieni zdanie i pojawią się jakieś oczekiwania? Zbyt dużo ostatnio myślał na ten temat, żeby to wszystko zignorować.
W swoim dwudziestosześcioletnim życiu doświadczył już wystarczająco dużo podobnych sytuacji, w których bezinteresowność grała główną rolę wyłącznie wtedy, kiedy wszystko układało się, j a k n a l e ż y. Wystarczyły pewne niezgodności, żeby druga strona ujawniła swoje prawdziwe oblicze. Lucien w tej chwili dmuchał na zimne.
W momencie, gdy Zoya odpięła pas, momentalnie odwrócił na nią zaniepokojone spojrzenie. Nie zdążył nic powiedzieć, bo sekundę później na swojej twarzy poczuł ciepło jej dłoni, a jego usta zajęły jej wargi, składając na nich intensywny pocałunek. Zaskoczony tą nagłą czułością, bezmyślnie pogłębił go i przeniósł własną dłoń na jej udo. Ciemnowłosa odurzyła go na tyle, że przez te kilka sekund właściwie zapomniał, że prowadził.
Niespodziewany, przeraźliwy klakson gdzieś z boku przywrócił mu świadomość. W jednej chwili oderwał się od Zoi, po czym szarpnął oburącz kierownicą i wyrównał tor jazdy. Z sercem niemal wyrywającym się z jego piersi i lekko rozchylonymi wargami w chwilowym szoku oddychał szybko, przez chwilę nie wiedząc, co się stało.
A potem znów spojrzał na ciemnowłosą po to, by uzyskać od niej kolejnego, pełnego czułości całusa. Miał świadomość tego, że właśnie wykorzystywała jego słabość do niej. I chyba chciała coś tym udowodnić. I mimo to, wbrew rozsądkowi, odpowiedział jej tym samym.
Kiedy się od niego odsunęła i przeniósł wzrok z powrotem na drogę, przez tę jedną krótką chwilę przeszła mu myśl, że była niemożliwa. Jeśli nie zabije go prędkość, to zrobi to ona. Na jej pełen pretensji ton pokręcił głową.
Ty i emocje jesteście na to zbyt nieprzewidywalne. Chciałaś nas zabić — zauważył i prychnął nieznacznie, bo to nie powinno mu się podobać. Mąciła mu w głowie. — I między innymi właśnie dlatego tej umowy potrzebujemy — dodał, po czym westchnął ciężko. — Ja tylko staram się być rozsądny. Tu nie chodzi wyłącznie o nas — wyjątkowo trudno było mu zebrać teraz myśli, więc zauważywszy miejsce przy chodniku, wrzucił kierunek i zaparkował.
Co się dzieje? — opanowany, rzeczowy głos Luciena rozniósł się po wnętrzu Mercedesa, kiedy po wyłączeniu silnika odwrócił się w stronę ciemnowłosej.
Oparty jedną ręką o kierownicę, drugą o podłokietnik, patrzył na nią z niepokojem, pamiętając o tym, że c o ś chciała mu powiedzieć. Cała ta rozmowa i jej impulsywne zachowanie powodowały w nim mocne skołowanie.

Zoya Weasley

the end of all our troubles

: pt sie 28, 2026 12:40 am
autor: Zoya Weasley
Robiliśmy wszystko, aby lepiej się poznać, dlatego że... — zawahała się. Nerwowo przełknęła ślinę i uciekła wzrokiem na bok, jakby potrzebowała chwili, aby zebrać myśli. — Dlatego, że po porstu tak wypadało — dokończyła, choć sama czuła, że nie była szczera.
W ten sposób najłatwiej było wytłumaczyć ich nagłe spoufalanie się. B l i s k o ś ć , która nigdy nie miałaby miejsca, gdyby Zoya nie zobaczyła na teście dwóch kresek. Wiedziała jednak, że to wszystko musiało się zaraz skończyć, dlateg w ten sposób próbowała narzucić Lucienowi podobny sposób rozumowania. Chyba chciała go przekonać, że sama wierzyła, że ich relacja była jedynie konsekwencją sytuacji, w której się znaleźli, a nie czymś co mogło mieć realne znaczenie.
Wróciła wzrokiem do mężczyzny i widząc jak mocno zacisnął palce na kierownicy i tym razem sam uciekł od niej spojrzeniem, cicho westchnęła.
Boisz sie nagłych zmian — stwierdziła naprawdę spokojnie. — Ale normalne pary nie muszą podpisywać żadnych umów. Po prostu wierzą, że jakoś wszystko się ułoży — dodała podobnym tonem.
Może i nie byli normalną parą, a właściwie nie byli żadną parą, jednak Zoya przede wszystkim postrzegała siebie jako zwyczajną dziewczynę. Bała się papierowych deklaracji, a ta właśnie uwłaczała jej godności. Patrzyła na Luciena i miała wrażenie, że dostrzega tylko jeden możliwy powód. Nie ufał jej.
Najwyraźniej w swoim dwudziestopięcioletnim życiu doświadczyła zbyt niewiele, zbyt rzadko dostała po dupie, aby rzeczywiście zachować podobną ostrożność wobec Spencera.
Pocałunek na moment ją oszołomił. Poczuła jak wszystkie targające nią emocje nagle zbledły. Ustąpiły one miejsca znanym pragnieniom, a te rozgrzały jej wnętrze i otuliły je przyjemnymi dreszczami. Na szczęście nagły dźwięk klaksonu i gwałtowne oderwanie się od siebie, sprawiły, że Zoya natychmiast odzyskała rozsądek.
Nie do tego dążyła, więc gdy oboje trwali jeszcze przez chwilę w dziwnej dezorientacji, ponownie dopadła ust Luciena. Wiedziała, że pomimo wszystkiego co właśnie chciała mu udowodnić, i tak był to ich ostatni pocałunek. Wewnętrznie zdruzgotana tym faktem aż zapomniała, jak się oddychało.
Chciałam ci tylko pokazać, to nad czym nie masz kontroli — tym razem szepnęła i mimowolnie mocniej docisnęła plecy do oparcia. Coś definitywnie między nimi dobiegło końca. Zoya doskonale czuła to każdym atomem ciała i słabnącym wewnątrz żarem zapałem. — To ty potrzebujesz tej umowy. Nie ja — odpowiedziała, ale przemilczała resztę, gdy Lucien napomknął, że w całej tej sytuacji nie chodziło tylko o nich. W tym momencie tylko ona wiedziała, że tak właśnie było, skoro ciąża nie istniała.
Zacisnęła obie dłonie na pasie, gdy auto niespodziewanie się zaparkowało. Na dźwięk pytania bezwiednie zaczęła drżeć i przez dłuższą chwilę nie potrafiła odwrócić twarzy w stronę Luciena. Zbierała się w sobie. Naprawdę potężnie zbierała się w sobie, aby w końcu wykrztusić wszystko, co powinna mu powiedzieć na samym początku, jednak zamiast tego wciąż i wciąż siedziała cicho.
W końcu całkowicie spięta poruszyła się, aby odpiąć pas. Wtedy też spojrzała w te jasne, zaniepokojone oczy i zaatakował ją skurcz żołądka.
Nie jestem w ciąży — wyznała, starając się zachować spokój. Z jednej strony powinna się cieszyć. Nigdy wcześniej nie myślała o dziecku. W dodatku teraz, kiedy Lucien wyskoczył z tą durną umową, jej potencjalny, błogosławiony stan naprawdę byłby problemem. Z drugiej strony w jakimś stopniu było jej przykro.
Koncern farmaceutyczny wypuścił testy z wadą fabryczną. Wszystkie pokazywały pozytywny wynik. Nie wiedziałam. Wykonałam trzy takie same. Lekarka mówiła, że na drzwiach aptek i na stronie producenta wisiało oświadczenie, ale skąd mogłam wiedzieć... — Zmieliła nerwowo ślinę i znowu spuściła wzrok. — Właśnie dlatego nie mogłam dostać się wcześniej do ginekologa. Wiele kobiet się nabrało — wyjaśniła najprościej, jak się dało, chociaż w mniemaniu Zoi cała ta historia brzmiała niedorzecznie.
Z nerwów zaczęła ciężej oddychać, choć starała się nie dać po sobie niczego poznać. Zupełnie intuicyjnie zerknęła na skórzany plecaczek pod stopami, w którym znajdował się inhalator, a następnie z powrotem na swoje mocno ściśnięte uda. Musiała jeszcze powiedzieć Lucienowi, że nie chciała więcej się z nim widywać; że czuła się zażenowana własną impulsywnością i tym, że przyszła do niego bez potwierdzonej ciąży. Zrozumiała, że mogła zniszczyć mu życie.
I chyba to zmotywowało Zoyę do dalszego mówienia, bo nagle nabrała powietrza i z dziwną, acz mocno wymuszoną postawą; z zawziętością i ironicznymi iskarmi spojrzała na mężczynę.
Fantastycznie, prawda?

Lucien Spencer