Hasta el Amanecer
: śr sie 26, 2026 8:28 pm
Little troublemaker.
Słysząc to określenie, padające z ust jakiegoś mężczyzny, prawdopodobnie dwadzieścia lat starszego od Carmen, Torres chwiejnie wypadła z baru. W którym momencie stwierdziła, że pójście w pojedynkę na drinka będzie dobrym pomysłem? Zupełnie zwariowała. Odcięcie się od jej niezdrowego pracoholizmu i próby zapełnienia sobie wolnego czasu, kończyły się takimi wieczorami na mieście. A, bo może pozna kogoś nowego. A, bo może w końcu jakoś się rozerwie. A, bo może wreszcie pójdzie po rozum do głowy. Szkoda tylko, że żadna z jej decyzji jak dotąd, nie była najmądrzejsza, a przecież Carmelka uchodziła za całkiem… rozważną osobę. Jasne, wpadającą czasem na chaotyczne i nieprzemyślane pomysły, ale wciąż była rozsądną młodą kobietą, tak? Dlatego pomimo bycia pijaną, uciekła z rąk nieznajomego faceta, który z jakiegoś powodu, przykleił się do niej, gdy gawędziła sobie ze znajomym barmanem. Torres pobiegła za róg budynku i przykucnęła na krawężniku, z trudem znajdując bardzo często wybierany numer telefonu.
— Hola, guapa — rzuciła, gdy usłyszała głos Rue po drugiej stronie. Uśmiechnęła się do siebie nieprzytomnie, tracąc równowagę i opadając na tyłek na chodniku. Wyciągnęła nogi przed siebie, ciesząc się w duchu, że o tej godzinie, nie jeździło zbyt wiele aut; może poza paroma taksówkami, wożącymi pijanych ludzi lub tych, co dopiero jechali na jakieś imprezy. W końcu nie musiała biegać między szkołą językową, restauracją, a barem. W końcu nie musiała przez osiemdziesiąt procent dnia pracować i robić za dwie lub trzy osoby naraz. W końcu mogła zacząć… żyć. No, do czasu, gdy znowu zacznie stresować się kasą i dopóki jej bracia, nie zaczną znów wydzwaniać, prosząc ją o pieniądze. — Te extraño mucho — powiedziała do telefonu. Prescott znała ją wystarczająco dobrze, żeby usłyszeć, że Carmen musiała być naprawdę pijana, skoro wzięło jej się na takie wyznania. — Przyjedź do mnie. Uratuj mnie. Por favor, bonita — zaśmiała się, stukając paznokciami o bruk.
Torres musiała mieć ogromne szczęście, skoro po jakimś czasie; w tym po wypaleniu papierosa od nieznanej dziewczyny, która na chwilę się do niej dosiadła i ponownym zbyciu tego dziada z baru, dostrzegła znajomą sylwetkę. Meksykanka poderwała się z miejsca, od razu ściskając swoją koleżankę, prawie potykając się o własne nogi. — Rue, Rue, Rue… Jesteś. Wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć — powiedziała, trzymając ją za ramiona i odchylając się lekko, żeby zerknąć na jej buzię. — Jestem najebana w trzy dupy i jakiś facet nie daje mi spokoju od ponad godziny, ale tak się cieszę, że cię widzę. Słuchaj. Mam plan… — rozgadała się, prowadząc ją w stronę, która była znana pewnie tylko jej. — Plan brzmi tak. Ty, ja, alkohol i taniec. Vamos a bailar como locas — rzuciła energicznie; miała wizję. Zajebiście pijaną wizję, podczas której nie będzie myślała o niczym ani — nie daj boże — o nikim.
bestie check
Słysząc to określenie, padające z ust jakiegoś mężczyzny, prawdopodobnie dwadzieścia lat starszego od Carmen, Torres chwiejnie wypadła z baru. W którym momencie stwierdziła, że pójście w pojedynkę na drinka będzie dobrym pomysłem? Zupełnie zwariowała. Odcięcie się od jej niezdrowego pracoholizmu i próby zapełnienia sobie wolnego czasu, kończyły się takimi wieczorami na mieście. A, bo może pozna kogoś nowego. A, bo może w końcu jakoś się rozerwie. A, bo może wreszcie pójdzie po rozum do głowy. Szkoda tylko, że żadna z jej decyzji jak dotąd, nie była najmądrzejsza, a przecież Carmelka uchodziła za całkiem… rozważną osobę. Jasne, wpadającą czasem na chaotyczne i nieprzemyślane pomysły, ale wciąż była rozsądną młodą kobietą, tak? Dlatego pomimo bycia pijaną, uciekła z rąk nieznajomego faceta, który z jakiegoś powodu, przykleił się do niej, gdy gawędziła sobie ze znajomym barmanem. Torres pobiegła za róg budynku i przykucnęła na krawężniku, z trudem znajdując bardzo często wybierany numer telefonu.
— Hola, guapa — rzuciła, gdy usłyszała głos Rue po drugiej stronie. Uśmiechnęła się do siebie nieprzytomnie, tracąc równowagę i opadając na tyłek na chodniku. Wyciągnęła nogi przed siebie, ciesząc się w duchu, że o tej godzinie, nie jeździło zbyt wiele aut; może poza paroma taksówkami, wożącymi pijanych ludzi lub tych, co dopiero jechali na jakieś imprezy. W końcu nie musiała biegać między szkołą językową, restauracją, a barem. W końcu nie musiała przez osiemdziesiąt procent dnia pracować i robić za dwie lub trzy osoby naraz. W końcu mogła zacząć… żyć. No, do czasu, gdy znowu zacznie stresować się kasą i dopóki jej bracia, nie zaczną znów wydzwaniać, prosząc ją o pieniądze. — Te extraño mucho — powiedziała do telefonu. Prescott znała ją wystarczająco dobrze, żeby usłyszeć, że Carmen musiała być naprawdę pijana, skoro wzięło jej się na takie wyznania. — Przyjedź do mnie. Uratuj mnie. Por favor, bonita — zaśmiała się, stukając paznokciami o bruk.
Torres musiała mieć ogromne szczęście, skoro po jakimś czasie; w tym po wypaleniu papierosa od nieznanej dziewczyny, która na chwilę się do niej dosiadła i ponownym zbyciu tego dziada z baru, dostrzegła znajomą sylwetkę. Meksykanka poderwała się z miejsca, od razu ściskając swoją koleżankę, prawie potykając się o własne nogi. — Rue, Rue, Rue… Jesteś. Wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć — powiedziała, trzymając ją za ramiona i odchylając się lekko, żeby zerknąć na jej buzię. — Jestem najebana w trzy dupy i jakiś facet nie daje mi spokoju od ponad godziny, ale tak się cieszę, że cię widzę. Słuchaj. Mam plan… — rozgadała się, prowadząc ją w stronę, która była znana pewnie tylko jej. — Plan brzmi tak. Ty, ja, alkohol i taniec. Vamos a bailar como locas — rzuciła energicznie; miała wizję. Zajebiście pijaną wizję, podczas której nie będzie myślała o niczym ani — nie daj boże — o nikim.
bestie check