needed a flame, nothing to spark
: śr sie 26, 2026 3:25 pm
Yubi Wang charakteryzowała się kompletną niechęcią do osób, które obnosiły się ze swoim wysokim statusem społecznym. Niegdyś sama miała możliwość dorastania w rodzinie, która może nie opływała w niewyobrażalne luksusy, ale z pewnością zapewniała jej komfort i poczucie bezpieczeństwa. Wszystko zmieniło się niemalże z dnia na dzień, kiedy jej ojciec zaciągnął niewyobrażalną liczbę pożyczek, a później nie poradził sobie z narastającymi długami. Zamiast zmierzyć się z konsekwencjami swoich decyzji, uciekł z powrotem do Chin, gdzie ani Bee, ani jej mama, Lauren, nie miały najmniejszej możliwości go odnaleźć.
Była mieszanego pochodzenia. Jej matka była Kanadyjką, natomiast ojciec Chińczykiem, przez co w domu Liu mieszały się ze sobą tradycje obu kultur. Dorastała w poniekąd kochającej się rodzinie, chociaż jej ojciec zdecydowanie nie należał do osób, które obdarzały żonę czułymi gestami. Zamiast tego narzucał jej swoje zasady i oczekiwał, że bez żadnego sprzeciwu będzie się do nich dostosowywać. Przez to Yubi nie wyniosła z domu najlepszego wzorca tego, jak powinno wyglądać rodzinne ciepło czy romantyczna bliskość pomiędzy dwojgiem ludzi. Sama uważała się raczej za osobę aromantyczną. Nigdy nie poznała nikogo, dla kogo straciłaby głowę albo poczuła te przysłowiowe motylki w brzuchu na sam widok drugiej osoby, co było poniekąd zabawne, bo była w związku z chłopakiem, którego poznała w liceum iiii za którego miała wyjść za niespełna rok. Nie rozumiała całego tego wzdychania do drugiej połówki, pisania cringe wiadomości o trzeciej nad ranem i patrzenia sobie głęboko w oczy, jakby można było w nich znaleźć odpowiedzi na wszystkie pytania wszechświata. YUCK.
No ale anyways, teraz miała znacznie ważniejsze rzeczy na głowie! Między innymi fakt, że jakimś, do cholerci, cudem udało jej się zdobyć w pełni płatny staż w Paryżu. I to nie w pierwszym lepszym miejscu, tylko w jednym z najbardziej renomowanych ośrodków językowych na świecie. Podczas studiów magisterskich otrzymała stypendium, a ponieważ chciała zostać tłumaczką, płynnie posługiwała się nie tylko chińskim i angielskim, ale również francuskim. Teraz miała spędzić kolejne dwa miesiące w jednym z bodajże najbardziej romantycznych miejsc na całym świecie. Sama. Kompletnie sama. Bez swojej matki, która non stop próbowała wykonywać na niej najdziwniejsze makijaże, ćwicząc przed rozpoczęciem pracy przy filmie, do którego właśnie dostała zajebistą fuchę. Może los w końcu się do nich uśmiechnie i przestaną kupować większość rzeczy w Dollaramie. No idealnie.
SHE JUST COULDN’T WAIT FOR THIS ADVENTURE.
────۶ৎ────
Dwa tygodnie później
Szła wieczorem jedną z paryskich uliczek i z uśmiechem rozciągającym jej usta niemalże od ucha do ucha. Zmierzała na domówkę, o której jej koleżanka z pracy nie potrafiła przestać mówić przez ostatnie pięc dni. - Bee! - zawołała Marinette, gdy tylko dostrzegła ją przed wejściem. - Chodź, przedstawię cię moim znajomym, a później do ciebie wrócę! Mój chłopak właśnie przyjechał! - Podekscytowana Francuzka chwyciła ją pod ramię i dosłownie wciągnęła w głąb apartamentu znajdującego się w starej kamienicy. Pszczółka ledwo zdążyła przekroczyć próg, a już została przeciągnięta przez tłum ludzi, podczas gdy Marinette przedstawiała ją kolejnym osobom. Starała się zapamiętać wszystkie imiona, którymi w nią rzucano, czasami wypowiadane łamanym angielskim, a czasami całkowicie po francusku. Po kilku minutach w jej głowie pozostało jednak tylko jakieś Pierre, Alice, Camille, dwie Sophie i prawdopodobnie ktoś o imieniu Louis. Albo Louise. Cholera jego wiedziała. No ale nic. Chciała tylko jakoś to przetrwać.
Nie była przyzwyczajona do imprez, a już tym bardziej do europejskich domówek, gdzie, well… naprawdę nie żałowano alkoholu. Ludzie pili wino prosto z butelek, ktoś przyniósł tacę z kieliszkami wypełnionymi czymś przezroczystym, co nie było wódką, a pachniało jak śmierć, absynt bodajże? Po kilku minutach udało jej się uciec od Marinette i znaleźć względnie spokojne miejsce przy stole zastawionym kolorowymi drinkami oraz przekąskami. Sięgnęła po jakiegoś przypadkowego krakersa i wsunęła go sobie do ust, kiedy zauważyła stojącego niedaleko chłopaka. Opierał się o ścianę I wyglądał… no dobrze? Przygryzła krakersa. Chrup. No dobra, może powinna się odezwać? Kolejny chrup. Spojrzała na niego ponownie, niby zupełnie przypadkiem i tylko kątem oka, ale chłopak akurat patrzył prosto na nią. Cholera.
Patrzył się.
Zauważył.
Boże, nie.
Nie, nie, nie, nie.
Chrup. Awaria.
Krakers utknął jej w gardle, przez co zakrztusiła się i błyskawicznie odwróciła w przeciwną stronę. Zaczęła kaszleć, usiłując jednocześnie odzyskać oddech, zachować resztki godności i nie paść tam trupem na oczach najbardziej atrakcyjnego faceta na tej imprezie. Jezu, o czym ty myślisz??? Sięgnęła po pierwszą lepszą szklankę wypełnioną jakąś kolorową cieczą i wypiła jej zawartość niemalże jednym haustem. Cholera jasna. Piekło jak skurczybyk. Co tam w ogóle było? Francuska wersja denaturatu? Upsi. Szybko zerknęła w bok. Nadal tam stał. Odkaszlnęła ostatni raz, odgarnęła włosy do tyłu i wyprostowała się, próbując zachowywać tak, jakby przez ostatnią minutę wcale nie walczyła o życie… Sięgnęła po kolejnego i wyciągnęła go w stronę chłopaka. - Tu veux un cracker ?
hi, there
Była mieszanego pochodzenia. Jej matka była Kanadyjką, natomiast ojciec Chińczykiem, przez co w domu Liu mieszały się ze sobą tradycje obu kultur. Dorastała w poniekąd kochającej się rodzinie, chociaż jej ojciec zdecydowanie nie należał do osób, które obdarzały żonę czułymi gestami. Zamiast tego narzucał jej swoje zasady i oczekiwał, że bez żadnego sprzeciwu będzie się do nich dostosowywać. Przez to Yubi nie wyniosła z domu najlepszego wzorca tego, jak powinno wyglądać rodzinne ciepło czy romantyczna bliskość pomiędzy dwojgiem ludzi. Sama uważała się raczej za osobę aromantyczną. Nigdy nie poznała nikogo, dla kogo straciłaby głowę albo poczuła te przysłowiowe motylki w brzuchu na sam widok drugiej osoby, co było poniekąd zabawne, bo była w związku z chłopakiem, którego poznała w liceum iiii za którego miała wyjść za niespełna rok. Nie rozumiała całego tego wzdychania do drugiej połówki, pisania cringe wiadomości o trzeciej nad ranem i patrzenia sobie głęboko w oczy, jakby można było w nich znaleźć odpowiedzi na wszystkie pytania wszechświata. YUCK.
No ale anyways, teraz miała znacznie ważniejsze rzeczy na głowie! Między innymi fakt, że jakimś, do cholerci, cudem udało jej się zdobyć w pełni płatny staż w Paryżu. I to nie w pierwszym lepszym miejscu, tylko w jednym z najbardziej renomowanych ośrodków językowych na świecie. Podczas studiów magisterskich otrzymała stypendium, a ponieważ chciała zostać tłumaczką, płynnie posługiwała się nie tylko chińskim i angielskim, ale również francuskim. Teraz miała spędzić kolejne dwa miesiące w jednym z bodajże najbardziej romantycznych miejsc na całym świecie. Sama. Kompletnie sama. Bez swojej matki, która non stop próbowała wykonywać na niej najdziwniejsze makijaże, ćwicząc przed rozpoczęciem pracy przy filmie, do którego właśnie dostała zajebistą fuchę. Może los w końcu się do nich uśmiechnie i przestaną kupować większość rzeczy w Dollaramie. No idealnie.
SHE JUST COULDN’T WAIT FOR THIS ADVENTURE.
Szła wieczorem jedną z paryskich uliczek i z uśmiechem rozciągającym jej usta niemalże od ucha do ucha. Zmierzała na domówkę, o której jej koleżanka z pracy nie potrafiła przestać mówić przez ostatnie pięc dni. - Bee! - zawołała Marinette, gdy tylko dostrzegła ją przed wejściem. - Chodź, przedstawię cię moim znajomym, a później do ciebie wrócę! Mój chłopak właśnie przyjechał! - Podekscytowana Francuzka chwyciła ją pod ramię i dosłownie wciągnęła w głąb apartamentu znajdującego się w starej kamienicy. Pszczółka ledwo zdążyła przekroczyć próg, a już została przeciągnięta przez tłum ludzi, podczas gdy Marinette przedstawiała ją kolejnym osobom. Starała się zapamiętać wszystkie imiona, którymi w nią rzucano, czasami wypowiadane łamanym angielskim, a czasami całkowicie po francusku. Po kilku minutach w jej głowie pozostało jednak tylko jakieś Pierre, Alice, Camille, dwie Sophie i prawdopodobnie ktoś o imieniu Louis. Albo Louise. Cholera jego wiedziała. No ale nic. Chciała tylko jakoś to przetrwać.
Nie była przyzwyczajona do imprez, a już tym bardziej do europejskich domówek, gdzie, well… naprawdę nie żałowano alkoholu. Ludzie pili wino prosto z butelek, ktoś przyniósł tacę z kieliszkami wypełnionymi czymś przezroczystym, co nie było wódką, a pachniało jak śmierć, absynt bodajże? Po kilku minutach udało jej się uciec od Marinette i znaleźć względnie spokojne miejsce przy stole zastawionym kolorowymi drinkami oraz przekąskami. Sięgnęła po jakiegoś przypadkowego krakersa i wsunęła go sobie do ust, kiedy zauważyła stojącego niedaleko chłopaka. Opierał się o ścianę I wyglądał… no dobrze? Przygryzła krakersa. Chrup. No dobra, może powinna się odezwać? Kolejny chrup. Spojrzała na niego ponownie, niby zupełnie przypadkiem i tylko kątem oka, ale chłopak akurat patrzył prosto na nią. Cholera.
Patrzył się.
Zauważył.
Boże, nie.
Nie, nie, nie, nie.
Chrup. Awaria.
Krakers utknął jej w gardle, przez co zakrztusiła się i błyskawicznie odwróciła w przeciwną stronę. Zaczęła kaszleć, usiłując jednocześnie odzyskać oddech, zachować resztki godności i nie paść tam trupem na oczach najbardziej atrakcyjnego faceta na tej imprezie. Jezu, o czym ty myślisz??? Sięgnęła po pierwszą lepszą szklankę wypełnioną jakąś kolorową cieczą i wypiła jej zawartość niemalże jednym haustem. Cholera jasna. Piekło jak skurczybyk. Co tam w ogóle było? Francuska wersja denaturatu? Upsi. Szybko zerknęła w bok. Nadal tam stał. Odkaszlnęła ostatni raz, odgarnęła włosy do tyłu i wyprostowała się, próbując zachowywać tak, jakby przez ostatnią minutę wcale nie walczyła o życie… Sięgnęła po kolejnego i wyciągnęła go w stronę chłopaka. - Tu veux un cracker ?
hi, there