Live fast, die young, and leave a good looking corpse
: pn sie 31, 2026 5:21 pm
#6
Wiadomość od Javiera przyszła znienacka, pewnego niedzielnego popołudnia, gdy starszy detektyw akurat przebywał poza Kanadą:
jest sprawa, jestem w Barcelonie
zerkniesz na Dilliona? Zostawiłem akta w jego sprawie na twoim biurku
będę ci winien przysługę jak wrócę
Cree odpisał rzeczowo, pytając o autoryzację – nie znał tej sprawy i nie zamierzał ruszać niczego bez formalnego zielonego światła. Perez potwierdził wkrótce, że Crawford zatwierdziła wszystko i tyle wystarczyło. Bellerose zajął się tym, gdy tylko wrócił do biura, przeglądając akta zostawione na jego biurku i zaznajamiając się z detalami sprawy człowieka, który miał być teraz pod jego opieką. Przynajmniej przez jakiś czas.
Zadanie zapowiadało się prosto. Podjechać pod kościół, nie zwracając na siebie uwagi, zamienić kilka słów z mężczyzną, dyskretnie dopytać, czy ktoś podejrzany nie kręcił się wokół plebanii, i wrócić do swoich codziennych obowiązków. Tak właśnie wyglądały ich pierwsze kilka spotkań – krótkie, rzeczowe, pozbawione zbędnych ceregieli. Z czasem jednak coś się zmieniło. Rozmowy zaczęły trwać dłużej, niż było to konieczne. To, co miało być przypadkowym pojawianiem się na miejscu, stało się czymś bardziej naturalnym i powtarzalnym – pytaniem o to, co Harry porabiał w ostatnim czasie, jak radził sobie z obecnymi zajęciami, czy przyzwyczaił się już do kanadyjskiej pogody, która nijak nie przypominała tego, do czego był przyzwyczajony. Teraz ich relacja bardziej przywodziła na myśl spotkania dwóch dobrych znajomych niż formalne wizyty kontrolne. Miejsce i obowiązki, które reprezentowali, nie miały już większego znaczenia.
Gdy starszy detektyw w końcu wrócił i przejął z powrotem opiekę nad organistą, Bellerose zaczął go odwiedzać rzadziej. Wciąż, jednak gdy tylko znalazł się w okolicy, starał się wpaść choćby na kwadrans, zamienić kilka zdań, upewnić się, że wszystko jest w porządku. Było to jednak znacznie mniej regularne i zdecydowanie bardziej spontaniczne niż wcześniej.
Podczas jednej z takich wizyt Harry poprosił go, żeby przyjechał po godzinach popołudniowej mszy, gdy dzień zacznie się już chylić ku końcowi, bo chciał z nim o czymś porozmawiać. Cree nie miał pojęcia, o co dokładnie chodziło, ale zgodził się bez wahania. Dillion wydawał się tego dnia wyraźnie poruszony jakimś tematem, a nie należał do ludzi, którzy bez powodu wzywali policjanta na teren kościoła o tak późnej porze.
W dzień spotkania skończył pracę wcześniej, więc ruszył na miejsce prosto z domu, korzystając z prywatnego samochodu zamiast służbowego. Brak korków sprawił, że droga zleciała mu szybciej, niż się spodziewał i zaparkował przy cmentarzu, nie zajmując miejsc z przodu kościoła, przy głównym wejściu. Nie musiał bawić się w dyskrecję, ale wyuczone nawyki robiły swoje.
Przeszedł obok rzędów nagrobków, zastanawiając się, tylko przez chwilę, niemal odruchowo, ile spośród leżących tu osób miało jakikolwiek związek ze sprawami, którymi zajmował się w ostatnich latach. Nazwiska na kamieniach zlewały się w jedną, przytłaczającą plątaninę liter i cyfr, obojętną na to, kim był i po co tu przyszedł. Wszedł do pustego, cichego, ładnie oświetlonego wnętrza kościoła, gdzie ostatnie promienie popołudniowego słońca wpadały przez witraże, malując na drewnianych ławkach nierówne, kolorowe plamy. Zasiadł w tylnej ławeczce, opierając łokcie na kolanach, i czekał na Harry'ego, próbując zgadnąć, co mogło być na tyle ważne, żeby wymagało rozmowy właśnie tutaj, właśnie o tej porze.
Gdzieś w głębi kościoła, gdzie zapadał już półmrok, cicho skrzypnęły drzwi zakrystii.
Harry Dillion