Strona 1 z 1

soft obsession

: ndz sie 30, 2026 6:16 pm
autor: Quincy Hargreaves
come find me


Przypadki wymagają przygotowania. Quincy zrozumiał to mniej więcej trzy miesiące temu, chociaż zapewne nie użyłby właśnie tych słów. Powiedziałby raczej, że Toronto jest małe. Ludzie chodzą do tych samych restauracji, na te same imprezy, otwarcia tych samych wystaw. W końcu każdy na każdego wpada. Statystyka. Nic więcej. Statystyce należało tylko odrobinę pomóc.
Najpierw zobaczył Arthita zupełnie naprawdę przypadkiem. Później przypadek zaczął wymagać coraz większej ilości pracy. Jednego wieczoru Quincy znalazł się w klubie, którego właściwie nie lubił, ale ktoś wspomniał, że Arthit czasem tam bywa. Innym razem pojechał na otwarcie wystawy artysty, którego nazwiska nie potrafił następnego dnia sobie przypomnieć. Pojawiał się na imprezach, na które normalnie by nie poszedł, i poznawał ludzi, których normalnie nie chciałby znać. Wysłuchiwał setów DJ-ów, których uważał za nieznośnych. Raz spędził prawie dwie godziny przy barze, pijąc tę samą rozwodnioną whisky, zanim zrozumiał, że Arthita tego wieczoru w ogóle nie będzie.
Nie był stalkerem. (Co to, to nie!) To słowo miało w sobie coś taniego i kryminalnego. Płaszcz z podniesionym kołnierzem. Lornetkę. Samochód zaparkowany po drugiej stronie ulicy. Quincy po prostu bywał. Często. W bardzo konkretnych miejscach. Miał dwadzieścia jeden lat, pieniądze i stanowczo za dużo czasu. To połączenie od początku należało uznać za niebezpieczne. Najgorsze było jednak to, że właściwie nie wiedział, czego od Arthita chciał. Autograf byłby absurdalny. Zdjęcie jeszcze gorsze. Zresztą miał ich całkiem sporo z licznych koncertów, na które regularnie jeździł, latał, chodził (jakiegokolwiek środka transportu wymagały). Chciał zostać zauważony. To była różnica. Ogromna, przynajmniej w głowie Quincy'ego. Pewnie chciał nawet czegoś więcej, ale te fantazje i scenariusze trzymał w swoim zamkniętym labiryncie umysłu.
Nazwisko było na liście. Quincy wiedział, że będzie. Oczywiście, że wiedział. Dostał zaproszenie, przeczytał je wystarczająco wiele razy, żeby móc odtworzyć z pamięci kolejność słów, godzinę, adres i tę krótką, nieznośnie swobodną formułę na końcu. A jednak dopiero kiedy ochroniarz przesunął palcem po ekranie telefonu, zatrzymał go przy odpowiedniej linijce i bez najmniejszego zainteresowania skinął głową z krótkim ”You’re good”, wszystko stało się prawdziwe.
Za pierwszymi drzwiami był krótki, ciemny korytarz. Za drugimi bas. Nie tyle go usłyszał, ile poczuł. Uderzył gdzieś pod mostkiem, przeszedł przez żebra i dopiero później stał się muzyką. Światło pulsowało razem z nim. Czerwone, potem granatowe, potem na moment zupełna ciemność, w której zostawały tylko pojedyncze punkty papierosów elektronicznych i zielone lampki nad wyjściami ewakuacyjnymi.
Quincy zatrzymał się na skraju tłumu. Pierwszym odruchem było szukanie Arthita. Nie zrobił tego. A przynajmniej przez pierwsze pięć sekund. Potem wzrok sam przesunął się po twarzach przy barze, lożach znajdujących się nieco wyżej, grupie ludzi stojącej przy stanowisku DJ-a.
Przeszedł przez pół sali w stronę łazienek, starając się wyglądać jak człowiek, który dokładnie wie, dokąd zmierza. W łazience było za jasno. Kluby mogły skąpić światła wszędzie, ale toalety oświetlano jak sale operacyjne, jakby właściciele uważali, że człowiekowi należy przynajmniej raz podczas wieczoru pokazać dokładnie, w jakim jest stanie. Quincy stanął przed lustrem. Wyglądał dobrze. To go trochę uspokoiło. Oparł dłonie o umywalkę i przez chwilę przyglądał się własnemu odbiciu.
– Chyba mnie popierdoliło. – mruknął bez szczególnego powodu. Może właśnie dlatego, że wszystko szło dobrze. Nazwisko było na liście. Zaproszenie było prawdziwe.
Po miesiącach idiotycznych zbiegów okoliczności, które sam cierpliwie organizował, Arthit wreszcie wiedział, że Quincy istnieje. Co więcej, chciał go tutaj. A przynajmniej chciał go tutaj na tyle, żeby ktoś dopisał jego nazwisko do listy. Ta różnica wydawała się nagle bardzo ważna. Sięgnął do kieszeni. Małe opakowanie przesunęło się między palcami. Nie chciał się naćpać. Chciał jedynie pozbyć się tego idiotycznego napięcia znajdującego się gdzieś pomiędzy żołądkiem a mostkiem. Przesunąć pokrętło o jeden stopień. Zrobić zbyt głośne myśli trochę cichszymi. Przygotował niewielką ilość kokainy. Spojrzał jeszcze raz w lustro.
– Zachowuj się normalnie. – Quincy wciągnął niewielką porcję, schował wszystko z powrotem i odkręcił wodę. Zimna. Przyjemnie chłodna. Przesunął mokrymi palcami po karku. Odczekał chwilę i poprawił włosy. Potem poprawił je ponownie, przywracając mniej więcej do stanu sprzed pierwszej poprawki.
Drzwi otworzyły się i do łazienki weszło dwóch mężczyzn, rozmawiających zbyt głośno. Quincy natychmiast zajął się myciem rąk z powagą człowieka, który przyszedł tutaj wyłącznie w tym celu. Wytarł je w papierowy ręcznik i z uśmiechem wrócił do głośnej sali klubowej. Ktoś otarł się o jego ramię. Dziewczyna przed nim podniosła obie ręce nad głowę. Światło zrobiło się czerwone. Potem niebieskie. Quincy zamknął oczy. Zaczął się poruszać. Najpierw ledwie zauważalnie. Ciężar ciała z jednej nogi na drugą. Ramiona. Głowa. Nie należał do ludzi, którzy potrzebowali dużo przestrzeni podczas tańca. Wolał dać się wciągnąć rytmowi, zamiast urządzać przedstawienie.

Arthit Rattanakosin