Strona 1 z 1

3:17 A.M. — I Have Acquired a Dog

: pn sie 31, 2026 8:38 pm
autor: Harris L. Morgan
01.

Noc w North York miała w sobie coś nieprzyjemnie bezosobowego.

O tej porze większość świateł w oknach już dawno zgasła, ruch na ulicach wyraźnie przycichł, a te, które wciąż pozostawały zapalone, należały głównie do miejsc, które z natury rzeczy nie mogły sobie pozwolić na sen. Szpital był jednym z nich. Nawet po wyjściu z budynku Harris wciąż miał wrażenie, że słyszy gdzieś w tle jednostajny szum wentylacji, odległe piknięcia aparatury i głosy ludzi, którzy od kilkunastu godzin nie mieli już siły mówić pełnymi zdaniami.
Nie planował tej zmiany, do tego nie w swoim szpitalu. Miała być krótsza. Właściwie nie miało jej nawet być. Ktoś zachorował, ktoś inny nie mógł przyjechać, anestezjolog na dyżurze gdzieś utknął, a potem nagle okazało się, że jedna godzina przeciągnęła się w dwie, dwie w cztery i zanim Harris naprawdę zdążył się nad tym zastanowić, za oknami zrobiło się zupełnie ciemno.
Teraz wreszcie mógł wrócić do domu.

Stał jeszcze przez chwilę przed wejściem do szpitala, z rękami wsuniętymi w kieszenie kurtki, i patrzył na ulicę. Było chłodno, ale nie na tyle, żeby od razu żałował, że nie zamówił samochodu z budynku. Powietrze wydawało się zresztą całkiem przyjemne po tych wszystkich godzinach spędzonych pod sztucznym światłem i w przesadnie ogrzewanych pomieszczeniach.
 Telefon zawibrował mu w kieszeni. Wyciągnął go, odblokował ekran i otworzył aplikację do zamawiania taksówki. Po chwili jednak ją zamknął. Może najpierw przejdzie się kawałek.
Nie dlatego, że miał na to szczególną ochotę. Po prostu potrzebował kilku minut, podczas których nikt niczego od niego nie będzie chciał. Tylko chodnik pod butami, nocne powietrze i świadomość, że następne kilka godzin nie należy do nikogo poza nim. Ruszył więc przed siebie. Minął szpitalny parking, skręcił w spokojniejszą ulicę i przez pierwsze kilkaset metrów rzeczywiście zaczął się rozluźniać. Ramiona przestały być tak napięte, oddech powoli wrócił do normalnego rytmu. Nawet myśli, które przez większość zmiany przeskakiwały między jednym przypadkiem a drugim, zaczęły wreszcie zwalniać.
I wtedy usłyszał szczeknięcie.
Harris zatrzymał się i przez chwilę stał nieruchomo, nasłuchując. Nic.
 Zmarszczył brwi i zrobił jeszcze kilka kroków.
Drugie szczeknięcie było cichsze, jakby dochodziło gdzieś zza żywopłotu albo z podwórka pomiędzy budynkami. – No świetnie – mruknął pod nosem. Nie miał pojęcia, dlaczego właściwie skręcił w tamtą stronę. Może zwykła ciekawość. Albo instynkt, który przez cały dzień kazał mu reagować na każdy nietypowy dźwięk. A może po prostu o tej porze nocy nie miał już wystarczająco dużo rozsądku, żeby udawać, że nie słyszy.
Obszedł niski żywopłot i wtedy go zobaczył. Pies siedział kilka metrów dalej, przy krawędzi chodnika i nie wyglądał na bezpańskiego. Miał obrożę. Sierść była trochę wilgotna, łapy ubłocone, a smycz – jeśli kiedykolwiek jakąś miał – najwyraźniej zniknęła razem z właścicielem.
Zwierzę spojrzało na Harrisa. Harris spojrzał na zwierzę.
Przez dłuższą chwilę żaden z nich się nie poruszył. – Nie – powiedział w końcu Harris, bardziej do siebie niż do psa. Ale to wystarczyło, żeby pies poderwał się z miejsca i podekscytowany skoczył na niego, błotem z łap zaznaczając ślady na jego spodniach. – Okej, no cześć... – Wymamrotał i przykucnął przy psie, zastanawiając się, co z tym fantem zrobić. Ręką sięgnął po przywieszkę na obroży, na której nie znalazł nic poza jego imieniem. – Triggs? – Zwierzę pomachało zamaszyście ogonem, najwidoczniej rozpoznając swoje imię. – Coś wymyślimy. – Harris wytarł dłonie o spodnie i wstał.
Przez kilkanaście kolejnych minut zorientował się, że wszystkie kliniki weterynaryjne były zamknięte, policja nie była zainteresowana, a Triggs absolutnie nie mógł wrócić do jego świeżo wynajętego mieszkania z zakazem posiadania zwierząt. Jedyną pomocą była czyjaś wzmianka o Straży Pożarnej, w stronę której właśnie się kierował, raz po raz wołając owczarka po imieniu i zachęcając do kontynuowania wspólnego spaceru.
W końcu w oddali zobaczył światło dochodzące z otwartych czerwonych drzwi.


Bunny Carver

3:17 A.M. — I Have Acquired a Dog

: wt wrz 01, 2026 4:30 pm
autor: Bunny Carver
02.

— Nie no, ja pasuje — Donovan cisnął kartkami na stół, wypuszczając głośno powietrze przez nos i od razu krzyżując ręce na piersi. Minę miał nie tęgą, ale co mu się dziwić, skoro tego wieczoru talia za nic nie chciała z nim współpracować.
— No dalej, Jett — Bunny prychnęła pod nosem, spoglądając na niego wymownie. — Nie możesz być wiecznie takim frajerem. Nigdy nie wygrasz, jak nie zaczniesz ryzykować.
— Ty ryzykujesz i przegrywasz.
— Teraz wygram — odpowiedziała mu praktycznie od razu, przy okazji ładując kilka wyjątkowo suchych paluszków do ust. — Patrz i ucz się… Sprawdzam — sięgnęła po dwa niebieskie żetony i przesunęła je za środek stołu, równając kwotę, jaką ustawił Finnick.
Była trzecia nad ranem i cała czwórka od dobrych trzydziestu minut siedziała w pokoju socjalnym, udając, że ciężko pracują. Roboty mieli od groma, ale ograniczała się ona do umycia wozów i nudnej papierologii, do której nikt nie miał głowy o tej porze. Pewnie wezmą się za to kiedy słońce wzejdzie za horyzontem, a czasu zostanie coraz mniej. Chociaż znając złośliwość losu, akurat jak będą chcieli odrobić się na ostatnią chwilę, akurat wpadnie wezwanie. Zawsze tak było.
— Dawaj, mała — rzucił Finnick i uśmiechnął się bezczelnie, przy okazji bujając na krześle tak mocno, że przez moment wyglądał, jakby lada moment miał rozwalić sobie łeb o szafkę tuż za nim. Całe szczęście nic podobnego się nie stało. Bunny przewróciła oczami i jeszcze raz rzuciła okiem na karty, które miała w dłoni. Nie wyglądały źle. Właściwie to zajebiście dobrze, jak na jej.
Finnick jako pierwszy wyłożył swoje na stół, a chłopki dookoła nachylili się, by zobaczyć.
— Full house, trzy króle i dwie siódemki — dumnie zaprezentował swój zestaw zestaw, a Donovan zaśmiał się głośno. Był przekonany, że Bunny straci ostatnie żetony, jakie miała do wyłożenia. Jakieś było ich zdziwienie, gdy już po chwili ona wystawiła przed siebie… cztery asy.
— O kurwa — rzucił Garry, przyglądający się wszystkiemu z boku, a ona nawet na niego nie spojrzała. Swój wzrok nieustannie miała wbity w kolegę naprzeciwko. Nawet kiedy zerwała się z krzesła, żeby przejąć całą forsę na swoją stronę.
— I jeszcze raz powiesz do mnie mała, a ukręcę ci jaja — wtrąciła pieszczotliwie, tym razem to ona uśmiechając się do niego wcale-nie-szczerze. Nienawidziła, kiedy ją tak nazywał. Nawet jeśli był wyższy i większy, bo co to za umniejszanie kobiecie? — Masz szczęście, że D… — nie dokończyła, słysząc, jak jej wypowiedź przerwało szczekanie, dobiegające gdzieś z dołu. — Słyszeliście to? — spojrzała po twarzach kolegów, jednak oni wyglądali na równie zaskoczeni co ona.
— Znowu jakiś szczur się tu przybłąkał — Garret jak zwykle uraczył ich własnym zdaniem, które nikogo nie interesowało, a Carver posłała mu jedynie karcące spojrzenie.
— Sprawdzę — zadeklarowała się. — Zacznijcie beze mnie — dodała i ruszyła w stronę zejścia. Schodami, chociaż rurę też mieli, ale prawda była taka, że nikt jej nie używał. A już na pewno nie, kiedy sytuacja nie wymagała nagłej mobilizacji.
Ta zdecydowanie nie, biorąc pod uwagę, że oczom Bunny zaraz po zejściu ukazał się pies. Owczarek, który wąchał coś przy jednym z wozów strażackich. Ogon chodził mu na lewo i prawo a do tego miał obrożę, więc wcale ie wyglądał na dzikiego.
— A co ty tu robisz, kolego? — rzuciła do psa, jakby miał ją faktycznie zrozumieć i podeszła spokojnie w jego kierunku. — Kto ci pozwolił tu wejść? — kolejne pytanie, które już na zawsze pozostanie bez odpowiedzi. Przykucnęła ostrożnie przy psiaku, po czym wystawiła rękę, żeby mógł ją w pierwszej kolejności obwąchać. Drapnęła go za uchem, a kiedy światło z przysłonił kolejny cień podniosła głowę w górę, dostrzegając mężczyznę.
— To twój pies? — spytała już o wiele mniej słodko, jak do dziecka, a bardziej jak do dorosłego człowieka przystało. — Remiza strażacka jest raczej kiepskim miejscem do puszczania wolno psów. Coś mogłoby mu się stać — dodała lekko oschle, ale taka była prawda. Co jakby nagle potrzebowali wyjechać, a on kręcił się pod kołami? Przecież to aż prosiło się o tragedie.
Wstała na równe nogi i zawiesiła spojrzenie na ciemnych oczach mężczyzny, a zaraz jeszcze skrzyżowała ręce na piersi, wyczekując jakiegoś wyjaśnienia. Albo chociaż przeprosin.

Harris L. Morgan

3:17 A.M. — I Have Acquired a Dog

: sob wrz 05, 2026 2:53 pm
autor: Harris L. Morgan
Harris zatrzymał się kilka kroków od wejścia, a przez krótką chwilę jedyną rzeczą, jaką był w stanie zrobić, było patrzenie na kobietę stojącą przy psie.
Dopiero teraz miał okazję przyjrzeć się miejscu, do którego właściwie doprowadził go Triggs. Czerwone drzwi remizy były szeroko otwarte, a ze środka sączyło się ostre, białe światło, zupełnie niepasujące do pustej o tej porze ulicy. Gdzieś dalej, za kobietą i psem, widział fragment wozu strażackiego, a z wnętrza budynku dobiegały przytłumione głosy.
Przeniósł wzrok na Triggsa. Potem znowu na kobietę.
– Nie. – Odpowiedź przyszła mu zdecydowanie zbyt szybko. – To znaczy… nie jest mój.
 – Doprecyzował.
Triggs, jakby dla kontrastu, pomachał ogonem energiczniej i zrobił krok w stronę kobiety, podekscytowany pojawieniem się kogoś nowego, kto najwyraźniej był nim zainteresowany.
– Poznałem go jakieś… – Harris zerknął na zegarek, jakby ta informacja mogła w jakikolwiek sposób pomóc – dwadzieścia minut temu? Może pół godziny. Znalazłem go kilka ulic stąd w krzakach.
Wsunął dłonie do kieszeni kurtki i przez moment wyglądał na człowieka, który sam próbuje zrozumieć, jak dokładnie doszło do tego, że o trzeciej nad ranem stoi przed remizą strażacką i tłumaczy obcej kobiecie historię swojego wieczoru.
– Nie był na smyczy, ale miał obrożę. Jest przywieszka. – Wskazał ruchem głowy na psa. – Tylko z imieniem. Triggs. – Pies, jakby czekając na potwierdzenie, natychmiast spojrzał na Harrisa. – Tak, właśnie o tobie mówimy. – Kącik jego ust drgnął nieznacznie.
Z wnętrza remizy dobiegł nagle głośniejszy głos, po którym zaraz rozległ się śmiech kilku osób. Harris odruchowo zerknął w stronę otwartych drzwi, a potem z powrotem na kobietę. Przez moment przemknęło mu przez głowę, że jeszcze kilka godzin temu jego największym problemem było to, czy zdąży zjeść cokolwiek przed końcem zmiany. Teraz stał pod remizą i najwyraźniej negocjował ze strażaczką kwestię odpowiedzialności za psa, którego znał od niespełna pół godziny.
I dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że jego spodnie wciąż noszą wyraźne ślady łap, a ręce prawdopodobnie nadal pachną mokrym psem. Z perspektywy kobiety stojącej przed nim cała sytuacja rzeczywiście mogła wyglądać dość podejrzanie.
– Próbowałem znaleźć weterynarza, ale o tej porze wszystko jest zamknięte. Zadzwoniłem na policję i… — zawahał się na moment — powiedzmy, że nie uznali zagubionego psa za sprawę wymagającą ich natychmiastowej interwencji.
Wzruszył lekko ramionami.
– Ktoś powiedział mi, że straż pożarna może mieć czytnik czipów. – Zrobił jeszcze krok bliżej, zatrzymując się jednak w bezpiecznej odległości od kobiety i psa. – Więc oto jestem. – Krótka pauza. – I, jeśli dobrze rozumiem, właśnie zostałem oskarżony o puszczanie psa samopas pod remizą. – Spojrzał na nią z mieszaniną zmęczenia, niedowierzania i rozbawienia. – Co, biorąc pod uwagę mój wieczór, byłoby chyba najmniej zaskakującą rzeczą, jaka mi się dzisiaj przytrafiła.


Bunny Carver

3:17 A.M. — I Have Acquired a Dog

: sob wrz 12, 2026 11:50 pm
autor: Bunny Carver
Nie jest mój.
Bunny podniosła spojrzenie na mężczyzne.
Czy wcześniej założyła, że pies faktycznie należał do niego? Naturalnie. Zwierzak nie miał na sobie żadnych śladów, aby był bezdomny. Nosił obroże i był przyjaźnie nastawiony do ludzi. Do tego gość wszedł do remizy zaraz po nim, wiec wnioski nasuwały się same. Już chciała go spytać czyj w takim razie był, jednak mężczyzna oświecił ją nim dobrze otworzyła usta.
— Poznałeś? — prychnęła pod nosem, przy okazji drapiąc zwierzaka za uchem. Ciekawy sposób na przedstawienie sytuacji. Jakby go komuś zawędzić, też możnaby powiedzieć, że się go poznało. Nachyliła się bliżej, gdy wspomniał przywieszkę. Niewielkie kółeczko jasno dawało do zrozumienia, że psiak miał na imię Triggs. Aż uniósł uszy, kiedy jego imię zostało wspominane na głos, co tylko potwierdzało wysunięte wnioski.
Bunny wysłuchała go do końca, nauczona z domu, że nieładnie było przerywać, a kiedy już pan poznałem psa wyjaśnił, skąd właściwie się tu znalazł i czego oczekiwał, Carver wstała na równe nogi i spojrzała niego uważnie.
— Okej, więc tak… Po pierwsze, remiza to nie jest schronisko dla zwierząt — wyjaśniła to co pierwsze i najbardziej oczywiste. — Mogę sprawdzić, czy mamy czytnik i oczywiście spróbuje pomóc, ale on nie może tutaj zostać — spojrzała w dół na psiaka, który tylko zamerdał ogonkiem podekscytowany, ewidentnie nie mają pojęcia, że właśnie dyskutowali, co z nim zrobić. — Dzwoniłeś w ogóle na 311? — dopytała, bo większość ludzi zazwyczaj szła po najniższej lini oporu i próbowała w pierwszej kolejności wydzwaniać po policjach i strażach, kiedy wystarczyło wybrać numer do spraw niealarmowych działający w Toronto. Tam ktoś z pewnością pokierowałby go do któregoś ze schronisk lub chociaż w odpowiednim kierunku. W tym samym czasie zdawała sobie sprawę, że nie każdemu nawet chciałoby się przejmować znalezionym psem i facet, który przed nią stał i tak wykazał się zaangażowaniem. Dlatego tez Carver nie miała do niego zbyt dużych pretensji.
— Chodź ze mną, sprawdzimy ten czytnik — pachnęła ręką, kierując się do środka remizy. Był środek nocy, wiał mocny wiatr, przecież nie będzie kazać stać temu kolesiowi w nieskończoność na zewnątrz. Przeszła wzdłuż jednego z wozów, kierując się bardziej w głąb pomieszczenia, a dokładniej szafki z wyposażeniem medycznym i tym podobnym.
— A co takiego zaskakującego ci się dzisiaj przydarzyło? — spytała nagle, podchodząc do jednej z półek i zaczynając w niej grzebać, raz po raz upewniając się, że pies jak i jego nie właściciel nie odeszli zbyt daleko i wciąż stali obok. — Powiedziałeś wcześniej, że znalezienie psa było najmniej zaskakującą rzeczą, jaka ci się przytrafiła.

Harris L. Morgan

3:17 A.M. — I Have Acquired a Dog

: pt wrz 18, 2026 6:47 pm
autor: Harris L. Morgan
Morgan przez chwilę patrzył za Bunny, zanim ruszył za nią do środka. Triggs oczywiście nie potrzebował żadnej zachęty. Podreptał za strażaczką, co jakiś czas oglądając się na Harrisa, jakby upewniał się, że ten nadal za nim idzie. Pozwolił sobie na zmęczony uśmiech, po czym wszedł głębiej do remizy.
W środku było znacznie jaśniej niż sugerowała późna pora. Ostre światło odbijało się od jasnej podłogi, a przy ścianach stały szafki z odzieżą ochronną. Obok nich ciężkie buty ustawione w równym szeregu, a na otwartych półkach leżały zwinięte węże i sprzęt medyczny. Wszystko miało swoje miejsce, nawet jeśli Harris nie potrafił jeszcze powiedzieć, do czego służyła połowa rzeczy, które mijał. W powietrzu unosił się lekki zapach gumy, metalu i świeżo zaparzonej kawy.
– Nie, 311 akurat nie przyszło mi do głowy – przyznał, a w jego głosie pojawiła się lekka autoironia. – Najwyraźniej po dziesięciu latach poza Toronto zapomniałem, pod jaki numer należy dzwonić w sprawie psa. Zadzwoniłem na policję i uznałem, że oni pewnie będą wiedzieć. – Wzruszył lekko ramionami, jakby sam musiał przyznać, że nie był to szczególnie imponujący pokaz znajomości miejskich procedur.
Kiedy Bunny wróciła do jego wcześniejszej uwagi o zaskakującym wieczorze, Harris przez moment zastanawiał się, jak właściwie streścić jej ostatnie kilkanaście godzin, żeby nie zabrzmiało to jak lista przypadkowych katastrof.
– Zacząłem od jednej operacji za kolegę – wyjaśnił w końcu. – Zmiana miała potrwać kilka godzin, a skończyło się na dwunastu, bo po drodze wszystko, co mogło się skomplikować, postanowiło to zrobić. Złośliwość rzeczy martwych... i żywych. Pacjentów. – Przypominając sobie szczegóły, przyglądał się wozowi, przy którym stali. Musiał przyznać, że dziecięce zafascynowanie strażą i pojazdami nigdzie się nie ulotniło i gdyby tylko był tu z innego powodu, na pewno pozwoliłby sobie na kilka pytań na temat czerwonego pojazdu. – Mieliśmy między innymi pacjenta po wypadku samochodowym z łosiem. Przebił przednią szybę i częściowo znalazł się w samochodzie. – Harris pokręcił głową. Trudno było stwierdzić, czy bardziej bawiła go sama sytuacja, czy fakt, że mówił o niej zupełnie spokojnie, jakby opowiadał o wyjątkowo nieudanej stłuczce. Albo zmęczenie płatało mu figla i bawiły go rzeczy, które w świetle dnia byłyby nieśmieszne.
– Więc kiedy po wszystkim znalazłem psa w krzakach, uznałem, że to właściwie całkiem logiczne zakończenie dnia. – Spojrzał na Triggsa, który znalazł sobie wygodne miejsce pomiędzy ławką a czarnymi strażackimi butami i zaczynał się mościć. – Chociaż nie spodziewałem się, że znajdę w remizie o trzeciej nad ranem.


Bunny Carver

3:17 A.M. — I Have Acquired a Dog

: sob wrz 19, 2026 6:11 pm
autor: Bunny Carver
Policja nigdy nie była pomocna.
Akurat strażacy wiedzieli to najlepiej.
Wiecznie się ociągali, byli jako ostatni na miejscu, i chociaż to podobno straż pożarna miała najbardziej ostre przepisy bezpieczeństwa i procedury nim cokolwiek mogli zrobić, oni zaś nie robili nic. Bo bez nakazu to tak nie można, a bo trzeba będzie sporządzić pierwsze dokładny raport, a bo jeszcze coś innego. Te dwie jednostki — chociaż często działały w jednej sprawie — niekoniecznie za sobą przepadały. Dlatego też informację o tym, że na policji nie powiedzieli mu nic konkretnego Carver przyjęła jedynie wzruszeniem ramionami.
Zaprosiła mężczyznę do środka, dając mu przestrzeń do rozgoszczenia się, a sama podeszła do szafki, próbując doszukać się odpowiedniego przyrządu. Sama pracowała tu już kilka lat, a jednak ani razu osobiście nie używała skanera dla zwierząt. Pewnie mogła skoczyć na górę i dopytać chłopaków, ale przecież była silną i niezależną kobietą. Pierwsze musiała swoje przecierpieć i poszukać nim ugnie się przed tymi lamusami na górze.
Przesunęła już trzecią apteczkę podręczną, przy okazji wsłuchując się w opowieść mężczyzny na temat tego, co takie przydarzyło mu się tego dnia, że znalezienie przypadkowego psa wcale nie było aż takie dziwne. Raz po raz podnosiła na niego spojrzenie, dając mu tym samym znać, że miał jej pełną uwagę.
— Jesteś chirurgiem? — dopytała zaciekawiona. Skoro brał udział w operacji, to była pierwsza opcja, która przychodziła do głowy. Oczywiście zdawała sobie sprawę, że podczas operacji były też inne funkcje, jak asystenci, pielęgniarki i anestezjolog, jednak nie miała mocy przerobowych na to, by wymieniać wszystko po kolei. Najwyżej ją poprawi, chociaż na razie to tylko coraz bardziej ją zaskakiwał. Aż się wyprostowała, słysząc o łosiu.
— O kurwa — pozwoliła sobie przeklnąć, zarzucając ręce na biodra. — Wyskoczył z lasu, czy to akurat w związku z ucieczką zwierząt z zoo? — dopytała, przechodząc przy okazji do drugiej szafki kilka metrów dalej. — My od rana mieliśmy już z dobre dwadzieścia zgłoszeń — podniosła na niego spojrzenie. — Nawet pandę ściągaliśmy z drzewa — zazwyczaj były to kotki, więc można było powiedzieć, że tego dnia dostali pewne urozmaicenie. — …I węża w szkole — to akurat z tym mniej przyjemnych zgłoszeń. Bunny aż wzdrygnęła całym ciałem na samo wspomnienie. Niby nie bała się węży, ale kiedy już widziało się takiego kawałek od siebie, w dodatku jakiś dziwnie-wielkich rozmiarów, człowiek bardzo szybko zmieniał zdanie i odblokowywał fobie, o których istnieniu nawet nie wiedział.
Uśmiechnęła się na uwagę mężczyzny, że pojawienie się w remizie o trzeciej nad ranem nie było na jego liście na dziś do zrobienia.
— Nie ma tu nic specjalnego — wzruszyła ramionami, bo dla niej faktycznie miejsce jak miejsce, ale może dla osób, które nie miały tego na codzień, to zupełnie inne doświadczenie. Pewnie miałaby to samo, gdyby niespodziewanie znalazła się na sali operacyjnej (o trzeciej nad ranem). — Tam mamy ikoniczną rurę, jakby chciał się przejechać — prychnęła, wskazując głową na lewo. Były tam trzy, jednak nikt raczej ich nie używał. Teraz głównie służyły jako zajawka dla szkół, które przychodziły raz w miesiącu na wycieczkę po remizie. — Dzieciaki ją kochają — dodała, chociaż przez pierwszy rok pracy zjeżdżała sobie na niej prawie codziennie. Dopiero potem dojrzała. — Kurde, nie wiem czy mamy ten ska…
— Carver? — głos Finnicka wybrzmiał gdzieś z okolicy schodów. — Czy ty gadasz sama siebie? Serio jest z tobą aż tak źl… CZY TEN PIES WPIERDALA MOJE BUTY?! — krzyknął donośnie, podbiegajac w ich kierunku. Dopiero wtedy Bunny spuściła wzrok na psiaka, który faktycznie trzymał w pysku jeden z glanów i przeżuwał go sobie jak zabawkę. — Zostaw to!! Zły pies!! — warknął Finnick, wymachując łapały, zdecydowanie zbyt agresywnie, co Triggs musiał wyczuć jako zagrożenie, bo pierwsze zerwał się z miejsca, a zaraz potem zawarczał na strażaka, jakby był gotowy lada moment się na niego rzucić.
No świetnie.

Harris L. Morgan

3:17 A.M. — I Have Acquired a Dog

: wt wrz 22, 2026 8:56 pm
autor: Harris L. Morgan
– Anestezjologiem. – Odpowiedział, przeczesując włosy ręką. Próbował ukryć swoje zmęczenie, ale to powoli wychodziło z niego choćby poprzez mowę ciała. – Operacja była moja tylko w tym sensie, że przez kilka godzin pilnowałem, żeby pacjent bezpiecznie przez nią przeszedł.
Oczywiście jego praca nie sprowadzała się do siedzenia przy stole operacyjnym i obserwowania monitora, a przynajmniej nie w takim uproszczeniu, jakie właśnie jej sprzedał. Odpowiadał za znacznie więcej zarówno przed rozpoczęciem zabiegu, jak i w jego trakcie. Morgan nie miał jednak zamiaru urządzać strażaczce wykładu o swojej specjalizacji nad ranem.

Kiedy kobieta wróciła do historii o wypadku, szukając czytnika na półkach, Harris oderwał wzrok od sprzętu i skupił na niej uwagę.
– Wyskoczył z lasu. Przynajmniej z tego, co ustaliliśmy. – Pokręcił głową, przypominając sobie tamtą scenę. – Samochód był dość mocno uszkodzony, a pacjent miał sporo szczęścia, biorąc pod uwagę, co wylądowało mu na przednim siedzeniu.
Wsunął dłonie w kieszenie spodni i słuchał jej dalej, kiedy zaczęła opowiadać o zgłoszeniach, które od rana przyjmowali strażacy. Panda na drzewie wywołała u niego krótkie, niedowierzające spojrzenie, ale przy wężu jego mina zmieniła się już bardziej na coś pomiędzy zainteresowaniem a zawodowym zaciekawieniem. Nie miał szczególnego doświadczenia ze zwierzętami w podobnych sytuacjach, ale po wydarzeniach ostatnich kilku godzin zaczynał podejrzewać, że Toronto miało własny, dość specyficzny sposób na powitanie go po latach nieobecności.

– W sumie poza łosiem mieliśmy jeszcze lamę, faktycznie z tej ucieczki… – Przypomniał sobie parking przed SOR-em i lamę, która napluła mu prosto w twarz. Chociaż akurat o tym nie miał zamiaru mówić na głos. – Policja wspominała przez radio, że musimy poradzić sobie sami, bo z zoo uciekło więcej zwierząt. W każdym razie, kiedy próbowaliśmy zagonić lamę w jedno miejsce, dyspozytor tylko rzucił, że inni mają pełne ręce roboty, bo ktoś właśnie goni lwa.
Na moment zawiesił głos, jakby sam dopiero z perspektywy mógł docenić pełny absurd tej sytuacji.
– Ale mimo wszystko twój wąż w szkole bije na głowę moją lamę, łosia i psa. Chyba… – zażartował i spojrzał na rurę, o której wspomniała. Zainteresowanie pojawiło się na jego twarzy na chwilę, bardziej z dziecięcej ciekawości niż z rzeczywistego zamiaru korzystania z atrakcji, ale ostatecznie tylko zaśmiał się i pokręcił głową. – Może innym razem. – Zerknął na nią. – Mam wrażenie, że na jedną noc atrakcji już mi wystarczy.
Nie zdążył jednak powiedzieć nic więcej, bo z okolic schodów dobiegł podniesiony głos. Harris odwrócił głowę dokładnie w chwili, w której strażak zauważył Triggsa z butem w pysku. Przez sekundę nie bardzo rozumiał, na co właściwie patrzy, a potem jego wzrok przesunął się z psa na but, z buta na strażaka i z powrotem na psa.
Triggs właśnie znalazł sobie nową zabawkę.
– O nie. Triggs. – Tym razem w jego głosie pojawiło się znacznie więcej życia niż wcześniej. Ruszył w stronę psa, ale zatrzymał się, kiedy mężczyzna gwałtownie zamachał rękami i zwierzę natychmiast odsunęło się o krok, nadal trzymając but w pysku. – Tego nie jemy. To nie jest nasze. To znaczy, twoje, nie jesteś moim psem – spojrzał na właściciela butów i unosząc ręce w górę, powtórzył – To nie jest mój pies. Tylko go znalazłem po drodze z pracy.
Triggs w międzyczasie spoglądał na nich z miną, która zdecydowanie nie sugerowała, że zamierza współpracować, po czym zacisnął zęby na bucie jeszcze mocniej.
Harris zamknął oczy na sekundę i wypuścił powietrze nosem. Przez ostatnie pół godziny pies zdążył znaleźć się pod jego opieką, doprowadzić go do remizy strażackiej, a teraz najwyraźniej postanowił rozpocząć swoją znajomość z jej mieszkańcami od kradzieży obuwia.

W tym samym momencie strażak spróbował podejść bliżej, zdecydowanie mniej ostrożnie, niż Morgan uznałby za rozsądne. Pies natychmiast zesztywniał, porzucił żucie i wydał z siebie ostrzegawcze warknięcie. Harris automatycznie wyprostował się i zrobił krok w jego stronę, tym razem już uważniej obserwując zarówno psa, jak i strażaka.
– Hej – zaczął spokojnym tonem głosu. – Możemy się obejść bez strat materialnych, co? – Przykucnął i poklepał nogę, próbując zwrócić na siebie uwagę owczarka i może zniechęcić do wygryzienia dziur w czarnych glanach.


Bunny Carver

3:17 A.M. — I Have Acquired a Dog

: pn wrz 28, 2026 10:35 pm
autor: Bunny Carver
trigger warning
przekleństwa
Ucieczka zwierząt z zoo zaskoczyła miasto.
Władze zdecydowanie nie były przygotowane na taką ewentualność i tym samym służby nie miały odpowiednich protokołów co to tego, jak powinno się zachować. W końcu ściąganie kota z drzewa za nic nie miało się do biegającego wolno po ulicach lwa, który w każdej chwili mógł się na kogoś rzucić czy tam tygrysa, który podobno po południu wdarł się przez frontowe drzwi do jednej z restauracji i rzucił na jedzenie.
Bunny wcale nie była zdziwiona, gdy mężczyzna oznajmił, że policja nie była w stanie pomóc. Sami z pewnością mieli ręce pełne roboty, szczególnie z tymi najbardziej groźnymi gatunkami. Szpital z pewnością również się nie obijał. Carver mogła sobie tylko wyobrazić, ile poszkodowanych wylądowało na izbie przyjęć albo staruszek z zawałem.
Może nawet zapytałaby o to anestezjologa, spróbowała dowiedzieć się czegoś więcej przy okazji szukania czytnika do obręczy, jednak poruszenie na schodach przerwało ich wymianę zdań.
Finnick nigdy nie potrafił ugryźć się w język, jednak to jak agresywnie i narwanie zareagował na widok psa z butem w ustach, zdziwiło nawet samą Carver. Praktycznie od razu odwróciła się w kierunku strażaka, gromiąc go wzrokiem.
— Przestań się na niego wydzierać — warknęła, robiąc krok do przodu, przy okazji przyglądając się, jak mężczyzna również próbuje interweniować. On dla odmiany zwrócił się do psa, grzecznie próbując mu wyperswadować, że tego nie jemy. Szkoda tylko, że sam zainteresowane, jedynie przekręcił głowę na bok, jeszcze mocniej zaciskając zęby na glanie.
— A czyj?! — Finnick znowu się odezwał, praktycznie przerywając lekarzowi w pół słowa, gdy ten tłumaczył, że pies nie był jego. Zielone oczy przesunęły się po sylwetce mężczyzny, podczas gdy na twarzy malowała się irytacja. — Bo mój na pewno nie! I kurwa niech on zostawi mojego buta! — a potem wyrwał się do przodu, gotowy najprawdopodobniej doskoczyć do Triggsa i przejąć sprawy w swoje ręce.
— Briney! — tyle zdążyła krzyknąć, nim strażak sam sięgnął po buta, próbując siłą wyrwać go zwierzakowi.
Nie powinien tego robić.
Nie wiedzieli, co to za pies, nie wiedzieli, jak reaguje w sytuacjach stresowych, ani jak powinno się do niego podejść.
Finnick ponownie krzyknął głośne zostaw kurwa, pies zawarczał, a potem wszystko potoczyło się już lawinowo: but poleciał na ziemie, strażak spróbował cofnąć się do tylu, ale Triggs był szybszy i w gaście samoobrony… wgryzł się w przedramię mężczyzny. Briney niby miał na sobie gruby polar, jednak jego reakcja wcale nie wskazywała na to, jakby to było nic.
Serce Bunny momentalnie skoczyło. Wyrwało się do przodu wraz ze skokiem ciśnienia. Naturalny odruch ludzki kazał stać i patrzeć z bezpiecznej odległości, a najlepiej uciekać, jednak lata praktyki nauczyły ją, by reagować. Szczególnie, że strażak krzyknął jeszcze głośniej.
Od razu wyrwała się do przodu, gotowa złapać psiaka za tylne nogi i odciągnąć, mając cichą nadzieje, że pan lekarz również pomoże jej w tej nagłej, niespodziewanej akcji ratunkowej, której pięć minut temu chyba żadne z nich się nie spodziewało.

Harris L. Morgan