Strona 1 z 1
To travel is to evolve
: sob sie 29, 2026 7:05 pm
autor: Diego Sullivan
Uwielbiał swoje dotychczasowe życie, powinien się według ojca ustatkować, ale miał w nosie to co mu mówił na temat przyszłości, Diego był niczym wieczne dziecko, które potrzebowało bodźców. Dość szybko nudził się w Toronto dlatego wpadał na szalone pomysły, jak krótkie wycieczki swoim prywatnym samolotem chociażby na jakąś fajną plażę. Bardzo lubił zwiedzać, czuł się wtedy wolny i niczym się nie przejmował a impreza po prostu trwała do białego rana.
Lubił otaczać się także wyjątkowymi ludźmi, dla których skoczyłby po prostu w ogień, wprawdzie miał ich niewielu i mógł policzyć ich na palcach jednej ręki, ale jedna osoba miała dla niego szczególne miejsce. Rudowłosa urzekła go swoją zaciętością i temperamentem, dość szybko złapali wspólny język jeśli chodzi o styl życia i to ją najchętniej zabierał na wycieczki.
Zanim jednak postanowił do niej napisać, że zaraz szofer pod nią podjedzie sprawdził czy latanie samolotem jest bezpieczne w ciąży. Gabriela była w ciąży… nadal nie mógł w to uwierzyć, ale cieszył się, że zostanie wujkiem i na pewno będzie rozpieszczał tego małego brzdąca, nie ważne jakiej będzie płci. Po części traktował dziewczynę jak swoją rodzinę, a ona była dla niego najważniejsza w życiu, nawet gdy nie dogadywał się z ojcem.
Wyciągnął telefon wystukując wiadomości do Gabi i uśmiechnął się lekko chowając go z powrotem do kieszeni spodni.
najseksowniejszy przyjaciel
Cześć mała, chcesz się wyrwać na chwilę z Toronto?
Mój szofer będzie po Ciebie za 15 minut.
Weź ze sobą coś ładnego i niezbyt ciepłego, zabieram Cię gdzieś.
Na płycie lotniska czekał już na niego prywatny samolot, była to jedna z pierwszych rzeczy, którą sobie kupił za hajs swojego ojca marząc o podróżach, często odwiedzał Hiszpanię, ale ten trip był zbyt długi dla Gabrieli, dlatego postanowił, że polecą w inne miejsce.
Oddał swoją walizkę stewardessie, rzucając jej oczko na co ona się zarumieniła i przesunął lekko spojrzeniem po okolicy zerkając na zegarek, Szofer powinien być pod drzwiami Gabi za dziesięć minut, zawsze był punktualny pod tym względem, więc oczekiwał, że pojawią się tutaj w ciągu parunastu minut i będzie mógł ją znowu zobaczyć i uściskać.
Oparł się o swój samochód, czekając na dziewczynę. Sam marzył o tym, żeby wyrwać się na stałe z tego miasta, które jak miał wrażenie po prostu go dusiło. Tęsknił za słoneczną Hiszpanią, za klimatem i ludźmi z którymi imprezowało mu się najlepiej, może jeszcze w tym miesiącu odwiedzi swoich dziadków? Mógłby także kiedyś zabrać tam rudowłosą, żeby ich poznała, chociaż Ci zapewne by uznali, że nareszcie znalazł sobie dziewczynę.
To travel is to evolve
: czw wrz 03, 2026 6:05 pm
autor: Gabriela R. Blais
outfit
Żeby życie miało smaczek... Raz plaża, a innym razem maczek.
Stabilne życie było przereklamowane. Diego był jej bratnią, nieposkromioną duszą. Nie wyobrażała sobie, żeby ten wariacik był kiedyś poukładanym obywatelem tego kraju. Był zepsuty do szpiku kości. Nie znał słowa odpowiedzialność. Był tym złotym chłopcem, który nie znał wartości pieniądza. Uwielbiała go za tą rozrzutność. Spontaniczność, która objawiała się w tych szalonych nocach, które spędzali nieraz wspólnie. W tych wyjazdach, które miały trwać weekend, ale przedłużały się, bo żadne z nich nie chciało wracać. Oboje kochali wydawać hajs jego starego. Zero skrupułów, więc dziś widząc wiadomość od niego, to nie było mowy, żeby odpowiedź brzmiała inaczej.
A gdzie jakieś hej? Pocałuj mnie w dupę?
15 minut?!
Powiedz mu, że już schodzę!
Piętnaście minut. Dobre sobie. Jak połowę tego czasu spędziła na wyborze butów. Szpilki czy coś wygodnego? Białe adidaski jednak wygrały, bo uznała, że jak coś to na miejscu zaliczą kilka sklepów i dorzuci do swojej kolekcji kolejną parę. Nie miała czasu na wielkie pakowanie. Nawet nie zaczynała tracić tych cennych minut na wyciąganie walizki, a zamiast tego wcisnęła do torebki w razie czego strój kąpielowy i kilka najpotrzebniejszych rzeczy. W końcu kobieca torebka, to była studnia bez dna. Można było w niej znaleźć dosłownie wszystko i była niemal pewna, że kilka rzeczy będzie musiała wyrzucić przy odprawie.
Bo jak poinformował ją szofer, zmierzali właśnie w kierunku lotniska. Mogłaby się przyzwyczaić do takiego życia. Do ludzi, którzy chodziliby za nią jak wierne pieski i czekali tylko na jej skinienie paluszka. Bawiła się przyciskami na podłokietniku, sprawdzając, jakie funkcje były dla niej dostępne. Jeden przycisk nawet otwierał mini lodówkę. Cudo. Zgarnęła wodę, która pewnie była z jakiegoś lodowca i kosztowała fortunę. Smakowała jak zwykła woda, ale i tak była fancy.
Z żalem pożegnała więc swoją nową zabaweczkę, ale zaraz na jej ustach pojawił się uśmiech, bo już tam na nią czekał Diego. Który od razu pochwycił ją w swoje umięśnione ramiona. Raj. Mogłaby go macać całe południe i nie znudziłoby jej się to. Doceniała efekty jego poświęcenia na siłowni.
- Hola, guapo. ¿A dónde me llevas? - szybki buziak w usta i już się rozglądała, jakby najmniejsza pierdółka mogła jej zdradzić ich cel. Hiszpania? Loty były najgorsze. Nie znosiła tak długiej bezczynności, ale dla pewnych widoków była w stanie się poświęcić.
I tak jak myślała. Kilka rzeczy musiała pożegnać. Bla... Bla... Bla... Ryzyko. Procedury bezpieczeństwa... Bla... Coś tam Bla...
Żenada.
Diego Sullivan
To travel is to evolve
: czw wrz 10, 2026 7:21 pm
autor: Diego Sullivan
On i poukładany obywatel? Nigdy w życiu! Diego był jego totalnym przeciwieństwem, wpadał na głupie pomysły i nawet w środku nocy był w stanie zadzwonić na lotnisko, że potrzebuje swój prywatny samolot bo wylatuje, najczęściej to pakował się w pośpiechu zapominając wielu rzeczy, ale zawsze mógł je kupić na miejscu. Załoga jego samolotu nauczyła się, żeby zaopatrzyć w niektóre rzeczy, które mogłyby być mu potrzebne, tak więc w samolocie czekały już na niego ubrania na wszelkie okazje, gdyby zupełnie przypadkiem (czasami ma sklerozę, ok?) zapomniał ich zabrać. Mieli także dobrze zaopatrzony bar, który podobał mu się najbardziej i także na rzecz ciężarnej rudowłosej sprowadzili najlepsze zero procentowe trunki.
Czyżby po prostu nie zadbał o wszystko?.
Kącik jego ust drgnął lekko na widok jej wiadomości, schował z powrotem telefon do kieszeni i czekał na jej przybycie.
Lubił spędzać czas z Gabrielą, podzielała jego zamiłowanie do wydawania pieniędzy jego ojca, który nie oszczędzał ich na wycieczki, może to właśnie dlatego ją najbardziej lubił zabierać ze sobą i rozpieszczać. Miała charakter, który mu się podobał, więc nic dziwnego, że tak dobrze się dogadywali.
Byli w pewien sposób do siebie podobni a jednocześnie tak różni.
Odetchnął lekko gdy na płycie lotniska pojawił się znajomy samochód, wyprostował się i wyszedł parę kroków w stronę dziewczyny, żeby ją powitać, kiedy tylko podeszła do niego to objął ją mocno obracając w powietrzu dookoła, dopiero potem postawił ją na ziemię.
— Nie mogę zdradzić celu naszej podróży, ale nie jest on daleko, więc się nie martw — kącik jego ust rozszerzył się lekko w uśmiechu kiedy skierowali się w stronę czekającego na nich samolotu, jak zawsze Diego został dobrze przywitany. Na pokładzie pilot podał mu rękę, a stewardessa uśmiechała się do niego.
— Oczywiście musiałem zaciągnąć opinii znajomego lekarza czy w Twoim stanie możesz latać, ale nie ma żadnych przeciwwskazań — wyrzekł jak już zajęli miejsca w swoich wygodnych skórzanych fotelach, a barman za barem zaczął mu robić drinka bez żadnego uprzedzenia.
Po chwili dwie identyczne szklanki stały przed nimi na małym stoliku pomiędzy siedzeniami.
— Twój oczywiście jest bez alkoholu, ale na pewno zadbali o to, żeby smakował jak normalny drink — puścił jej oczko.
Gabriela w ciąży, ja pierdolę co się na tym świecie wyrabia?
Na szczęście miała takiego przyjaciela jak Diego, który zabierze ją na niespodziewane wycieczki z dala od rzeczywistości gdzie będzie mogła po prostu wypocząć. Wygodniej rozsiadł się w swoim fotelu rzucając jej lekkie spojrzenie.
— Opowiadaj co u Ciebie, mi preciosa
Gabriela R. Blais
To travel is to evolve
: czw wrz 17, 2026 2:52 pm
autor: Gabriela R. Blais
Miała mentalność milionerki. Nieraz miała na koncie spore sumy, które normalny człowiek zainwestowałby na giełdzie, w nieruchomości, a nawet w krypto. Była cwana. Wykorzystywała bogaczy i opychała im jakieś obrazy po absurdalnie zawyżonych cenach, ale jeśli był popyt, to była i podaż. Problem polegał na tym, że uwielbiała roztrwaniać swój majątek i przede wszystkim cudzy. Gdyby ktoś kiedyś nagrywał film dokumentalny o tym, jak milionerzy w chwilę stawali się bezdomnymi, to dostałaby główną rolę. Kochała jego głupie pomysły. A jeszcze bardziej możliwość ich realizacji za pieniądze jego starego, który teraz pewnie siedział i zarabiał na ich zachcianki. Mogłaby się przyzwyczaić do takiego życia. Do spontanicznych wypadów do Paryża na croissanta. Do spacerów na plaży i tych długich lotów, gdyby ktoś dał jej kartę z unlimited hajsem. Niestety nie wygrała na tej loterii życia, ale przynajmniej miała kogoś takiego, jak Diego.
To było entuzjastyczne i dość ckliwe przywitanie, które zakończyła delikatnym kuksańcem i opierdolem. Bez tego nie mogło się obejść, bo Sullivan ostatnio dość rzadko się do niej odzywał. Wsiąkał chuj wie gdzie, a potem się pojawiał z wiadomością, że miała być gotowa za kilka minut. Cieszyła się, ale nie byłaby sobą, gdyby tego mu nie wypomniała.
- Ja się nie martwię. Dałabym się porwać nawet do Honolulu. Bardziej moi kuzyni się dopytują. Wiesz, przejmują się ciążą i pewnie tym, ze znowu mnie wywieje. Raz poleciałam do Włoch i wróciłam po sześciu latach. - mroczne czasy. Rok żyła odizolowana od najbliższych przez faceta imieniem Marco. Straciła miłość swojego życia - Williama - przez to, że uwikłała się w mafijne sprawy. Zostawiła za sobą syf. Odwyk i strach przed powrotem, bo ludzie Marco szukali zemsty za to, co zrobiła ich szefowi. Jak widać karma była suką, bo gdy po latach zaczęła sobie uwijać ładne gniazdko w Toronto, to przeszłość zapukała do jej drzwi. Zawsze mogło być gorzej. A i tak przeczuwała, że ten spontaniczny wypad z Diego zostanie w pewien sposób skomentowany przez jej prześladowcę. Taki Marco już był.
- Jak ty o mnie dbasz. Pytałeś też może, jakie pozycje możemy zaliczyć przez ten weekend? - uniosła sugestywnie brwi i cicho się zaśmiała, gdy rozłożyła się niczym księżniczka w swoim fotelu. Wypas. Drineczki i tyle miejsca na nogi. Normalnie Las Palmas. Mogłaby tu zamieszkać.
- Bez truskawek? - zapytała, bo ostatnim, czego teraz potrzebowała był szpital. Miała koszmarną alergię na te owoce, a barmani uwielbiali dodawać tego typu likiery i owoce do alkoholu. Upiła łyk, gdy barman zapewnił ją, że drink był bezpieczny. Diego, jak zawsze o wszystkim pamiętał. Aż dziw, że tak nieodpowiedzialny ktoś jednak potrafił na ostatnią chwilę wszystko zaplanować co do joty.
- Nawet nie wiesz, jak nie mogę się doczekać dnia, gdy będę mogła ruszyć w tango. Zaliczę wtedy najbardziej epicką imprezę życia. Tydzień będę odchorowywać kaca. Wydam krocie na narko i będę zaliczała najlepsze dupy w mieście. - na razie mogła jedynie pomarzyć o tym. Przez najbliższe kilka miesięcy. - Myślałam jednak, że życie w trzeźwości będzie gorsze. Wiesz, ile atrakcji jest w Toronto? Mamy nawet taki Pixel Room z grami. - bo odkąd unikała używek, to znajomi głównie zabierali ją w miejsca oznaczone etykietą family content, żeby jej nie kusiło.
- Lepiej ty mów, co to za zaręczyny. Ładna dupa z tej twojej narzeczonej. Nie wpierdoli mi, że poświęcasz mi czas? - tęskniła za tymi ploteczkami z życia bogaczy.
Jakoś musieli nadrobić stracony czas i przeczekać lot. Przez chwilę patrzyła przez małe okienko w samolocie, niczym dziecko, gdy ruszyli, a miasto stawało się coraz mniejszą plamką tam w dole. A potem wrócili do plotek.
Diego Sullivan