Strona 1 z 1
every argument with you feels like a foreplay
: czw sie 27, 2026 8:35 pm
autor: stanley dawson
Obrazy wspólnych zakupów nadal go nawiedzały.
Nawet, gdy był zapracowany jak jasna cholera, słono płacąc za odwołane ówcześnie spotkanie z Markiem. Jego partner biznesowy przywitał go podczas kolejnego terminu perfidnym uśmiechem i słowami już wyzdrowiałeś?, a przez następne dwie godziny był tak męczący i upierdliwy, ze Stanley pragnął przyłożyć mu prosto w twarz i odwołać cały, cholerny, projekt budowy. Nie mógł tego oczywiście zrobić, bo inwestycja była za duża, więc znosił dzielnie jego idiotyczne p i e r d o l e n i e, następnie przekazując swojej sekretarce, że to ostatni projekt z tym kretynem. Pech chciał, że po tym jakże trudnym dniu, był umówiony z Tomem na mecz hokeja. Zgodnie z zaleceniami Finleya, ubrał zakupione ubrania, użył swoich najlepszych perfum i przyszedł tam struty, jakby zjadł paskudne burrito. Każde słowo Toma podważał, w sposób godny największego gbura unosząc na niego brwi z niedowierzaniem, gdy zupełnie mylił nazwy pozycji w hokeju — którego Dawson nie lubił, ale to niczego nie zmieniało — i wyśmiał go na wzmiankę o tym, że piwo jest za gorzkie i wolałby margaritę. Młody mężczyzna nieustannie dawał mu szanse, próbując porozmawiać podczas meczu o czymś innym, za co Dawson go gronił, bo odwrócił jego uwagę od zdobycia kolejnego punkta. Nie zaoferował mu swojej marynarki, gdy skarżył się na zimno i komplement dotyczący wyglądu brzmiał bardziej jak no, może być. Nie dziwił się, że Tom nie zaprosił go po wszystkim do siebie, ale Dawson zwyczajnie nie mógł na niego patrzeć.
Nie miał burzy jędrnych, pachnących włosów. Jego oczy nie świeciły wesołymi chochlikami. Jego strój był nudny i brakowało mu pazura. Nie potrafił ciągnąć tak doskonale tematu. Dziwił się na absurdy, które bawiły Stanleya, zamiast tylko dodawać interpretacji.
Nie był Finleyem.
A na samego właściciela biura matrymonialnego był zły, że zmusił go do zmarnowania wieczoru z kimś takim i z pełną premedytacją nie odpisał na jego wieczorne maile, ani wiadomość tekstową, racząc się w domu szklanką whisky i idąc spać w cholerę.
Weekendowa randka z Christine wcale nie była lepsza. Kobieta od razu mu powiedziała, że Rosewood ją poinformował o jego krytycyzmie względem jej butów, na co odpowiedział, że najwyraźniej nie wyciągnęła wniosków. (Kowbojki z frędzlami? Naprawdę?) Gdy już się posprzeczali i Christine przeprosiła pierwsza, uważając, że zaczęli od z ł e j stopy i mogąc zacząć od nowa, nawinął się temat jej pracy i tego, że najlepiej jest jechać na urlop do krajów europejskich. Dawson kategorycznie odmówił, dla czystej satysfakcji, podając jej sporo wysp tropikalnych, które nie były oblegane, a gdzie naprawdę można było odpocząć. Biedna agentka nie potrafiła ich nawet umiejscowić na mapie, więc Dawson zmienił temat na konne wyścigi i rozprawiał o tym, jak szlachetne są czyste rasy, a Christine powiedziała, że każdy dla niej wyglądał tak samo. Nazwał ją ignorantką, a ona jego bucem i spotkanie skończyło się przedwcześnie, choć Dawson kręcił się tam jeszcze chwilę, aby zjeść na miejscu obiad. Za chore pieniądze z dziwnej budki.
Po tej sytuacji był j e s z c z e bardziej wściekły, bo nie rozumiał, jak Rosewood mógł pomyśleć, że pasuje do któregokolwiek z tych ludzi. Pasował do niego i z nim bawiłby się najlepiej, ale Finley najwyraźniej odczytał go zupełnie błędnie, więc Stanley obraził się jak dziecko i również nie odezwał się po tej randce.
A dalej o nim myślał! O jego pieprzonych ustach, zmoczonych sokiem z fig, o jego śmiechu, o jego tyłku w koronce, o tym, jak bezczelnie się z nim nie pożegnał i nie zaprosił po wszystkim na herbatę.
Stan nie miał pojęcia, za co mu płacił.
Ten nieprzyjemny nastrój był pewnego rodzaju passą — w końcu nawet jakiś czas temu, gdy szykował się na oficjalny event z okazji otwarcia najnowszej galerii sztuki w mieście, nie miał najmniejszej ochoty tam iść. Został zaproszony tylko dlatego, że galeria sztuki pragnęła zostać siecią i potrzebowali więcej sponsorów, więc liczyli na jego cegiełkę. Dawson nawet nie spojrzał na listę gości. Ani, gdy poprawiał muchę wokół swojej szyi, mając na sobie starannie dopasowany garnitur, ani, kiedy palił papierosa przed wejściem do zabytkowego zamku. Wyglądał dobrze. Czarny garnitur opinał jego mięśnie, a biała koszula wyglądała jeszcze niezwykle elegancko. Włosy, mocne perfumy, aromat miętowej gumy wymieszanej z tytoniem. Rozpoczął więc szopkę, racząc się na początek lampką szampana, śmiejąc się na jakże nieśmieszną przemowę właściciela galerii i następnie poddając się rozmowom z w a ż n y m i ludźmi, ratując się alkoholem i przekąskami w stylu finger food.
Zdawało się, że po godzinie, może dwóch, nareszcie podali coś wartego uwagi. Dawson więc zakręcił się wokół stołów z talerzykiem, kładąc sobie mini burgera, coś ze słodkiego stołu i inne wymysły, kiedy jego wzrok spojrzał się z plecami. Szerokimi, kończącymi się zgrabną talią i jeszcze lepszym tyłkiem. Ta sama burza loków, ten sam n i e t y p o w y ubiór i jakiś frajer obok, który chyba coś wspominał o naprawdę tyle zjesz? Stanley miał nadzieję, że się przesłyszał, toteż gdy ruszył powolnym krokiem do swojego partnera przywdział na twarz najbardziej neutralny wyraz, oblizując z kącika ust resztkę sosu.
— Cóż za miłe spotkanie — uśmiechnął się krótko, owiewając ciężkim spojrzeniem Finleya. Cmoknął, podnosząc do góry, na patyczku, swojego mini burgera. — Próbowaliście już ich? Są z szarpaną wołowiną. Przepyszne — podjął, zupełnie nie zwracając uwagi na bufona obok Fina, albowiem przyglądał się nieodgadnionym spojrzeniem Rosewoodowi.
Bo powinien tu przyjść z nim, a nie jakimś patałachem.
Finley Rosewood
every argument with you feels like a foreplay
: pt sie 28, 2026 10:05 am
autor: Finley Rosewood
Stanley nie odpisał na sześć, pieprzonych wiadomości.
Finley liczył je jednego wieczoru, kiedy leżąc na łóżku, wpatrywał się bez celu w sufit, wmawiając sobie, że picie wina w samotności jest lepszą opcją, niż randka z Włochem, którą całkowicie zignorował. Jego ciało skapitulowało; na myśl o spędzeniu czasu z pięknym Massimo, zamiast czuć ekscytację, czuło bardziej zmęczenie jak po dziesięciokilometrowym maratonie biegania. Fantomowy ból zatrzymał go w apartamencie i – och – jak trudno było mu chociażby odpisać na krótką wiadomość mężczyzny z propozycją innego terminu. Najwyraźniej jego desperacja i płonące pragnienia pojawiały się jedynie wtedy, gdy w nos łaskotał go k o n k r e t n y zapach perfum, a nie gdy miał iść na randkę z facetem, który może nie dałby mu obiecanych czterech orgazmów z rzędu, ale chociaż byłby bezpieczną opcją. Na samą myśl o zmarnowanym czasie, uśmiechu, który musiałby niechętnie odwzajemnić i rozczarowaniu, które wiązałoby się z uczuciem, jakie pozostawiłby na jego skórze wzrok Włocha, wszystko w Finley'u obumierało, wliczając w to niedopieszczonego fiuta i jakiekolwiek nadzieję na romantyczne zauroczenie.
Jeszcze tego samego wieczoru po wspólnych zakupach, chcąc odkupić swoje winy, wysłał Dawsonowi maila i link, dodając na koniec wesołą emotkę.
Jest nowy sezon Żon Hollywood. Musisz nadrobić pozostałe.
Nie zamazywało to niezręczności ich pożegnania, ale było badaniem gruntu, którego Rosewood potrzebował. Tak jak odpowiedzi, nawet, jeśli byłaby krótka i pozbawiona znaczenia.
Drugiego maila wysłał po zimnym prysznicu, podczas którego próbował uspokoić uporczywą erekcję, na myśl o długich palcach na swoim ciele, a szczególnie tych w okolicy jego ust, bo wspomnienia obudziły w nim jakieś chore fantazje, których nie potrafił poskromić.
Jeszcze raz dziękuję za obiad. Nadal uważam, że makaron był lepszy niż Twoja pizza. Dobrej nocy.
To nie tak, że Fin nie posiadał żadnej autorefleksji. Spierdolił i to zawodowo po kilku godzinach podsycania atmosfery, jawnym flirtowaniu, z którego nie potrafił zrezygnować i ciężkich spojrzeniach, które mu rzucał, nie mogąc się zdecydować którą część Dawsona lubi bardziej – jego uśmiech, który zawsze dosięgał oczu, czy może silne ramiona, które idealnie ciążyły na jego ciele podczas tych kilku momentów w których Finley'owi zapierało dech w piersi. Wysoko na liście znajdował się też niski głos, rezonujący przy jego skórze i pieprzone okulary na nosie.
Ale gdyby zaprosił go do swojego mieszkania, musiałby przyznać, że był beznadziejny w swojej pracy. Byłoby to nieprofesjonalne, a Rosewood był p r o f e s j o n a l n y. Może spędziliby razem noc, a potem okazałoby się, że rzeczywistość nie sprostała ich wyobrażeniom, zostawiając ich z poczuciem porażki i kiepskim do zobaczenia. Finley pasował do niewielkiej ilości ludzi i prędzej czy później Stanley zorientowałby się, że Finley nie jest – wesoły, gadatliwy i ekspresyjny – ale irytujący, męczący i trochę za bardzo zaborczy.
Kończyło się przecież zawsze tak samo. Dlatego wolał swatać niż samemu swatać siebie; w przypadku klientów miał ankiety, zdjęcia, wywiady, na które mógł zwalić winę w razie niepowodzenia. Bezpieczny background.
W swoim przypadku mógłby obwiniać tylko siebie za bycie kompletnym idiotą.
Sprawdzał pocztę, wgapiając się w ekran i zagryzając wargę. Nadal nic, a to N I C wywołało pierwsze łaskotanie irytacji. W dniu randki z Tomem, Finley był w parszywym nastroju, ale wieczorem wysłał wiadomość z pytaniem o to, jak poszło, ale zanim doczekał się odpowiedzi, Tom zalał go lawiną wyrzutów, nazywając Stanley'a: oziębłym, szorstkim, nieprzyjemnym oraz mało szarmanckim.
Christine miała jeszcze więcej do powiedzenia, prawie wydzierając się do słuchawki o tym, że jeszcze nigdy nie spotkała takiego ignoranta oraz zadufanego dupka i poprzednia randka była tysiąc razy lepsza nawet, jeśli w Simonie nie odpowiadało jej, że jego ubrania ciągle były ubrudzone włosami jego trzech kotów.
Obie randki były katastrofą; Finley dociskał palce do nasady nosa, próbując zrozumieć jak ktoś, kto był i d e a ł e m, nagle okazał się niszczycielem każdego spotkania, na które się udał. To nie miało sensu, tak jak brak odzewu ze strony Dawsona i nazwanie go bezczelnym i gburowatym, co dwukrotnie powtórzyła Christine, podbijając roztrzęsione słowa Toma.
Chryste, Tom, ogarnij się.
Dawson przyprawiał go o migreny, chociaż nie zamienili ze sobą ani jednego słowa od czasu ich zakupów. Co gorsza, Finley spędził dwa całe wieczory na szukanie zastępstwa dla niepocieszonych klientów oraz zapewnianiu ich, że czasami musi być gorzej, żeby było lepiej.
Pozostałe wiadomości Finley'a były suche jak pustynia; w mailu wysłał mu jedynie kolejną opcję randki, wraz ze zdjęciem i możliwymi wariantami spotkania, a sms zawierał nie więcej niż informacje o wysłaniu maila. Oraz "Proszę o kontakt" z ostentacyjną kropką na końcu zdania.
Miał ochotę rzucić telefonem o ścianę, kiedy zobaczył odczytaną wiadomość. Tylko tyle. Jak miał pracować z kimś, kto tak jawnie go ghostował?
I dlaczego, mimo wszystko, Finley w głębi serca cieszył się z tych nieudanych spotkań?
Rosewood nigdy nie wtapiał się w tłum, ale potrafił idealnie pasować do miejsca w którym się znajdował. Harmonizował się z bogatymi wnętrzami i drogim winem, w czarujący sposób zabawiając towarzystwo i odnajdując się w każdym temacie, od ocieplenia klimatu po komplementowanie wytwornych kreacji. Problem w tym, że nawet pomarańczowa koszula wiązana na szyi, spodnie z wysokim stanem i precyzyjnie dobrane dodatki nie mogły odwrócić uwagi od jego niezadowolenia i znudzonego spojrzenia, które ani na sekundę nie rozbłysło, kiedy tkwił obok Jamesa. A kiedy dłoń mężczyzny musnęła jego udo, Finley był bliski strzelenia mu w pysk, chociaż jeszcze przed wyjściem był pełen drobnej ekscytacji.
James mógł uchodzić za niesamowicie dobrą partię; przystojny, bogaty, elokwentny. Był zainteresowany Finem, o czym dawał mu znać za każdym razem, kiedy ze sobą rozmawiali, ale gdy tylko Rosewood zgodził się pójść z nim na otwarcie nowej galerii sztuki, James okazał się być irytującym dupkiem z wygórowanym ego i mało śmiesznymi żartami. Nazwał jego pracę uroczym hobby i zasugerował, że powinien odpuścić kolejny kieliszek wina.
Przysłuchiwał się więc tylko rozmowie, błądząc gdzieś we własnych myślach; uniósł widelczyk do ust, chcąc uraczyć się jedynym pozytywem tego wieczoru – słodkim ciastem z ogromną ilością bitej śmietany.
— Odłóż to. Wiesz ile w tym cukru? Szkoda, żeby Twoja idealna sylwetka po tym ucierpiała — James uśmiechnął się, pochylając ku Finley'owi. Gniew znowu rozkwitł gdzieś w środku Rosewooda, przelewając się niebezpiecznie i zwiastując koniec jego cierpliwości. Na końcu jego języka znajdowało się już wal się, ale w ostatnim momencie Finley westchnął, odstawiając talerzyk, ku wyraźnemu zadowoleniu Jamesa, którego dłoń ponownie znalazła się na talii Rosewooda.
I kiedy sądził, że nie mogło być gorzej...Wtedy to poczuł. Ulubione perfumy i odrobinę mięty.
Spojrzenie Finley'a padło na przystojną twarz Dawsona; w ciemnych oczach zagrało coś pomiędzy niedowierzaniem, błyskiem, a powoli rosnącą irytacją. Stał tu, jak gdyby nigdy nic. Jak gdyby nie dostał pieprzonych, sześciu wiadomości i nie zrujnował jego ciężkiej pracy. Uśmiechał się, jedząc przystawki i powodując, że Finley'owi miękły kolana nawet teraz, kiedy był bliższy wściekłości niż dotychczas odczuwanemu znużeniu.
— Właśnie mówiłem Finley'owi, że to niezdrowe. Straci cały swój urok, kiedy przytyje — James zaśmiał się, wyciągając dłoń, by pieszczotliwie pogładzić policzek Fina, który otworzył szerzej oczy, patrząc już na swojego towarzysza jak na obiekt z innej galaktyki. Fala gwałtownego ciepła przeszła przez jego ciało, budząc pieprzonego demona.
— Zamknij się — warknął, odtrącając od siebie jego dłoń — jeśli dotkniesz mnie jeszcze raz, wybiję Ci wszystkie zęby, wliczając w to te, które zrobiłeś w Turcji. Nie mam pojęcia dlaczego przez cały wieczór znoszę Twoje uwagi i absolutny brak gustu — zmierzył go oceniającym wzrokiem i cofnął się, obserwując coraz większy szok na twarzy Jamesa — jesteś jebaną porażką. A Ty — zwrócił się w stronę Stanley'a, robiąc krok w jego stronę i napierając palcem na jego klatkę piersiową. Poderwał głowę, gromiąc go ciemnym, rozjuszonym spojrzeniem — dobrze się bawisz?! Sądzisz, że możesz po prostu mi nie odpisywać, a potem zjawiać się tu z tym Twoim pieprzonym uśmiechem? — wysyczał — spieprzyłeś dwa spotkania. DWA. Czy ty zdajesz sobie sprawę, co to dla mnie oznacza? Pieprzony KOSZMAR — zbliżył się bardziej, omal nie stykając się z silnym ciałem Dawsona — Ty ignorancki, lekkomyślny, irytujący dupku. Pieprzę Cię i twoje wymagania z dupy. Zrobiłeś to specjalnie! Wysłuchiwałem płakania Toma przez GODZINĘ po tym jak powiedziałeś, że jest "słabiutkim chuchrem" — uniósł głos na tyle, że kilka par oczy spoczęło na ich sylwetkach z wyraźnym zaciekawieniem. Finley dźgnął mocniej tors Stanley'a, powstrzymując się przed tym, żeby go nie uderzyć. W tym momencie nie wiedział, czy bardziej pragnie zmiażdżyć Jamesa, który próbował jeszcze coś powiedzieć, czy może Dawsona za to, że...
Nie. Nie z powodu nieudanych randek.
Z powodu tego, że ignorował go przez tyle dni.
I Finley był, kurwa, wściekły.
— Doprowadzasz mnie do jebanego szału!
Oczy Rosewooda błyszczały bardziej niż kiedykolwiek. Błyszczały żywo, pełne nieskrywanego pożądania, które pojawiało się tylko przy nim i z którym Rosewood bezkompromisowo przegrywał.
stanley dawson
every argument with you feels like a foreplay
: pn sie 31, 2026 6:39 pm
autor: stanley dawson
Pomarańczowa koszula.
Ta sama, którą Stanley przyniósł do przymierzalni, chwaląc Finleya i będąc p e w n y m, że będzie w niej wyglądał doskonale. Ta sama, za którą ZAPŁACIŁ, ta sama, króra doskonale odkrywała jego dobrze zbudowane ramiona i podkreślała opalony odcień skóry.
Ta, którą powinien założyć dla N I E G O, a nie jakiegoś pierdolonego idioty, który wyliczał mu ukochane słodkości i wyglądał, jakby urwał się z tej części Shreka, w której był ten lalusiowaty książę, co go nikt nie lubił. Och, jak Dawson zaczynał się denerwować. Jego spojrzenie, choć nadal niezwykle ciężkie, tak miało w sobie coś nieodgadnionego; powoli ugryzł kawałek swojego burgera, przeżuł go i zgromił spojrzeniem Jamesa, ale nawet nie zdążył się odezwać, kiedy Rosewood wybuchł.
I jak cholernie seksownie wybuchł, napinając ciało, pozwalając, aby iskry zdenerwowania rozkwitły w jego tęczówkach, szereg słów opuścił te kuszące wargi, a Stanley nie mógł powstrzymać uśmiechu. Był niezrównoważony. Dlatego, że sądził, iż miał prawo do bezczelnego gromienia go w tłumie ludzi, jakby Dawson był mu cokolwiek w i n i e n. Jakby to, że nie zaprosił go do siebie i umówił na randki z beznadziejnymi ludźmi, nie było powodem, dla którego spotkał się z nudną, przeciągającą się, ciszą.
Tyle, że Stanley był równie niezrównoważony. Słuchał każdego wściekłego słowa, t o n ą ł w tym wyrzucie pretensji, nie spuszczając wzroku pełnego pożądania z Finleya i podziwu. Był oczarowany, zapatrzony w niego jak obrazek i tylko gdzieś między jednym pieprzonym uśmiechem a pieprzonym koszmarem dojadł swoją przystawkę, wciskając w dłonie zaskoczonego Jamesa talerzyk. Zgarnął jeszcze dwie lampki szampana, jedną błyskawicznie opróżnił, a drugą wsunął w chwilowo rozluźnioną dłoń — pewnie zanim zaciśniętą pięść — Finleya, traktując doprowadzanie go do jebanego szału niczym najbardziej rozkoszny komplement.
— Zwilż gardło, jeszcze nie skończyłeś na mnie krzyczeć — oznajmił spokojnie, robiąc krok w przód, aby zaoferować swoje ramię. — Chryste, chyba jestem twardy — westchnął krótko, zerkając przelotnie w dół, na swoje krocze, które jednak nie było jeszcze aż tak zapełnione. Fiut jednak niezaprzeczalnie drgnął, a wówczas tylko na chwilę Stan poświęcił garstkę swojej uwagi Jamesowi. — Pozwolisz, że zajmę się nim lepiej, niż ty, co? I wsadź sobie w dupę swoje przekonania. Finley zje tyle słodkości i wypije tyle wina, ile ma na to ochotę — rzucił, ruchem głowy nakazując mu s p i e r d a l a ć.
Nie miał pewności, czy Rosewood zechce ująć jego ramię. To go jednak nie powstrzymało przed tym, aby chcieć posunąć się dalej w kierunku tłumu, jakby prowadził go prosto na prowizoryczny parkiet.
Nudna część otwarcia galerii się zakończyła, orkiestra zaczynała grać lepsze melodie, a pary powoli zapełniały parkiet. Nie odmówiłby sobie przecież podeptania Finleya i złapania go za biodra.
— Nie zrobiłem tego specjalnie — zaczął spokojnie, unosząc kąciki ust do góry. — to paskudne dopasowanie, Rosewood. Tom nie potrafił się skupić na meczu i był ubrany nieadekwatnie do okazji. Christine zaczęła rozmowę od swoich butów, mając na sobie równocześnie kowbojki z frędzlami. Przecież wiesz, że to nie mogło się udać — westchnął, dociskając palce do talii Rosewooda, gdy prowadził go w tym leniwym tańcu. Mówił dalej, nie spuszczając z niego spojrzenia: — Tom jest chuchrem, a Christine udaje, że jest wszechwiedząca, chociaż dużo atrakcyjniejsze jest przyznanie się do niewiedzy. Kurwa, doskonale wyglądasz w tej koszuli — westchnął znowu, opuszczając nieco głowę, aby zbliżyć nos do skroni Finleya, a usta do jego ucha. Owiał je ciepłym oddechem, wpijając opuszki palców w jego ciało. — i to było bezczelne, że nie zaprosiłeś mnie na górę, by zobaczyć ten nowy sezon Żon Hollywood — dokończył, zanim się nie wyprostował, obracając Finleya w tańcu i wlepiając w niego ponownie wzrok.
Ten mężczyzna naprawdę mógł do doprowadzić do najsłodszej ruiny.
— Wynagrodzę ci ten k o s z m a r, jeśli resztę nocy spędzisz ze mną — zaproponował, nie rzucając jeszcze żadnego przepraszam, a za to robiąc szereg rzeczy, które mogły skutkować faktycznym zdzieleniem go w twarz.
Finley Rosewood
every argument with you feels like a foreplay
: wt wrz 01, 2026 6:22 pm
autor: Finley Rosewood
Finley zapomniał o oddychaniu, kiedy wyrzucał z siebie lawinę wyrzutów, jednocześnie próbując prezentować się równie atrakcyjnie jak w momentach, kiedy nie dopadał go istny szał. Pomarańczowa koszula wyglądała na nim znakomicie, tak jak opięte i dopasowane spodnie więc jego wybuch nie był tylko urozmaiceniem nieco nudnego otwarcia galerii, ale również całkie niezłym widowiskiem dopracowanym od złotych dodatków, które podrygiwały na jego nadgarstku i szyi, aż po ułożone włosy, których kosmyk opadł buntowniczo na przystojną twarz, gdzieś pomiędzy pieprzeniem wszystkiego szczególnie Stanley'a – dosłownie i w przenośni, a zaczerpnięciem tchu, by ochłodzić nabuzowane ciało i powstrzymać napływ rumieńców, które zabarwiły jego policzki. Im bardziej Finley wydawał się być poirytowany, tym bardziej Stan się uśmiechał, powoli i skrupulatnie wytrącając Rosewood z raczej wątpliwej równowagi. James przestał istnieć odkąd tylko otworzył usta i tak pozostał, mrugając jakby nie rozumiał co się dzieje; Fin był pewien, że gdyby raczył się odezwać, Finley rzeczywiście pozbawiłby go śnieżnobiałych zębów.
Odruchowo chwycił kieliszek, mierząc Dawsona sfrustrowanym spojrzeniem.
— Żebyś wiedział, że jeszcze nie skończyłem — wycedził, przechylając kieliszek i mało kulturalnie wypijając całą zawartość, nawet na moment nie odwracając wzroku od jego twarzy. Kiedy Finley się nakręcał, uspokojenie go graniczyło z cudem. Chyba, że znało się całkiem niezłe metody: można było zamknąć mu usta na wiele sposobów, pokornie przeprosić albo...Albo po prostu być Dawsonem.
Zakrztusił się, a potem bez zawahania przeniósł uwagę na spodnie mężczyzny, jakby chciał na własne oczy ujrzeć odznaczającą się na nich wypukłość.
— Naprawdę? — spytał odruchowo, w połowie pod wrażeniem, a w połowie z pożądaniem, którego nie potrafił ukryć w błyszczących oczach. Zmrużył podejrzliwie powieki, kiedy natrafił na wesołe oczy Stanley'a — jesteś niepoprawny. Bezczelny. Niepoprawny i bezczelny.
Cóż. Nie na tyle, by Rosewood jeszcze raz nie zerknął w dół.
Bruzda między jego brwiami pogłębiła się, kiedy Stanley zaoferował swoje ramię, które Rosewood ujął, dalej mieląc w ustach kilka kąśliwych uwag. Odchylił się tylko na moment, by odłożyć kieliszek, a potem zgarnąć z talerzyka Jamesa odrobinę kremu palcem; oblizał słodycz, przy okazji prezentując swojej b y ł e j randce uroczy, środkowy palec.
Dawson potrafił oswoić Finley'a zadziwiająco skutecznie. Chociaż nadal był bliski wbicia mu paznokci w policzki i być może zmuszenia go do gwałtownego, mocnego pocałunku, który zmyłby z jego ust ten chochlikowaty uśmiech, to pozwolił poprowadzić się na parkiet i co więcej, przylgnął do niego swobodnie, opierając lekko dłoń na jego ramieniu. Prychnął powątpiewająco, ani myśląc dać się urobić na jakiekolwiek jego argumenty.
— To były dobre dopasowania! Dokładnie takie, jakie chciałeś! — warknął, stawiając ostrożnie kroki w rytm lecącej melodii, błądząc spojrzeniem po atrakcyjnym obliczu Stanley'a — Tak się kończy wyciąganie kogoś poza jego strefę komfortu, Stan. Jesteś uparty. I korona by Ci z głowy nie spadła, gdybyś darował sobie komentarze o ubierze osób, które są Tobą ZAINTERESOWANE — docisnął palec do jego klatki piersiowej. Palec zamienił się na całą dłoń, gdy wsparł ją na jego twardym torsie. Skrzywił się, nie mogąc nie zgodzić się z tym, że kowbojki z frędzlami były równie aseksualne jak mokasyny z wężowej skóry, ale przecież Christine mogła nadrobić...Czymkolwiek. Gdyby tylko dostała szansę.
— Nie pieprz mi tutaj jak znawca mody. Spieprzyłeś. I to specjalnie. Mogłeś od razu powiedzieć, że nie jesteś zainteresowany, zamiast robić ze mnie idiotę.
Ciało zdradliwie reagowało na bliskość Dawsona. wystarczyło, że przylgnął do niego, docisnął wargi do jego skroni, otulił skórę gorącym oddechem, a serce Finley'a załomotało tak mocno, że był niemal pewien, że mężczyzna to wyczuje. Wstrzymał powietrze – cudowna chwila, gdy Finley NIE MÓWIŁ – a potem drżąco je wypuścił, zaciskając palce na jego ramieniu. Kilka dni bez odzewu było koszmarem, ale teraz...Teraz już nie pamiętał jak się złościć, więc chwytał się czegokolwiek, byle tylko nie przyznać się do swojej słabości.
Obrócił głowę i podniósł wzrok, wyłapując spojrzenie Dawsona.
— Wyglądam w niej rewelacyjnie — poprawił go, nadal usilnie powstrzymując to drobne drgnięcie kącika ust — ubierając ją myślałem o dupku, który nie raczył odpisać mi na wiadomości. Może go znasz. Straszny kretyn. W dodatku najwyraźniej lubi, kiedy się na niego krzyczy — obrócił się w tańcu, tym razem przylegając plecami do klatki piersiowej Stanley'a. Naparł pośladkami na jego uda, kołysząc się krótko w rytm muzyki.
— To nadal nie powód, by mnie ignorować. Mnie się nie ignoruje, Dawson — burknął, odchylając głowę i tym razem nie powstrzymując uśmiechu — od kiedy przeszkadza Ci bycie chuchrem? Czy to nie Ty zaznaczyłeś w ankiecie, że lubisz filigranowych chłopców? — mruknął zaczepnie, robiąc trzy kroki, by znowu stanąć twarzą w twarz z Dawsonem, zanim jego dłonie niebezpiecznie zbliżyłyby się do jego bioder. Albo wyżej. Albo, kurwa, niżej.
Zagryzł wargę, wpatrując się w niego z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Dłoń – ta, która spoczywała na ramieniu Stanley'a – przesunęła się odrobinę, a smukłe palce musnęły jego kark w zastanowieniu.
— To niedorzeczne — powiedział wolno — nie mogę spędzić z Tobą nocy. Jesteś moim k l i e n t e m — zaakcentował, jakby naprawdę było to istotne w ich sytuacji o nazwie: nie wiem, ale buja. W brązowych tęczówkach pojawiło się drobne zmieszanie, kiedy spojrzał mu w oczy — nie mogę. Znaczy...Jeśli okazałbyś skruchę, odpowiednio przeprosił, może jeszcze raz skomplementował to jak dobrze wyglądam...Nie mówię, że bym się zgodził, ale jest to jakiś początek — uniósł znacząco brew.
stanley dawson
every argument with you feels like a foreplay
: czw wrz 03, 2026 9:55 am
autor: stanley dawson
Daleko mu było do opadnięcia na kolana i żałosnego przepraszania. Stanley wychodził z założenia, że nudne, zawstydzone podejście jeszcze nikomu szczególnie nie pomogło. Człowiek wówczas czuł politowanie do takiej osoby, a on nie znosił l i t o ś c i. Miał więc inne, swoje sposoby na odpowiednie udobruchanie swojej ślicznotki w pomarańczowej koszuli, nieważne, jak głośno i jak długo Rosewood zamierzał na niego krzyczeć. Poza tym — niezwykle łechtało mu to ego. Nie tylko wzmagało pożądanie, ale przede wszystkim sprawiało, że Finley był tak samo głęboko, jak i on sam. Gdyby tak nie było, przecież nie wściekałby się tak mocno o brak odezwu z jego strony, prawda? A Stan, być może, zrobił to s p e c j a l n i e. Dla sprawdzenia. Dla pewności.
Był też, rzecz jasna, obrażony za beznadziejny dobór partnerów. Na końcu języka miał słowa za kogo ty mnie masz, umawiając mnie z kimś takim?!, ale zrezygnował z nich, albowiem może podświadomie zdawał sobie sprawę z własnej winy. No, przynajmniej tej, że po prostu był ślepo zapatrzony w Rosewooda.
Uniósł brew do góry z rozbawionym, kpiącym uśmiechem, gdy Finley spojrzał w dół. Nie mógł się powstrzymać, aby w tym samym momencie poprawić klamrę od paska swoich spodni i posłał jedynie zadziorne spojrzenie mężczyźnie.
— Myślałem, że rozmowę o moich zaletach mamy już za sobą — odparł wesoło, prowadząc zdecydowanym gestem Finleya na parkiet. Bardzo podobał mu się kontrast, który pojawiał się między jego ruchami pełnymi gracji i zaufania, a buzi, która nadal wydobywała z siebie pełne frustracji zdania. Stanley tylko mruknął ze zrozumieniem, pozwalając mu m ó w i ć, gdy sam zdecydowanym gestem owinął go ramieniem. Docisnął palce do jego pleców, drugą dłoń opuszczając nisko na biodrze i zaczepił palcem o szlufkę od jego spodni, kołysząc się swobodnie do muzyki.
— Musiałem to skomentować. Jak inaczej bym miał ich poznać, czy JA jestem zainteresowany? — uniósł brew, jawnie sugerując wówczas, że wcale nie był. Pochylił się, aby mocniej przycisnąć nos do jego skroni. Zapach szamponu, perfum i balsamu do ciała uderzył w jego nozdrza, na co westchnął z zachwytem, zarostem przelotnie muskając jego skórę. — Sprawdzałem. Niczego nie spieprzyłem specjalnie. Okazuje się, że mam wyższe wymagania — zaczął, równocześnie palcami zahaczając o luźny materiał koszuli, w okolicy rozgrzanej, odkrytej skóry. Jak dobrze, że odkrywała ramiona i Stan mógł bezczelnie rozpieścić bok jego łopatki. — miałem przed tymi randkami bardzo udane spotkanie, rozumiesz. Musisz zmienić sposoby doboru — zaśmiał się, wyłapując jego wzrok, aby tym samym mu przekazać, j a k i e spotkanie miał na myśli.
Nie odpowiedział na opisanie jego osoby. Uśmiechnął się szeroko, gdy został nazwany dupkiem i kretynem, a wówczas zwilżył znowu usta, puszczając mu zaraz o c z k o. Nie mógł się przed tym powstrzymać. Finley doskonale wiedział, jak się z nim obchodzić, a gdy odwrócił się tyłem, Dawson cicho mruknął. Rozpieścił oddechem okolice jego ucha, palce tym razem wbijając w okolice brzucha, gdy leniwie docisnął do niego swoje biodra, pozwalając wyczuć zawartość spodni. Zaledwie chwilowo. Dla pewności, aby Rosewood nie zapomniał, jak na niego działa.
Bo dałby wiele, aby opuścić to pieprzone wydarzenie i zabrać go do domu, ale mogli jeszcze trochę korzystać z darmowych dobroci.
— Zaznaczyłem, ale wygląd to nie wszystko. I mięśnie też lubię — stwierdził nagle, zadzierając nieco podbródek i przelotnie przesunął wzrokiem po dobrze zbudowanym ciele Finleya, uśmiechając się. Naparł karkiem na jego palce, a ten chochlikowy, zawadiacki uśmiech wymienił się nagle na drobny, w y r o z u m i a ł y, absolutnie czarujący. — Możesz na jedną noc zapomnieć, że jestem twoim klientem. To nie jest nasze spotkanie biznesowe, Finley — zauważył kusząco, gładząc jego lędźwie, gdy zaraz, nagle, postanowił obrócić go w tańcu. Muzyka stała się nieco bardziej żywa, więc mógł to zrobić bez cienia zawahania, obejmując go ponownie od tyłu. — Przepraszam, że ci nie odpisałem. Byłem kurewsko zły, że mnie nie zaprosiłeś do siebie. I że to nie z tobą byłem na randkach — wymruczał nisko do jego ucha, ale tuż po tym, jak te słowa padły, ponownie okręcił go w tańcu i przycisnął do siebie przodem, kołysząc. — a wyglądasz tak dobrze, że nieważne, jak bardzo chcę cię rozebrać, koszulę bym zostawił — poszerzył uśmiech, przechylając zaraz głowę swobodnie w bok.
— A więc? Mogę cię zabrać po drinka i na balkon na papierosa? — nie m ó g ł mu odmówić.
Finley Rosewood
every argument with you feels like a foreplay
: pt wrz 04, 2026 10:43 am
autor: Finley Rosewood
Rozmowa z tym mężczyzną była równie owocna jak odśnieżanie śniegu w środku upalnego lata. To nie tak, że Stanley go nie słuchał. Słuchał – Rosewood widział jego uważne spojrzenie i drgnięcie kącików warg na każdą uwagę, którą mógł uznać za przejaw z a z d r o ś c i z jego strony – ale absolutnie nie zamierzał nic sobie robić z jawnego oburzenia swatki. Słyszał tylko to co chciał słyszeć, więc zbywał istnienie Toma i Christine, którzy zapewne nadal odczuwali niezadowolenie po fatalnych randkach, obwiniając o to Finley'a oraz rodziców Dawsona, którzy najwyraźniej nie nauczyli syna kultury.
Ale jak miałby być na niego zły, skoro patrzył na niego w sposób, od którego miękły kolana, a gdy tylko palce zacisnęły się na jego biodrze, Rosewood stracił zdolność logicznego myślenia. Co prawda skrzywił się, jakby chciał wystosować kąśliwą uwagę, ale spomiędzy jego warg wypłynęło tylko miękkie i pełnie niedowierzania westchnięcie.
— Dobór obuwia jeszcze niczego nie definiuje — powiedział cicho — z Twoim charakterem nie powinieneś być wybredny — powiedział cicho, a brązowe tęczówki Finley'a rozbłysły delikatną wesołością. Skupienie się na rozmowie kosztowało Rosewooda wiele wysiłku; ciało przylegało chętnie do silnych dłoni, reagując palącym mrowieniem na najdrobniejszy gest zdradzając słabość, którą tak uparcie próbował ignorować. Był tak blisko, że oddychał nim całym, mając wrażenie, że istniało tylko to i nic więcej. Prawie zaprotestował, gdy dłonie muskały krawędzie satynowej bluzki, omijając nagą skórę, która domagała się uwagi jak jak Finley domagał się przeprosin i bezgranicznej uwagi ze strony Dawsona.
Uniósł lekko brew, szybko wyłapując aluzję odnośnie u d a n e g o spotkania. Roześmiał się krótko i tym razem z całą pewnością nawet nie próbował ukryć swojego zadowolenia. Zmanierowane ego Finleya zostało mile połechtane, a serce znowu zabiło, kiedy najwyraźniej nie tylko on świetnie się bawił w towarzystwie Dawsona. Komplikowało to absolutnie wszystko, jednak Fin nie pamiętał kiedy ostatnio ktoś patrzył na niego w tak głęboki i przenikliwy sposób. Może nigdy?
Cóż, nazywanie Dawsona księciem z bajki byłoby odrobinę na wyrost, co najwyżej mógł nazwać go księciem w drogim, sportowym samochodzie oraz z wielkim...Zasobem poczucia humoru, nie zmieniało to faktu, że był...Kurwa. Był wszystkim, a Finley chciał go schrupać, wylizać, a potem warczeć na każdego, kto próbowałby dotknąć tego co było JEGO.
Dreszcz przebiegł przez opalone ciało, cichy szept był jak pieszczota, po której pośladki Rosewooda odrobinę mocniej naparły na delikatną twardość skrytą w spodniach Dawsona. Okrył palcami dłoń spoczywającą na jego biodrze, dociskając ją jeszcze mocniej i kołysząc się leniwie w rytm muzyki, aż ponownie nie został obrócony. Dotyk był śmielszy, wiedziony tym niemym przyzwoleniem, które towarzyszyło im od pierwszej chwili znajomości.
— Ale...— rzeczywiście, nie było to ich spotkanie biznesowe. Nie omawiali potencjalnych randek, ani nie wpisali spotkania w przepełniony kalendarz Staney'a. Cokolwiek jednak chciał powiedzieć Finley lub jakąkolwiek bezsensowną wymówkę próbował wcisnąć im obojgu, słowa zamarły mu w gardle, kiedy znowu znalazł się w idealnym miejscu, przylegając plecami do silnego torsu, czując dłonie mężczyzny wszędzie i zdecydowanie za mało. Przeprosiny skutecznie rozwiały wszelkie wątpliwości i odgoniły resztki poirytowania; mrukliwy głos rezonował po jego ciele, a Finley wydał z siebie rozkoszne westchnięcie, poddając się bez dalszej walki. Kiedy więc płynnie obrócił się przodem, uśmiechnął się, przesuwając dłońmi po jego klatce piersiowej, luźno oplatając kark mężczyzny ramionami. Palce jeszcze raz musnęły ciemne kosmyki jego włosów, kiedy przylgnął do niego ciasno, zbliżając wargi do jego warg.
— Obawiam się, że jeśli spędzę z Tobą więcej czasu, będę miał naprawdę trudne zadanie, żeby znaleźć Ci kogoś lepszego. Nikt nie wygląda tak dobrze w pomarańczowym — zauważył, otulając jego usta ciepłym oddechem. Obrócił głowę, zaledwie muskając wargami jego policzek — I cholernie podoba mi się Twoja złość. Ale na drugi raz mnie nie ignoruj. Po prostu weź co chcesz — szepnął mu do ucha, dopiero wtedy odsuwając się i mierząc go przeciągłym spojrzeniem. Delikatnie trącił jego palce swoimi, splatając je podobnie jak zrobił to w galerii handlowej.
— Skoro to nie jest nasze spotkanie biznesowe...— przyciągnął go do siebie, przesuwając wzrokiem po jego przystojnej twarzy — to mogę Ci powiedzieć, że bardzo możliwe, że nie byłem zadowolony z Twoich randek — powiedział, wzruszając niewinnie ramionami.
Przystając na jego propozycję, poprowadził ich w stronę alkoholi, gdzieś w tłumie dostrzegając zarys sylwetki Jamesa. Zignorował ją, wybierając najbardziej kolorowego drinka jaki tylko mógł istnieć i zaciskając wargi na słomce w oczekiwaniu na wybór Stanley'a. Chłód wieczoru miło omiótł gorące policzki Finleya, kiedy tylko znaleźli się na przyciemnionym tarasie. Docierały tu jedynie przytłumione dźwięki muzyki i delikatne smugi ciepłego światła sączącego się z wnętrza.
— Myślałem, że palisz tylko przed snem — uśmiechnął się. Gdy w dłoni Stanley'a pojawiła się zapalniczka, Finley pochylił się, by odpalić swojego papierosa. Słodki, owocowy aromat wzniósł się w powietrze, a spojrzenie Rosewooda uniosło się prosto na oczy mężczyzny. Z papierosem i drinkiem, cofnął się, opierając o balustradę tyłem. Wiatr subtelnie poruszył kosmykami jego włosów, kiedy skinął zachęcająco głową, dając znak Dawsonowi, że dzielący ich odstęp był zdecydowanie zbyt duży.
— Czy właśnie uratowałem Cię od niemożliwie nudnego wieczoru?
stanley dawson