Strona 1 z 1

Hasta el Amanecer

: śr sie 26, 2026 8:28 pm
autor: Carmen Torres
Little troublemaker.

Słysząc to określenie, padające z ust jakiegoś mężczyzny, prawdopodobnie dwadzieścia lat starszego od Carmen, Torres chwiejnie wypadła z baru. W którym momencie stwierdziła, że pójście w pojedynkę na drinka będzie dobrym pomysłem? Zupełnie zwariowała. Odcięcie się od jej niezdrowego pracoholizmu i próby zapełnienia sobie wolnego czasu, kończyły się takimi wieczorami na mieście. A, bo może pozna kogoś nowego. A, bo może w końcu jakoś się rozerwie. A, bo może wreszcie pójdzie po rozum do głowy. Szkoda tylko, że żadna z jej decyzji jak dotąd, nie była najmądrzejsza, a przecież Carmelka uchodziła za całkiem… rozważną osobę. Jasne, wpadającą czasem na chaotyczne i nieprzemyślane pomysły, ale wciąż była rozsądną młodą kobietą, tak? Dlatego pomimo bycia pijaną, uciekła z rąk nieznajomego faceta, który z jakiegoś powodu, przykleił się do niej, gdy gawędziła sobie ze znajomym barmanem. Torres pobiegła za róg budynku i przykucnęła na krawężniku, z trudem znajdując bardzo często wybierany numer telefonu.

— Hola, guapa — rzuciła, gdy usłyszała głos Rue po drugiej stronie. Uśmiechnęła się do siebie nieprzytomnie, tracąc równowagę i opadając na tyłek na chodniku. Wyciągnęła nogi przed siebie, ciesząc się w duchu, że o tej godzinie, nie jeździło zbyt wiele aut; może poza paroma taksówkami, wożącymi pijanych ludzi lub tych, co dopiero jechali na jakieś imprezy. W końcu nie musiała biegać między szkołą językową, restauracją, a barem. W końcu nie musiała przez osiemdziesiąt procent dnia pracować i robić za dwie lub trzy osoby naraz. W końcu mogła zacząć… żyć. No, do czasu, gdy znowu zacznie stresować się kasą i dopóki jej bracia, nie zaczną znów wydzwaniać, prosząc ją o pieniądze. — Te extraño mucho — powiedziała do telefonu. Prescott znała ją wystarczająco dobrze, żeby usłyszeć, że Carmen musiała być naprawdę pijana, skoro wzięło jej się na takie wyznania. — Przyjedź do mnie. Uratuj mnie. Por favor, bonita zaśmiała się, stukając paznokciami o bruk.

Torres musiała mieć ogromne szczęście, skoro po jakimś czasie; w tym po wypaleniu papierosa od nieznanej dziewczyny, która na chwilę się do niej dosiadła i ponownym zbyciu tego dziada z baru, dostrzegła znajomą sylwetkę. Meksykanka poderwała się z miejsca, od razu ściskając swoją koleżankę, prawie potykając się o własne nogi. — Rue, Rue, Rue… Jesteś. Wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć — powiedziała, trzymając ją za ramiona i odchylając się lekko, żeby zerknąć na jej buzię. — Jestem najebana w trzy dupy i jakiś facet nie daje mi spokoju od ponad godziny, ale tak się cieszę, że cię widzę. Słuchaj. Mam plan… — rozgadała się, prowadząc ją w stronę, która była znana pewnie tylko jej. — Plan brzmi tak. Ty, ja, alkohol i taniec. Vamos a bailar como locas rzuciła energicznie; miała wizję. Zajebiście pijaną wizję, podczas której nie będzie myślała o niczym ani — nie daj boże — o nikim.

bestie check

Hasta el Amanecer

: czw sie 27, 2026 9:29 am
autor: Ruelle I. Prescott
Zdecydowanie w ostatnim czasem nie miała aż tak wiele okazji do tego, aby spotkać się ze znajomymi.  W tym Carmen. Obie były wyjątkowo zajęte. Niby Prescott odeszły zajęcia na uczelni, ale wciąż miała praktyki w szpitalu, a oprócz tego pracę w zakładzie pogrzebowym. Nie wspominając już o tym, że zaczęła zdecydowanie więcej czasu spędzać z River. Z własnej woli. W ciągu dnia. Do tego na robieniu całkowicie zwyczajnych rzeczy, co było przecież nie do pomyślenia.
To miał być całkowicie normalny wieczór. Miała odpocząć i w końcu poczytać jedną z książek Shirley Jackson, która zalegała od tygodnia nietknięta na jej stoliku nocnym. Tylko, że zamiast tego otrzymała bardzo ważny telefon. Od bardzo pijanej przyjaciółki.
- Hola, mami. ¿Qué tal? - rzuciła w ramach powitania, a kolejne zapewnienia Torres jedynie upewniły ją w nietrzeźwości dziewczyny. - Co się w ogóle... Wiesz co. No importa. Dame tu dirección. Zaraz będę.
Wolała nie zadawać zbędnych pytań. Po prostu potrzebowała adresu i była już gotowa do drogi po krótkim ogarnięciu się, aby wyglądać jak człowiek, gdy będzie pędziła na złamanie karku ku Meksykance, która najwyraźniej naprawdę potrzebowała tego, aby ktoś ją ogarnął po zbyt wielu drinkach, które wypiła tego wieczora.
- Mamá, Carmen dzwoniła! Ella me necesita. Zostanę u niej na noc! - zawołała jeszcze z progu, gdy wciągała na siebie buty.
Kręcąca się jeszcze po kuchni pani Prescott rzecz jasna musiała jej jeszcze wytknąć, że ostatnio chyba zbyt często sypiała poza domem, ale to już nie miało dla niej żadnego znaczenia. Otrzymała błogosławieństwo, którego na dobrą sprawę nie potrzebowała i wypadła przed drzwi wejściowe, aby czym prędzej znaleźć się pod wskazanym adresem. Miała tylko nadzieję, że Carmen dalej będzie tkwiła w tym miejscu i nie przyjdzie jej do głowy, aby szczególnie podróżować po Toronto.
Czekała. Całe szczęście. Spodziewała się tego wybuchu czułości i rzecz jasna uściskała dziewczynę, gdy tylko tak rzuciła jej się na szyję. Latynoskiego temperamentu nie dało się oszukać. Oczywiście, że miała ochotę się do niej przytulać. Zwłaszcza w stanie, w którym się znajdowała.
- Pendeja tonta, jasne, że jestem - potwierdziła, bo jakże mogłaby zignorować jej telefon.
Zaraz też rozejrzała się za owym typem, który rzekomo nie dawał spokoju Torres. Może i miała ledwie metr sześćdziesiąt, ale za to posiadała mord w oczach i potrafiła naprawdę się odpalić, gdy chodziło o jej bliskich. Potrafiła od razu stanąć w ich obronie. Trochę jak jakaś narwana chihuahua lub inny kundelek portorykański. Nie miała jednak ku temu okazji, bo przyjaciółka postanowiła ją odciągnąć w jakimś nieznanym sobie kierunku.
- Ya estás loca - wytknęła jej, ale nie próbowała nawet stawiać sprzeciwu.
Westchnęła jedynie i pozwoliła się prowadzić tam, gdzie Carmen uznała, że powinny się udać. Chociaż pewnie nie powinna ufać w pomyślunek koleżanki, która była już tak spita.
- Vale. Vamos a bailar y tomar copas y... cokolwiek - potwierdziła, pogrążając się w tej przyjemnej mieszance hiszpańsko-angielskiej, bo w końcu spotkała się z kimś, przy kim nie musiała wcale uważać na dobór swoich słów i po prostu mówiła swobodnie to, co przyszło jej do głowy bez konieczności tłumaczenia tego czy innego wyrażenia.
Zdecydowanie od zbyt długiego czasu nie miała szansy na to, aby zabalować w latynoskim stylu. Potrzebowała drinków, przenikającej na wskroś klubowej muzyki oraz zdecydowanie zbyt nieprzyzwoitego tańca, na który mogła sobie pozwolić tylko w otoczeniu kogoś, kto również czuł dokładnie taki sam zew w krwi. Przy kimś takim jak Torres w końcu mogła czuć się wolna i całkowicie na swoim miejscu.

Carmen Torres

Hasta el Amanecer

: ndz sie 30, 2026 10:28 pm
autor: Carmen Torres
Jezu, Carmen naprawdę kochała to, że Ruelle nigdy nie potrzebowała żadnych szczegółowych lub konkretnych wyjaśnień. Wystarczył zaledwie jeden telefon późnym wieczorem, kilka bełkotliwych wyznań i przyjacielska prośba, by przyjechała, żeby się z nią zobaczyć i wesprzeć ją w piciu. No takich przyjaciół można ze świecą szukać. Jeszcze ta słodka świadomość, że Prescott była jedną z nielicznych osób, z którymi Torres mogła porozmawiać po hiszpańsku… Bywały chwile, gdy Carmel miała wrażenie, że jej poczucie narodowościowe zanika. Swojego ojczystego języka używała co prawda, rozmawiając z rodzicami przez telefon albo w szkółce językowej, ale to wciąż nie było to samo. Przy Rue mogła być sobą; tą sobą, którą zostawiła w Meksyku, gdy uciekała po lepsze życie. Mogła żartować, przeklinać i użalać się nad sobą po hiszpańsku, bez obaw, że ktoś spojrzy na nią krzywo z boku. Torres naprawdę cholernie to doceniała.

Podobnie jak doceniła jej widok, gdy w końcu Prescott przybyła na miejsce i jeszcze pozwoliła jej się objąć. Torres nie puściła jej jeszcze przez dobrą chwilę, przyciskając ją do siebie jak pluszowego misia, kompletnie ignorując jej słowa. — Mi amiga hermosa — zaśmiała się, w końcu odsuwając się od niej, żeby mogła jakkolwiek oddychać. Przy okazji prawie zrobiła fikołka, potykając się o własne nogi, ale to nie miało teraz najmniejszego znaczenia. Jeszcze dziesięć minut na świeżym powietrzu i wytrzeźwieje. A wtedy może pić od nowa; to jest dopiero matematyka! — Sí, sí, estoy loca. Y estoy jodidamente sexy — powiedziała z szerokim uśmiechem, kładąc obie dłonie na swoich biodrach, jakby prezentowała jej swój dzisiejszy outfit. Nazwanie ją szaloną było dla niej komplementem, a zresztą wiele różnych rzeczy mogłaby odwrócić na swoją korzyść. Carmen złapała ją pod ramię, prowadząc do jakiegoś klubu, którego błyszczący neon, dostrzegała już z daleka. Wpatrywała się w niego przez dziesięć minut, kiedy czekała na jej przybycie i już wtedy doszła do dość prostego wniosku: chciała potańczyć.

Carmelka wcisnęła banknoty ochroniarzowi do kieszeni marynarki, uśmiechając się nad wyraz grzecznie i trzeźwo, po czym chwyciła przyjaciółkę za nadgarstek, by wciągnąć ją do lokalu. Głośna muzyka dudniła z każdej strony, wprawiając jej ciało w typowe dla takiego miejsca, wibracje. Uśmiechnęła się od ucha do ucha, tańcząc i splatając ich palce razem; boże, potrzebowała tego jak powietrza. Szczególnie w tak napiętym okresie, gdzie jej emocje, mętlik w głowie i przemęczenie nie dawały jej ani chwili spokoju. Dopiero po paru minutach, przeciągnęła ją przez parkiet, żeby zaczęły od alkoholu. Priorytety.
— Stawiam pierwszego drinka — powiedziała, znowu wykładając banknot na ladę. Jutro jej konto będzie płakać, ale kto myślał o kolejnym dniu, gdy noc nadal trwała w najlepsze, racja? Zamówiła im coś odpowiedniego i w czasie, gdy barman przygotowywał napoje, Torres odwróciła się do Rue. — Dawno się nie widziałyśmy. Muszę ci się wygadać, ale… Muszę być do tego bardziej pijana — rzuciła, odgarniając swoje włosy za plecy. — Zdecydowanie. Bo mi to przez gardło nie przejdzie — stwierdziła, chwytając swoją szklankę z drinkiem i wystawiając ją w kierunku dziewczyny. — Toast. Za to, że jesteśmy super, gorące i że nadal się przyjaźnimy. Viva la vida! rzuciła energicznie.

Ruelle

Hasta el Amanecer

: pn sie 31, 2026 10:44 pm
autor: Ruelle I. Prescott
Nie zadawała pytań, bo czuła, że z przyjaciółką znajdującą się w podobnym stanie i tak się nie dogada. Wolała zostawić jej wyjaśnienia na moment, gdy znajdzie się tuż obok niej. To miało najwięcej sensu. Nie zamierzała też zwlekać w momencie, gdy Carmen prosiła ją o pomoc. Wychodziła z założenia, że nie prosiłaby o nią, gdyby faktycznie jej nie potrzebowała. Wolała uniknąć sytuacji, w której Torres napytałaby sobie biedy lub padłaby czyjąś ofiarą przez to, że Ruelle zawahała się przed wyjściem z domu. Taka już z niej była kochana Latina. Znając życie to pewnie była jedyną osobą, do której nauczycielka była w stanie zadzwonić po tylu drinkach i dogadać się, gdy mieszał jej się angielski z hiszpańskim. Sama po sobie wiedziała, że bilingwizm stawał się uciążliwy w momencie, kiedy człowiekowi wszystko się zaczynało mieszać za sprawą alkoholu. Sama miała podobny problem.
Widziała tę radość wymalowaną na twarzy myślą nieskalanej, gdy tylko znalazła się w zasięgu wzroku przyjaciółki. Wielka wybawicielka. Przyciskała ją do siebie w zdecydowanie zbyt mocnym uścisku, jakby bała się, że inaczej z pewnością koleżanka skończy marnie.
- Sí,tu amiga más preciosa, que te salva cada vez - przytaknęła jej jeszcze, bo musiała podkreślić jeszcze mocniej to jak cudowną przyjaciółką była skoro się pojawiła na jej pijane wezwanie w środku nocy.
Całe szczęście, że znajdowała się na tyle blisko, aby chwycić Torres za rękę i pomóc jej zachować równowagę. Przynajmniej na tę chwilę mogła się poszczycić refleksem, bo zapewne straci go dosyć szybko jak tylko zaczną wspólnie pić.
- Jodidamente sexy y tonta jak chuj - podsumowała po swojemu, bo naprawdę nie wierzyła, że Meksykanka jest w stanie gadać podobne głupoty z taką pewnością siebie.
Pokręciła jeszcze głową z pewnym politowaniem. Jasne, może i Carmen była całkiem atrakcyjna, ale po pijaku właziła na kompletnie inne wyżyny swojego samozachwytu oraz samooceny. Każda kobieta powinna mieć takie poczucie własnej wartości jak Torres w tym momencie.
Nie oponowała, gdy została chwycona za ramię. Przynajmniej mogła służyć koleżance jako opoka. Trzymała ją blisko siebie i dbała o to, aby Meksykanka była w stanie zachować równowagę. Na pewno trudniej będzie w momencie, gdy Prescott też się sponiewiera, ale to będzie już problem dla przyszłych ich.
Wkręciły się jakoś do klubu. Może i Rue nie była ubrana szczególnie imprezowo, bo nie miała czasu na to, aby się przygotować na coś podobnego. Nastawiała się raczej na to, że będzie musiała ratować przyjaciółkę z opałów i odholować do domu, a zamiast tego ruszyła z nią na imprezę. Los bywał przewrotny, prawda?
Parkiet był pierwszym miejscem, do którego się udały, gdy tylko przekroczyły próg lokalu. Ruelle podążała wiernie za nauczycielką, która zdecydowanie musiała wyrzucić z siebie wszystkie dotychczasowe emocje.
Muzyka pulsowała wokół nich. Beat wibrował w powietrzu tak wyraźnie, że docierał do samych kości, a one dwie tańczyły razem jakby jutro miało nie nadejść. Wiedziała doskonale, że z kimś takim jak Carmen może pozwolić sobie na bliskość, która z każdą inną osobą byłaby niemal gorsząca.
Trzymały się za dłonie, zarzucały sobie ramiona na szyję i poruszały biodrami tak blisko siebie, że praktycznie się o siebie ocierały. Nie było jednak w tym nic zdrożnego. Po prostu dwie Latiny, które cieszyły się momentem i pozwalały sobie na to, aby zatracić się w tańcu.
- Jesteś mi to winna za to, że mnie wyciągnęłaś z domu, pendeja - zgodziła się, przyjmując ofertę drinka, który jak najbardziej mógł jej się przydać.
ej lojalność i gotowość do niesienia pomocy musiała zostać jakoś wynagrodzona. Całe szczęście, że Prescott nie była wymagająca i mogła zaakceptować taką formę płatności bez większego problemu.
- Czemu mam wrażenie, że to będzie jakieś gówno rodem z telenoweli? - zapytała, gdy tylko dziewczyna wyznała jej, że musi się jej z czegoś wygadać.
Jeszcze nic nie wypiła, a już w jej głowie pojawiła się Natalia Oreiro, która zaczęła śpiewać Cambio dolor. Czuła, że ten wieczór zakończy się tak, że będą pijane palić blanta na pół i żalić się ze wszystkiego, co ostatnio się u nich działo.
- Vale. Najpierw pijemy. Jak to mawia moja kuzynka Marta: czas leczy rany, a alkohol je dezynfekuje - rzuciła z powagą i uderzyła swoją szklanką w szkło dzierżone przez Torres. - ¡Salud! ¡Por la amistad y por la noche!
Toast wzniesiony. Teraz wystarczyło jedynie wypić drinka, który zapiekł porządnie w gardle. Tequila wchodziła jak złoto. Zwłaszcza w takiej ciekawej kombinacji smakowej jaką zaserwował im stojący za ladą barman.

Carmen Torres

Hasta el Amanecer

: sob wrz 05, 2026 6:34 pm
autor: Carmen Torres
— Mi superheroína — powiedziała entuzjastycznie, składając na jej policzku siarczystego buziaka. Carmen była bardzo emocjonalną dziewczyną, w każdym tego słowa znaczeniu. Jeśli kochała to na zabój, nie pozostawiając drugiej osobie nawet chwili na oddech. Jeśli nienawidziła, to upewniała się, że było to jak najbardziej dotkliwe. Jeśli ktoś był dla niej ważny, zdecydowanie dawała to po sobie wyraźnie odczuć. Tak było też w przypadku przyjaźni — nikt, kto był jej jakkolwiek bliski, z pewnością nie wątpił w jej dobre, jak i szczere intencje. A więc tak szybko, jak tylko zaprzyjaźniła się z Ruelle, tak szybko oddała tej znajomości całe swoje serce. Mogły kłócić się, drażnić, przepychać jak nastolatki, ale ostatecznie Carmen wskoczyłaby za nią w ogień. To przez co przeszły razem, było dla niej ważniejsze niż jakieś nieporozumienia lub złośliwości; i dlatego też ich znajomość była tak silna, przynajmniej w jej odczuciach. Tak czy inaczej, to było naprawdę wyjątkowe. Dużo z jej znajomych najpewniej pokręciłoby głową z niedowierzaniem na jej pijany telefon o tej godzinie lub zamówiłoby jej bolta, nie kwapiąc się, by osobiście sprawdzić, czy wszystko u niej w porządku. Doceniała, że Prescott postanowiła przyjechać i co więcej, nawet do niej dołączyć. To zrozumie tylko druga Latina.

Torres zaśmiała się wesoło, gdy przyjaciółka pomogła jej znaleźć balans. Teraz wydawało jej się to strasznie zabawne, ale kolejnego dnia, gdy tylko otworzy oczy, może pożałować każdego drinka i chwiejnego kroku, który teraz wydawał jej się tak niesamowicie śmieszny. Dawno nie miała kaca; może dzięki temu przypomni sobie, dlaczego starała się zawsze (no, do tej pory) znaleźć jakiś umiar w piciu. No cóż, kiedyś w końcu się sparzy, racja? Najważniejsze, że miała przy sobie kogoś, kto ją uratuje lub kto pójdzie na dno razem z nią. Carmen była w tym momencie, bardzo pewna siebie; to znaczy, na co dzień też taka była, ale będąc pijana, wszystkie jej cechy wydawały się parokrotnie mocniejsze i bardziej wyraziste. No nic — całe szczęście, że Rue to twarda sztuka. Doskonale sobie z nią przecież poradzi.

Naprawdę kochała tańczyć, a robiła to cholernie rzadko; chyba, że w swoim mieszkaniu, kiedy sprzątała albo gotowała. Wtedy to wychodził z niej jakiś meksykański demon i dopiero po fakcie cieszyła się, że mieszkała całkowicie sama. Mogłaby odstraszyć potencjalnych współlokatorów. Tym bardziej doceniała chwile jak te, gdy muzyka zagłuszała wszystkie jej myśli, a obecność Rue dodawała jej otuchy. Szczególnie, jeśli Prescott miała taki temperament jak ona, a przy tym zero ograniczeń, jeśli chodziło o ich taniec. — Okej, okej. W takim razie dwa drinki na mój koszt! — rzuciła z dumą, wyciągając przed siebie dwa palce, niemal jak na znak pokoju. — Myślisz, że moje życie przypomina gównianą telenowelę? — zapytała, kręcąc łagodnie biodrami przy barze, czując nagły przypływ energii. — W sumie trochę masz rację. Mateo i Diego zagrozili mi, że przyjadą do Toronto — rzuciła mimochodem o swoich braciach bliźniakach, którzy od przeszło roku nie dawali jej ani chwili spokoju. Ciągle pieprzyli o tych pieniądzach, długach i o tym, żeby im pomogła, bo przecież byli rodziną i nie potrafili zaakceptować faktu, że Carmen nie bez powodu wyjechała za granicę, próbując się od nich odciąć. — To prawie jak film akcji — zaśmiała się, chociaż to nie było śmieszne. Nie mogła spać w obawie, że ją znajdą.

Dziewczyna szybko zapomniałą o swoich słowach, stukając szklanką o tę, należącą do Rue i praktycznie wyzerowała swojego drinka, krzywiąc się przy tym niemiłosiernie.
— ¡No mames, qué fuerte! — syknęła, od razu pokazując barmanowi na swoją pustą szklankę. Druga kolejeczka. Guapa, co u ciebie? — zapytała, znowu układając dłonie na jej ramionach. — Powiedz mi wszystko. Wszyściuteńko — zaśmiała się, chcąc nadrobić tę chwilową przerwę w ich spotkaniach.

Ruelle I. Prescott

Hasta el Amanecer

: ndz wrz 06, 2026 11:39 am
autor: Ruelle I. Prescott
Jasne, że była jej superbohaterką. Czy ktokolwiek miał w tej kwestii jakiekolwiek wątpliwości? Inaczej nie przemierzyłaby pół miasta, aby znaleźć się obok i upewnić, co właściwie się działo z przyjaciółką. Niewielu byłoby gotowych na podobne poświęcenie, ale jak widać Ruelle była wyjątkowo dobrą przyjaciółką, którą należało docenić za to jak wiele była w stanie zrobić dla bliskich jej osób. Powinna dostać za to jakąś nagrodę. No, ale Carmen była dla niej w zasadzie jak siostra. Być może dlatego, że potrafiły się rozumieć na zupełnie innym poziomie niż reszta jej kanadyjskich znajomych. Wszystko dzięki jej meksykańskim korzeniom.
Nie miała wątpliwości, co do tego, że Torres wszystkiego pożałuje następnego dnia. Takie picie nie przychodziło bez konsekwencji. Zwłaszcza, gdy ktoś nie był o niego nawykły i nie posiadał odpowiednio mocnej głowy. Prescott mogła się upewnić dodatkowo czy na pewno koleżanka nie skręci sobie kostki w drodze do kolejnego klubu lub na parkiecie. Taka już była troskliwa.
W większości przypadków tanatopraktorka szła na parkiet w momencie, gdy miała już wlane w siebie kilka drinków, które zapewniały większe rozluźnienie i rozpalały jej chęć do dobrej zabawy. Jednak dla kogoś takiego jak Carmen mogła zrobić pewien wyjątek i lekko zmienić tę kolejność. W końcu nie był to jakiś wielki problem. Zwłaszcza, że dziewczyna poruszała się w taki sposób, że samemu chciało się dostosować do jej ruchów i pozostać z nią na parkiecie dłużej niż to było konieczne. Tak już jednak było, gdy dwie gorącokrwiste dziewczyny spotykały się w jednym miejscu.
- Chcesz płacić w drinkach? Vale. Mogę się na to zgodzić - przytaknęła, gdy tylko Torres stwierdziła, że dwa drinki powinny jej wynagrodzić cały ten trud związany z dotarciem na miejsce i ratowanie jej pijanej dupy, która wcale nie znajdowała się w tak wielkim niebezpieczeństwie jak jej się zdawało. Inaczej nie siedziałaby spokojnie na chodniku, czekając na przybycie Rue.
- Czyli po prostu bracia ci się odgrażają przyjazdem do Toronto... Pewnie nie zapowiedzą się tak, żebyś miała czas na zaplanowanie jakiejś ucieczki z miasta czy znalezienia kryjówki - mruknęła, obracając jeszcze na chwilę szklankę z drinkiem w palcach.
Może faktycznie jej życie było bardziej jak film akcji niż typowa telenowela, ale wciąż było dużo bardziej ciekawe i zróżnicowane pod względem problemów dziewczynę dotykających. Dopiero po chwili Rue zdała sobie sprawę, że telenowela to się dopiero u niej dzieje. Nawet jeśli przyjmowała trochę formę fabularną książki posuwisto-zwrotnej.
Sama również nie próżnowała. Szybko osuszyła naczynie i postawiła je na barze, aby mogło zostać ponownie napełnione. Mogła też zyskać odrobinę czasu, aby westchnąć, zastanowić się parę razy, co chce powiedzieć i w końcu to wszystko wyartykułować.
- Bien, bien, muy bien - zapewniła, ale nie brzmiało to zbyt przekonująco. - Salem jest zdrowy... Byłam z nim ostatnio u weta... Wszystkie egzaminy mam zaliczone... Praktyki w szpitalu też udało mi się na te wakacje odbębnić...
Nie była pewna, co w zasadzie powinna jej powiedzieć. W głowie przez jakiś czas przesuwały jej się obrazy z nocy spędzonych w towarzystwie pewnej artystki, która stała się pierwszą osobą, którą Ruelle zaprosiła na spotkanie nazywane wprost randką.
- Chingo con una chica que se enamoró de mi y no sé que debería hacer con eso - wyrzuciła z siebie na jednym oddechu nim zdołała się rozmyślić.
Zaraz też sięgnęła po drugiego drinka, aby wlać go w siebie. Opróżniła naczynie jednym haustem, nie zważając na to jak mocno alkohol piekł ją w gardło, wyciskając łzy z oczu. Sytuacja była zwyczajnie kiepska. Nie planowała tego z siebie zrzucać, ale przecież Carmen chciała wiedzieć wszyściuteńko.

Carmen Torres

Hasta el Amanecer

: ndz wrz 06, 2026 7:22 pm
autor: Carmen Torres
— A jak inaczej mogłabym ci płacić, hm? — zapytała, posyłając jej mocno rozbawiony uśmiech. Przez ostatnie miesiące, a może nawet i lata, Carmen bezustannie skupiała się na ciężkiej pracy. Wierzyła, że tylko bycie sumiennym i regularnym, przyniesie jej oczekiwane rezultaty. Niestety, czas leciał bardzo szybko, a życie przelatywało jej przed oczami, tym samym przypominając jej o tym, jak wiele traciła. Bujała się z jednej roboty do drugiej, dorabiając na każdy możliwy sposób i zwyczajnie miała tego dość. Chciała w końcu coś przeżyć; zakochać się, pojechać na wycieczkę, kupić trochę lepsze auto, zaliczyć zgona w jakimś przypadkowym miejscu, poznać nowych ludzi. Zrobić wszystko to, co powinna na przestrzeni tych lat młodości, które spędziła biegając z tacą po restauracjach lub siedząc nad testami dzieciaków w szkole językowej. Musiała wziąć sprawy w swoje ręce i stąd też wziął się cały ten wieczór. Musiała się zresetować, zanim podejmie kolejne decyzje, mające tak duży wpływ na jej życie. I do tego potrzebowała Rue. — Mogę zaproponować ci jeszcze... Pół batonika, którego mam w torebce. I moje dzikie tańce przez resztę wieczoru — powiedziała bardzo poważnie, żałując przy tym, że nie mogła dać z siebie jeszcze więcej.

— Oczywiście, że nie — zaśmiała się, bo nigdy nie daliby jej takich forów. Nie, jeśli potrzebowali jej oszczędności. Nie, jeśli byliby w stanie ściągnąć ją z powrotem do Meksyku, żeby zarabiała dla nich w jakiś skrajnie popieprzony sposób. — Boję się, Rue — przyznała, nagle poważniejąc, zaciskając palce na swojej szklance. — Jeśli rzeczywiście pojawią się w Toronto... Estoy bien jodida stwierdziła. Nie miałaby nawet, jak się obronić. Skrycie liczyła na to, że bliźniacy zaprzestaną na samych groźbach i znajdą inny sposób na szybszą spłatę długów. — Anyway. Póki co, nie będę o nich myśleć. Jesteśmy na imprezie, tak? — rzuciła entuzjastycznie, w ten też sposób chcąc przekonać przede wszystkim samą siebie. No worries. Żyjemy chwilą.

Carmen wolała skupić się na swojej przyjaciółce i jej życiu, zarówno zawodowym jak i towarzyskim. Musiała nadrobić, co się u niej działo, niezależnie od stanu, w jakim się znajdowała. Na wspomnienie o kocie, Torres uśmiechnęła się łagodnie. Gdyby miała bardziej stabilne życie albo chociaż więcej czasu, to też by chętnie jakiegoś przygarnęła. No, ale jak na razie zostało jej tylko męczenie pociechy Prescott. — Czyli wolne? W końcu? Może pojedziemy gdzieś na weekend? — zaproponowała, wychodząc myślami nieco bardziej w przód, zapominając o swoich własnych zobowiązaniach. A może powinna po prostu rzucić pracę?

Torres zamrugała z zaskoczeniem oczami na jej nowinę, a potem złapała Rue za przedramię, pochylając się w jej stronę. — Estás enamorada de ella? — zapytała, znowu wyciągając palce w kierunku barmana, bo to wymagało kolejki. Dostrzegając łzy w jej oczach, wywołane alkoholem, Carmel parsknęła pod nosem. — Sabes que el amor no es ningún pecado? — dodała, przyglądając się jej reakcji. To niesamowite. — Opowiedz mi — poprosiła. Mogą potańczyć za chwilę. Albo później. Miały przecież jeszcze całą noc przed sobą, a rzadko kiedy miały okazję porozmawiać tak od serducha.

Ruelle I. Prescott