let it burn
: pn sie 31, 2026 8:35 pm
Dzień drugi. Pustynia w stanie Nevada. Burning Man.
Wychodzę z namiotu bo zaczyna się w nim robić tak gorąco, że zaraz się chyba ugotuję. Nawet jeśli to nie jest taki chamski, mały namiot, który się rozkłada w lesie albo na polanie, tylko dojebany pustynny namiot, to temperatura w środku i tak zaczynała być nieznośna. Ktoś leży obok mnie, ale w zasadzie nawet nie patrzę kto, tylko szturcham tą osobę w łydkę - Wstawaj, bo gorąco - mówię, wynurzając się na świeże powietrze. Słońce wali mi prosto w twarz, co tylko wzmaga i tak morderczego kaca - O Jezus, moje oczy - mrużę ślepia, do czoła przystawiam rękę, próbując złapać ostrość w tym w chuj mocnym świetle. Wczoraj jak dotarliśmy na miejsce to udało nam się złapać z jakąś obcą ekipą, która w sumie po dwóch wymienionych zdaniach przestała być obca. Wszyscy mieliśmy w opór rzeczy, bo się okazało, że jak chcesz przeżyć tydzień na pustyni, to musisz być przygotowany na wszystko. Ja miałem w sumie o tyle dobrze, że się musiałem nawalić jeszcze zanim wsiedliśmy do samolotu, żeby w ogóle przeżyć lot. Potem to już z górki, film mi się urwał mniej więcej w połowie drogi, ale trudno, nie pierwszy i nie ostatni raz, jak wrócimy do domu to się będę zastanawiał ile tak naprawdę pamiętam z tego całego festiwalu. W każdym razie podchodzę do stolika, który mamy we wiosce i zajmuję jedno z rozkładanych krzeseł. Siedzi już tam jakiś koleś, z którym zbijam piątkę na powitanie. Pyta mnie jak tam, a ja macham ręką - Średnio, łeb mnie nakurwia - odpowiadam, na co podaje mi zimne piwo z turystycznej lodóweczki. To na pewno pomoże. Kiwam głową w podzięce, po czym otwieram puszkę i od razu spijam łyk. Potem sięgam po jakieś ciemne okulary, które leżą na stole i zakładam je na nos, to chyba nawet moje. Kolega podsuwa mi krem z filtrem - Weź chociaż sobie twarz posmaruj, bo będziesz miał przejebane potem - racja, zaczynam nakładać grubą warstwę na nos i policzki, a chłopak gada dalej - Ale wczoraj była faza, nie? - śmieje się. Wzruszam lekko ramionami - No, chociaż gówno pamiętam, film mi się urwał zanim się w ogóle rozłożyliśmy, jak nam się udało zbudować taką wioskę? - dziwię się, rozglądając dookoła. Mój towarzysz też patrzy na mnie zdziwiony - Serio? No to się nieźle trzymałeś jak na urwany film, mi jak się urywa film to zwykle zaraz zgonuje - mówi, a ja wzdycham - Chciałbym tak, mi jak się urywa film to wtedy zaczynam najbardziej odpierdalać. Odjebałem wczoraj coś chamskiego? - pytam, zerkając na niego przez ciemne szkła, ale chyba nie było jakiejś lipy, skoro chciał ze mną gadać - Chamskiego to nie - wzrusza ramionami - A nie chamskiego? - dopytuję - A nie chamskiego to dużo - zanim mi zacznie opowiadać to stukamy się puszkami i pijemy, a wokół robi się trochę większy gwar. Wioska budzi się do życia.
Wychodzę z namiotu bo zaczyna się w nim robić tak gorąco, że zaraz się chyba ugotuję. Nawet jeśli to nie jest taki chamski, mały namiot, który się rozkłada w lesie albo na polanie, tylko dojebany pustynny namiot, to temperatura w środku i tak zaczynała być nieznośna. Ktoś leży obok mnie, ale w zasadzie nawet nie patrzę kto, tylko szturcham tą osobę w łydkę - Wstawaj, bo gorąco - mówię, wynurzając się na świeże powietrze. Słońce wali mi prosto w twarz, co tylko wzmaga i tak morderczego kaca - O Jezus, moje oczy - mrużę ślepia, do czoła przystawiam rękę, próbując złapać ostrość w tym w chuj mocnym świetle. Wczoraj jak dotarliśmy na miejsce to udało nam się złapać z jakąś obcą ekipą, która w sumie po dwóch wymienionych zdaniach przestała być obca. Wszyscy mieliśmy w opór rzeczy, bo się okazało, że jak chcesz przeżyć tydzień na pustyni, to musisz być przygotowany na wszystko. Ja miałem w sumie o tyle dobrze, że się musiałem nawalić jeszcze zanim wsiedliśmy do samolotu, żeby w ogóle przeżyć lot. Potem to już z górki, film mi się urwał mniej więcej w połowie drogi, ale trudno, nie pierwszy i nie ostatni raz, jak wrócimy do domu to się będę zastanawiał ile tak naprawdę pamiętam z tego całego festiwalu. W każdym razie podchodzę do stolika, który mamy we wiosce i zajmuję jedno z rozkładanych krzeseł. Siedzi już tam jakiś koleś, z którym zbijam piątkę na powitanie. Pyta mnie jak tam, a ja macham ręką - Średnio, łeb mnie nakurwia - odpowiadam, na co podaje mi zimne piwo z turystycznej lodóweczki. To na pewno pomoże. Kiwam głową w podzięce, po czym otwieram puszkę i od razu spijam łyk. Potem sięgam po jakieś ciemne okulary, które leżą na stole i zakładam je na nos, to chyba nawet moje. Kolega podsuwa mi krem z filtrem - Weź chociaż sobie twarz posmaruj, bo będziesz miał przejebane potem - racja, zaczynam nakładać grubą warstwę na nos i policzki, a chłopak gada dalej - Ale wczoraj była faza, nie? - śmieje się. Wzruszam lekko ramionami - No, chociaż gówno pamiętam, film mi się urwał zanim się w ogóle rozłożyliśmy, jak nam się udało zbudować taką wioskę? - dziwię się, rozglądając dookoła. Mój towarzysz też patrzy na mnie zdziwiony - Serio? No to się nieźle trzymałeś jak na urwany film, mi jak się urywa film to zwykle zaraz zgonuje - mówi, a ja wzdycham - Chciałbym tak, mi jak się urywa film to wtedy zaczynam najbardziej odpierdalać. Odjebałem wczoraj coś chamskiego? - pytam, zerkając na niego przez ciemne szkła, ale chyba nie było jakiejś lipy, skoro chciał ze mną gadać - Chamskiego to nie - wzrusza ramionami - A nie chamskiego? - dopytuję - A nie chamskiego to dużo - zanim mi zacznie opowiadać to stukamy się puszkami i pijemy, a wokół robi się trochę większy gwar. Wioska budzi się do życia.
