Strona 1 z 1

needed a flame, nothing to spark

: śr sie 26, 2026 3:25 pm
autor: yubi wang
Yubi Wang charakteryzowała się kompletną niechęcią do osób, które obnosiły się ze swoim wysokim statusem społecznym. Niegdyś sama miała możliwość dorastania w rodzinie, która może nie opływała w niewyobrażalne luksusy, ale z pewnością zapewniała jej komfort i poczucie bezpieczeństwa. Wszystko zmieniło się niemalże z dnia na dzień, kiedy jej ojciec zaciągnął niewyobrażalną liczbę pożyczek, a później nie poradził sobie z narastającymi długami. Zamiast zmierzyć się z konsekwencjami swoich decyzji, uciekł z powrotem do Chin, gdzie ani Bee, ani jej mama, Lauren, nie miały najmniejszej możliwości go odnaleźć.

Była mieszanego pochodzenia. Jej matka była Kanadyjką, natomiast ojciec Chińczykiem, przez co w domu Liu mieszały się ze sobą tradycje obu kultur. Dorastała w poniekąd kochającej się rodzinie, chociaż jej ojciec zdecydowanie nie należał do osób, które obdarzały żonę czułymi gestami. Zamiast tego narzucał jej swoje zasady i oczekiwał, że bez żadnego sprzeciwu będzie się do nich dostosowywać. Przez to Yubi nie wyniosła z domu najlepszego wzorca tego, jak powinno wyglądać rodzinne ciepło czy romantyczna bliskość pomiędzy dwojgiem ludzi. Sama uważała się raczej za osobę aromantyczną. Nigdy nie poznała nikogo, dla kogo straciłaby głowę albo poczuła te przysłowiowe motylki w brzuchu na sam widok drugiej osoby, co było poniekąd zabawne, bo była w związku z chłopakiem, którego poznała w liceum iiii za którego miała wyjść za niespełna rok. Nie rozumiała całego tego wzdychania do drugiej połówki, pisania cringe wiadomości o trzeciej nad ranem i patrzenia sobie głęboko w oczy, jakby można było w nich znaleźć odpowiedzi na wszystkie pytania wszechświata. YUCK.

No ale anyways, teraz miała znacznie ważniejsze rzeczy na głowie! Między innymi fakt, że jakimś, do cholerci, cudem udało jej się zdobyć w pełni płatny staż w Paryżu. I to nie w pierwszym lepszym miejscu, tylko w jednym z najbardziej renomowanych ośrodków językowych na świecie. Podczas studiów magisterskich otrzymała stypendium, a ponieważ chciała zostać tłumaczką, płynnie posługiwała się nie tylko chińskim i angielskim, ale również francuskim. Teraz miała spędzić kolejne dwa miesiące w jednym z bodajże najbardziej romantycznych miejsc na całym świecie. Sama. Kompletnie sama. Bez swojej matki, która non stop próbowała wykonywać na niej najdziwniejsze makijaże, ćwicząc przed rozpoczęciem pracy przy filmie, do którego właśnie dostała zajebistą fuchę. Może los w końcu się do nich uśmiechnie i przestaną kupować większość rzeczy w Dollaramie. No idealnie.
SHE JUST COULDN’T WAIT FOR THIS ADVENTURE.
────۶ৎ────

Dwa tygodnie później

Szła wieczorem jedną z paryskich uliczek i z uśmiechem rozciągającym jej usta niemalże od ucha do ucha. Zmierzała na domówkę, o której jej koleżanka z pracy nie potrafiła przestać mówić przez ostatnie pięc dni. - Bee! - zawołała Marinette, gdy tylko dostrzegła ją przed wejściem. - Chodź, przedstawię cię moim znajomym, a później do ciebie wrócę! Mój chłopak właśnie przyjechał! - Podekscytowana Francuzka chwyciła ją pod ramię i dosłownie wciągnęła w głąb apartamentu znajdującego się w starej kamienicy. Pszczółka ledwo zdążyła przekroczyć próg, a już została przeciągnięta przez tłum ludzi, podczas gdy Marinette przedstawiała ją kolejnym osobom. Starała się zapamiętać wszystkie imiona, którymi w nią rzucano, czasami wypowiadane łamanym angielskim, a czasami całkowicie po francusku. Po kilku minutach w jej głowie pozostało jednak tylko jakieś Pierre, Alice, Camille, dwie Sophie i prawdopodobnie ktoś o imieniu Louis. Albo Louise. Cholera jego wiedziała. No ale nic. Chciała tylko jakoś to przetrwać.

Nie była przyzwyczajona do imprez, a już tym bardziej do europejskich domówek, gdzie, well… naprawdę nie żałowano alkoholu. Ludzie pili wino prosto z butelek, ktoś przyniósł tacę z kieliszkami wypełnionymi czymś przezroczystym, co nie było wódką, a pachniało jak śmierć, absynt bodajże? Po kilku minutach udało jej się uciec od Marinette i znaleźć względnie spokojne miejsce przy stole zastawionym kolorowymi drinkami oraz przekąskami. Sięgnęła po jakiegoś przypadkowego krakersa i wsunęła go sobie do ust, kiedy zauważyła stojącego niedaleko chłopaka. Opierał się o ścianę I wyglądał… no dobrze? Przygryzła krakersa. Chrup. No dobra, może powinna się odezwać? Kolejny chrup. Spojrzała na niego ponownie, niby zupełnie przypadkiem i tylko kątem oka, ale chłopak akurat patrzył prosto na nią. Cholera.
Patrzył się.
Zauważył.
Boże, nie.
Nie, nie, nie, nie.

Chrup. Awaria.

Krakers utknął jej w gardle, przez co zakrztusiła się i błyskawicznie odwróciła w przeciwną stronę. Zaczęła kaszleć, usiłując jednocześnie odzyskać oddech, zachować resztki godności i nie paść tam trupem na oczach najbardziej atrakcyjnego faceta na tej imprezie. Jezu, o czym ty myślisz??? Sięgnęła po pierwszą lepszą szklankę wypełnioną jakąś kolorową cieczą i wypiła jej zawartość niemalże jednym haustem. Cholera jasna. Piekło jak skurczybyk. Co tam w ogóle było? Francuska wersja denaturatu? Upsi. Szybko zerknęła w bok. Nadal tam stał. Odkaszlnęła ostatni raz, odgarnęła włosy do tyłu i wyprostowała się, próbując zachowywać tak, jakby przez ostatnią minutę wcale nie walczyła o życie… Sięgnęła po kolejnego i wyciągnęła go w stronę chłopaka. - Tu veux un cracker ?

hi, there

needed a flame, nothing to spark

: czw sie 27, 2026 11:44 pm
autor: Xander Westhall
Luksus był cząstką życia, na którą Xander nie zwracał zbytnio uwagi — może dlatego, że państwo Westhall wychowali swoje dzieci bez parcia na pieniądze i nie pokazując im aż tak, że bez tego świat nie istniał? Oczywiście, że otwierały one pewne drogi, które były zamknięte dla osób, które musiały nieco bardziej się postarać. Może i mieli łatwiej w życiu, może i zdarzało im się nie doceniać dogodności, które dostawali, ale to daleko leżało od bycia niewdzięcznym. Po prostu byli normalni i potrafili spojrzeć na niektóre sytuacje jak na swoje szanse.

I szansą Xandera było wyjechanie do Paryża, gdzie miał pracować nad scenografią 3D do nowego serialu. Przenieść urok francuskich ulic do komputerowej mechaniki i nie dać odczuć widzom, że niektóre sceny wcale nie były nagrane w stolicy miłości. Była to praca jak zwykle, a jednak inna. Obcowanie w tym kraju pozwalało mu wczuć się w klimat i dawało możliwość lepszego montowania materiału. Chciał poczuć to wszystko, co mówiło się o tym mieście. Chciałby poczuć szybsze bicie serca, romans, który oddziaływał na najgłębsze zmysły i chciał, aby udowodnić mu to, że miłość, którą obecnie posiadał w swoim życiu, nie była niczym… specjalnym. Boże, bo dlaczego cieszył się z tego wyjazdu i faktu, że nieco odpocznie od swojej narzeczonej? I to nie tak, że była jakaś okropna, jednak z każdym kolejnym tygodniem, który notabene zbliżał ich do ślubu, Xander zastanawiał się, czy w ogóle rozumiał pojęcie kochania i czy słowa kocham cię były tym, czym do tej pory uważał. Czy jej obecność nie była tylko i wyłącznie przyzwyczajeniem? W końcu znali się od lat, była jego bezpieczną przystanią, jego przyjaciółką, ale czy tylko o to chodziło w wyborze osoby, z którą miało zamiar spędzić się resztę życia?

Nie był zbyt dobrym narzeczonym, skoro dostając zaproszenie na imprezę od jednego z członków jego nowej filmowej ekipy, ustanowił sobie zasadę — co dzieje się w Paryżu, zostaje w Paryżu. Nie miał planów zdradzać swojej obecnej partnerki, ale… cholera, potrzebował poczuć, że żyje. A gdzie może to osiągnąć jeśli nie w miejscu, w którym nikt go nie zna i po dwóch miesiącach pozostanie po nim jedynie słodkie lub gorzkie wspomnienie? Wtedy będzie tysiące kilometrów stąd i nie będzie go obchodzić, czy jakaś francuska ma o nim średnie mniemanie, skoro wróci do wybierania dobrze skrojonego garnituru na własny ślub lub akceptowaniu koloru piwonii, które były ulubionymi kwiatami jego przyszłej żony.

I naprawdę bardzo dobrze czuł się w towarzystwie francuskiej części produkcji, tym bardziej jeśli respektowali, że jego francuski był łamany i w większości porozumiewali się z nim po angielsku, ucząc go przy okazji jakiś nowych słówek. Ten język znał tyle o ile — ucząc się go w szkole średniej, więc znając go na stopie komunikatywnej, ale po latach nie używania go, słowa zanikały, a pamięć do gramatyki była już nie taka, jak za czasów młodości. Europejskie domówki rzeczywiście różniły się od tych, do których przywykł w Kanadzie. Mocno zakrapiane alkoholem, a niektórzy to w ogóle mieli głowę ze stali. Uważnie selekcjonował to, co podsuwali mu pod nos, nie chcąc skończyć tej imprezy zbyt szybko albo żeby nie wylądować pod stołem, zostając pośmiewiskiem wieczora, że pokonał go byle jaki absynt; który swoją drogą był jego final bossem tej imprezy i może zdecyduje się na niego dopiero na wyjściu, kiedy i tak wszystko będzie mu już obojętne. Póki co wsłuchiwał się w rozmowę na temat przygotowań i droczenia się dwójki znajomych o ich projektach, a międzyczasie wzrokiem analizował otoczenie, skupiając spojrzenie na wielu barwnych osobach — w teorii oraz w praktyce! Nie dość, że był tu duży przekrój rasowy, to na dodatek przekrój osobowościowy był również godny podziwu. Ktoś obmacywał kogoś na kanapie, inna dziewczyna tańczyła na kuchennym blacie, następna właśnie zdzielała jakiegoś chłopaka z liścia prosto w policzek… ajć, to musiało boleć! A potem trafił spojrzeniem na dziewczynę, która przy stole z przekąskami chrupała krakersy, perfidnie się na niego patrząc, a gdy tylko ich spojrzenie przecięło się na ułamek sekundy, odwróciła wzrok, jakby udając, że wcale nie lustrowała go swoimi błyszczącymi oczami. W rozbawieniu uniósł kącik ust, kiwając głową z niedowierzaniem i odwrócił głowę, dając jej pole do popisu, aby na nowo na niego zerknąć po czym… znowu się na nią spojrzał. Znowu nawiązali kontakt wzrokowy, tym razem dłuższy, a ona wtedy… zaczęła się dusić?? Jak powinien to zinterpretować? Przeprosił swoich towarzyszy, udając się w jej kierunku, aby być gdzieś w niewielkiej odległości, aby czasami nie umarła, a on bezkarnie by się temu przyglądał… Dała radę sama, choć Xander z podziwem obserwował, jak chwyciła pierwszy lepszy kubek z kolorowym napojem, który nie mógł być czymś normalnym i co potwierdziła mu jej późniejsza, zniesmaczona mina. Podszedł jeszcze bliżej, już zbierając się w głowie, aby dość naturalnie zapytać się jej po francusku, czy wszystko w porządku, czy potrzebuje pomocy, czy na pewno nie umiera, a w zamian za to, wyciągnęła w jego kierunku swoją śmiercionośną broń i zapytała, czy chce krakersa.

Chcesz krakersa?


Uniósł brwi, patrząc na nią z lekkim rozbawieniem i uśmiechając się nieznacznie, może trochę tajemniczo. — Et comment puis-je être sûr que cela ne me tuera pas? — Wow, Xander. Sam był pod wrażeniem, jak płynnie i pewnie powiedział to zdanie, chociaż nie miał pewności, czy po drodze nie pokręcił czasów czy może nagle nie zapytał się, czy jej matka urodziła lamę. — Musisz mi wybaczyć, jeśli coś palnąłem nie tak. Francuski nie jest moją szczególnie mocną stroną — dodał zaraz, sygnalizując, że nie był stąd. Nie było co jej kłamać, poza tym, dla francuzek raczej nie było to przeszkodą, skoro znały wiele języków! Mogli porozumieć się niewerbalnie… znaczy co. O czym on myślał? Odchrząknął, mimo wszystko częstując się krakersem, żeby może rzeczywiście udusić się i przestać myśleć o jakiś dziwnych rzeczach; ale co mógł poradzić na to, że dziewczyna stojąca przed nim była piękna i urocza w tej całej swojej niezdarności? — Je suis venu demander si tout allait bien — wyjaśnił, przechodząc jeszcze na francuski, nie wiedząc, że w zasadzie może pozwolić sobie na swobodne rozmawianie w swoich ojczystym języku.

krakersiara

needed a flame, nothing to spark

: pt sie 28, 2026 11:58 am
autor: yubi wang
dans mon esprit tout divague,
je me perds dans tes yeux


le sonneur de Notre-Dame

Nie przypuszczała, że jeden z jej pierwszych kontaktów na socjalnej imprezie w zupełnie nowym kraju z przystojnym mężczyzną skończy się tym, że o mały krakers(włos), nie zakrztusi się przekąską, wciągając do gardła zdecydowanie zbyt dużą ilość tych przeklętych, przesolonych okruszków.
mon Dieu.
Przecież ona na bank musiała przypominać mu teraz tego nieszczęsnego Quasimodo. Jezus Maria… czyżby w tej wersji dramatycznej historii miłosnej to on był Esmeraldą?! YUBI. O czym ty w ogóle myślisz? Jakiej miłosnej?! Próbowała się uspokoić, ogarnąć ten wewnętrzny natłok myśli i przede wszystkim fakt, że dziwnie się przy nim stresowała. Boże, jakie on miał piękne niebieskie oczy… Zatrzymała na nich swoje brązowe ślepka i przez chwilę dosłownie w nich tonęła. I tonęła. I jeszcze troszkę tonęła, zanim nagle dotarło do niej, że… On coś mówił. BOŻE. ON MÓWIŁ XD.

Przez moment próbowała poskładać w głowie ostatnie kilka sekund rozmowy, zanim parsknęła cicho śmiechem. - que serait la vie si, à chaque geste, nous savions ce qui nous attend ? - uniosła brew, uśmiechając się do niego. - peut-être que ce cracker sera ton salut, ou bien une fin presque dramatique, comme celle que je viens de vivre. - Zaśmiała się, czując przy okazji, jak jej policzki zaczynają delikatnie czerwienieć, kiedy przejął od niej przekąskę.

Słysząc jego tłumaczenie, że nie był Francuzem i że z francuskim szło mu raczej… średnio, na ustach Yubi pojawił się cwaniacki uśmieszek. Oho. Można się pobawić. Nie zamierzała mu przecież od razu mówić, że francuski również nie był jej pierwszym językiem. Zamiast tego przybrała najbardziej wiarygodny akcent, na jaki było ją stać, i zaczęła kaleczyć angielski,- Ahhh, American, no? - zapytała, przykładając palec do podbródka, po czym uniosła wskazujący palec do góry, jakby właśnie doznała olśnienia. Przysunęła się trochę bliżej i wyciągnęła telefon z kieszeni, szybko odpalając google translate. - Jeżeli nie zrozumiemy się, to mamy to cudenko - oznajmiła, zadzierając głowę w jego stronę i posyłając mu szeroki uśmiech. - Ahhh, tout va bien, merci. Et ça ? Il m'arrive très souvent de m'étouffer avec quelque chose. - Zaśmiała się. I sekundę później jej oczy zrobiły się wielkie.

Czemu.
Czemu ona mu właśnie powiedziała, że regularnie się... dławi?!
Chryste.

Nigdy nie myślała o żadnych podtekstach. NIGDY. A teraz nagle, stojąc naprzeciwko niego i obserwując jego usta, to jak chrupał tego cholernego krakersa… Nie. Absolutnie nie. Odwróciła czym prędzej wzrok, bo miała wrażenie, że nabierała zupełnie nowych odcieni czerwieni. - Euh… Tu restes longtemps à Paris ? - zapytała, ponownie na niego spoglądając i desperacko próbując utrzymać rozmowę. Bo, no… miała nadzieję, że nie zamierzał zaraz zniknąć z jej pola widzenia, skoro upewnił się już, że przypadkiem nie umrze od krakersa. Ciekawe tylko, czy był tutaj z kimś. Czy miał dziewczynę. Czy może przyleciał tutaj właśnie do niej. Albo miał randkę.


YUBI.
Przestań.

No i jakby na zbawienie, a może raczej na jej całkowitą zgubę, przybiegł chłopak koleżanki z pracy, nieźle już wstawiony i kompletnie przekręcając zarówno jej imię, jak i przezwisko, postanowił nazwać ją… robaczkiem? - Petit ver… je vois que tu n'es pas seul, c'est très bien - wymamrotał z zadowoleniem, wyciągając dłoń i klepiąc Yubi po głowie z szerokim uśmiechem, jakby była jakimś szczeniakiem. Umm… Co? Nie zdążyła nawet porządnie zareagować, bo mężczyzna już spojrzał na stojącego obok niej chłopaka, po czym bezceremonialnie wcisnął się pomiędzy nich, łapiąc oboje pod ramiona. - On va danser, et après on joue Sept minutes au paradis! - CO? Za późno.

Pociągnął ich w kierunku salonu, który był przyciemniony, a jakieś prowizorycznie porozstawiane po kątach kolorowe światła rozświetlały tłum ludzi. Muzyka dudniła, wszędzie kręciły się tańczące pary, a ten idiota, jak gdyby nigdy nic, wepchnął ich prosto na siebie. Yubi wylądowała twarzą na jego klatce piersiowej. O BOŻE. - Je m'excuse - rzuciła natychmiast, unosząc głowę. Tylko że w salonie był taki ścisk, że nawet gdyby bardzo chciała, nie miałaby za bardzo dokąd uciec. Niepewnie uniosła więc dłonie i oparła je na jego klatce piersiowej, bo jakoś nie miała odwagi przesunąć ich wyżej i zarzucić mu na szyję. Tak się chyba tańczyło, prawda? Z tego, co pamiętała z balu licealnego kilka lat wcześniej, na którym była ze swoim narzeczonym, chyba właśnie tak. Czy wspominaliśmy, że Yubi kompletnie nie umiała tańczyć? Nie? No to teraz już wiecie. Uniosła na niego nieśmiało spojrzenie. - Une danse ? Après, je m'en vais. - powiedziała przez muzykę, wystarczająco głośno i powoli, żeby miał szansę ją usłyszeć i, miejmy nadzieję, zrozumieć. I znowu zrobiła ten cholerny błąd. Spojrzała mu w oczy. Te jego niebieskie tęczówki w połączeniu z zapachem perfum, który teraz czuła zdecydowanie zbyt intensywnie, bo stali przecież praktycznie przyklejeni do siebie, sprawiły, że niemal zakręciło jej się w głowie. A potem z głośników poleciała Edith Piaf.

La Foule.

Yubi wsłuchiwała się w tekst, mimowolnie uśmiechając się pod nosem, bo czy ta sytuacja mogła jeszcze bardziej pasować do tej przeklętej piosenki? Tłum dookoła praktycznie nie dawał im wyboru, popychając ich coraz bliżej siebie za każdym razem, kiedy ktoś zahaczał o nich ramieniem. Nuciła więc cicho pod nosem, dając się prowadzić muzyce trochę bardziej niż własnym umiejętnościom tanecznym, i co jakiś czas zerkała na niego. Najpierw w oczy... potem trochę niżej... na jego usta... i znowu w oczy... tyle że jego usta wyglądały teraz tak, jakby wręcz prosiły się o p o c a ł u n e k.

américain

needed a flame, nothing to spark

: ndz sie 30, 2026 12:32 am
autor: Xander Westhall
Jak widać, nawet wygląd Quasimodo nie odstraszył Xandera, bo jednak zainteresował się, czy nieznajoma przeżyła diabelskie spotkanie ze słonymi krakersami. Miała w sobie coś przyciągającego i ciężko było stwierdzić, czy zasługą były czekoladowe, błyszczące oczy, czy może ta słodka niezdarność. NIE WIEDZIAŁ. I nie chciał się dowiadywać, bo to oznaczałoby zainteresowanie, a on nie czuł potrzeby interesować się kimś aż nazbyt, jedynie pozwalając sobie na przelotne uczucie, które nie będzie wprowadzać go w jakieś poczucie winy… chociaż czy spojrzenie na jakąkolwiek dziewczynę w inny sposób nie sprawiało, że już czuł się nieswojo? Przez kilka ostatnich lat liczyła się tylko jego narzeczona i nikt więcej — brzmiało jak uwiązanie, ale tak nie było. Znali się od liceum, żyli wspólnie od lat… a jednak istniał jakiś problem, skoro zwątpił. Wiedziały gały co brały, a jednocześnie odczuwał obezwładniającą pustkę, brak spontaniczności w ich związku, nieznośną przewidywalność i wygasający ogień. Może to przychodziło z biegiem lat? Może po prostu wiek grał tu rolę i im był starszy, tym jego własna, osobista intensywność przygasała?

Dziewczyna wydawała się nieobecna — czy ona w ogóle go słuchała? Spojrzał na nią, mrużąc oczy, kiedy wreszcie przemówiła. Egzystencjalne pytania, cudownie. — Ce serait prévisible. — Proste pytanie, prosta odpowiedź. Co prawda, pewnie nie liczyła na taką odpowiedź, może chciała, aby wszedł z nią w polemikę, ale… nie po francusku. Nim zdążył przetłumaczyć sobie w głowie ewentualne zdanie, ona zaczęła mówić dalej. — Ce serait une bénédiction si l'on me forçait à revenir pour écouter mes amis chanter des chansons d'amour françaises — parsknął. To było wycie, a nie śpiewanie i doceniał ich odwagę oraz namiastkę kunsztu artystycznego, a także niebywałą wizję, ale Xander nie był pewien, czy zdoła wytrzymać kolejną dawkę wycia kojota.

Był przekonany, że znał ten rodzaj uśmiechu, a jednocześnie sprawiał, że wyglądała tylko bardziej rozbrajająco. Pokiwał zaraz przecząco głową. Przecież nie będzie nikt godzić w jego patriotyczne serducho! — Canadien — sprostował. Spojrzał zaraz, jak wyciągała telefon i odpaliła google translate. To i jej następne słowa jasno mu sugerowały, że dziewczyna najwyraźniej była zainteresowana kontynuowaniem rozmowy. — Je pense que nous devrions pouvoir nous en passer — zaśmiał się rozbawiony. Może nie był nie wiadomo jak biegły w tym języku, ale umiał go. Dodatkowo spędził tu już niecały miesiąc i zdążył się rozruszać w mowie, nadal może potykając się o błędy językowe i zapominając słów, ale używał tego o wiele biegle, i o wiele swobodniej niż jeszcze kilka tygodni temu. Czasami nie rozumiał niektórych zdań, wyrażeń, wyrazów… i był przekonany, że teraz źle zrozumiał. No kurwa, musiał źle zrozumieć. Naprawdę europejczycy byli na tyle bezpośredni, żeby mówić o częstym dławieniu się w pierwszych minutach rozmowy? Cholera, czemu w ogóle on pomyślał od razu o czymś sprośnym? Mogła po prostu mieć problem z… połykaniem. NIEWAŻNE. — Je ne suis pas sûr d'avoir bien compris — zasygnalizował, bo nie było tu co ściemniać. Może powiedziała właśnie coś ultra ważnego, a on okaże brak szacunku, jeśli tego nie skomentuje? Tylko dlaczego rumieniła się coraz bardziej? Nie rozumiał. W ogóle nie brał pod uwagę faktu, że… mógł jej się spodobać. Mniej lub więcej, w zasadzie w jakimkolwiek stopniu. — Je suis ici depuis un mois. Il me reste encore un mois — wyjaśnił, postanawiając nie wchodzić w szczegóły po co, do kogo czy cokolwiek innego. W ogóle chciał nieco przyściemnić z tym wszystkim i teraz żałował, że nawet nie pociągnął amerykańskiej gadki i nie powiedział, że jest z jakiegoś Los Angeles czy coś. Może to i lepiej? Jeszcze zaczęłaby wypytywać go o Stany Zjednoczone, a znał się na nich jak wilk na gwiazdach.

Zaraz przyszedł chłopak, nazwał ją robaczkiem, więc od razu Xander pomyślał, że może był jej chłopakiem… a potem cieszył się, że nie była sama. Może francuscy chłopacy cieszą się, jak ich dziewczyny poznają nowych znajomych? Może nie byli szczególnie zaborczy? — Non, non, je dois… — zaczął się sprzeciwiać ku wyciągnięciu na parkiet, a później tym bardziej ku jakiejś pijackiej grze. I nie miał nic przeciwko, żeby poznawać nowe osoby… ale w ten sposób? Swoją drogą, w końcu chciał uniesień! Jednak rzeczywistość skonfrontowania się z obcą osobą w ten sposób nieco go przytłaczała.

Czuł się trochę jak na imprezie w liceum — może nawet jego emocje były nieco podobne. Jakaś obca dziewczyna, która bez problemu mogła mu się podobać, a może nawet jego dziewczyna, którą poznał w podobny sposób? Wokół nich ludzie, niektórzy idący na całość, a niektórzy po prostu czerpali z tego, że był piątek i dla większości zakończył się tydzień pracy. Dziewczyna wpadła na niego, popchnięta przez ludzi wokół nich, a którzy nawet nie zwrócili uwagi na to, że zachowali się niepoprawnie. Ah, europejczycy. Z automatu złapał ją, niefortunnie kładąc jej dłonie na talii i przechodziło przez niego dziwne ciepło, czując te jej małe łapki na swojej klatce piersiowej. — C’est bon — powiedział cicho, ale wystarczająco na tyle, aby dziewczyna mogła usłyszeć go z tak niewielkiej odległości. To wszystko wydawało mu się cholernie sztywne, ale on sam nie umiał się rozluźnić. Przecież umiał tańczyć! Chodził na jakieś tam lekcje, bo ojciec nie chciał, aby przyniósł mu wstyd, a jednak nagle zapomniał, jak powinien postępować z kroku na krok. Kiwnął głową, zgadzając się na taniec i z pewnością musieli wyglądać jak dwójka nieopierzałych nastolatków. Zaraz Xander przesunął swoje dłonie na jej ręce, przesuwając je do nadgarstków dziewczyny i odrywając je od swojej klatki piersiowej, uniósł je na jej głowę, obracając ją dwa razy wokół jej własnej osi, po czym położył je za swoją szyją. — Ce sera plus pratique — dopowiedział, ponownie umiejscawiając swoje dłonie na jej talii, po czym spojrzał w jej oczy, które w tym pomieszczeniu wypadały dość ciemno, ale kolorowe lampki odbijały się radośnie w jej tęczówkach.

Była piękna, bez dwóch zdań.

— Vous habitez à Paris? — zapytał, chcąc przy okazji podpytać ją o szczegóły. Chciał wiedzieć, co tu robi, jak długo i gdzie można ją znaleźć. Miał kilka pytań, na które chciał poznać odpowiedź, nim wybije północ, a dziewczyna rozpłynie się w powietrzu, zaraz uciekając do swojej karocy jak kopciuszek. Nie zdziwiłoby go to, bo to wszystko wyglądało mu… nierzeczywiście.

paryżanka?

needed a flame, nothing to spark

: ndz sie 30, 2026 6:57 pm
autor: yubi wang
parlez de moi, à vos amours, à vos amis
parler leur de cette fille aux yeux noirs et de son rêve fou


Przyglądała mu się, starając się ukryć rozbawienie, kiedy odpowiedział na tę jej jakże deep życiową zagwozdkę. Naprawdę nie była taka! No dobra. Była... Lubiła zadawać przedziwne pytania i zatracać się w nieskończenie nielogicznych, czasami kompletnie absurdalnych, a dla niej niesamowicie intrygujących tematach. Była raczej dziwną osobą, której ludzie nie zawsze potrafili zrozumieć, ale teraz znajdowała się w zupełnie innym kraju, pośród ludzi, których najprawdopodobniej już nigdy więcej nie zobaczy. No, chyba że przypadkiem wyskoczą jej kiedyś na stories na instagramie. Nie chciała się więc stopować. Uznała, że tutaj, w Paryżu, może być kimkolwiek zechce. Nawet jeżeli w kilku przypadkach będzie musiała troszeczkę… nagiąć prawdę. - Ah, donc je devrais m'acheter des bouchons d'oreilles, au cas où elle se trouverait près de tes amis, hein? - odpowiedziała, śmiejąc się pod nosem.

Coś zdecydowanie było w tym mieście. W tak krótkim czasie zdążyła zauważyć, że Francuzi byli otwarci, czasami nawet aż za bardzo, uwielbiali fizyczną bliskość, szczerość, dobrą zabawę i, przede wszystkim, święty spokój podczas przerwy na lunch. Yubi próbowała więc być odrobinę śmielsza... bo na dorbą sprawę gdyby nie incydent z krakersem i fakt, że sam do niej podszedł, prawdopodobnie spędziłaby cały wieczór, ukradkiem się w niego wpatrując, a później leżała w łóżku i przeklinała samą siebie, że zabrakło jej choćby krzty odwagi, żeby się odezwać. Ale teraz już rozmawiali. Poznawała go. I czekaj… był Kanadyjczykiem? Jak ona?! Przełknęła ślinę, przez moment czując lekkie ukłucie stresu, ale zaraz przypomniała sobie własne postanowienie... więc musiała po prostu shoot her chances.

Co mogło pójść nie tak?

- Ah, canadien ? C'est vrai que vous buvez du sirop d'érable là-bas? - zapytała z szerokim uśmiechem, ponownie wpatrując się w jego nieziemskie tęczówki. Pozytywnie zaskoczył ją fakt, że nie zamierzał korzystać z translatora. Jego ciężki francuski akcent i sposób, w jaki wymawiał niektóre słowa, których mimo wszystko bez problemu była w stanie się domyślić, były wręcz przeurocze. Yubi oczywiście nie byłaby sobą, gdyby chwilę później nie palnęła czegoś kompletnie nieprzyzwoitego i wystarczająco dwuznacznego, żeby przez kolejną sekundę zastanawiać się, dlaczego nie została tego wieczoru w mieszkaniu gdzie się zatrzymywała. ALE WTOPA. Chociaż… Czekaj, czekaj. On chyba nie był pewien, czy dobrze zrozumiał, co właśnie powiedziała. WINNER WINNER CHICKEN DINNER! Natychmiast machnęła ręką. - Ahhh, peu importe, ce n'est pas grave! - Bagietkowe bożki zdecydowanie były dzisiaj po jej stronie. Yippee. - Encore un mois? - powtórzyła, kiedy usłyszała, że zostanie tutaj jeszcze tylko miesiąc.

I zupełnie niespodziewanie coś dziwnie ścisnęło ją w środku. Jakby jakaś część jej samej podpowiadała, że może właśnie na tym miał polegać ten wyjazd. Na zrobieniu czegoś, czego normalnie nigdy by nie zrobiła. Na zaryzykowaniu. Na doświadczeniu chociaż jednej z tych historii o Paryżu, o których wcześniej tylko czytała. - Tu cherches quelqu'un avec qui visiter Paris? Tu as déjà goûté aux escargots? - zapytała nieco ciszej. Okej. Może zabrzmiało to troszeczkę tak, jakby właśnie proponowała mu swoje usługi przewodniczki. Przewodniczki, która sama była tutaj od dwóch tygodni. Jezu. Czemu ona skłamała?! Nie zdążyła się jednak nad tym szczególnie długo zastanowić, bo w przeciągu kolejnych kilku chwil znalazła się na środku parkietu, praktycznie wepchnięta w jego ramiona, podczas gdy ludzie dookoła ocierali się o nich co kilka sekund. Była kompletnie przebodźcowana. I jeszcze ten cholerny fakt, że kiedy uniosła spojrzenie, znowu zobaczyła te błękitne oczy. Jedną dłonią opierała się o jego klatkę piersiową i mogła nawet wyczuć pod nią rytm jego serca. Przez moment miała wrażenie, że naprawdę zaraz się tam rozpłynie.

Sam fakt, że nie uciekł, nie odsunął się od niej ani nie wyglądał na szczególnie przerażonego tą nagłą bliskością, w pewnym sensie ja uspokoił... a potem jeszcze chwycił jej dłoń i pomógł jej trochę się rozluźnić. Wang parsknęła śmiechem, obracając się wokół własnej osi, żeby chwilę później ponownie znaleźć się tuż przed nim. Z jego pomocą ułożyła dłonie za jego szyją. - Sans aucun doute - odpowiedziała z uśmiechem. Tylko że ten uśmiech zrobił się odrobinę bardziej nieśmiały, kiedy poczuła jego dłonie zaciskające się na swojej talii. Nie rozumiała, dlaczego tak na nią działał. Ani dlaczego od momentu, w którym zaczęła z nim rozmawiać, nawet przez sekundę nie pomyślała o swoim narzeczonym.

Bon sang. To akurat powinno ją martwić. Zamiast tego martwiło ją coś zupełnie innego. To pieprzone kłamstwo. - Depuis deux semaines, on peut donc dire que tu connais Paris depuis plus longtemps que moi - odpowiedziała, uśmiechając się niewinnie, po czym na moment uciekła spojrzeniem gdzieś w bok. Tańczyła przy nim powoli, próbując jednocześnie wymyślić cokolwiek, o co mogłaby go zapytać, żeby przypadkiem się nią nie znudził. Więc myślała i myślała... aż w końcu uniosła głowę, spojrzała prosto w jego oczy i z absolutnie poważną miną zapytała, - Si tu pouvais choisir quel genre de toast tu serais… enfin, avec quelle garniture ou quels accompagnements… lequel serais-tu? - Tak. To właśnie było pytanie, na które zdecydował się jej móżdzek. Uśmiechnęła się szerzej. - Je serais sûrement un grilled cheese. Il faut juste lui donner un peu de temps avant que tout le fromage commence à s'étirer partout. Un peu comme ma personnalité, je suppose. Je deviens plus intéressante avec le temps. - No co? Wspominaliśmy już, że Wang była dziwna, okej? So...no surprises there.

canadien