Strona 1 z 1

who's your daddy, baby?

: śr sie 26, 2026 1:23 pm
autor: William N. Patel
Chodzimy po klubie i Madox pokazuje mi co uległo zniszczeniu. Kurwa, no nie wygląda to najlepiej, szczerze mówiąc, ogień strawił sporą część, ekipa sprzątająca wciąż uwija się jak mróweczki, ale straty nadal są mocno widoczne - Jak myślisz, ile to potrwa zanim znowu otworzycie? - pytam, bo przecież uprzątnięcie syfu to był dopiero początek tego wszystkiego co ich tu czeka. Jaram szluga, więc przykładam papierosa do warg i mocno zaciągam się dymem - Podpalenie? Jakaś zazdrosna konkurencja? - zerkam na Noriege badawczo, wręcz świdrując go wzrokiem, jakby każda zmiana w jego twarzy mogła mi coś powiedzieć - Znaleźliście jakieś ślady? Kamery coś zarejestrowały? - jego żona była policjantką, więc właściwie zdziwiłbym się gdyby nie znaleźli, pytam bardziej pod kątem ewentualnej drogi sądowej, bo jeśli to faktycznie wina konkurencji to moglibyśmy nieźle na tym wyjść, zadośćuczynienia w takich sytuacjach to zwykle były naprawdę grube pieniądze - Pogadam z ubezpieczycielem, zobaczę ile się uda wyciągnąć - Madox to pewnie nawet nie wiedział, że Emptiness jest ubezpieczone, bo ja się tym zajmowałem chyba od samego początku, jako jego prawnik. Zaciągam się fajką, a jedna z pań sprzątających, która kręci się blisko nas i zapuszcza gumowe ucho, podstawia mi popielniczkę - O, dziękuję - gaszę tam kiepa, zaś dziewczyna wyrzuca zawartość do wielkiego, czarnego worka. Zerkam na nią z ukosa, ale zbliżam się do przyjaciela i łapię go gdzieś w okolicach łokcia, pochylając się nieznacznie do jego ucha - Pogadamy w bardziej ustronnym miejscu? - rzucam cicho, prawie że szeptem. Noriega kiwa głową i prowadzi mnie do swojego gabinetu, który na szczęście nie ucierpiał. Gdyby to przepięknie biurko z lapacho uległo zniszczeniu, Madox by się chyba pochlastał. On wchodzi pierwszy, ja zaraz za nim i zamykam drzwi. Przechadzam się po pomieszczeniu, z wolna zmierzając do fotela dla petentów, tego na przeciwko krzesła szefa. Opadam ciężko na miejsce, wspierając ręce na podłokietnikach i wbijam spojrzenie w kumpla - O chuj tu chodzi, Madox? Widzę, że czegoś mi nie mówisz. Że nic mi, kurwa, nie mówisz - a przecież mówimy sobie wszystko.

Madox A. Noriega

who's your daddy, baby?

: śr sie 26, 2026 4:32 pm
autor: Madox A. Noriega
066.
They were a mess individually.
Together, they were a slightly more organized mess.
trigger warning
przekleństwa
- Nie wiem stary, ale chujowo to wygląda nie? - pokazuję Williamowi ten zwęglony bar, przy którym często waliliśmy razem kolorowe drinki, albo z którego wciągaliśmy grube szczury najlepszego sortu, kolumbijskiego koksu. Wciąż ciężko mi się na to patrzy. Na moje dziecko, które nagle obróciło się w popiół, za sprawą tego kutasa Luny. Krzywię się na pytanie Patela o tę konkurencję, bo przecież doskonale wiem kto to zrobił. Wzruszam jednak ramionami - nie wydaje mi się - rzucam tak zdawkowo, bo wciąż dookoła kręcą się ludzie, jakieś laski z miotłami, które uwijają się jak na sabacie i kilka zaufanych osób z obsługi. A do tego dużo goryli, aż dziwne biorąc pod uwagę to, że klub jest zamknięty. Patrzę na Williama i mam ochotę mu wszystko powiedzieć, bo jednak to jest mój najlepszy kumpel, jest dla mnie jak brat, ale widzę jak ta baba, która zamiata obok nas drapie miotłą w podłogę jakby chciała tam wydrążyć dziurę, zerkam na nią z ukosa - coś tam mamy - mówię tak tajemniczo.
Ale zaraz William zaczyna nawijkę o tym ubezpieczycielu, a ja wbijam w niego ciemne spojrzenie. Bo co kurwa? To mój klub był ubezpieczony? Ale w zasadzie zajmował się tym Patel. Tą całą papierologią, a ja mu tylko... Nie no, ja mu nawet nie płaciłem, tylko załatwiałem ćpanie. Ale dobrze mu płacił ten dupek Galen Wyatt, więc wiem, że Billy nie biedował. Dobrze, że ciągnął hajs od tego palanta, który przecież uderzał do mojej żony.
- Serio? To my jesteśmy ubezpieczeni? Może da się coś ugrać? Bo wiesz, kupa hajsu na to pójdzie - krzywię się znowu. Na biednego nie trafiło, pod podłogą w chacie mam więcej hajsu niż to będzie kosztować, ale... wolałbym go wydać na inne przyjemności.
Patelek zaciska palce na moim łokciu i prosi mnie o rozmowę w bardziej ustronnym miejscu, a ja kiwam głową, bo się z nim dzisiaj w stu procentach zgadzam. Nikomu nie mogłem ufać. Tylko Pilar… No i Williamowi pewnie też, w końcu uratowałem mu nie raz dupę. Ostatnio nawet w tym banku.
Idziemy na górę, a ja otwieram przed Patelem drzwi mojego gabinetu, całe szczęście, że tu pożar nie dotarł, bo gdyby spłonęło to moje piękne, robione na specjalne zamówienie, biurko z Lapacho, to chyba bym się pochlastał. Podchodzę do niego i przesuwam wytatuowanym palcami po blacie. A zaraz stawiam na nim, na podkładkach z logo Emptiness oczywiście, żeby go nie zniszczyć, dwie ciężkie szklanki. Na stół wyjmuję butelkę medellińskiego rumu. Kurewsko dobry rocznik. Aż się zawiesiłem przyglądając etykiecie.
- Co? - patrzę na Willa znad flachy, kiedy tak mnie przycisnął - no kurwa stary... - wzdycham ciężko i polewam nam rumu - pierdolnij sobie, bo nie wiem czy przyjmiesz to na trzeźwo - uprzedzam go uczciwie, sam walę zawartość szklanki na hejnał. Przyjemne ciepło rozlewa się po gardle i spływa do żołądka, ale ja i tak nie wiem od czego zacząć... - Kutas który podpalił klub, zabił też Sombrę, chciał mnie... I Pilar - chuj. Zrzucam na niego od razu bombę, ale przecież go uprzedzałem. Patrzę jak to trawi w swoim małym móżdżku.

William N. Patel

who's your daddy, baby?

: czw sie 27, 2026 7:05 pm
autor: William N. Patel
- Jakby się okazało, że ktoś specjalnie chciał ci zaszkodzić to pewnie ubezpieczenie pokryje całość, mógłbyś sobie tu nawet odjebać remoncik reszty klubu i wrzucić to w koszty - w dodatku tak się składa, że jego prawnik, czyli ja, jest specjalistą w wyciąganiu hajsu od wielkich firm - Spoko, ogarnę to - od tego mnie miał i wystarczająco się odwdzięczał. Łączył nas układ dobry dla obu stron. Siedzimy przy biurku z lapacho, a Noriega podsuwa mi szklankę z rumem. Zawsze mnie ciekawiła fascynacja Madoxa tym meblem, fakt, był piękny i robił ogromne wrażenie, szczególnie za pierwszym razem; przekraczasz gabinet szefa, a tam pan Noriega we własnej osobie siedzi za biurkiem z lapacho, no ciekawy widok - Zapalimy sobie? Na pewno masz tu jakieś dobre cygarka - ja miałem tylko kręcone własnoręcznie szlugi, mogę się podzielić, ale do takiego trunku przydałoby się odpowiednie palenie, szczególnie, że chyba Madox zamierzał spuścić na mnie jakąś bombę, skoro zaczynał od nie przyjmiesz tego na trzeźwo. Zgodnie ze wskazówkami walę na hejnał po czym podsuwam mu szklankę żeby nie skąpił na drugiego. Medeliński rum zawsze wchodzi gładko, chociaż nie wiem czy to kwestia smaku, czy raczej tego, że zawsze go pijemy z Madoxem. W tym klubie pękło naprawdę dużo butelek kolumbijskiego alko. Zresztą inne kolumbijskie przysmaki też nie raz walały się po stołach. Emptiness było naprawdę jedyne w swoim rodzaju. Po słowach kumpla przez chwilę po prostu na niego patrzę i rozkminiam co mi właśnie powiedział - Co kurwa?! - zaraz, zaraz, to za dużo informacji naraz. Sombra nie żyje, Madox prawie i Pilar też ledwo uszła z życiem - Poczekaj, co? - powtarzam jeszcze raz - Ale co się stało? Co to za kutas? Czemu chce cię zabić? Czemu zabił Sombre?! - mam tak dużo pytań, że właściwie sam nie wiem, na które najpierw chcę znać odpowiedź. Madox miał rację, ciężko będzie to przetrawić ma trzeźwo - Dobra, polej mi więcej, ale ty już może nie pij, bo potem trzeba będzie jechać wiesz gdzie - doskonale wiedział gdzie i to była sprawa, którą musieliśmy w końcu załatwić, zanim będzie po ptokach. Zanim ktoś się zdąży rozmyślić i tak już długo zwlekamy

Madox A. Noriega

who's your daddy, baby?

: pt sie 28, 2026 8:23 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
- Myślę, że specjalnie - mówię znowu, a ta laska z ekipy sprzątającej zerka na nas z ukosa. Może jakaś dziennikarka i chce o tym napisać. Ostatnio jedna taka chciała mi się tu wjebać przez te taśmy, którymi owinęliśmy wejście. Kiwam głową, gdy Will mówi, że to ogarnie, a potem, żebyśmy pogadali na górze. Zazwyczaj mieliśmy to gdzieś ćpaliśmy i chlaliśmy w Emptiness gdzie popadnie, zaczynając od baru, po klubową podłogę i kibel na zapleczu, ale dzisiaj siadamy jak jakiś dwóch szefów przy moim biurku z Lapacho…
Wspomniałem, że na specjalne zamówienie? Z Lapacho.
- No kurwa, pytasz dzika czy sra w lesie - rzucam do Williama i zaraz sięgam do szuflady... Tak, tak, biurka z Lapacho, po pudełko z cygarami, kolumbijskimi, nie żaden kubański chłam. Wyciągam dwa i sunę po nich wytatuowanymi palcami, zaciągam się tym zapachem.
- To te, co jaraliście z Gabą w naszym łóżku? - pytam Patela bez ogródek, bo przecież wiem, że to robili, wyczuliśmy to z Pilar. Nas to się nie da tak łatwo zrobić, ona detektyw, a ja... No ja byłem pojebany.
Walimy ten rum, wyjmuję nawet zapalniczkę, żeby zaraz rzucić ją Billy'emu, razem z tą bombą, którą mu wyznałem. Dostał zapalarą w łeb i spadła na biurko, więc chyba zrobiłem wrażenie. Dolewam mu rumu i sobie też, już nawet nie podwójną, tylko po całej szklanie, nie będziemy się rozdrabniać i pierdolić, bo prawda jest taka, że żadni z nas dżentelmeni. Kiedy on tak trawi w głowie to, co mu powiedziałem, to sięgam po zapalniczkę i odpalam sobie cygaro. Pykam kilka kółek z dymu, które rozpływają się w powietrzu.
- No facet prawie podpalił mnie w samochodzie, w lesie, jak pojechałem się z nim rozmówić, a potem chciał mnie zastrzelić i... - kurwa. Język grzęźnie mi w gardle, bo wciąż ciężko mi się o tym mówi. Straciłem najlepszego przyjaciela, najwierniejszego. Kogoś kto przez te pierdolone osiem lat widział wszystkie moje wzloty i upadki, moje dołki i przypały. I najważniejsze, że nigdy mnie za to nie oceniał, zaciskam palce mocniej na szkle - i Sombra mnie zasłonił - wydusiłem to w końcu, ale nawet nie patrzę na Williama, tylko na swoją szklankę - Luna to gość, który jest... On jest jakby latynoskim ojcem chrzestnym - wyjaśniam mu i dopiero podnoszę na niego spojrzenie - siedzi w handlu ludźmi, to wiesz, nie jest moja bajka. I wydaje nam się, że on chce nas załatwić przez te pierdolone kontenery Wyatta - podnoszę szklankę i walę z niej kilka sporych łyków, a wtedy Will mówi to, że nie powinienem pić, bo mamy gdzieś tam jechać - zluzuj gacie, weźmiemy sobie kierowcę - no bo przecież mogliśmy. A ja potrzebowałem tego alko. Ostatnio kurwa wiecznie mieliśmy z Pilar jakieś problemy. Jeden za drugim, kłótnie, dramaty i mafię na głowie. Mogłem sobie pozwolić na to, żeby ten jeden raz nawalić się z kumplem. Pykam sobie cygarko opierając się o biurko z Lapacho - jestem pod ścianą i obawiam się, że jeśli ja go nie rozpierdolę, to on zniszczy mnie, albo zrobi krzywdę Pilar, już ostatnio jej groził - nie wiedziałem dokładnie co powiedział jej Pająk, czyli przydupas Luny, ale wiem, że ją wkurwił. Bardzo.

William N. Patel