We're stuck with each other.
: czw sie 27, 2026 11:31 am
Dawno nie był w centrum miasta. Zdążył zapomnieć jak potrafi być przytłaczające i głośne. Nawet wieczorem tętniło życiem, wylewając na ulicę przechodniów i tysiące aut. Cierpliwość i uważność Logana sprawiała, że był tak samo dobrym jeźdźcem jak kierowcą, więc dowiózł Laurenta na miejsce w jednym kawałku, ale nie uznawał tej przejażdżki za przyjemną. Prze całą drogę zastanawiał się jednak, dlaczego adwokacik milczy. Odezwał się raptem parę razy żeby poinstruować gdzie jechać i to by było na tyle. Zdecydowanie dziwne, bo zwykle usta mu się nie zamykały, a teraz nie wyglądał nawet na smutnego. Logan parę razy bliski był zapytania o powód tego milczenia, ale nie miał pojęcia jak zacząć. Nigdy nie był dobry w gadki-szmatki, a po wczorajszej nocy tym bardziej czuł się niezręcznie. Ostatecznie więc, milczał razem z nim. Dla niego taki stan rzeczy był w końcu zupełnie naturalny.
Zatrzymał się na parkingu w okolicy jednego z wielu bezosobowych wieżowców, a poproszony o pomoc w zaniesieniu na górę jednego z pudeł, bez zastanowienia ściągnął je z paki i ruszył za Laurentem na klatkę schodową, a potem do windy. We wnętrzu całkiem luksusowego apartamentowca, facet w kowbojskim kapeluszu, wytartych dżinsach i wyblakłej koszulce, prezentował się jak przebieraniec. Jakaś kobieta w garsonce, właśnie wychodząca z windy, obejrzała się na niego, na co Logan w ogóle nie zwrócił uwagi, przytrzymując butem drzwi, żeby się nie zamknęły.
Cierpliwie odczekał aż stalowa klatka zawiezie ich na odpowiednie piętro, wciąż niczego nie przeczuwając. Nawet gdy Laurent zamknął za nimi drzwi mieszkania w niczym nie przypominającego przytulnych wnętrz posiadłości Ashcroftów, nadal uważał to za coś zupełnie naturalnego.
Postawił pudło na niskim stoliku kawowym i rozejrzał się. Mieszkanie było... brzydkie. To znaczy, po prostu nie w jego stylu. Zimne, minimalistyczne i bezosobowe. Wiedział od Luke'a, że Laurent jedynie je wynajmuje, więc może dlatego prezentowało się tak bezdusznie.
Zresztą, to nie jego sprawa jak tam adwokacik lubi mieszkać. Ale zdecydowanie lepiej pasował do tego wnętrza, niż on.
Zapytany, czy czegoś się napije, pokręcił głową.
- Nie, dzięki. Będę już wracać - mruknął, kierując się do drzwi. Zaczynał sądzić, że to naprawdę była tylko zwykła, koleżeńska przysługa. Ulżyło mu, a jednocześnie poczuł dziwne ukłucie zawodu. Odepchnął je od siebie natychmiast. Przecież to dobrze, że Lance zostaje u siebie. Im obu przyda się chwila dystansu przed tym, co wreszcie postanowią o przyszłości rancza. Bo jakaś decyzję musieli podjąć.
Odwrócił się przy drzwiach, spoglądając na niego poważnie. To znaczy, poważniej niż zwykle. Miał w głowie tak wiele słów, ale żadne nie wybrzmiały. Nie znajdował dla nich odpowiedniej formy, więc zdecydował się tylko na krótką prośbę:
- Odezwij się, jak coś postanowisz.
Laurent Ashcroft
Zatrzymał się na parkingu w okolicy jednego z wielu bezosobowych wieżowców, a poproszony o pomoc w zaniesieniu na górę jednego z pudeł, bez zastanowienia ściągnął je z paki i ruszył za Laurentem na klatkę schodową, a potem do windy. We wnętrzu całkiem luksusowego apartamentowca, facet w kowbojskim kapeluszu, wytartych dżinsach i wyblakłej koszulce, prezentował się jak przebieraniec. Jakaś kobieta w garsonce, właśnie wychodząca z windy, obejrzała się na niego, na co Logan w ogóle nie zwrócił uwagi, przytrzymując butem drzwi, żeby się nie zamknęły.
Cierpliwie odczekał aż stalowa klatka zawiezie ich na odpowiednie piętro, wciąż niczego nie przeczuwając. Nawet gdy Laurent zamknął za nimi drzwi mieszkania w niczym nie przypominającego przytulnych wnętrz posiadłości Ashcroftów, nadal uważał to za coś zupełnie naturalnego.
Postawił pudło na niskim stoliku kawowym i rozejrzał się. Mieszkanie było... brzydkie. To znaczy, po prostu nie w jego stylu. Zimne, minimalistyczne i bezosobowe. Wiedział od Luke'a, że Laurent jedynie je wynajmuje, więc może dlatego prezentowało się tak bezdusznie.
Zresztą, to nie jego sprawa jak tam adwokacik lubi mieszkać. Ale zdecydowanie lepiej pasował do tego wnętrza, niż on.
Zapytany, czy czegoś się napije, pokręcił głową.
- Nie, dzięki. Będę już wracać - mruknął, kierując się do drzwi. Zaczynał sądzić, że to naprawdę była tylko zwykła, koleżeńska przysługa. Ulżyło mu, a jednocześnie poczuł dziwne ukłucie zawodu. Odepchnął je od siebie natychmiast. Przecież to dobrze, że Lance zostaje u siebie. Im obu przyda się chwila dystansu przed tym, co wreszcie postanowią o przyszłości rancza. Bo jakaś decyzję musieli podjąć.
Odwrócił się przy drzwiach, spoglądając na niego poważnie. To znaczy, poważniej niż zwykle. Miał w głowie tak wiele słów, ale żadne nie wybrzmiały. Nie znajdował dla nich odpowiedniej formy, więc zdecydował się tylko na krótką prośbę:
- Odezwij się, jak coś postanowisz.
Laurent Ashcroft