Strona 1 z 1

the church bells won't stop ringing for an undead wedding day

: wt wrz 01, 2026 7:01 pm
autor: sloane levinson
001
but the church bells won't stop ringing
for an undead wedding day

{outfit}


Dwie nastolatki siedzące w rogu kawiarni żywo dyskutują, spoglądając co chwilę w jej stronę. Może zastanawiają się, skąd mogą ją kojarzyć, może debatują, czy powinny podejść do niej z prośbą o zdjęcie, a może dyskutują o ostatnich zdarzeniach z jej udziałem, przez które jest skazana na (jak zakłada) czasową banicję. O czymkolwiek nie mówią, najważniejsze, że dotyczy to jej, a póki trzymają się na bezpieczną odległość, może czerpać z tego powodu wyłącznie nieco przyjemności, której nie ma w jej życiu ostatnio zbyt wiele. Może właśnie dlatego w nawyk wchodzi jej sprawdzanie mediów społecznościowych Hattie. Uzbrojona w fałszywe konto na Instagramie, zagląda do jej relacji, z zafascynowaniem zapoznając się powoli z jej najnowszą, być może nawet jedyną rolą prowincjonalnej kury domowej, u której przyszła panna młoda staje się dominującą cechą osobowości.
Mogłaby kąśliwie stwierdzić, że nikogo nie interesuje to, że jest właśnie na degustacji tortów weselnych, ale byłaby wtedy jak jeden z tych przegrywów w mediach społecznościowych, który zostawia komentarz pod czyimś wpisem No i chuj, nikogo to nie interesuje, chociaż mimo wszystko poświęca trochę swojego cennego czasu na to, by jednak wyrzygać te parędziesiąt znaków. Ona za to jest zainteresowana wystarczająco, by nawet przyjrzeć się zdjęciu na tyle dokładnie, by stwierdzić, że poznaje budynek, który widać w dużym oknie w tle. Trzyma kciuk na ekranie i przygląda się jego elewacji, zastanawiając się, gdzie mogła go zobaczyć, aż w końcu dociera do niej, że mijała go chwilę przed wejściem do kawiarni.
Może Toronto nie jest małym miasteczkiem, ale spodziewa się, że prędzej czy później wpadnie na Hattie ze względu na jej narzeczonego związanego z branżą filmową, do której Sloane zamierza w końcu powrócić. A jednak mimo wielkości miasta, w którym obecnie obie mieszkają, znajdują się całkiem przypadkowo w pobliżu siebie.
Zerka na czas dodania relacji – pięć minut temu. Nie ma żadnych konkretnych planów, nigdzie się nie spieszy – jej głowie pojawia się więc myśl, by zaskoczyć przyszłą pannę młodą swoją niemile widzianą obecnością. Wypija do końca kawę i wychodzi z kawiarni, odprowadzona wzrokiem przez nastolatki.
Gdy otwiera drzwi cukierni, pani za ladą od razu informuje ją, że niestety nie mają wolnych stolików ze względu na degustację, na co ona jedynie uśmiecha się promiennie, odpowiada, że to nic nie szkodzi, bo dołącza do p r z y j a c i ó ł k i i wyciąga dłoń po widelczyk.
– Hattie! Tak myślałam, że to ty. Co za niesamowite zrządzenie losu, prawda? – rzuca na powitanie, gdy przysiada się do siedzącej pod oknem Hattie i zanurza widelczyk w jednym kawałków ciasta. – Masz szczęście, że na siebie wpadłyśmy, bo samotne kobiety na degustacjach tortów weselnych to zawsze taki żałosny widok – komentuje, przekrzywiając twarz i przyglądając jej się z uśmiechem, jakby naprawdę spotkanie jej było prawdziwym darem od losu.

hattie ackworth

the church bells won't stop ringing for an undead wedding day

: wt wrz 01, 2026 7:33 pm
autor: hattie ackworth
2

well, good for you, you look happy and healthy
not me, if you ever cared to ask


{outfit}


Orzechowy jest babciny, cytrynowy zbyt mało wyrazisty, a pistacjowy, hit sezonu, co do którego ma największe nadzieje – strasznie mdły.
Hattie opiera widelczyk o brzeg artystycznie żłobionego talerzyka i wzdycha bezgłośnie. Kawałek truskawkowo-czekoladowego tortu leży tam całkowicie nienaruszony. Czerwono-brązowa masa w środku wygląda bardzo zachęcająco, ale Ackworth właściwie w ogóle nie ma na niego ochoty. James wspomina jej, że na jego pierwszym weselu podano tort o właśnie takim smaku; naturalnie więc Hattie nie może go wybrać, nawet jeśli okazałby się najpyszniejszy ze wszystkich podanych jej dzisiaj propozycji. Nie zaryzykowałaby, tym bardziej, że na ich ślubie ma pojawić się wielu gości, którzy znają Jamesa od lat. Za sprawą podobnego smaku któryś z nich na pewno przypomni sobie w trakcie imprezy wesele, które miało miejsce dwadzieścia lat wcześniej, a później pozwoli sobie na tę uwagę na głos, tym samym może wywołując nostalgię w Jamesie i niszcząc jej humor, i po prostu nie.
Upija łyka wody i zerka w bok. Przy pobliskim stoliku jakaś para zajada się tortem, chichocząc. Hattie nagle czuje do nich niechęć. Nie mogą być trochę ciszej? I trochę mniej szczęśliwie? I mniej razem?
James nie uczestniczy w praktycznie niczym, co wiąże się z przygotowaniami do ślubu. Hattie całkowicie to rozumie – jest w końcu ważny i zajęty – co jednak w żaden sposób nie wpływa na jej pragnienie, aby pewnego dnia zauważył, że organizowanie przyjęcia weselnego w pojedynkę nieco mija się z ideą zawarcia związku małżeńskiego albo, jeśli prosi w tym przypadku o gwiazdkę z nieba, aby podczas kolacji chociaż zapytał ją o jedną z jakichś trywialnych rzeczy, na przykład o to jakie kwiaty chce wybrać do udekorowania sali. Tylko tyle. O wspólnym wyborze smaku tortu nie śmiałaby nawet marzyć.
Przenosi wzrok z powrotem na leżące przed nią talerzyki z ciastami i podnosi odłożony na bok widelec. Zanim jednak ma szansę zanurzyć go w którymś z kawałków tortów, jakaś ubrana w ciemne kolory sylwetka zasiada na krześle po drugiej stronie stolika, a Hattie słyszy głos, który przez parę ostatnich lat dręczył ją tylko z tak zachwalanych przez Jamesa filmów.
Sztywnieje. Najpierw myśli, że to tylko przywidzenie, ale wystarcza, żeby podniosła wzrok i widzi przed sobą uśmiechniętą Lindsey Hutton.
Albo Sloane Levinson, jak zawsze głoszą napisy końcowe w filmach, w których występuje.
Płytki oddech nie wystarcza, żeby zrekompensować organizmowi Hattie objawy szoku. Sądząc po zadowolonej minie Sloane, musi być wypisany na jej twarzy dość wyraźnie. Jej opóźniona reakcja w postaci niezręcznego odwrócenia wzroku (jakby niepatrzenie na Levinson mogło sprawić, że naprawdę zniknie) w niczym jej nie pomaga.
Lindsey – mówi w końcu, odsuwając na bok talerz z truskawkowo-czekoladowym tortem. Byleby zająć czymś ręce. – Co za…Impertynencja, ciśnie jej się na myśl. Nie może tego powiedzieć, bo siedząca obok parka, która przed chwilą wesoło chichotała, teraz spogląda w ich kierunku z zainteresowaniem.
No tak. Sloane jest sławna.
...niespodzianka.
W rzeczy samej jest to jedyne neutralne określenie, które jest w stanie przejść jej przez gardło.
Ma ochotę wstać i wyjść, ale w ten sposób dałaby jej do zrozumienia, że jej obecność (swoją drogą, dość dziwna; dlaczego w ogóle tu jest?) wywołuje w niej coś więcej niż tylko obojętność. Zostaje więc na swoim miejscu.
Co to za smak? – pyta, również sięgając widelcem do tortu, który napoczęła Sloane. Z pewnym opóźnieniem przypomina sobie, że ona też jest aktorką. Może nie tak bardzo odnoszącą sukcesy jak Levinson (na co wskazuje fakt, że wciąż nie potrafi na nią spojrzeć), ale jest. – Mango i malina? – Unosi nabity na widelec kawałeczek do swojej twarzy. – Wygląda dobrze – stwierdza, po czym wsuwa sobie tort do ust.
Na zewnątrz wygląda tak, jakby naprawdę zastanawiała się nad jego smakiem. W środku jednak marzy, żeby jakimś cudem cukiernia stanęła teraz w ogniu.

sloane levinson

the church bells won't stop ringing for an undead wedding day

: wt wrz 01, 2026 7:45 pm
autor: sloane levinson
Przygląda jej się uważnie, doszukując się jakichś oznak zdenerwowania czy choćby dyskomfortu, który mogłaby wywołać tym absolutnie zaskakującym nadejściem.
Sloane nie wie, czy Ackworth śledzi jej karierę i media społecznościowe, ale nawet wiedząc o tym, że aktualnie jest bezrobotna i nieszczególnie mile widziana na wszelkich branżowych eventach, nie ma szans, by przygotować się na ponowne spotkanie z nią w Toronto. Po pierwszym szoku wypisanym na jej twarzy, który Sloane przyjmuje z irytującą satysfakcją, Hattie dość szybko przybiera maskę niewzruszonej jej obecnością, która nie może być dla niej ani trochę komfortowa i przyjemna, zważywszy na ich trudną przeszłość. Sloane bardziej to jednak imponuje niż irytuje. Gdyby było za łatwo, nie byłoby w tym ani trochę zabawy.
– Sloane – poprawia ją. – Nikt już tak na mnie nie mówi – uzupełnia. Czy jednak tego chce czy nie, przyjazd do Toronto, musi oznaczać powrót do Lindsey. Wydaje się, że zakopała ją już dawno głęboko pod ziemią i nie wie jeszcze, jak niesamowicie dziwnie będzie powrócić do dawno zostawionej za sobą tożsamości.
Nie interesują ją ani trochę smaki tortów, więc jedynie kiwa głową, czekając aż Hattie sama spróbuje i oceni napoczęty przez Sloane kawałek tortu. Nie sądzi jednak, że obchodzi ją opinia Levinson na temat smaku ciasta, więc po prostu wraca do sprawdzania, jak wiele potrzeba, by zauważyć na jej twarzy cokolwiek więcej niż tę sztuczną obojętność.
– Wyglądasz bardzo uroczo w tej sukience, jak Dorotka z Krainy Oz. Czy to czyni ze mnie Złą Czarownicę z Zachodu? Zastukasz czerwonymi pantofelkami i wylejesz na mnie wiadro wody? – pyta, przyglądając jej się uważnie, zanim znów nie zanurza swojego widelczyka w kolejnym kawałku ciasta. Normalnie znajomość fabuły Czarnoksiężnika z Krainy Oz można by uznać za lekko żenujące, ale jest absolwentką szkoły aktorskiej, więc chcąc nie chcąc, musiała wziąć udział w spektaklu. Nieszczególnie zainteresowana głównymi rolami, zagrała Glindę, idealnie dopasowana ze swoimi blond włosami i uroczym uśmiechem. – Może nawet zzielenieję z zazdrości, jak mi opowiesz o swojej narzeczonej… – urywa, choć przecież doskonale wie, za kogo miała wyjść Hattie. Nie zamierza się jednak zdradzić jakkolwiek z tym, że wie o niej trochę za dużo. – …lub narzeczonym – kończy, wzruszając ramionami i próbuje kolejnego ciasta. Jest waniliowe, delikatne i strasznie mdłe.
– Powinnaś spróbować tego. Bardzo do ciebie pasuje – stwierdza, kładąc widelczyk na talerzyku. Te parę lat temu, gdy ze sobą rywalizowały, a później także okazjonalnie spędzały czas w swoich łóżkach, wcale nie uważała jej za nudną i bez wyrazu. Może wyciągała z jej osobowości to, co najciekawsze, bo Hattie-utrzymanka wydaje się znacznie mniej ciekawa z tym swoim wyidealizowanym życiem, które w ładnych kadrach przedstawia w mediach społecznościowych. Czy nie umiera z nudy w tej nowej roli?

hattie ackworth

the church bells won't stop ringing for an undead wedding day

: wt wrz 01, 2026 7:45 pm
autor: hattie ackworth
Właściwie nie chce mówić do niej ani Sloane ani Lindsey.
Chce nazwać ją bezczelną suką, największą porażką ostatnich paru lat kina i paskudną egoistką, z czego to pierwsze wybrzmiewa w niej najgłośniej i najbardziej domaga się wyjścia na zewnątrz. Lindsey Hutton, teraz każąca nazywać się Sloane, jest tą częścią jej przeszłości, której Hattie nie domknęła. Nawet nie dlatego, że nie mogła – przecież po rezygnacji ze studiów nie wyjechała z Toronto i w każdym momencie mogła podejść pod wydział ich uniwersytetu, żeby stanąć z nią twarzą w twarz. Nie pozwalał jej na to tylko wstyd, który czuje nawet teraz, po latach, i który ma swoje źródło w świadomości bycia osobą głupią i łatwą do zmanipulowania. Żadne padające z jej ust słowa nie mają mocy. Żaden komentarz na temat tego, co zrobiła jej Lindsey nie wywołałby na niej żadnego wrażenia.
Jedyną bronią, która jej pozostaje jest ignorancja. Wobec tego, co jej się przydarzyło, tego co osiągnęła Sloane i samej jej obecności. Jest to jednak o tyle trudne, że Levinson udaje się ją zaskoczyć, a schowanie tego pod maską nieprzejętej dziewczyny, która ma na głowie poważniejsze rzeczy niż wchodzenie w gierki znudzonej gwiazdy, dużo ją kosztuje.
Uśmiecha się uprzejmie (odkąd poznała Jamesa, który głośno twierdzi, że prawdziwa kobieta zawsze powinna zachowywać klasę, wszystko robi w ten sposób, nawet gdy w środku skręca ją od niesprawiedliwości i wściekłości), po czym wreszcie podnosi na nią wzrok.
Sloane – powtarza takim tonem, jakby pokornie się z nią zgadzała. – Ładnie to sobie wymyśliłaś. Co nie zmienia tego, jak naprawdę się nazywasz – zauważa, a następnie odsuwa talerzyk z tortem o smaku mango i maliny na lewo, w sporej odległości od reszty. Ten może jeszcze wziąć pod uwagę. Jest lepszy niż poprzednie, których spróbowała.
Kolejna prowokacja Lindsey spływa po niej jak po kaczce. Na przestrzeni lat zdążyła już zapomnieć z jaką łatwością przychodzi jej bezwysiłkowe atakowanie innych ludzi. Komentarze, które na pozór brzmią neutralnie, tak naprawdę głęboko pod warstwą słów zawsze skrywają coś ostrego. Tym razem pewnie też tak jest, ale Hattie uznaje, że rozważy to później. W przeciwnym razie na pewno da się jej podejść i cała jej z trudem utrzymywana fasada spokoju runie w dół, ukazując to, co Henrietta Ackworth chowa wewnątrz.
Żal. Złość. Poczucie niesprawiedliwości. Poczucie zostania zdradzoną, które ze wszystkich jej uczuć ma najmniej sensu i jest najbardziej żałosne. Ich wyścig nie miał żadnych zasad, a one same nigdy nie obiecywały sobie niczego, nawet przyzwoitości.
Widzę, że jesteś teraz bardziej świadoma siebie – tylko takimi słowami komentuje jej porównanie samej siebie do Złej Czarownicy z Zachodu. W tym swoim całkowicie czarnym stroju faktycznie jest do niej trochę podobna. Poza tym mają też równie paskudne charaktery. Ciekawe czy Lindsey również boi się wody? Nigdy nie odkryła żadnej z jej fobii. – To dobrze. Każdy robi postępy we własnym tempie.
Sięga po szklankę z wodą, żeby pozbyć się z ust smaku poprzedniego tortu przed przejściem do kolejnego kawałka, lecz w połowie drogi, dokładniej w momencie, w którym pada określenie „narzeczona”, jej ręka nagle się zatrzymuje. Tak samo jak jej serce, które bije mocniej, a później staje w miejscu, czekając na to aż Lindsey cofnie swoje słowa.
Nie ma żadnej narzeczonej. Nie mogłoby być, skoro Hattie oficjalnie nigdy nie fascynowała się kobietami. Nieoficjalnie…
Nieoficjalnie nie ma już znaczenia.
Myślę, że nie muszę ci opowiadać o Jamesie Norwoodzie – mówi, nawet nie myśląc o tym jak pretensjonalnie brzmi. – Na pewno o nim słyszałaś. – Może nawet minęli się na jakimś z wydarzeń dla ludzi ze świata kina, na które Hattie nigdy nie zapraszano? – Chyba że twoją uwagę zajęło rozwiewanie dramatów, w które tak chętnie się wplątujesz. Wtedy trudno zobaczyć coś więcej niż czubek własnego nosa.
Nie wyciąga ręki, żeby odkroić sobie kawałeczek zaproponowanego przez Sloane ciasta. Nie zamierza niczego robić po jej myśli, zwłaszcza że pojawiła się tutaj nieproszona i cokolwiek właśnie robi (Ackworth jeszcze tego nie rozgryzła), jej zachowanie na pewno nie ma na celu niczego dobrego. Patrzy więc na nią, nagle dużo odważniejsza niż jeszcze minutę temu, i czeka aż Sloane wycofa się pierwsza.
Musi to zrobić. Hattie ani myśli wyjść stąd przed nią.

sloane levinson

the church bells won't stop ringing for an undead wedding day

: wt wrz 01, 2026 7:46 pm
autor: sloane levinson
Nie powinna się dziwić; w końcu ma do czynienia z aktorką. Być może taką z nieszczególnie prominentną karierą, bez większych sukcesów na koncie, ale jednak aktorką. Gdy chodziły razem do szkoły, uważała ją za równą sobie – w innym wypadku nie rywalizowałaby z nią tak zaciekle. Nie brakowało jej talentu, tylko samozaparcia (lub porzucenia zasad moralnych). Widać to dobrze w tym momencie, gdy tak dobrze ukrywa cokolwiek wywoływała w niej obecność Sloane. Próbuje doszukać się w jej twarzy czegokolwiek, jakiejś drobnej zmiany w mimice, choćby delikatnego grymasu, który może świadczyć o tym, że wytrąca ją z równowagi. Nie może jednak odczytać z niej czegokolwiek. To całkiem imponujące. Jednym jest udawanie, że jest się kimś innym na scenie czy przed kamerami, a czym innym zakładanie maski w sytuacji tak zaskakującej i wywołującej masę negatywnych emocji. Nie mogła wyuczyć się roli ani nawet się do niej przygotować, wciągnęła ją w środek sceny z zaskoczenia. A jednak tak dobrze idzie ukrywanie jej wszystkiego tego, co w niej wywołuje.
– A kogo to obchodzi? Na Reese Whitterspoon nikt już nie mówi Laura Jeanne, a na Brada Pitta – William – odpowiada, odkładając widelczyk na talerzyk. Już tak dawno nie słyszała, by ktoś mówił na nią Lindsey, że aż sama zapomniała, jakie imię i nazwisko widniało w jej akcie urodzenia. Przybieranie innego imienia i nazwiska jest tak powszechnym zjawiskiem w tym świecie, że z chęcią sama skorzystała, by zyskać nową tożsamość i pochować Lindsey Marshall głęboko pod ziemią. Tamto życie było i tak jedynie wstępem do tego, które było jej przeznaczone. Przynajmniej przez pewien czas.
Wciąż jednak uważa, że to nie był jeszcze koniec, ledwie potknięcie. Być może nie ma aktualnie żadnego kontraktu ani nawet menedżerki, ale zawsze może przeczekać ten okres i zrobić to, co każdy, kto narobi bałaganu i szuka łatwej drogi odkupienia, odnaleźć Boga, opowiedzieć o swojej drodze ku objawieniu i odkryciu prawdy w Jezusie. Może zyska też przychylne głosy feministek, jeśli głośno powie o tym, że mężczyźnie gorsze przewinienia nie kończą kariery, gdy o kobiecie wystarczy powiedzieć, że jest trudna. Szczegóły zamierza jeszcze dopracować, ale jedno jest pewne – nie zamierza tak łatwo zrezygnować z tego, o co tak usilnie walczy od tylu lat. Planuje zapierać się rękami i nogami, byleby tylko nie zniknąć z branży na dobre.
– Tego, że jestem czarnym charakterem w twoim życiu? Oczywiście, że jestem świadoma, ale to dobrze, nie od dziś wiadomo, że czarne charaktery są dużo ciekawsze od bohaterów – odpiera, jak gdyby nic nurkując widelczykiem w kolejnym kawałku tortu. Wprawdzie nie myśli o sobie w takich kategoriach, ale skoro już używają tego przykładu, faktycznie jest złą czarownicą w życiu tej Dorotki, siedzącej na przeciwko niej. Był co prawda taki moment, gdy pożałowała swojego czynu – wtedy, gdy brak Hattie okazał się bardziej odczuwalny, niż mogłaby się tego spodziewać. Może tym razem przesadziła. Nie pierwszy raz robiła coś nieszczególnie etycznego, by wyjść na tym lepiej, może nieco zbyt zaciekle walczyła o lepsze życie dla siebie, ale po raz pierwszy pojawiły się wątpliwości.
– Słyszałam – przyznaje. – Nie słyszałam za to o jego narzeczonej, ale skąd bym miała? – dodaje, wzruszając ramionami. Nie zamierza odpuścić sobie wytykania jej zdecydowanie mniej udanej kariery niż jej własna, skoro sama daje jej się na srebrnej tacy. Nie może tego nie wykorzystać.
– Teraz robisz karierę przez łóżko? Ile jeszcze orgazmów będziesz musiała udawać, by napompować jego ego, zanim załatwi ci jakąś dobrą rolę? – pyta tak, jakby faktycznie oczekiwała odpowiedzi z dokładną lub choćby przybliżoną liczbą, która w końcu da jej to, o czym kiedyś marzyła. A może już dawno przestała, odnajdując się w roli pięknej, młodej już-prawie-żony na tyle, by całkiem porzucić marzenia sprzed lat.

hattie ackworth

the church bells won't stop ringing for an undead wedding day

: wt wrz 01, 2026 7:46 pm
autor: hattie ackworth
Chociaż nigdy nie udało jej się skończyć studiów aktorskich, szło jej na nich dobrze.
Na tyle, że pod koniec pierwszego semestru profesor Brown kazał jej stanąć na środku sceny i obwieścił przed całą grupą swoją absolutną pewność co do tego, że za kilka lat zobaczą Hattie na ekranach kin, a profesor McMillan, najbardziej niewzruszona ze wszystkich ich nauczycieli, dopisała ją do listy studentów z trzeciego roku, którzy mieli wziąć udział w warsztatach organizowanych przez Cate Shortland. Na tyle, że naprawdę wiązała z tym przyszłość; bo w całym swoim istnieniu nigdy nie odkryła niczego, co pociągałoby ją tak samo jak aktorstwo – to okresowe stawanie się całkiem nowym człowiekiem, przeżywanie cudzego życia, czucie nieswoich emocji i wchodzenie w nie tak głęboko, że czasami wydawało jej się, iż znajduje się na skraju szaleństwa. Na tyle, że kiedy została zmuszona je porzucić, zamiast wpaść w rozpacz (tak jak powinna; nie było w tym żadnej sprawiedliwości) automatycznie zaczęła szukać dla siebie nowej roli.
W tej, którą gra teraz odnajduje się tak dobrze, że czasami naprawdę zapomina o tym kim była wcześniej. Przypominają jej o tym tylko migające od czasu do czasu na mediach społecznościowych zdjęcia starych znajomych; ludzi, których ponoć zna, ale jakby z poprzedniego życia, bo gdyby dziś miała przypomnieć sobie ich głosy albo śmiechy, miałaby w głowie tylko pustkę.
Teraz na pewno nie jest w swoim aktorstwie taka dobra jak Sloane. Straciła szansę na to, żeby rozwinąć skrzydła (właściwie nie, nie straciła; ktoś jej ją odebrał), a mimo to jest w stanie patrzeć jej w oczy bez wściekłości, bez wstydu i bez pogardy. Jakby w jej życiu nigdy nie było żadnej Lindsey Hutton.
Uśmiecha się tak obrzydliwie grzecznie jak tylko potrafi i kiwa głową, fałszywie przyznając jej rację.
Porównujesz się do Brada Pitta? – pyta, nie pozwalając sobie na śmiech, chociaż ten drapie ją w gardło i prosi o to, żeby Hattie pozwoliła mu się przez nie przecisnąć. – Nieważne. Mogę nazywać cię jak sobie zażyczysz, jeśli w ten sposób będziesz czuła się ze sobą lepiej.
Pozornie uprzejme słowa (bardzo pilnowane przez Jamesa, który, jak sam twierdził lubi, gdy kobiety pokazują klasę) skrywają w sobie pewną jednoznaczną wiadomość: Sloane może zmienić tożsamość, żeby odciąć się od tego kim była kiedyś (niezależnie od szczegółów opisujących osobę Lindsey Hutton; Hattie ich nie zna, ponieważ nigdy nie zyskała do nich żadnego prawa), ale w głowach wielu ludzi na zawsze pozostanie dziewczyną, którą była przed przyjęciem nowego imienia. Henrietta Ackworth na pewno jest tylko jedną z wielu postrzegających ją w ten sposób osób.
Składa ręce na stole, śledząc ruchy siedzącej naprzeciwko blondynki. Irytuje ją to, że wciąż próbuje kolejnych tortów, podczas gdy sama Hattie ani myśli sięgnąć po jakikolwiek kolejny. James na pewno uznałby Sloane za impertynencką. Henrietta, ponieważ zawsze podziela jego przekonania, też.
Nie jesteś żadnym charakterem w moim życiu – zaznacza, żeby nie pozostawić jej co do tego żadnych złudzeń. Kolejne słowa Sloane pozostawia bez żadnego komentarza. Nie zamierza wchodzić z nią w żadne dyskusje. Właściwie nie rozumie dlaczego w ogóle tutaj jest. Prawdopodobnie prowokuje ją do tego nuda; skutek banicji z aktorskiego światka.
Miejsce, do którego Hattie trafia na degustację tortów ma wszelkie udogodnienia – podjazd dla wózków inwalidzkich, kartę pisaną Braillem, bezpłatne Wi-Fi i wbudowane w stoliki porty USB do ładowania telefonów. Naturalnie posiada też klimatyzację, ale kiedy do uszu Hattie docierają ostatnie zarzuty Sloane, odnosi wrażenie, że zimne powietrze napływające do wnętrza cukierni z białych urządzeń pracujących w jej rogu nagle zaczyna palić.
Lindsey Hutton od zawsze miała cholernie wielki tupet. Jakim cudem Hattie o tym zapomniała?
Zabawne – mamrocze, wzrok spuszczając na widelec Sloane, którym manewruje tak, jakby to ona zastanawiała się nad smakiem tortu na swój ślub. – Że akurat ty to mówisz. Nie tak zaczęła się twoja kariera? – Rezygnuje z próby przekonania jej, że jej relacja z Jamesem nie ma załatwić jej żadnych korzyści. Coś jej mówi, że Sloane w ogóle to nie obchodzi. – Albo właściwie… nie na tym polega? Albo może polegała. Słyszałam, że twoje dni są policzone.
Szumi jej w głowie ze złości, ale mimo to, wbrew sobie, znowu się uśmiecha. Delikatnie. Niemal współczująco. Każdy słyszał o spektakularnym upadku Sloane Levinson. Nawet ona.

sloane levinson

the church bells won't stop ringing for an undead wedding day

: wt wrz 01, 2026 7:46 pm
autor: sloane levinson
Kiedyś nieustannie były do siebie porównywane. Dwie ładne i utalentowane kobiety, najlepsze na roku, co do których nikt nie miał wątpliwości, że miały naprawdę duże szanse na to, by choćby cokolwiek znaczyć w tej branży. Nikt nie mógł im niczego obiecać, a zapewnienia o świetlanej karierze mogły być jedynie wróżeniem z fusów, gdy konkurencja była ogromna, ale pokładano w nich obu wielkie nadzieje. Reszta się nie liczyła, nie wydawała się wystarczająca istotna, by zaprzątać jej głowę, ale Hattie… Wiedziała, że miała coś, czego Sloane, choć wtedy jeszcze Lindsey, brakowało. Miała w sobie tę wrażliwość, która pozwalała jej na wniknięcie w postać głębiej, dotarcie do jej rdzenia, wyciśnięcie z niej wszystkich soków i flaków, i przedstawienie tego w sposób autentyczny i niezwykle emocjonalny. Coś, czego nie da się wyuczyć ani tym bardziej udawać. Sloane może mieć w sobie wystarczająco samozaparcia, by poświęcać godziny na doskonalenie swojego warsztatu, ale po prostu nie ma tego w sobie.
Kiedyś podsłuchała, jak profesor Galbraith, zaraz po przesłuchaniu do wystawianej na koniec półrocza sztuki, mówił, że jeśli obie zostaną zawodowymi aktorkami, to Sloane będzie mieć więcej pieniędzy, występując w bardziej komercyjnych projektach, za to Hattie – więcej nagród. Nie pomylił się co do niej. Występowała przecież w filmach, które trudno było nazwać sztuką – miały stanowić jedynie prostą rozrywkę na wieczór, nic więcej. Nie miały zbyt skomplikowanej fabuły, postaci i dialogów, na próżno można było się w nich doszukiwać drugiego dna i ukrytego znaczenia. Nie wyświetlano ich na poważnych festiwalach filmowych, nie przyciągały bardziej wymagającej widowni i zdecydowanie nie pozostawały w widzu na dłużej, niż na parędziesiąt minut po napisach końcowych.
Co do Hattie to cóż, nie mieli okazji się przekonać.
– Nie, słońce – odpowiada jej, wywracając oczami. – Mówię tylko, że to po prostu bardzo częste zjawisko w tej branży. Przekonałabyś się, gdybyś też do niej należała – dodaje, uśmiechając się z serdecznością, choć trudno ją o nią podejrzewać. Nic, co mówi nie jest miłe, nawet jeśli wszystko to wypowiada z najrozkoszniejszym uśmiechem. Tak, że inne osoby znajdujące się w cukierni, nie słysząc tego, co do siebie nawzajem mówią, mogą odnosić wrażenie, że naprawdę są dobrymi koleżankami.
– To się może zmienić – zauważa, wzruszając ramionami. – Mieszkasz dalej w Toronto? – pyta, jak gdyby nie była tego świadoma. Sloane musi udawać, że nie ma żadnych informacji o jej obecnym życiu.
Nie daje jej satysfakcji, pokazując po sobie, że jej komentarz ma na nią jakikolwiek wpływ. Nie mruga jej nawet powieka, a irytujący uśmieszek nadal pozostaje na swoim miejscu.
– Nie, Hattie, ani się w ten sposób nie zaczęła, ani jeszcze nie skończyła. Chociaż pewnie bardzo byś tego chciała, co? – odpowiada jej protekcjonalnym tonem. Wikłała się w związki-wydmuszki dla dodatkowego rozgłosu, ale poza objęciami na ściankach, ustawionymi scenami z codziennego życia dla paparazzi i dodawanymi na media społecznościowe zdjęciami, nie było niczego więcej. Chyba że to ten epizod, gdy ze sobą sypiały, uznaje za robienie kariery przez łóżko, ale w takiej sytuacji więcej osiągnęłaby angażując się w romans z którąś z ich wykładowczyń. Czegokolwiek nie miałaby na myśli, nie ma racji.
Sięga widelczykiem do kawałka tortu, w którym delikatnie fioletowy biszkopt przekładany jest pastelowo żółtym kremem – delikatna lawenda z rześkim cytrynowym twistem. Mruczy z zadowoleniem, udając zachwyt jego smakiem. Znów zanurza widelczyk w fioletowo-żółtym cieście i wyciąga rękę przez stół i podsuwa widelczyk aż pod usta Hattie. – Koniecznie musisz tego spróbować! – proponujw jej z entuzjazmem, jak gdyby naprawdę jej rolą podczas tego spotkania było doradzenie jej, jaki tort powinna wybrać na swoje wesele.

hattie ackworth

the church bells won't stop ringing for an undead wedding day

: wt wrz 01, 2026 7:47 pm
autor: hattie ackworth
Nienawidzi jej.
Gorzka, paląca w oczy świadomość wraca do Hattie zupełnie nagle. Gdyby jeszcze wczoraj przypomniała sobie o istnieniu Sloane, nie poczułaby w stosunku do niej niczego, co swoją intensywnością mogłoby równać się ze złością rosnącą jej w piersi w tym jednym, konkretnym momencie. Levinson siedzi przed nią i uśmiecha się tak, jakby naprawdę były przyjaciółkami, a Hattie ma ochotę rzucić się na stolik i rozszarpać jej gardło. Jest to wizja doprawdy przerażająca. Pięć minionych lat wystarczyło, żeby Ackworth logiką przykryła wszystkie uczucia, jakimi darzyła Sloane. Wszystkie, poczynając od fascynacji, która narodziła się w niej gdzieś w połowie pierwszego roku studiów, a kończąc na nienawiści, z którą dzięki jej serdeczności przedwcześnie ukończyła swoją aktorską karierę. Mówi sobie, że to co zrobiła nie miało znaczenia, skoro ostatecznie wyszło jej na dobre; żadne marzenia, zniszczone przez przesadną szczerość wobec nieodpowiedniej osoby, nie mogą równać się ze spełnieniem, które czuje, kiedy znajduje się w domu, dbając o swoją przestrzeń, czytając w ogrodzie i relaksując się przy ugniataniu ciasta na domowy chleb zamiast rwać sobie włosy z głowy przez niestworzone pretensje sfrustrowanego reżysera. Nieważne, że nie znosi klejącego się jej do rąk ciasta, że szorowanie mocno zabrudzonych naczyń doprowadza ją na skraj szaleństwa, i że w jej gardle formuje się nieprzyjemna gula, gdy James nie docenia jej nowo wypróbowanego przepisu tak, jak tego oczekuje. Jest szczęśliwa. I jak mantrę powtarza sobie w głowie, że gdyby ukończyła aktorstwo i zaczęła pojawiać się na deskach teatrów albo kinowych ekranach, pewnie nie zwróciłaby uwagi na swojego aktualnego narzeczonego, uznając go za zbyt starego, a więc nigdy tak naprawdę nie zaznałaby spełnienia – bo przecież tylko przy nim, mając wszystkiego pod dostatkiem, czuje się usatysfakcjonowana. Tylko on się liczy.
Powoli wypuszcza powietrze przez nos. Nie może powiedzieć Sloane niczego, co w tamtym momencie przemyka jej przez głowę. Wszystkie słowa, które cisną się Hattie na język, tylko dałyby jej do zrozumienia, że mimo upływu lat, wciąż jest rozgoryczona. A przecież nie jest.
Jest s z c z ę ś l i w a.
Przełyka więc formujące się jej w gardle przekleństwo i przekrzywia głowę, jakby właśnie bardzo poważnie ją analizowała.
Tak częste jak pakowanie się w nieprawdziwe relacje, żeby nie zniknąć z nagłówków serwisów plotkarskich? – pyta z taką powolnością, jak gdyby naprawdę była głupią, prostą dziewczyną całkowicie nieobeznaną w zjawiskach występujących wśród aktorów. Sloane może odebrać jej pytanie jako przejaw niewiedzy albo prowokację; transparentna mina Hattie nie wyklucza ani jednego, ani drugiego.
Zaciska szczęki, na moment zerkając w bok, żeby zebrać w sobie całą swoją cierpliwość. Chce już stąd wyjść.
Nic się nie zmieni – upiera się, wracając do niej spojrzeniem. – Przykro mi, Lin… Sloane – ostentacyjne potknięcie przy jej imieniu jest absolutnie celowe i powinna zauważyć to nawet tak słaba aktorka jak Levinson.
Ignoruje jej pytanie o to gdzie aktualnie mieszka. Nie zamierza podawać jej na swój temat żadnych bardziej osobistych informacji. Zdążyła już gorzko przekonać się w jaki sposób je wykorzystuje.
Wzdycha,, tym razem głośniej niż wcześniej. Nie spuszczając wzroku z Levinson, składa dłonie na stole i otwiera usta, żeby wyrzucić z siebie najbardziej spleśniałe kłamstwo.
Nie. Nie życzę ci źle. Właściwie całkiem mi ciebie żal. Musisz być bardzo znudzona, jeśli postanowiłaś mnie tutaj odnaleźć. Mam nadzieję, że za niedługo wszystko sobie poukładasz i…
Nie ma szansy dokończyć najbardziej fałszywego występu w swoim życiu. Pieprzona Sloane Levinson podsuwa jej pod usta kawałek tortu na swoim cholernym widelcu, zachęcając ją do tego, żeby Hattie spróbowała wybranego przez nią smaku. Ciało Ackworth każe jej zrobić unik i odnaleźć plecami przewiązane białą kokardą oparcie krzesła, ale nim ma szansę poddać się impulsowi, gdzieś po jej prawej stronie miga światło lampy błyskowej.
Kurwa.
Teraz jeszcze bardziej pragnie wyszarpać jej gardło. Sądząc po zadowolonym uśmiechu, który wpływa na usta Sloane, Levinson doskonale zdaje sobie z tego sprawę.
Hattie myśli o Jamesie. O tym, że gwałtowne odsunięcie się od wyciągniętego w jej stronę kawałka tortu i zrobienie miny, która pokaże jej złość, na pewno zostanie uwiecznione na kolejnym zdjęciu, tym razem już bez flesza, a jeśli to dotrze do Jamesa, który nie lubi, gdy gdziekolwiek pisano o Hattie…
Nachyla się do przodu i szybko bierze do ust kawałek fioletowego biszkoptu. Przełyka go, a później chwyta za długopis pozostawiony jej przez kelnerkę na stoliku i na drukowanej na ozdobnym, chropowatym papierze liście zaznacza ocenę dla tortu o nazwie lawendowy raj. Swoją drogą, jest idiotyczna. Bardziej wyczuwa tutaj cytrynę niż lawendę.
Dziękuję – mówi, wciąż uparcie patrząc na swoją listę. – Chyba już wybrałam.
Najgorsze jest to, że wcale nie kłamie. Tort, który podsunęła jej Sloane okazuje się najlepszy ze wszystkich, które do tej pory spróbowała. Zapewne gdyby kontynuowała degustację, znalazłaby coś lepszego, ale ma dość. Dość Sloane, dość bycia tutaj i dość poczucia upokorzenia.

sloane levinson

the church bells won't stop ringing for an undead wedding day

: wt wrz 01, 2026 7:47 pm
autor: sloane levinson
Przez chwilę, zbyt krótką chwilę, czuła satysfakcję, gdy pozbyła się konkurencji. Wygrała, może w sposób, który mógłby wzbudzić kontrowersję, ale wygrała. Nie cieszyła się tym jednak zbyt długo. Już na pierwszych zajęciach u profesor Collins, gdy zobaczyła puste krzesło, które zazwyczaj zajmowała Hattie, poczuła, że wygrana miała dość gorzki posmak i nie cieszyła jej tak, jak powinna. Uznała jednak, że to dziwne uczucie pustki, którego doświadczyła po odejściu rywalki, wiązało się wyłącznie z tym, że brakowało jej rywalizowania z nią, całej tej adrenaliny i podekscytowania, której jej przy tym towarzyszyło. Wiedziała, że nikt by jej nie zastąpił (nie uważała innych studentów za wystarczająco dobrych, by potrafiła uznać ich za swoich rywali) w żadnej roli, jaką sprawowała w jej życiu. I choć trudno było jej określić, kim tak do końca dla niej była i co dokładnie względem niej czuła (zamierzała się zarzekać, że absolutnie nic!), to po prostu brakowało jej jej obecności. Nagle zrobiło się jakoś pusto i nudno, a dalsza nauka i wystąpienia nie były dla niej już tak emocjonujące, jak wcześniej.
Później czasem sprawdzała media społecznościowe Hattie. Chciała wiedzieć, co robiła, czy może wróciła do aktorstwa, czy powoli zaczynała ją doganiać. Miała nadzieję, że jeszcze kiedyś znów, tym razem bardziej na poważnie, będą rywalizować o jakąś ważną rolę w filmie, że będą piorunować się wzrokiem, czekając na swoją kolej, by się zaprezentować, że znów rzucą w swoją stronę niewybredne komentarze, a po castingu pójdą do którejś z nich i przypomną sobie stare dobre czasy.
Ale Hattie została kurą domową i już-prawie-żoną-trofeum. Jeśli ktoś o niej słyszał to tylko dlatego, że wygooglował imię i nazwisko jej narzeczonego i z ciekawości kliknął w osobę znajdującą się w polu partnerka.
Teraz nie może uwierzyć, że to Hattie. Ta Hattie, która tak zaciekle walczyła z nią o role i która tak samo mocno pragnęła znaczyć coś w świecie filmu. Co się z nią stało? Czy to była wina wyłącznie tego, co zrobiła Sloane, czy może nigdy nie miała w sobie tej zawziętości, która mogłaby nadal odmienić jej los, mimo nieskończenia szkoły? Wielu aktorów jej nie miało. Szkoła była na pewno dobrym startem i otwierała sporo drzwi, ale nie była konieczna. Co się stało, że przestała marzyć o wielkiej karierze i zaczęło jej wystarczać bycie ładną ozdobą znanego partnera?
I czy tamta Hattie jeszcze gdzieś w niej jest pod maską tej irytująco uprzejmej kobiety, której nie poznaje?
Nawet nie drgnie jej powieka, gdy to mówi. Wie, że dla Hattie to całkiem oczywiste, że te relacje były tworzone wyłącznie pod publikę. Głupotą byłoby próbować wmawiać jej, że jest inaczej.
– Tak, to też całkiem częste. I skuteczne – stwierdza obojętnie, wzruszając ramionami. – Nie mów, że ty jesteś z tym swoim narzeczonym dla miłości – przenosi uwagę z powrotem na Hattie. Nie może uwierzyć w to, że w tej relacji jest cokolwiek więcej, niż plan na to, by wrócić do branży na poważnie. Może mierzy ją swoją miarą, a może naprawdę liczy na to, że nie jest taką nudną żoną z przedmieść, z zawsze pięknie ułożonymi włosami i idealnie wyprasowaną sukienką, jak się aktualnie wydaje. Wierzy, że nadal jest w niej ta iskra.
Przygląda jej się uważnie, jak zjada tort z jej widelczyka, zapominając na chwilę o zdjęciu, które im robią. Kiedy Hattie zaczyna notować coś na kartce, zabiera widelec i odwraca się do aparatu, by uśmiechnąć się promiennie i uroczo. Kiedyś na ściankach na premierze filmu, a aktualnie po to, by znaleźć się na profilu Kitten and the Bear w mediach społecznościowych. Byłoby to dość upokarzające, gdyby wcześniej nie ustawiła tej uroczej sceny z karmieniem Hattie tortem do obiektywu aparatu.
– Będziemy miały uroczą pamiątkę – zauważa, odkładając widelczyk na talerzyk. Ma już dość tego słodkiego, oblepiającego smaku. – Ale wracając do tego, co mówiłaś… Nie schlebiaj sobie, Hattie. Nie szukałam cię, mam tu swoje osobiste sprawy, niezwiązane z tobą – wyjaśnia spokojnie.

hattie ackworth

the church bells won't stop ringing for an undead wedding day

: wt wrz 01, 2026 7:47 pm
autor: hattie ackworth
Sloane jest żałosna. Nie jest to dla Hattie odkrycie nowe. Zrozumiała to już dawno; dokładnie w momencie, gdy Levinson wykorzystała informację, którą Ackworth podała jej zupełnie bezmyślnie, gdzieś pod koniec listopada leżąc na ciasnym łóżku w pokoju wynajmowanym na Clive Street i zamiast myśleć o ich ostatnim przedstawieniu, martwiła się wakacyjnym powrotem do domu. Jak się okazało, słusznie. Trzy dni później otrzymała telefon z domu i ich kończący drugi rok spektakl (Trzy siostry Czechowa, pamiętała to dokładnie, bo paradoksalnie ona grała w nim Maszę, a Lindsey – Olgę i za każdym razem gdy Hattie widziała ją na scenie w roli dobrej, zrównoważonej kobiety, najbardziej rozsądnej z trzech sióstr, rzeczywistość wydawała jej się ekscytująco zakrzywiona) przestał się liczyć. Nie na tyle, aby Henrietta nie wzięła w nim udziału, ale wystarczająco, by pomyliła tekst i rozpłakała się za kulisami, gdzie pocieszała ją grająca Irinę Valerie, sympatyczna dziewczyna, której mimo wszystko brakowało umiejętności; rola Iriny była na to ostatecznym dowodem.
Był to ostatni raz, gdy widziała się z Lindsey przed rzuceniem studiów. Hattie nie zamierzała pokazać jej swoich łez. Ba, nie planowała skierować do niej ani jednego słowa, a jednak coś – może duszność panująca za welurową, zakurzoną kotarą, może paskudny uśmiech, który wpłynął jej na usta jak tylko wyszła z roli Olgi – sprawiło, że zamiast ją zignorować, rzuciła się na nią wściekle, popychając ją na długi wieszak z kostiumami, który z łoskotem spadł na ziemię. Lindsey ustała tylko dzięki temu, że w ostatniej chwili złapała się służącego im za niezastąpiony rekwizyt, drewnianego stołu. Chwiejnie, mrużąc oczy i już bez obrzydliwie uniesionych kącików ust. Hattie chciała popchnąć ją jeszcze raz. Powalić na podłogę i wytoczyć przed kurtynę, gdzie zbierający się do wyjścia widzowie zapewne zastygli w bezruchu, zastanawiając się nad źródłem tego nagłego huku. Udało jej się jednak tylko połaskotać twarz Lindsey mokrymi rzęsami i zza zaciśniętych ust wyznać jak bardzo jej nienawidzi zanim Valerie i profesor Collins złapały ją za ramiona, żeby odciągnąć ją na bezpieczną odległość.
Choć od tamtego dnia Hattie dzieli tylko kilka lat, wie, że bardzo się zmieniła. Lindsey (teraz każąca mówić na siebie Sloane, skąd w ogóle wzięła to imię? i dlaczego tak bardzo do niej pasuje; dziwne, śliskie i nieprzyjemnie układające się na ustach?) za to jest taka sama jak wtedy. Identycznie żałosna, prowokująca, okrutna i jednocześnie sztucznie uprzejma.
Hattie bierze płytki wdech. Trochę świeżego tlenu w krwi pomaga jej przypomnieć sobie, że Sloane tylko czeka aż straci cierpliwość. Nic nowego.
Obiło mi się o uszy – mówi z taką rezerwą, na jaką tylko ją stać. – Owszem, jestem z Jamesem z miłości – przytakuje, patrząc jej w oczy. Utrzymanie tego prześmiewczego, nieprzyjemnie znajomego spojrzenia okazuje się trudniejsze niż początkowo zakładała. – Ale jeśli mi nie wierzysz albo nie wiem o czym mówię, zupełnie mnie to nie dziwi. Jesteś, wydaje mi się, wymagającym przypadkiem.
Wydaje mi się. To ważne. Pokazuje, że Hattie w gruncie rzeczy nie ma na ten temat prawdziwie zatwardziałego zdania (kłamstwo) i nie wie nic ani o zdolności do zaangażowania w jakąkolwiek niesztuczną relację ze strony Sloane (połowiczna nieprawda).
Kitten and the Bear na pewno oferuje ciekawsze smaki tortów niż lawenda z cytryną. Przeglądając ich ofertę przed rezerwacją stolika, Hattie uznała za ciekawą opcję pomarańczę z nutą makadamii i porzeczkę z czekoladą. Teraz jednak dochodzi do wniosku, że nie ma zamiaru zostać tutaj ani minuty dłużej. Nie w tym towarzystwie i nie z informacją, której Sloane dostarcza jej na temat swojego pobytu w tych okolicach.
Och, więc świat jednak jest mały – podsumowuje sucho. Nienawidzi jej i tego miasta, które na każdym kroku przypomina Hattie o jej porażce. Nienawidzi Jamesa za to, że chce tutaj zostać. Nienawidzi siebie za to, że nie potrafi na moment wyjść z roli i dać Sloane do zrozumienia, co tak naprawdę o niej sądzi. – Cóż, może od tej pory będziemy widywać się częściej – stwierdza, po czym wstaje. Chwyta za torebkę, która wisi na oparciu krzesła i ponownie patrzy na Levinson. To błąd. Dopiero gdy wstaje czuje jak słabe robi się jej ciało na sam jej widok. – Dziękuję za twoje… niechciane towarzystwo – mówi, odwracając wzrok. – Mam nadzieję, że też znajdziesz smak, którego szukasz.
Jest prawie całkowicie pewna, że Sloane nie znajduje się w tym miejscu z tego samego powodu co ona. Ba, męczy ją przeczucie, iż ich spotkanie wcale nie jest wynikiem przypadku, ale zamiast skonfrontować z nią swoje przypuszczenie, bez ani jednego słowa więcej kieruje się w stronę wyjścia.
Żadna z kręcących się pomiędzy stolikami kelnerek nawet nie zauważa jej zniknięcia.

sloane levinson
KONIEC <3