Strona 1 z 1

i know you, but i don't

: czw sie 27, 2026 11:46 pm
autor: Nerissa Whitelaw
Czwarta rocznica śmierci Caleba od samego rana sprawiała, że Nerissa miała wrażenie, jakby wszystko, co przez ostatnie lata próbowała od siebie odsunąć, wróciło ze zdwojoną siłą. Doskonale pamiętała dzień, w którym dowiedziała się o jego śmierci, choć z perspektywy czasu wiele szczegółów zaczęło się zacierać. Jedno pozostało jednak niezmienne - sposób w jaki wtedy jej to wyjaśniono. Cole miał przedawkować. Przy jego historii, uzależnieniu i problemach, które ciągnęły się za nim przez długi czas, dla większości ludzi była to wystarczająca odpowiedź. Dla Nerissy nigdy nie była.
Nie zamierzała wybielać własnego brata ani udawać, że ich relacja wyglądała dobrze. Wręcz przeciwnie. Przez ostatnie lata jego życia potrafili kłócić się o najmniejsze rzeczy, a każda kolejna awantura sprawiała, że coraz bardziej oddalali się od siebie. Caleb wielokrotnie ją zawodził, składał obietnice, których później nie dotrzymywał, znikał wtedy, kiedy najbardziej się o niego martwiła, a jego uzależnienie sprawiło, że z człowieka, którego kiedyś znała, coraz częściej pozostawało niewiele. Nerissa miała dość ciągłego strachu, tłumaczenia jego zachowania i zastanawiania się, czy tym razem naprawdę potrzebuje pomocy. Zdarzały się chwilę, kiedy była na niego tak wściekła, że nie chciała nawet słyszeć jego głosu. Dzisiaj jednak, kiedy nie było już możliwości kolejnej kłótni ani pogodzenia się po niej, wszystkie te emocje mieszały się ze sobą w sposób, którego nadal nie potrafiła uporządkować.
Najbardziej męczyło ją jednak to, że po upływie czterech lat nadal nie potrafiła całkowicie uwierzyć w jego śmierć tak, jak została przedstawiona. Wiedziała, że Caleb brał narkotyki i że jego życie od dawna było dalekie od normalności, dlatego chodziło o to, że uważała przedawkowanie za niemożliwe. Po prostu od samego początku coś w tej historii wydawało jej się niewłaściwe. Nie potrafiła wskazać jednego konkretnego szczegółu, który mógłby potwierdzić jej podejrzenia, a jednak wewnętrznie czuła, że nie powinna tak łatwo przyjąć wszystkiego za pewnik. Przez długi czas próbowała przekonać samą siebie, że to jedynie żałoba i niepogodzenie się ze śmiercią brata, ale dzisiaj, w rocznicę jego odejścia, pytania powróciły ze zdwojoną siłą.
Właśnie wtedy zaczęła zastanawiać się, do kogo mogłaby się zwrócić. Na rodziców nie mogła liczyć. Od starszego brata zapewne ponownie by usłyszała, że brat był uzależniony i że takie rzeczy się zdarzają. Potrzebowała kogoś, kto spojrzałby na wszystko chłodno i bez emocji, kto potrafiłby dostrzec szczegóły, których ona mogła nie zauważyć. I wtedy pomyślała o nim.
Cree.
Ich historia zaczęła się jeszcze w szkole średniej, podczas wymiany Nerissy w Nowym Orleanie. Byli ze sobą na tyle blisko, że przez pewien czas Nerissa naprawdę wierzyła, że zostaną razem na długo. Był jej chłopakiem, ale przede wszystkim osobą, której ufała i przy której nie musiała ukrywać swoich problemów. Znał ją jeszcze zanim życie zaczęło się komplikować, zanim pojawiły się sprawy, z którymi coraz trudniej było jej sobie radzić. Paradoksalnie właśnie wtedy, kiedy najbardziej potrzebowała jego obecności, między nimi zaczęło się psuć. Cree coraz więcej czasu poświęcał nauce i książkom, miał własne cele i obowiązki, a Nerissa coraz częściej zostawała sama ze swoimi problemami. Początkowo próbowała to rozumieć i cierpliwie czekała, aż znajdzie dla niej więcej czasu, ale z czasem zaczęła mieć poczucie, że jej potrzeby zawsze znajdują się gdzieś na końcu jego listy.
Nie chodziło o to, że oczekiwała od niego rozwiązania wszystkich swoich problemów. Potrzebowała po prostu jego obecności, rozmowy i świadomości, że kiedy wszystko zacznie ją przerastać, będzie miała obok siebie kogoś, na kim może polegać. Zamiast tego coraz częściej czuła się samotna w związku, który kiedyś dawał jej poczucie bezpieczeństwa. Z czasem pojawiły się pretensje, niedopowiedzenia i coraz większy dystans, aż w końcu ich relacja się skończyła.
Od tamtej pory minęło wystarczająco dużo czasu, żeby ich wspólna przeszłość przestała być czymś, o czym Nerissa myślała każdego dnia, ale nie na tyle dużo, żeby całkowicie zapomniała, jak dobrze kiedyś go znała. Nie wiedziała, czy będzie chciał jej pomóc po tym wszystkim, co wydarzyło się między nimi, ani nawet czy odpowie na jej wiadomość, ale nie potrafiła znaleźć nikogo innego, komu mogłaby zaufać w tej sprawie.
Długo wahała się przed wysłaniem pierwszej wiadomości. Sam fakt, że po tylu latach ponownie otworzyła rozmowę z Cree, wywoływał w niej dziwne uczucie, którego nie potrafiła jednoznacznie nazwać. Nie była pewna, czy bardziej chodziło o niepewność, jak zostanie przyjęta, czy o świadomość, że wraz z jego imieniem wracały wspomnienia, których przez lata nie chciała już dotykać. Mimo wszystko potrzebowała jego pomocy i to wystarczyło, żeby w końcu przełamać własne wahanie.
Sam kontakt z byłym chłopakiem przypomniał jej, jak wyglądały ostatnie miesiące ich związku i ile niewypowiedzianego żalu zostało między nimi. Teraz, po latach, rana nie była już świeża, ale wystarczyło kilka chwil rozmowy, żeby znów poczuła znajome ukłucie. Nie próbowała więc być przesadnie miła ani udawać, że między nimi wszystko zostało dawno zapomniane. Jej żal momentami przebijał przez sposób, w jaki odpowiadała, nawet jeśli nie mówiła wszystkiego wprost. Nie chciała jednak wracać do przeszłości tylko po to, żeby po raz kolejny się pokłócić. Najważniejsze było dla niej to, po co naprawdę się odezwała, choć na razie zachowywała ten powód dla siebie.

Przez kolejne dwa dni Nerissa starała się nie wracać myślami do rozmowy z Cree częściej, niż było to konieczne. Nie zawsze jej się to udawało, zwłaszcza, ze sama świadomość zbliżającego się spotkania sprawiała, że coraz częściej zastanawiała się, jak właściwie będzie wyglądało ich pierwsze spotkanie po tak długim czasie. Ostatecznie jednak nie zamierzała się z tego wycofywać.
W dniu spotkania przygotowała się bez większego pośpiechu, choć sama od samego rana towarzyszyło jej trudne do pozbycia się napięcie. W końcu chwyciła kluczyki i wyszła z mieszkania, zamykając za sobą drzwi.
Droga na cmentarz nie była długa. Jechała w ciszy, skupiając wzrok na drodze, a jednocześnie próbowała poukładać sobie w głowie wszystko, co chciała powiedzieć mężczyźnie. Nie chodziło jej o przygotowanie konkretnej rozmowy, bo doskonale wiedziała, że kiedy już stanie naprzeciwko niego, słowa mogą przyjść zupełnie inaczej. Bardziej zależało jej na tym, żeby nie pozwolić emocjom przejąć kontroli i nie wrócić do tego, co wydarzyło się między nimi przed laty.
Kiedy w końcu skręciła w drogę prowadzącą w stronę cmentarza, zwolniła nieco, a jej spojrzenie mimowolnie przesunęło się w stronę znajomej bramy. Była tutaj już wcześniej, ale dzisiaj wszystko wydawało się inne. Nie przyjechała wyłącznie po to, żeby odwiedzić grób brata. Tym razem miała spotkać człowieka, którego przez lata próbowała wyrzucić ze swoich myśli, a który teraz mógł stać się częścią czegoś, co od dawna nie dawało jej spokoju.
Zaparkowała niedaleko wejścia i przez chwilę pozostawała w samochodzie. Oparła dłonie na kierownicy i pozwoliła sobie na kilka spokojnych oddechów, zanim w końcu wyłączyła silnik. Jeszcze przez moment siedziała w ciszy, patrząc przed siebie. W końcu jednak wysiadła z samochodu, zamknęła go i ruszyła w stronę bramy. Chłodniejsze powietrze od razu uderzyło ją w twarz, a znajoma cisza cmentarza sprawiła, że poczuła lekki ścisk w żołądku. Rozejrzała się po okolicy, próbując dostrzec Cree, jednocześnie nie chcąc jeszcze kierować się w stronę grobów.

Cree Bellerose

i know you, but i don't

: czw sie 27, 2026 11:56 pm
autor: Cree Bellerose
Przeczytał pierwszą wiadomość od kobiety trzy razy, zanim w ogóle na nią odpowiedział. Rissa. To imię, którego dawno nie widział wypisanego na ekranie telefonu, wywołało w nim dziwną mieszankę zaskoczenia i czegoś, czego nie potrafił jeszcze nazwać. Nie sądził, że kiedykolwiek jeszcze się odezwie. Nie po tym, jak to wszystko się skończyło. Nie po latach ciszy, którą sam w pewnym sensie wywołał, choć wtedy nie potrafił tego dostrzec tak wyraźnie, jak dziś.
Byli ze sobą wystarczająco długo, żeby nazwać to prawdziwym związkiem, a nie jakimś przelotnym zauroczeniem z licealnych lat. Kochał ją. Naprawdę, na tyle, jak bardzo potrafił kochać nastolatek przekonany, że ma przed sobą całe życie, żeby wszystko poukładać tak, jak trzeba. Byli sobie bliscy w sposób, który wydawał mu się wtedy oczywisty, niezniszczalny. Problem polegał na tym, że zawsze, odkąd sięgał pamięcią, stawiał swoje marzenia ponad wszystko inne. Ponad przyjaźniami, ponad rodziną, w końcu ponad nią.
Kiedy skończyła się szkoła średnia i wstąpił do akademii, związek, który wcześniej wydawał się fundamentem jego codzienności, zaczął po cichu schodzić na dalszy plan. Nie stało się to nagle. To był powolny, niemal niezauważalny proces, składający się z setek małych zaniedbań, które osobno nie znaczyły nic, a razem zbudowały między nimi przepaść nie do pokonania. Pamiętał te dni aż za dobrze – siedział na zajęciach z prawa karnego, telefon wibrował w kieszeni, a on odpisywał jednym słowem, czasem dwoma: zaraz, później, jestem zajęty, nie odrywając wzroku od notatek. W rozmowach można było wyczuć jego zniecierpliwienie, gotowość powrotu do książek, a czasem nawet złość, bo opowiadała mu o swoich problemach, gdy siedział nad jakimś trudnym tematem. Pamiętał, jak umawiali się na kawę, a on co dziesięć minut patrzył na zegarek, bo za czterdzieści pięć musiał wrócić na strzelnicę. Pamiętał wieczory spędzone nad podręcznikami procedury karnej, kiedy telefon leżał obok, nieodebrany, aż w końcu przestawał dzwonić.
Praktyki. Zajęcia. Szkolenia fizyczne o piątej rano. Egzaminy, które musiał zdać najlepiej, bo tylko najlepsi trafiali do wydziałów, na których naprawdę chciał odbywać praktyki. Cała jego świadomość, cała energia, którą kiedyś dzielił między nią a swoimi ambicjami, zaczęły płynąć w jedną stronę. Stał się typowym kadetem – takim, o jakich mówiło się z podziwem albo politowaniem, w zależności od tego, kogo się zapytano. Kimś, kto jadł śniadanie w biegu, kto zapamiętywał artykuły z kodeksów zamiast rocznic, kto potrafił przez trzy tygodnie nie zapytać drugiej osoby, jak się czuje, bo sam był zbyt pochłonięty tym, żeby udowodnić coś sobie i wszystkim wokół. Nie robił tego ze złośliwości. Po prostu wtedy wydawało mu się, że to właściwa kolejność rzeczy – najpierw kariera, potem wszystko inne. Nie zauważył, kiedy potem przestało w ogóle uwzględniać Nerissę.
Teraz, około siedmiu lat później, stał na parkingu przed St. John's Anglican Church i choć mieli się tutaj spotkać po raz pierwszy po latach, pojawił się w tym miejscu z zupełnie innego powodu.
W poprzedniej sprawie, którą prowadził, kilka wątków uporczywie się ze sobą nie zgadzało. W papierach szpitalnych figurowała jedna data zgonu, w zeznaniach świadków padała inna, a w aktach koronera trzecia, różniąca się od obu poprzednich o prawie tydzień. Coś tu śmierdziało, i to nie w metaforycznym sensie. Postanowił sprawdzić to osobiście, zanim złoży kolejny wniosek, który mógłby zostać odrzucony z powodu braku spójności oraz dowodów na to, by ponownie otworzyć sprawę. Nagrobek miał dać mu jasną odpowiedź.
Nie dał.
Data wyryta w kamieniu nie zgadzała się z żadną z trzech wcześniejszych wersji. Czwarta możliwość. Cree poczuł ten znajomy, nieprzyjemny ucisk w karku, który zawsze towarzyszył mu, gdy sprawa zaczynała pachnieć czymś większym niż zwykłym urzędniczym niedopatrzeniem.
Grabarz, z którym się wcześniej umówił, czekał na niego przy jednej z bocznych alejek, oparty o taczkę, z twarzą człowieka, który od lat obserwował to samo miejsce w niezmiennym rytmie i niewiele go już dziwiło. Rozmowa toczyła się z pozoru swobodnie, ale Valentine drążył każde pytanie z tą samą precyzją, jaką stosował na przesłuchaniach – nie wprost, nie oskarżycielsko, tylko okrężnie, jakby przypadkiem. Mężczyzna przyznał, że zlecenie otrzymał w pośpiechu. Że zapłacono mu z góry, gotówką, więcej niż zwykle. Że nie pytał o szczegóły dotyczące trumny ani jej zawartości, bo praca ta nie polegała na zadawaniu pytań, tylko na kopaniu i zasypywaniu tych, którzy już odeszli.
Detektyw już wcześniej podejrzewał, że zwłoki mogły pochodzić z zupełnie innej sprawy niż ta oficjalnie zamknięta – albo, co gorsza, że ofiara mogła zostać pochowana żywcem, wcześniej nafaszerowana środkami, które miały zapewnić, że nie obudzi się za wcześnie. Jego podejrzenia, że to rodzina mogła maczać palce w całej tej przedziwnej mistyfikacji, rosły z każdą kolejną informacją wyciągniętą od mężczyzny. Kością niezgody mógł stać się spadek, którym zmarły nie zamierzał się dzielić z niewdzięcznymi krewnymi, którzy przez lata pchali go coraz bliżej krawędzi, aż w końcu, gdy słowa przestały wystarczać, zepchnęli go w jej objęcia. Tylko nie tak, żeby dało się im to przypisać. Przyczyna śmierci była równie niejasna, jak jej data. Na sekcję nie zezwolono. Ciało nigdy nie trafiło do publicznej kostnicy. Nikt poza zakładem pogrzebowym i rodziną nie widział nieboszczyka.
Zadawał więc kolejne pytania, czasem zbaczając na te prywatne, by nieco zamieszać, nie zdradzając, ile już wiedział ani czego się domyślał, obserwując, jak grabarz przestępuje z nogi na nogę, jakby sam czuł, że stąpa po zbyt cienkim lodzie. Valentine nie miał pojęcia, czy mężczyzna mógł być zamieszany w całą tę sprawę, więc musiał działać z podstępem. Nie mógł zdradzić zbyt wiele, by nie wykoleić własnych starań.
Gdzieś z tyłu głowy, między jednym pytaniem a drugim, jego myśli wracały do dzisiejszego spotkania. Nie potrafił zdecydować, jak powinien się zachować po tylu latach. Kiedyś mocno ją zranił – wiedział to; nie musiał sobie tego tłumaczyć na nowo. Ale minęło sporo czasu, a ona nie prosiła teraz o pogodzenie się ani o naprawienie tego, co między nimi nie wyszło. Chciała jego pomocy. I zamierzał jej udzielić. Rzeczowo, profesjonalnie, bez rozpamiętywania przeszłości. Choć tyle mógł dla niej zrobić po tym, jak ją wtedy potraktował.
Powolnym krokiem ruszyli w stronę bramy cmentarza, mijając rząd zaniedbanych krypt, których kamień pociemniał od wilgoci i czasu. Gdzieś wysoko, na gałęzi uschniętego drzewa, wrona wydała z siebie chrapliwy, przeciągły skrzek, jakby protestowała przeciwko ciszy panującej wokół. Kilka alejek dalej starsza para krzątała się przy jednym z grobów, ostrożnie układając świeże kwiaty obok tych, które zdążyły już zwiędnąć.
Wtedy ją dostrzegł.
Mocno się zmieniła – inne włosy, bardziej kobieca sylwetka, to samo spojrzenie, lecz obdarte z nastoletniej niewinności – a mimo to rozpoznał ją niemal natychmiast, zanim jeszcze porządnie zdążył jej się przyjrzeć. Nie uśmiechnął się. Nie był zadowolony, że ją widzi, przynajmniej nie w tym prostym, pozytywnym znaczeniu tego słowa. Poczuł raczej niepokój, ten sam rodzaj napięcia, jaki zawsze towarzyszył mu przed wejściem do pomieszczenia, w którym czekał ktoś, kto krzywdę sam kiedyś komuś wyrządził.
Pożegnał się z grabarzem, dziękując mu krótko za poświęcony czas, a mężczyzna, niespiesznym krokiem człowieka, który już dawno przestał się gdziekolwiek spieszyć, zniknął gdzieś głębiej między rzędami nierównych nagrobków.
Cree wziął kilka głębszych wdechów, próbując rozluźnić momentalnie zaciśnięte gardło i ruszył w stronę kobiety. Nie miał pojęcia, jak zacząć tę rozmowę. Nie miał scenariusza, żadnej gotowej formułki, choć przez całą drogę na cmentarz próbował sobie coś takiego w głowie ułożyć. Czuł na sobie ciężar tego, jak się rozstali, cały ten bagaż, którego nigdy nie zdążyli porządnie rozpakować. Postanowił jednak, że nie pozwoli przeszłości dyktować mu, jak ma się zachować po latach.
Podszedł bliżej, zatrzymując się kilka kroków od niej.
Cześć – powiedział w końcu, prosto, bez ozdobników, z których był dobrze znany. – Mam nadzieję, że nie musiałaś na mnie zbyt długo czekać.

Nerissa Whitelaw

i know you, but i don't

: pt sie 28, 2026 12:37 pm
autor: Nerissa Whitelaw
Nerissa od samego początku wiedziała, że to spotkanie nie będzie łatwe, ale dopiero kiedy znalazła się na cmentarzu i zobaczyła znajome alejki, dotarło do niej, jak bardzo się stresuje. Przez całą drogę próbowała wmówić sobie, że przecież minęło wystarczająco dużo czasu, żeby podobne spotkanie nie robiło już na niej większego wrażenia. Kilka lat powinno wystarczyć, żeby człowiek przyzwyczaił się do nieobecności drugiej osoby, nauczył się funkcjonować bez niej i przestał zastanawiać się, jak wyglądałoby ich życie, gdyby pewne rzeczy potoczyły się inaczej. Nerissa nie była jednak pewna, czy w przypadku Cree czas rzeczywiście zrobił swoje.
Cree nie był dla niej po prostu pierwszym chłopakiem. Był pierwszą osobą, przy której naprawdę nauczyła się bliskości i pozwoliła sobie odkrywać rzeczy, o których wcześniej nie potrafiła swobodnie rozmawiać. To jego dłoń jako pierwsza znalazła się w jej dłoni, jego usta poznała jako pierwsze i przy nim po raz pierwszy pozwoliła sobie przekraczać własne granice, oddając komuś zaufanie, którego wcześniej nikomu nie dawała. Wiele tych wspomnień było związanych właśnie z nim, dlatego nawet po latach trudno było traktować go jak zwykłą część przeszłości. Przez trzy lata zdążyła przyzwyczaić się do jego obecności tak bardzo, że kiedy wszystko zaczęło się rozpadać, długo nie potrafiła odnaleźć się w rzeczywistości bez niego.
Był obecny przy niemal każdym ważnym pierwszym razie jej młodości, a jego obecność z czasem stała się czymś tak naturalnym, że Nerissa przestała wyobrażać sobie, że pewnego dnia może jej zabraknąć. Dzisiaj była już inną osobą. Dojrzalszą, bardziej świadomą siebie i tego, czego potrzebuje od drugiego człowieka. Mimo tego nie mogła wymazać faktu, że Cree pozostawił w niej ślad, którego nie udało się całkowicie zatrzeć przez kolejne lata. Wspomnienia nie znikały tylko dlatego, że oboje przestali być częścią swoich codzienności.
Jednocześnie pod tymi wspomnieniami wciąż kryło się coś, czego Nerissa nie potrafiła całkowicie od siebie odsunąć - żal. Nie za tym, że ich związek się skończył, bo z czasem pogodziła się z tym, że ich drogi musiały się rozejść. Bardziej bolało ją to, jak długo czuła się samotna, kiedy jeszcze byli razem. Pamiętała, jak bardzo potrzebowała wtedy jego obecności i jak często miała wrażenie, ze jej problemy schodzą na dalszy plan, kiedy on poświęcał swój czas nauce, książkom i wszystkiemu, co wydawało mu się ważniejsze. Nie oczekiwała od niego, że naprawi jej życie. Chciała jedynie, żeby czasami był obok. Zamiast tego coraz częściej musiała radzić sobie sama, a poczucie, że nie może na niego liczyć, powoli odbierała jej wszystko, co wcześniej było między nimi dobre.
Nerissa nigdy nie powiedziała mu wszystkiego, co wtedy czuła. Ich związek skończył się nagle, pozostawiając za sobą mnóstwo niewypowiedzianych słów i pytań, na które żadne z nich nie dostało odpowiedzi. Być może właśnie dlatego spotkanie po kilku latach budziło w niej tak wiele sprzecznych emocji. Nie tęskniła za nim i nie chciała wracać do tego, co było między nimi.
Kiedy Cree w końcu ją zauważył i ruszył w jej stronę, Nerissa poczuła, jak napięcie, które towarzyszyło jej od momentu przyjazdu, jeszcze bardziej się nasila. Nie cofnęła się jednak ani nie próbowała odwrócić wzroku. Stała spokojnie, pozwalając mu podejść, choć gdzieś z tyłu głowy wciąż pojawiało się to dziwne poczucie nierealności. Przez kilka lat był jedynie wspomnieniem, kimś, kogo znała bardzo dobrze w zupełnie innym okresie swojego życia, a teraz nagle znów znajdował się kilka kroków od niej.
Jego widok rzeczywiście przywołał wspomnienia, ale nie te, których mogłaby się spodziewać. Nie poczuła nagłego przypływu uczuć ani tęsknoty za tym, co kiedyś było między nimi.
Cree zatrzymał się przed nią i to on jako pierwszy przerwał ciszę.
Jego głos zabrzmiał znajomo, choć jednocześnie zupełnie inaczej niż zapamiętała. Nerissa przez krótką chwilę po prostu na niego patrzyła, jakby potrzebowała sekundy, żeby przestawić się z obrazu dawnego Cree, na mężczyznę stojącego teraz przed nią.
Cree wyglądał dojrzalej, miał w sobie coś bardziej surowego i zdecydowanie więcej doświadczenia niż wtedy, kiedy ostatni raz patrzyła na niego z perspektywy swojej dziewiętnastoletniej wersji.
- Cześć. - odpowiedziała w końcu, a jej głos zabrzmiał spokojniej, niż się czuła. Na jego pytanie lekko pokręciła głową. - Nie, nie czekałam długo. Dziękuję, że zgodziłeś się spotkać.
Kącik jej ust drgnął w czymś, co miało przypominać uśmiech, ale szybko zniknęło. Nerissa przez chwilę nie wiedziała, co powinna zrobić dalej. Czy wypadało zapytać, co u niego? Czy powinna wspomnieć o tym, że dawno się nie widzieli? A może najlepiej byłoby od razu przejść do sprawy, z którą tutaj przyjechała? Każda możliwość wydawała się równie niezręczna.
W końcu wsunęła dłonie do kieszeni, próbując zająć je czymkolwiek, żeby nie zdradzały jej zdenerwowania. Spojrzała na Cree jeszcze raz, tym razem krócej, po czym odwróciła wzrok w stronę alejki. Nie chciała zaczynać od przeszłości. Nie po tym, jak przez tyle lat żadne z nich nie zdobyło się na rozmowę, która powinna była odbyć się dawno temu.
I chyba właśnie dlatego ich pierwsze sekundy po latach były tak dziwnie ciche.
Stali obok siebie jak dwoje ludzi, którzy kiedyś znali się na wylot, a teraz nie wiedzieli nawet, od czego zacząć. Nerissa miała świadomość, że pod tą pozorną normalnością kryje się cała masa niewypowiedzianych rzeczy, ale nie zamierzała wyciągać ich na powierzchnię. Przynajmniej nie teraz.
Przyjechała tutaj w konkretnej sprawie i tylko to powinno się liczyć.
- Minęło trochę czasu. - dodała po chwili, bardziej po to, żeby przerwać ciszę niż dlatego, że rzeczywiście miała coś więcej do powiedzenia.
Sama nie wiedziała, czy zabrzmiało to bardziej niezręcznie, czy banalnie. W tej chwili chyba jedno i drugie pasowało do ich spotkania.
Odetchnęła cicho i przeniosła spojrzenie na alejkę, po której chwilę wcześniej szła. Nie chciała przeciągać tej chwili. Im dłużej stali bez słowa, tym bardziej miała wrażenie, że zaczyna analizować każdy jego gest i każde własne zachowanie. Poza tym doskonale wiedziała, że Cree prawdopodobnie również ma świadomość tego, jak ich historia się skończyła. To ona odeszła. Bez rozmowy, bez próby wyjaśnienia wszystkiego, co doprowadziło ją do tej decyzji. Wtedy nie potrafiła zrobić tego inaczej, a później czas sprawił, że coraz trudniej było wrócić do tematu.
- Właściwie to dlatego chciałam się z Tobą spotkać. - zaczęła, a jej głos był spokojny, choć można było wyczuć w nim lekkie napięcie. - Potrzebuję Twojej pomocy.
Przez chwilę szukała odpowiednich słów, nie chcąc zabrzmieć tak, jakby po kilku latach pojawiła się w jego życiu wyłącznie wtedy, kiedy czegoś potrzebowała. Wiedziała jednak, że właśnie tak to mogło wyglądać z jego perspektywy. Nie zamierzała się z tego tłumaczyć, ale chciała przynajmniej sprawić, żeby zrozumiał, że nie odezwałaby się bez powodu.
- Wpakowałam się w coś, czego właściwie nie chciałam. To nie jest nawet do końca moja sprawa, ale... - urwała na moment, zaciskając lekko palce na materiale kieszeni. - Po prostu nie potrafię tego zostawić.
Spojrzała gdzieś w bok, jakby łatwiej było jej powiedzieć resztę, nie patrząc mu prosto w oczy.
- Chodzi o mojego brata. O Caleba.
Samo wypowiedzenie jego imienia sprawiło, że na moment zamilkła. Nie chciała wracać do całej historii, nie tutaj i nie w taki sposób. Przez chwilę pozwoliła sobie tylko zebrać myśli, zanim ponownie spojrzała na Cree.
- Wiem jak to wygląda. Wiem, że brał i że jego życie... nie było najlepsze. Nie próbuję tego zmieniać ani udawać, że było inaczej. Po prostu od jego śmierci coś mi nie pasuje. I przez ostatnie trzy lata próbowałam sobie wmówić, że to tylko moje wymysły, ale chyba już nie potrafię.
Nerissa westchnęła cicho, a jej spojrzenie na moment uciekło gdzieś w stronę nagrobków.
- Potrzebuje kogoś, kto spojrzy na to inaczej niż ja. Kogoś, kto będzie potrafił powiedzieć mi, czy rzeczywiście nie ma w tym nic więcej. I pomyślałam o Tobie.
Po ostatnich słowach znów spojrzała na Cree.
- Wiem, że to może być dziwne, że odzywam się po takim czasie i od razu proszę Cię o coś takiego. Ale naprawdę nie wiedziałam, do kogo innego mogłabym się zwrócić.

Cree Bellerose

i know you, but i don't

: śr wrz 02, 2026 3:26 pm
autor: Cree Bellerose
Przez te wszystkie lata myślał o swojej pierwszej miłości częściej, niż chciałby przyznać sam przed sobą. Była to w końcu jego pierwsza randka, pierwszy kontakt z intymnością z drugą osobą, pierwsze zauroczenie, a później miłość, która zadomowiła się w jego sercu na długo. Nie przestał jej kochać, gdy się rozstali. Nie był to klasyczny move on w życiu, gdy wszystko między nimi się skończyło. Ich drogi się rozeszły. Priorytety w życiu się zmieniły. Uczucie nie nadążało za odpowiedzialnością. Nie nauczył się trwać przy kimś. Myślał głupio, że samo się ułoży. Że przetrwają ten trudny okres. Tak się jednak nie stało. Było w tym sporo jego winy. Był wtedy dorosły, ale zdecydowanie daleko mu było do dojrzałego mężczyzny. Brał życie za łatwo. Nie przywiązywał uwagi do drugiej osoby, gdy ta potrzebowała go najbardziej. Nie miał planu na życie, w którym Nerissa była jedną z jego integralnych części. Był ślepy, a może niedomyślny. Głupio wierzył, że przecież na siebie zaczekają. Że wszystko da się odbudować, nawet jeśli wyrządzone szkody były już zbyt duże, zbyt bolesne. Teraz, po latach, myślał o tej relacji jak o szczeniackiej miłości, która nigdy nie miała przyszłości i była jedynie przejściowym etapem w życiu młodego człowieka. Przecież wiele innych par tak kończyło, prawda? A przynajmniej tak sobie wmawiał. Żeby jakoś sobie z tym poradzić. Żeby nie czuć winy. Żeby zgasić pożar, który szalał w nim przez kilka lat po powrocie do Kanady. Ten, który uniemożliwił mu nawiązanie emocjonalnej więzi z kimkolwiek innym. Nie, żeby przez ten czas do nikogo się nie zbliżył. Przez jego łóżko przemknęło sporo osób, w tym nie tylko kobiety, ale i mężczyźni. Twarze, które następnego dnia nie zostawiały żadnego śladu. Czasem nawet nie pamiętał imion. Nigdy jednak nie zbliżył się do kogoś na dłużej, nie nawiązał relacji ani nie pokochał nikogo.
Mimo wszystko nie wspomina tego czasu źle. Zawsze się uśmiecha, gdy widzi wspólne zdjęcia zrobione aparatem takiej sobie jakości, zapisane na dysku w chmurze, byleby nigdy ich nie stracić. Uważa też dzisiaj, że sporo się przy niej nauczył. Zaczął bardziej dbać o swój wygląd, o uczucia drugiej osoby, zrobił się bardziej towarzyski, przestał się martwić jutrem. Pokazała mu miłość, przyjaźń, bliskość, spojrzenie, w którym widać uczucie, przywiązanie i chęć wspólnego realizowania się. Czy wtedy myślał o założeniu z nią rodziny? Pewnie nie. Był na to zbyt młody i głupi. Nie planował jednak tego niszczyć, nie w taki sposób, w jaki to się wydarzyło. Z dbającego i zaangażowanego partnera stał się zimnym i wycofanym, niemal obcym dla niej człowiekiem. Nigdy jej nie zdradził, nie szukał chwili wytchnienia w innych osobach, ale nie było go przy niej. Nie płakał, nie krzyczał, nie przeżywał bardzo, gdy się rozstali. Zrozumiał swój błąd i wziął to na klatę. Walczył z uczuciami do niej jeszcze przez bardzo długi czas. Chciał je zagłuszyć, przez co chodził do łóżka z osobami, z którymi nic go nie łączyło. Potrzebował zimnego prysznica. Czegoś, co drastycznie zmieni chemię w jego mózgu. Tak też poznał swoją drugą naturę – kogoś, dla kogo płeć nie ma znaczenia, jeśli tylko ma z tego wystarczająco dużo frajdy.
Gdy się do niego odezwała z prośbą o pomoc, nazwa jej kontaktu w powiadomieniach nieco go zaszokowała. Nie miał pojęcia, czego miał oczekiwać po ich rozmowie, jak się odnaleźć w tej nowej sytuacji, czy powinien coś powiedzieć albo zrobić, albo jak jakoś rozsądniej do tego podejść. Jednego był jednak pewny – dawne uczucie wygasło i już nie kłuło go w serce. Może i z nikim nowym nie rozpoczął romantycznej relacji, może do tego nie był już zdolny, ale zobaczenie jej na nowo nie rozpaliło dawnych uczuć. Tak naprawdę nie czuł nic szczególnego.
Zacisnął palce na krawędzi kieszeni kurtki, zanim się odezwał.
Dotrzymuję obietnic – powiedział w końcu, gdy podziękowała mu za przyjście.
Gdy poprosiła go o pomoc, nawet nie zamierzał odmówić. Nie było to jednak spowodowane tym, że wciąż czuł się winny. Nie chciał odkupić swoich błędów tym gestem. Szczerze chciał wyciągnąć do niej rękę nie tylko ze względu na to, że się kiedyś znali, ale też dlatego, że poprosiła go o pomoc, tak po prostu. Bez żadnej ukrytej agendy.
Gdy zapanowała między nimi niezręczna cisza, nawet się jej nie dziwił. Nie miał planu na tę rozmowę. Nie miał pomysłu, jak ugryźć tyle niedopowiedzianych kwestii między nimi. Jak przejść od tego, co ich poróżniło, do normalnej rozmowy dwojga ludzi bez żalu do siebie, którzy znowu się spotkali, ale w konkretnym celu. Gdzieś za murem cmentarza przejechał samochód, silnik ucichł w oddali, a bezruch między nimi wydawał się od tego jeszcze gęstszy.
Gdy dodała, że minęło trochę czasu, jakoś automatycznie chciał dopowiedzieć, że parę dobrych lat, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. Nie widział sensu w dodawaniu czegoś tak oczywistego. Mogłaby to odebrać negatywnie. Jakby chciał zaznaczyć ten czas. Przypomnieć jej, jak długo nie zamienili ze sobą ani słowa.
Jestem zaskoczony, że wciąż masz mój numer – powiedział zamiast tego. – A może bardziej tym, że ja wciąż mam twój. Zmieniałem telefon kilka razy. Myślałem, że bezpowrotnie straciłem kontakt z każdym, kogo znałem ze Stanów.
Choć posiadał w sobie coś z perfekcjonisty, a może nawet pedanta, jakoś nigdy, przeglądając swój telefon, nie pomyślał, żeby usunąć numery, do których od dawna już się nie odzywał. Zawsze gdzieś z tyłu głowy było to a może jednak kiedyś, które nie pozwalało mu nacisnąć przycisku z napisem usuń na ekranie. Zrobi to kiedyś. To kiedyś nigdy nie przyszło. Przecież ten jeden dodatkowy wpis mu nie przeszkadzał. Nie musiał przez niego rezygnować z innego kontaktu. Nie zabierał pamięci telefonu, nie sprawiał, że nie potrafił zapomnieć o wszystkim, co było dla niego trudne.
Nie chciał jej przerywać. Pozwolił jej mówić, choć widział, z jaką trudnością przyszło jej prosić o pomoc kogoś, z kim przez tyle lat nie zamieniła nawet słowa. Może myślała, że uzna to za wykorzystywanie go? Że odezwała się dopiero wtedy, gdy czegoś potrzebowała, a nie dlatego, że naprawdę chciała odzyskać kontakt, może nawet naprawić ich więź do tego stopnia, żeby mogli zostać przyjaciółmi albo chociaż dobrymi znajomymi? Nigdy tak o tym nie myślał, ale nie miał pojęcia, jak postrzegała to Nerissa.
Nie planował komentować całego słowotoku, który obudowała wokół sedna sprawy. Chciał pozostać rzeczowy. Skupić się na problemie. Nie pozwolić swoim emocjom ani różnym żalom uderzyć ze zdwojoną siłą. Był opanowany; chciał podejść do tego z głową.
Rozumiem cię – powiedział w końcu, gdy skończyła. – Ale nie jestem pewien, czy będę w stanie pomóc. Sprawa jest stara, zamknięta. Trudno będzie się zaczepić o coś, co poprowadzi nas dalej.
Zrobił pauzę, jakby zastanawiając się, jak to ugryźć i jak jej zakomunikować, że jest chętny pomóc, ale potrzebuje czegoś więcej, żeby się na to zgodzić. W końcu musiał mieć dobry powód, by otworzyć ten wątek na nowo. Przełożony musiał wystawić autoryzację.
Skąd wzięły się twoje podejrzenia? Masz cokolwiek w rękach, co mogłoby nas gdzieś naprowadzić? Coś, co pozwoli nam przyjrzeć się temu inaczej, niż zrobiła to policja lata temu?
Nie znał bólu po utracie kogoś bliskiego, przynajmniej nie w ten sposób. Każda śmierć w jego rodzinie była dość oczywista, przewidziana i spokojna – bo ze starości. Z tym było się dużo łatwiej pogodzić. Nie zwariować. Sytuacja Nerissy była zgoła inna. Ta niepewność, domysły, niedomknięte tematy. Nie wiedział o sprawie Caleba wystarczająco dużo, ale był świadomy tego, że mężczyzna nie odszedł z tego świata ze spokojem. Z godnością, jaką chciałoby się zobaczyć u kogoś bliskiego. Nie planował więc domyślać się, co czuła Nerissa, ani rzucić jakimś stęchłym rozumiem twój ból. Bo nie rozumiał. Nie byłoby to na miejscu. Nie miał do tego prawa.
Gdzieś w oddali, między nagrobkami, wiatr poruszył gałęziami starego klonu, a kilka pożółkłych liści opadło powoli na wilgotną ziemię, mimo że lato jeszcze się nie skończyło. Powietrze pachniało wilgotną trawą i czymś słodkawym, może zwiędłymi kwiatami zostawionymi na czyimś grobie. Odchrząknął, próbując zebrać myśli, zanim odezwał się ponownie.
Możemy się przejść? – zapytał, rozglądając się po okolicy. – Spędziłem tu już wystarczająco dużo czasu jak na jeden dzień. Wydaje mi się, że łatwiej będzie nam rozmawiać gdzieś, gdzie otoczenie nie będzie aż tak przytłaczające i ponure.
Zresztą mieli rozmawiać o czymś, co nie pomagało w tej atmosferze. Jeśli mogli to sobie ułatwić, to czemu mieliby z tego nie skorzystać?

Nerissa Whitelaw

i know you, but i don't

: czw wrz 10, 2026 12:02 am
autor: Nerissa Whitelaw
Nerissa przez dłuższą chwilę przyglądała mu się w milczeniu, jakby potrzebowała kilku dodatkowych sekund, żeby poukładać w głowie to, co właśnie usłyszała. Sam jego sposób bycia był dla niej dziwnie znajomy, a jednocześnie obcy. Z jednej strony wciąż potrafiła rozpoznać pewne drobne gesty, sposób, w jaki patrzył, czy nawet tę charakterystyczną pewność w głosie, którą pamiętała sprzed lat. Z drugiej jednak strony czas zrobił swoje. Stali teraz naprzeciwko siebie jako zupełnie inni ludzie, z bagażem doświadczeń, których nie dzielili już ze sobą.
I prawdopodobnie ona sama nie była już osobą, którą Cree zapamiętał. Nerissa zmieniła się przez te lata - może niekoniecznie na lepsze, a już na pewno nie w kogoś, kim kiedyś wyobrażała sobie, że zostanie. Życie nauczyło ją rzeczy, których wcale nie chciała się nauczyć, zmusiło ją do podejmowania decyzji, z których nie zawsze była dumna, i sprawiło, że część dawnej siebie musiała zostawić gdzieś po drodze. Nie potrafiła powiedzieć, że wyszła z tego wszystkiego silniejsza czy mądrzejsza. Po prostu nauczyła się radzić sobie po swojemu. Czasem dobrze, czasem fatalnie, czasem wybierając rozwiązania, których rozsądniejsza wersja jej samej prawdopodobnie nigdy by nie wybrała. Ale radziła sobie. I może właśnie to było dla niej najważniejsze.
Nie spodziewała się, że po tylu latach usłyszy od niego coś, co w jakikolwiek sposób przypomni jej o tym, jaki był kiedyś. Zwłaszcza że ich historia zakończyła się w sposób, który pozostawił po sobie więcej niedopowiedzeń niż rzeczywistych odpowiedzi. Nerissa przez długi czas próbowała wmówić sobie, że wszystko to należy już do przeszłości, że nie ma sensu wracać do rozmów, których wtedy zabrakło. A jednak teraz, kiedy znów stał przed nią Cree, pewne wspomnienia pojawiały się same, zupełnie niezależne od jej woli. Nie były tęsknotą. Bardziej przypomnieniem o tym, jak bardzo kiedyś mu ufała i jak wiele znaczyło dla niej jego słowo.
Może właśnie dlatego jego zapewnienie miało dla niej większe znaczenie, niż chciała po sobie pokazać. Nerissa nie była już jednak dziewczyną, która bez zastanowienia wierzyła w każde zapewnienie. Przez lata nauczyła się, że same słowa potrafią znaczyć bardzo niewiele, jeśli nie idą za nimi czyny. Zbyt dobrze pamiętała również momenty, w których czekała na niego, potrzebowała jego obecności i miała wrażenie, że zawsze znajdowało się coś ważniejszego. Nie zamierzała teraz rozdrapywać tamtych ran, ale nie mogła też udawać, że ich nie było.
Jej spojrzenie na moment zatrzymała się na jego twarzy, jakby próbowała dostrzec w nim choć odrobinę tego chłopaka, którego znała kiedyś. Zamiast tego widziała mężczyznę, który najwyraźniej sam zdążył zrozumieć kilka rzeczy, których wtedy nie potrafił dostrzec. I być może on, podobnie jak ona, również musiał nauczyć się żyć z tym, co zostało po ich rozstaniu. Ta myśl była dziwnie neutralna. Nie budziła w niej ani żalu, ani nadziei. Po prostu pozwalała spojrzeć na niego bez potrzeby przypisania temu spotkaniu czegoś więcej.
Lekko odetchnęła, opuszczając wzrok na ziemię, zanim ponownie spojrzała na niego.
Nerissa przez chwilę milczała, pozwalając, żeby jego słowa wybrzmiały bez potrzeby natychmiastowego komentowania. Sama chyba nigdy wcześniej nie zastanawiała się nad tym, dlaczego jego numer wciąż znajdował się w jej telefonie. Przez lata zdążyła wymienić telefon, pozmieniać kontakty, usunąć osoby, z którymi nie miała już nic wspólnego, a mimo to ten jeden numer jakoś pozostał. Nie dlatego, że czekała na jego wiadomość ani dlatego, że gdzieś podświadomie liczyła na powrót do przeszłości. Po prostu nigdy nie poczuła potrzeby, żeby go wykreślić.
- Chyba nigdy nie miałam wystarczająco dobrego powodu, żeby go usuwać. - odpowiedziała w końcu, wzruszając lekko ramionami. - Byłeś częścią mojego życia przez kilka lat. To nie jest coś, co nagle przestaje istnieć tylko dlatego, że przestaliśmy ze sobą rozmawiać.
Na moment uciekła spojrzeniem gdzieś w bok, jakby sama nie była pewna, czy chce powiedzieć coś więcej.
- Poza tym... chyba nawet nie przyszło mi do głowy, że kiedyś naprawdę będę chciała się do Ciebie odezwać. - Kącik jej ust uniósł się nieznacznie, bardziej w geście niedowierzania niż rozbawienia. - A jednak jesteśmy tutaj.
Nerissa słuchała go w skupieniu, ale kiedy rozmowa zeszła na szczegóły śmierci jej brata, jej postawa wyraźnie się zmieniła. Zniknęło wcześniejsze napięcie związane z samym spotkaniem i niezręcznością, która towarzyszyła ich rozmowie. Teraz liczyła się dla niej przede wszystkim sprawa, z którą tutaj przyszła.
Od początku miała wrażenie, że cała historia była zbyt łatwo zamknięta. Caleb był uzależniony, więc dla policji wiele rzeczy niemal od razu zaczęło układać się w oczywisty obraz. Znaleziono go martwego, a przy nim były rzeczy, które mogły wskazywać na przedawkowanie. Były ślady związane z narkotykami, zeznania i okoliczności, które pozwalały przyjąć najbardziej prawdopodobną wersję wydarzeń. Nie znaleziono jednak niczego, co wystarczyłoby, żeby podważyć tę wersję oficjalnie. Brakowało jednego konkretnego dowodu, jednego elementu, który zmusiłby policję do potraktowania sprawy inaczej.
I właśnie to najbardziej nie dawało jej spokoju. Nie chodziło o to, że posiadała jakiś przełomowy dowód albo wiedziała, kto mógłby odpowiedzieć za jego śmierć. Nie miała niczego takiego. Miała jedynie szczegóły, które od początku nie dawały jej spokoju, pytania, na które nigdy nie dostała satysfakcjonującej odpowiedzi, i coraz silniejsze przekonanie, że pewne rzeczy zostały potraktowane zbyt pobieżnie. Każdy kolejny rok zamiast wygaszać te wątpliwości, sprawiał, że wracały do niej z większą siłą.
Przesunęła wzrokiem po cmentarnych alejkach, po mokrych od wilgoci nagrobkach i opadłych liściach. Pamiętała, jak niewiele wtedy mogła zrobić. Była zbyt pogrążona w żałobie, żeby zadawać właściwe pytania, a później, kiedy emocje trochę opadły, większość rzeczy była już zamknięta. Akta, raporty, opinia dotycząca przyczyny śmierci - wszystko miało swoje miejsce i swoją oficjalną wersję. Tyle że żadna z tych rzeczy nie odpowiadała jej na pytanie, które przez cały ten czas wracało do niej uparcie: czy naprawdę wszystko wydarzyło się tak, jak twierdziła policja?
Teraz jednak nie chciała opierać się wyłącznie na przeczuciu. Dlatego właśnie potrzebowała Cree. Nie oczekiwała od niego, że uwierzy jej na słowo. Wręcz przeciwnie - chciała, żeby spojrzał na te same dowody chłodniej, z dystansem, którego jej samej brakowało. Żeby zobaczył to, czego być może ona nie potrafiła dostrzec, ale również żeby powiedział jej wprost, jeśli okaże się, że przez lata doszukiwała się sensu tam, gdzie go nie było.
Sięgnęła do środka torebki i wyjęła cienką, lekko sfatygowaną teczkę, którą najwyraźniej nosiła ze sobą nie pierwszy raz. Przekartkowała kilka stron, aż znalazła tę właściwą, po czym podała mu dokument.
- Zacznij od tego. To raport toksykologiczny Caleba.
Przesunęła palcem po odpowiednim fragmencie, wskazując mu konkretną pozycję wśród wyników.
- Jest tam kokaina. I właśnie tego nie potrafię zrozumieć.
Na moment zamilkła, obserwując, jak Cree zapoznaje się z dokumentem.
- Caleb jej nie brał. Nigdy. - Jej głos stał się spokojniejszy, choć na twarzy pojawiło się napięcie. - Przynajmniej nie z własnej woli. - opuściła rękę, splatając dłonie przed sobą. - Wiesz, jaki był po niej? Robił się agresywny. Naprawdę agresywny. Szczególnie wobec mnie. Kilka razy doprowadził się przez nią do takiego stopnia, że później sam bał się tego, co zrobił.
Na chwilę uciekła wzrokiem, jakby wspomnienie wciąż było dla niej nieprzyjemne.
- Dlatego później jej unikał. Wiedział, jak na niego działa i nie chciał jej brać. Zwłaszcza kiedy byłam w pobliżu.
Nerissa spojrzała ponownie na dokument w jego dłoniach.
- A mimo to znaleźli ją w jego organizmie. I właśnie wtedy zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę ją zażył. Bo jeśli ktoś chciał, żeby wyglądało to jak zwykłe przedawkowanie.. to wystarczyłoby podać mu coś, czego policja spodziewałaby się znaleźć u uzależnionego człowieka.
Nerissa jeszcze przez chwilę stała w miejscu, pozwalając byłemu rozejrzeć się po okolicy. Sama również zerknęła w stronę cmentarnej alejki, jakby dopiero teraz uświadomiła sobie, że od momentu jej przyjścia większość rozmowy toczyła się właśnie tutaj. Atmosfera tego miejsca zaczynała coraz bardziej ciążyć, szczególnie teraz, kiedy zeszli na temat Caleba i dokumentów, które przez lata nie dawały jej spokoju. Nie chciała spędzić całego spotkania przy jego grobie, zwłaszcza jeśli rozmowa miała dopiero się naprawdę rozpocząć.
Poprawiła pasek torebki na ramieniu, upewniając się, że teczka z dokumentami znowu znajduje się bezpiecznie w środku. Potem przeniosła wzrok na Cree'a i przez chwilę przyglądała mu się w milczeniu, jakby czekała, aż skończy to, co miał tutaj do zrobienia. Nie było w niej pośpiechu, ale też nie zamierzała niepotrzebnie przedłużać pobytu w tym miejscu.
— Jeśli już wszystko tutaj skończyłeś, możemy się przejść — powiedziała spokojnie. — Chyba rzeczywiście łatwiej będzie nam porozmawiać gdzieś indziej.
Na moment zerknęła jeszcze za siebie, w stronę nagrobków, po czym odsunęła się o krok od alejki i dała mu tym samym znać, że jest gotowa ruszyć.

Cree Bellerose