curiosity killed the cat
: sob sie 29, 2026 10:52 am
Poranek Giselle zaczął się źle, tak źle, że przez pierwsze minuty zastanawiała się, czy nie wrócić do łóżka i nie udawać, że dzień w ogóle się nie wydarzył. Obudził ją nie alarm, lecz przeciągły dźwięk przejeżdżającej śmieciarki. Obudziła się z uczuciem, jakby ktoś w nocy wymienił jej poduszkę na kamień, kark bolał, a głowa pulsowała w rytmie, który nie miał nic wspólnego z muzyką, jakiej zwykle słuchała. Zimne światło poranka wślizgnęło się przez szczelinę w zasłonie, podkreślając jej zmęczenie. Wstała powoli, przeciągając się jak ktoś, kto wciąż nie jest gotów na konfrontację z dniem.
Wsunęła się w wygodne ubrania, które były jej codziennym pancerzem: miękkie, szare legginsy opinające jej nogi w sposób, który zdradzał lata treningów na lodzie, oraz luźną, kremową bluzę, której rękawy sięgały niemal do palców. Mimo że strój był swobodny, nie ukrywał jej sylwetki, sprężystej, wyćwiczonej, z naturalną lekkością ruchów typową dla łyżwiarki. Jasne włosy związała w niedbały kucyk, pozwalając kilku kosmykom opaść na policzki, jakby miały własne zdanie na temat porannego chaosu. Zanim wyszła, zatrzymała się na moment przy drzwiach. Myśl, która wracała od kilku dni, znów przeszła przez jej głowę jak chłodny dreszcz. To, co znalazła przypadkiem, nieświadomie, w miejscu, w którym nie powinna była grzebać, wciąż tkwiło w jej pamięci. Nie wiedziała, czym dokładnie było. Plik? Dokument? Fragment rozmowy? Cokolwiek to było, miało w sobie coś niepokojącego, coś, co nie powinno trafić w jej ręce. A jednak trafiło. I choć próbowała o tym nie myśleć, próbowała odsunąć to od siebie jak natrętną muchę, ciekawość wracała. Ciekawość, która była jej największym atutem i największym przekleństwem.
Dlatego dziś, zamiast wracać do mieszkania po zajęciach, skierowała się z biblioteki prosto do kawiarni, którą często odwiedzała. Miała pretekst, artykuł o lokalnej drużynie hokejowej dla bloga uniwersyteckiego. Potrzebowała dodatkowych informacji, kilku statystyk, może jakiejś anegdoty z ostatniego sezonu. Ale tak naprawdę potrzebowała czegoś innego: miejsca, w którym mogłaby się skupić, ukryć wśród ludzi, a jednocześnie odciąć od świata. Kawiarnia znajdowała się w bocznej uliczce, tuż obok księgarni, której witryna zawsze pachniała starym papierem. Drzwi kawiarni były przeszklone, a na nich wisiała ręcznie malowana tabliczka z napisem Open, ozdobiona drobnymi kwiatami. W środku panował półmrok, rozświetlany ciepłymi lampami o bursztynowym świetle. Drewniane stoły miały ślady po latach użytkowania i zarysowania, drobne wgłębienia, jakby każdy z nich opowiadał historię ludzi, którzy przy nim siedzieli. W powietrzu unosił się zapach świeżo mielonej kawy, cynamonu i wanilii. Z głośników płynęła delikatna muzyka, miękkie akordy pianina, które stapiały się z cichym brzękiem filiżanek.
Przy oknach siedziała para studentów, pochylona nad notatkami. W rogu starszy mężczyzna czytał gazetę, co chwilę poprawiając okulary. Ktoś zamawiał cappuccino, ktoś inny odbierał ciasto marchewkowe. Kawiarnia żyła swoim rytmem spokojnym, jednostajnym, kojącym. Giselle przesunęła laptop pod pachą i ruszyła w stronę tylnej części lokalu. Tam, za regałem z książkami i roślinami, znajdował się jej ulubiony niewielki stolik, drewniany, z lekko startym blatem. Cichy, odizolowany oraz idealny do pracy.Usiadła, odsunęła krzesło, rozłożyła laptop, słuchawki, notatki. Wsunęła się w przestrzeń, która była tylko jej, włączyła spokojną playlistę i zaczęła stukać w klawiaturę. Pierwsze zdania dotyczyły drużyny hokejowej: krótkie wprowadzenie, historia ostatnich meczów, kilka statystyk. Jej palce poruszały się szybko, jakby miały własny rytm.
Ale myślami była już gdzie indziej. Co chwilę wracały do tamtego pliku który wyglądał jak coś, czego nie powinna widzieć. Nie wiedziała, czy to było powiązane z drużyną, z uczelnią, czy z czymś zupełnie innym. Ale wiedziała jedno, nie potrafiła tego zostawić. Dlatego, gdy skończyła pierwszy akapit, jej palce zawahały się nad klawiaturą. Przez moment siedziała nieruchomo, słuchając muzyki, która płynęła wprost do jej uszu. A potem, jakby pod wpływem impulsu, otworzyła nową kartę.
Layonell Stones
Wsunęła się w wygodne ubrania, które były jej codziennym pancerzem: miękkie, szare legginsy opinające jej nogi w sposób, który zdradzał lata treningów na lodzie, oraz luźną, kremową bluzę, której rękawy sięgały niemal do palców. Mimo że strój był swobodny, nie ukrywał jej sylwetki, sprężystej, wyćwiczonej, z naturalną lekkością ruchów typową dla łyżwiarki. Jasne włosy związała w niedbały kucyk, pozwalając kilku kosmykom opaść na policzki, jakby miały własne zdanie na temat porannego chaosu. Zanim wyszła, zatrzymała się na moment przy drzwiach. Myśl, która wracała od kilku dni, znów przeszła przez jej głowę jak chłodny dreszcz. To, co znalazła przypadkiem, nieświadomie, w miejscu, w którym nie powinna była grzebać, wciąż tkwiło w jej pamięci. Nie wiedziała, czym dokładnie było. Plik? Dokument? Fragment rozmowy? Cokolwiek to było, miało w sobie coś niepokojącego, coś, co nie powinno trafić w jej ręce. A jednak trafiło. I choć próbowała o tym nie myśleć, próbowała odsunąć to od siebie jak natrętną muchę, ciekawość wracała. Ciekawość, która była jej największym atutem i największym przekleństwem.
Dlatego dziś, zamiast wracać do mieszkania po zajęciach, skierowała się z biblioteki prosto do kawiarni, którą często odwiedzała. Miała pretekst, artykuł o lokalnej drużynie hokejowej dla bloga uniwersyteckiego. Potrzebowała dodatkowych informacji, kilku statystyk, może jakiejś anegdoty z ostatniego sezonu. Ale tak naprawdę potrzebowała czegoś innego: miejsca, w którym mogłaby się skupić, ukryć wśród ludzi, a jednocześnie odciąć od świata. Kawiarnia znajdowała się w bocznej uliczce, tuż obok księgarni, której witryna zawsze pachniała starym papierem. Drzwi kawiarni były przeszklone, a na nich wisiała ręcznie malowana tabliczka z napisem Open, ozdobiona drobnymi kwiatami. W środku panował półmrok, rozświetlany ciepłymi lampami o bursztynowym świetle. Drewniane stoły miały ślady po latach użytkowania i zarysowania, drobne wgłębienia, jakby każdy z nich opowiadał historię ludzi, którzy przy nim siedzieli. W powietrzu unosił się zapach świeżo mielonej kawy, cynamonu i wanilii. Z głośników płynęła delikatna muzyka, miękkie akordy pianina, które stapiały się z cichym brzękiem filiżanek.
Przy oknach siedziała para studentów, pochylona nad notatkami. W rogu starszy mężczyzna czytał gazetę, co chwilę poprawiając okulary. Ktoś zamawiał cappuccino, ktoś inny odbierał ciasto marchewkowe. Kawiarnia żyła swoim rytmem spokojnym, jednostajnym, kojącym. Giselle przesunęła laptop pod pachą i ruszyła w stronę tylnej części lokalu. Tam, za regałem z książkami i roślinami, znajdował się jej ulubiony niewielki stolik, drewniany, z lekko startym blatem. Cichy, odizolowany oraz idealny do pracy.Usiadła, odsunęła krzesło, rozłożyła laptop, słuchawki, notatki. Wsunęła się w przestrzeń, która była tylko jej, włączyła spokojną playlistę i zaczęła stukać w klawiaturę. Pierwsze zdania dotyczyły drużyny hokejowej: krótkie wprowadzenie, historia ostatnich meczów, kilka statystyk. Jej palce poruszały się szybko, jakby miały własny rytm.
Ale myślami była już gdzie indziej. Co chwilę wracały do tamtego pliku który wyglądał jak coś, czego nie powinna widzieć. Nie wiedziała, czy to było powiązane z drużyną, z uczelnią, czy z czymś zupełnie innym. Ale wiedziała jedno, nie potrafiła tego zostawić. Dlatego, gdy skończyła pierwszy akapit, jej palce zawahały się nad klawiaturą. Przez moment siedziała nieruchomo, słuchając muzyki, która płynęła wprost do jej uszu. A potem, jakby pod wpływem impulsu, otworzyła nową kartę.
Layonell Stones