Strona 1 z 1

the bitter breeze from the wounds and melodies

: wt wrz 01, 2026 7:30 pm
autor: Rhys Madden
Daleko stąd tym razem nabrało zupełnie innego znaczenia, choć nie od razu.
Na początku było jej mieszkaniem, w którym polecił jej spakować parę ubrań, kosmetyków, wszystko, czego potrzebowała na parę dni wypadu za miasto. Później jego własnym - a w nim, wrzuceniem na wierzch tkwiących w torbie ubrań służbowej broni, odznaki i dodatkowej paczki papierosów, z przyzwyczajenia.
Stacją benzynową, na której upierała się by zamówić dwie kawy choć mówił jej, że nie musieli się za kierownicą zmieniać.
Drogą stanową, na którą wjechali gdy słońce na dobre schowało się za horyzontem.
Daleko stąd nie było nigdy zwerbalizowane, choć miał przed oczami kierunek, który zamierzał obrać. Już w samochodzie część ciężaru uleciała przez jego okna, jakby zostawili ją za sobą, w podrzędnym pubie i jego zapleczu, na które lepiej było nie zerkać. Im dalej jednak oddalali się od Toronto, tym, jak zwykle, życie stawało się nieco znośniejsze.
Może powinni pomyśleć o przeprowadzce.
Moretti potrzebował czasu do namysłu. Niczego nie osiągnęliby przebywając przez następne dni w mieście - wręcz przeciwnie, mogli wyłącznie dać mu pretekst do potencjalnej próby odwrócenia sił lub zrobienia czegoś głupiego. Zasiali ziarno w jego głowie, teraz musieli pozwolić mu wykiełkować. Ludzie jego pokroju nie słuchali czyichś pomysłów, musieli obrócić je w głowie, przekształcić tak, by wydawało im się, że od samego początku należały do nich.
Cholera wie ile miało to potrwać.
Nie powiedział na głos tego, gdzie konkretnie zamierzał ją zabrać. Wspomnienia z przeszłości były wyblakłe, niejasne, choć pamiętał miejsce i to, jak wyglądało. Pamiętał je w ogóle, co w jego przypadku już należało do czynników wyróżniających te od wszystkich innych.
Wieczór zmienił się w noc. Noc przekształcała się z bladego wspomnienia słonecznego nieba przez głęboką czerń, aż po obietnicę poranka wychylającą znad horyzontu. Odmawiał zmieniania się, powołując na argument tego, że Mercer nie wiedziała, gdzie jechać. Nakłaniał ją, by spała, lecz nawet wtedy gdy milkła, odwracając głowę w stronę szyby, nie był taki pewien tego, czy faktycznie go posłuchała.
Nim spostrzegł, dzień, w którym wkroczyli do Mimmo's się skończył - a oni stali na kolejnej stacji benzynowej w dniu następnym. Jego ciało powinno odczuwać efekt ponad dziesięciu godzin przed kółkiem, ale zamiast tego wydawało się dziwnie lekkie, rozluźnione.
Ucieczka zawsze należała do jego specjalności - zawsze sięgał po nią w sytuacjach takich jak ta.
Tyle, że przy niej wcale nie wydawała się ucieczką. Wydawała się urlopem, czymś zwykłym, normalnym, pełnym jej bezczelnych żarcików i dłoni nieustannie sięgającej do jego uda w formie bardzo nieprofesjonalnego rozpraszania kierowcy.
Gdy wreszcie zatrzymali się po raz ostatni, wychodząc na zewnątrz wyczuł morską bryzę, sól wypełniającą powietrze i odległy szum fal uderzających o brzeg. Zaparkowany nieopodal kamienistej plaży samochód był jedynym na przystosowanym do tego parkingu z uwagi na pogodę - chmury tworzyły zasłonę na niebie, odstręczając turystów bądź mieszkańców pobliskich miasteczek, którzy wciąż korzystaliby z czasu wolnego. Cała reszta musiała być w pracy, w szkole, gdziekolwiek, gdzie n o r m a l n i ludzie bywali o tej porze.
- Dalej już tylko Nowa Szkocja - mruknął gdy wyszli z samochodu. Nie było tu żadnych atrakcji, nic, co mogłoby wydawać się warte ponad dziesięciogodzinnej podróży - w dodatku wiał wiatr, od którego zapragnął wyciągnąć z samochodu swoją kurtkę. Ale widok był całkiem ładny. Parking położony był na wzgórzu, obok widniało zejście na plażę wiele metrów niżej. Widzieli ją w części, spoglądając zarówno na nią, jak i na Atlantyk z góry. - Byłoby szybciej samolotem.

margo mercer

the bitter breeze from the wounds and melodies

: wt wrz 01, 2026 8:11 pm
autor: margo mercer
Oderwanie myśli od Mimmo's było niesamowicie ciężkie.
Skupienie się w pełni na tu i teraz miało jej pomóc, choć co chwila przyłapywała się na tym, że mimowolnie jej umysł błądził w kierunku Collinsa i tego, co się z nim stało, a właściwie tego, co działo się z nim dalej. Wiedziała przecież, co wydarzyło się w barze, że problem, który jeszcze chwilę wcześniej stał naprzeciwko nich, został zabrany na zaplecze, ale nie wiedziała, co działo się z nim później. Dzieliła swoją uwagę pomiędzy te myśli a Rhysa, odpowiadając uśmiechem na jego uśmiech i słowem na słowo, próbując odnaleźć w tym wszystkim równowagę.
Przekierowanie jej uwagi na niespodziankę było idealne. W chwili, gdy zadawała mu kolejne pytanie, czy odpowiednie będą dresy, czy jednak powinna wziąć sukienkę, czy do kosmetyczki spakować więcej kosmetyków niż to niezbędne minimum, którego używała na co dzień i czy wygodne buty będzie musiała zamienić na szpilki - z a p o m n i a ł a. Napięty uśmiech powoli ustępował miejsca temu naturalnemu, pełnemu swobody, którego nie zakłócił nawet widok jego służbowej broni chowanej do czarnej torby. Pierwszy raz od dawna miała przed sobą perspektywę kilku dni, podczas których największym problemem miało być to, czy zabrała ze sobą wystarczająco dużo ubrań.
Przez pierwsze godziny, co jakiś czas próbowała wymusić zmianę, przypominając, że nie był zawodowym kierowcą. - Zjedź, Madden - powtarzała uparcie, za każdym razem spotykając się z odmową. - Naprawdę nie rozumiem, co jest takiego fascynującego w prowadzeniu tego rzęcha przez pół kraju. Mogę cię zastąpić - ostatecznie jednak jej walka z jego uporem zakończyła się dokładnie tak, jak zwykle kończyły się podobne potyczki. Po pewnym czasie zamknęła oczy i nawet nie wiedziała, kiedy zmorzył ją sen.
Nie miała pojęcia ile tak naprawdę spała. Mogło minąć ledwie kilka minut, a równie dobrze ich podróż mogła rozciągnąć się o całą godzinę, bo gdy zatrzymali się, a Rhys oświadczył, że to był końcowy punkt ich podróży, wydawało jej się, że kiedy ostatni raz unosiła leniwie powieki ku górze na zewnątrz wciąż panował półmrok. Nie wiedziała gdzie byli, dokąd ją zabrał i co takiego było w tym miejscu, że przejechali setki kilometrów, jednak gdy wyszła na zewnątrz, zaczerpnąwszy świeżego powietrza, pierwsze co poczuła, to s p o k ó j. Ten wszechobecny spokój, wywołujący powolny, nieśmiały uśmiech na twarzy - ten sam, rozciągający jej ciało w przyjemnym rozluźnieniu. S p o k ó j nakazujący jej podejść do niego, objąć go ramionami w pasie i chłonąc tylko dźwięki oceanu pod nimi, rozkoszować się ciszą - przede wszystkim tą we własnej głowie.
- W samolocie prawdopodobnie łatwiej byłoby cię namówić na chwilę przerwy - odezwała się wreszcie w odpowiedzi na jego oczywiste stwierdzenie. Dłonie wsunęła pod ciemną koszulkę, sunąc palcami po ciepłej skórze na jego plecach. - Co to za miejsce? - zapytała wreszcie, bo wątpiła, by Madden wybrał je zupełnym przypadkiem. Nie był człowiekiem, który wsiadał za kółko, jechał przed siebie bez celu i zatrzymywał się w jakimś miasteczku, w którym nie było niczego, co mogłoby zachwycić zwykłych turystów.
Dla niej jednak to miejsce było w y s t a r c z a j ą c e.
Było wystarczająco daleko od Toronto, wystarczająco ciche, wystarczająco puste i przede wszystkim wystarczająco odległe od wszystkiego, co zostawili za sobą. - Jest pięknie - uśmiechnęła się kolejny raz. - Mam tylko nadzieję, że nie będziesz kazał nam spać w rzęchu - tylko się droczyła. Kilka dni wakacji było dla niej wszystkim - mogła spać w aucie, w namiocie rozbitym na plaży albo w podrzędnym motelu, to nie stanowiło różnicy, jeśli tylko mogli oderwać się od rzeczywistości i pozwolić sobie na bycie kimś innym przez parę chwil.

Rhys Madden

the bitter breeze from the wounds and melodies

: wt wrz 01, 2026 9:24 pm
autor: Rhys Madden
Żadne miejsce nie wydawało się wystarczająco odległe od Toronto.
Może faktycznie powinni kupić bilety na samolot i wylecieć - do Meksyku, do Europy, cholera, gdziekolwiek, gdzie od wpływów Ventresci oddzielałyby ich tysiące kilometrów i ogrom wody. Gdziekolwiek, gdzie mogliby na moment zapomnieć o tej nitce, nieustannie łączącej ich Kanadyjskim miastem i wszystkimi obciążającymi ich dowodami, które w każdej chwili mogły zostać wyciągnięte - a nić pociągnięta, jak sznur owinięty wokół szyi, zmuszający ich do powrotu.
Pytanie, które zadała, było zwodniczo proste - a zarazem cholernie skomplikowane.
Uniknął odpowiedzi, skupiając się na wrażeniu jej dłoni sunących po jego plecach, cieple jej palców w kontraście z wiatrem, który napierał ze strony wody, przynosząc ze sobą kojący szum. Pochylił się, zamiast tego dłonią odgarniając jej unoszone w górę włosy do tyłu, odsłaniając czoło, na którym złożył krótki pocałunek.
Tak przywykł do noszenia na swoich barkach ciężaru w pojedynkę, że nie był w stanie wyobrazić sobie przyszłości, która wyglądałaby w t e n sposób.
Bo choć wciąż mieli przejebane na zbyt wielu frontach, bo choć właśnie uciekli od konsekwencji własnych działań i musieli borykać się z tym, na ile sensowna była ich odznaka, nagle tkwili tutaj.
Na wzniesionym wysoko ponad wodą, urwanym brzegu. Z wyłącznie oceanem rozpościerającym się przed nimi, wiatrem, przez który jej włosy łaskotały go w policzek, jej szczerym uśmiechem rozświetlającym najczarniejsze zakamarki jego duszy.
- Niedaleko stąd jest jakiś hotel - odpowiedział obronnie, bo choć wcale nie załatwił żadnego noclegu, zorientował się wystarczająco w okolicy by dostrzec zmiany, które zaszły w niej na przestrzeni ostatnich lat. - Z tego co sprawdzałem, nie oferują w nich przypinania do drewnianych krzyży, ale mam nadzieję, że jakoś sprosta twoim wysokim wymaganiom.
Sięgnął do jej talii, wyswabadzając się z jej uścisku, choć tylko na chwilę. Obrócił ją tyłem do siebie, przodem do wody i linii brzegowej, jego ramiona przysunęły ją bliżej, by czuć na sobie ciepło jej ciała. Chwycił jej dłoń, unosząc ją w górę i przesuwając nieco, wskazując widoczny na zakrzywionym brzegu budynek w oddali.
- Tam możemy coś zjeść - kontynuował, wodząc jej wyciągniętą dłonią w dół, znacznie bliżej, wskazując na małą restaurację przy samym brzegu, której puste stoliki zdobiły wsuwające się w ocean molo. - Może nawet mają więcej niż smażoną rybę i tanie piwo.
Uśmiechnął się lekko, pozwalając jej dłoni opaść, choć nie przed tym, gdy splótł z jej palcami własne. Pochylił się lekko, jego nos wsunął się w burzę ciemnych włosów i musnął jej szyję, gdy oparł własny policzek o jej.
- Matka zabrała mnie tutaj na wakacje gdy byłem dzieckiem - odpowiedział wreszcie, na pytanie zadane dużo wcześniej, a które ciągle migotało w jego głowie, odbijając się od jej ścian. Pozornie prosta odpowiedź nie niosła ze sobą nawet połowy ciężaru, który był za nią schowany. - Było blisko.
Nie maskował nawet kłamstwa, które wypowiedział po tym - bo czy ponad połowa dnia za kółkiem to było blisko? Chyba w żadnej interpretacji tego słowa. Ale jednocześnie nic innego nie przechodziło mu przez gardło.
Ani to, że wspominał to miło, ani to, że były to jedyne wakacje w jego dzieciństwie - wakacje, które nawet nie miały nimi być.
Bo tak naprawdę były ucieczką od n i e g o.

margo mercer

the bitter breeze from the wounds and melodies

: śr wrz 02, 2026 9:25 am
autor: margo mercer
Znikająca we wstecznym lusterku wielka tablica z napisem Toronto stawiała prowizoryczną kropkę na tej stronie.
Choć wydawało się to niemożliwe, pragnęła rozciągnąć tę niewidzialną nić, o której sam myślał, jak najbardziej się dało. Oddalić ją od siebie, naprężyć do granic możliwości i sprawić, by chociaż przez ten wyjazd nie poczuła, jak zaczyna ciągnąć ich z powrotem ku rzeczywistości - ku brudnym lokalom, ludziom, z którymi nigdy nie powinni byli prowadzić rozmów i decyzjom, których konsekwencje mogły nadejść w każdej chwili.
Nie pozwoliła swoim myślom ani razu zawędrować w ten konkretny rejon, w którym świadomość czynów, których się dopuścili, zaczynała dobierać się do niej swoimi szponami. Nie zastanawiała się nad tym, jak jej kariera, już i tak wystarczająco splamiona, mogła legnąć w gruzach, gdyby ktoś dowiedział się prawy. Nie myślała o tym, że zamiast stać po tej dobrej stronie, coraz częściej znajdowała się gdzieś pomiędzy, a jednocześnie znacznie bliżej Carbone'a, Morettiego, a nawet Collinsa.
Ucieczki, które nigdy nie były jej domeną, stały się zaskakująco wygodnym rozwiązaniem. - Szkoda - skrzywiła się teatralnie na samo wspomnienie ich poprzedniego wyjazdu. - Wiem, że bardzo żałujesz, że nie udało nam się skorzystać z tej atrakcji - złośliwy uśmiech pojawił się na jej twarzy niemal od razu. Mogłaby ciągnąć tę potyczkę dlużej, pozwoliła mu jednak na to, by odwrócił ją w stronę oceanu i zamknął w swoich ramionach.
Znała historię jego rodziny jedynie pobieżnie - było to na tyle dużo, by rozumieć, dlaczego pewnych tematów nie poruszał. Wiedziała również, że istniało znacznie w i ę c e j fragmentów jego życia, które pozostawiał za zamkniętych drzwiami, do których nie dawał nikomu klucza.
Przywykła do tego.
Nigdy nie naciskała, pozwalając mu samemu dojść do momentu, w którym będzie gotowy się przed nią otworzyć. Czasami sama czegoś się domyślała, dopowiadała sobie brakujące elementy, a innym razem, gdy sytuacja ją do tego zmuszała - znajdowała informacje na własną rękę. Ale nigdy nie próbowała wyciągać z niego czegoś siłą, może dlatego te kilka prostych słów znaczyło dla niej wiele.
Mimo że minęły lata, a on był teraz dorosłym mężczyzną, na samą myśl o tym jak diametralnie różniły się ich dzieciństwa, coś zaciskało się w jej wnętrzu. Miała dom, w którym mogła czuć się bezpiecznie, rodziców, wspomnienia i zwyczajne problemy dostosowane do wieku, gdzie nie musiała dorastać zbyt szybko.
On nie miał tego samego i to wywoływało w niej żal i cierpienie. Bez względu na to, czy było zamknięte za drzwiami przeszłości, czy znajdowało swoje odbicie w teraźniejszości - czuła w s z y s t k o. - To miłe wspomnienie? - zapytała ciszej, sięgając po jego dłoń wciąż splecioną z jej własną, unosząc ją wyżej i szczelnie owijając sobie wokół talii. Na plecach wyczuwała ciepło jego klatki piersiowej, na karku każdy oddech, a gdzieś pomiędzy nimi spokojny rytm serca, który mimowolnie wyznaczał również jej własny. - Czy chcesz stworzyć tutaj ze mną nowe, które zatrą tamte? - jeśli ich jedyne wakacje były jednocześnie ucieczką od ojca-tyrana, miał prawo chcieć stworzyć nowe wspomnienia.
Takie, które nie będą pachniały strachem, do których będzie mógł wrócić bez ciężaru osiadającego na ramionach. Takie, na myśl o których za kilkanaście lat jego usta uniosą się w szczerym uśmiechu.
Jeśli tylko tego pragnął była gotowa zrobić w s z y s t k o, by mu je podarować.
Każdy jego p r a w d z i w y uśmiech był dla niej czymś więcej niż zwykłym odruchem. Był małym zwycięstwem nad wszystkim, co próbowało go złamać i przypomnieniem, że nawet z najgorszych miejsc dało się wyjść z czymś dobrym.

Rhys Madden

the bitter breeze from the wounds and melodies

: śr wrz 02, 2026 12:34 pm
autor: Rhys Madden
W zasadzie nie był pewny dlaczego w ogóle to miejsce przewinęło się przez jego myśli.
Nie wracał do tych wspomnień zbyt często. Był ekspertem w skupianiu się wyłącznie na chwili obecnej, co zakładało nie tylko unikanie patrzenia w przód, ale też w tył. Zresztą, to nie tak, że pamiętał z tego miejsca jakoś szczególnie dużo.
Pamiętał pobudkę w środku nocy, ubieranie się po cichu, stąpanie na palcach we własnym domu. Wyczuwalne nerwy jego matki gdy prowadziła, zabierając go na wakacje, o których tata nie mógł wiedzieć. Długą drogą samochodem, której większość przespał lub spędził z ciekawością przyglądając się krajobrazowi, który mijali.
Nie pojmował wtedy całokształtu, nawet jeśli był w stanie wyczuć atmosferę, która temu wszystkiemu towarzyszyła.
Ale dla niego były to po prostu wakacje. Z plażą, piaskiem i możliwością zaczerpnięcia oddechu, która nie była związana wyłącznie z lepszą jakością powietrza czy schowaną w nim solą. Była w o l n o ś c i ą od ciasnego wnętrza ich domu i jeszcze gorszej piwnicy, w której przebywał zdecydowanie zbyt często.
Prawda przyszła później i, jak większość prawd w życiu, była gorzka i niekoniecznie miła do przełknięcia.
- Miłe - odpowiedział w końcu, przenosząc dłoń tam, gdzie ją pokierowała. - Z grubsza - dodał z przekąsem, wodząc wzrokiem po horyzoncie i jednym, małym kształcie przemierzającego go okrętu. - Ale nie będzie to zbyt wysoki próg do przeskoczenia.
W zasadzie to już został przekroczony. Nawet, jeśli to on był tą osobą, która w skupieniu prowadziła samochód do celu i nawet, jeśli Margo przez krótką chwilę udało się spróbować choćby zasnąć, wciąż ten wyjazd był nieporównywalnie lepszy od poprzedniego.
Bo to ona z nim była.
Oderwał od niej ręce wyłącznie po to, by chwycić ją za dłoń i pociągnąć lekko w stronę zejścia na plażę. Nie było powodu, dla którego musieli tkwić na samym szczycie, smagani wiatrem pomimo wciąż technicznie panującego lata.
- Spędziliśmy tu tydzień. Wybrała to miejsce, bo było daleko od domu, a jednocześnie blisko do granicy. Z godzina samochodem - mruknął, wiedząc, że zasługiwała na cokolwiek poza krótkim byłem tu na wakacjach, ale mówienie na ten temat wciąż wydawało mu się nienaturalne. Nie posiadał tego genu, który ułatwiał ludziom dzielenie się informacjami na swój temat - każde zdanie dotyczące jego przeszłości było czymś wywalczonym i każde wydawało się wystarczające, niewymagające dodania niczego innego.
- Po latach powiedziała mi, że wtedy była najbliżej ucieczki. Spakowała wszystko, podjęła decyzję - dodał oględnie, wiedząc, że Mercer nie musiała być detektywem by połączyć kropki powstałe przy ich przypadkowych odwiedzinach u jego matki i gęstej atmosferze, która temu towarzyszyła. Praca zaś w policji była wartością dodaną. - Mój ojciec potrafił zawsze wślizgiwać się z powrotem na swoje miejsce.
Jego ramiona drgnęły ku górze gdy schodzili kamienistą ścieżką, okrążającą klif, na którym stali wcześniej. Była kręta i dzika, z bujną roślinnością przykrywającą niektóre stopnie. Skupił się na nich, choć jego dłoń mocniej zacisnęła się na kobiecej na wypadek, gdyby miała stracić równowagę.
- Ale tu go nie było - zakończył, świadom tego, w jak upośledzony sposób usiłował przekazać jej, że wyłącznie to czyniło to miejsce wyjątkowym.
Jego brak, wolność, która za tym stała.

margo mercer

the bitter breeze from the wounds and melodies

: czw wrz 03, 2026 8:59 am
autor: margo mercer
Pierwszy raz wpuścił ją tak głęboko.
Ich związek od samego początku był pod tym względem specyficzny. Normalne pary najpierw się poznawał, odkrywały kolejne informacje podczas rozmów prowadzonych do późna w nocy i przypadkowych pytań zadawanych między jednym a drugim pocałunkiem. Wiedzieli jaki kolor ktoś lubił najbardziej, którego smaku lodów nienawidził, co chciał robić jako dziecko i jakie wspomnienie z młodości wywoływało na jego twarzy największy uśmiech. Poznawali historie o pierwszych miłościach, najgłupszych błędach, złamanych sercach i rodzinnych tradycjach.
Budowali obraz drugiego człowieka z drobnych elementów - pozornie nieistotnych szczegółów, które z czasem zaczynały tworzyć całość.
Oni poznawali się od końca.
Mijały miesiące, a wciąż zdarzało się, że któreś z nich odkrywało coś tak banalnego, że w normalnym związku wyszłoby na jaw prawdopodobnie podczas pierwszych kilku tygodni znajomości. Zamiast tego oni znali rzeczy znacznie w i ę k s z e, które większości ludzi kazałyby odwrócić się na pięcie i odejść, nie oglądając się za siebie.
Dlatego chłonęła każde kolejne zdanie, nie przerywając mu ani razu. Pozwalała, by te pojedyncze informacje układały się w jej głowie obok wszystkiego, co już o nim wiedziała, tworząc kolejny fragment obrazu, który, choć znała go lepiej niż kogokolwiek innego, wciąż nie był kompletny. - Przykro mi, że jednak nie uciekliście - powiedziała w końcu cicho, zupełnie szczerze. Może jego życie potoczyłoby się zupełnie inaczej - pewnie nigdy nie trafiłby do Toronto, nie zostałby jej partnerem, a ich drogi nie przecięłyby się w żadnym punkcie.
Resztę drogi pokonywała w milczeniu, skupiając wzrok na ziemi. Japonki nie były idealnym wyborem na nierówną ścieżkę, co uświadomiła sobie dopiero wtedy, gdy jeden z kamieni przesunął się pod jej stopą. - Kurwa - pociągnęła go za rękę, zatrzymując go. Ta jedna sekunda wystarczyła, by postawić kropkę w ich rozmowie. Nie musieli ciągnąć jej dalej, usłyszała wystarczająco dużo, by wiedzieć, że obok Sophie, temat jego dzieciństwa był tak samo bolesny.
- Chcesz mnie zabić? - nie dając mu szansy na odpowiedź, przysunęła się bliżej, objęła rękoma jego szyję i podskoczyła, oplatając nogami jego biodra. - Prawie skręciłam sobie kark - oparła brodę o jego ramię, uśmiechając się szeroko. - Plaża przed nami i ten widok wydaje się być idealnym miejscem na ślub - szepnęła mu do ucha, uznając, że przypominanie mu o tym k a ż d e g o p i e p r z o n e g o d n i a było zabawne.
W gruncie rzeczy nie potrzebowała formalizacji. Nie potrzebowała ceremonii i urzędnika, który oficjalnie potwierdziłby coś, co i tak wiedziała. Jednak mówienie o sobie jako o jego narzeczonej, przyszłej żonie i doprowadzanie go tym samym do granicy cierpliwości było zbyt przyjemne, by miała z tego zrezygnować. - Powinniśmy zacząć robić zdjęcia do albumu - dodała po chwili. - Miejsca, w których Rhys Madden próbował mnie zamordować - tych było zdecydowanie więcej niż innych, w których nie myślałby o tym jaki błąd popełnił, ku jej uciesze, wpuszczając ją do swojego życia.
Kiedy w końcu dotarli na dół, a jej stopy dotknęły ziemi, przysunęła się bliżej, wspięła na palce i objęła dłońmi jego twarz. Jej kciuki przesunęły się powoli po jego policzkach nim złożyła na jego ustach pocałunek. Jedna ręka zsunęła się na kark, przyciągając go bliżej i całowała go spokojnie, bez pośpiechu, pozwalając, by szum oceanu wypełniał ciszę wokół nich.

Rhys Madden

the bitter breeze from the wounds and melodies

: pt wrz 04, 2026 11:24 am
autor: Rhys Madden
Nie patrzył na swoją przeszłość w ten sposób.
Nigdy przez pryzmat rzeczy, które mogły wydarzyć się inaczej bądź potoczyć w innym kierunku. Dostrzegał ją jako to, czym naprawdę była - coś stałego, wyrytego w kamieniu i żadna ilość rozważań nie mogła sprawić, by wypisane w nim litery zmieniły się w coś innego.
Wspomnienia, nawet jeśli bolesne i w jakiś sposób traumatyczne, zwykle spotykały się z obojętnością gdy przywoływał je w myślach. Te gorsze wywoływały złość, napięcie, powierzchowne emocje mknące jako pierwsze by wypełnić wszystko co, mogło chować się pod spodem.
Z grubsza jednak o niej nie myślał. Wiedział jednak, że Mercer zasługiwała by c o ś o nim wiedzieć - to, czego sama się nie domyśliła bądź co nie widniało w jego aktach.
Czasem miał wrażenie, że ich dusze splotły się ze sobą  tak szczelnie, jakby znali się od lat. Dopiero w chwilach takich jak ta uświadamiał sobie, że, w istocie, nie wiedzieli o sobie wszystkiego. Nie wiedzieli zbyt wiele o tym, byli przed tym.
Przed s o b ą.
- Wtedy nie poznałbym ciebie - odrzucił lekko, wzmacniając uścisk na jej dłoni gdy wyczuł, jak nagle zaczęła lecieć do przodu. - A kim bym był bez twojej nieustannej próby zwracania na siebie uwagi?
Złośliwość błysnęła w jego oczach gdy przytrzymał ją przed zwracaniem na siebie uwagi, jakby droga, którą wybrał, wcale nie była dostosowana do plażowania czekającego na jej końcu.
Jedynie jego ręka mocniej chwyciła jej, a druga sięgnęła kontrolnie do jej talii, gotowa ją złapać na wypadek, gdyby kolejny stopień ściągnął ją prosto do piekła.
- Nie - zaprzeczył, sama myśl o celebrowaniu tutaj jakiegokolwiek, istotnego osiągnięcia życiowego wydawała mu się odstręczająca. Miał w życiu dużo więcej miłych wspomnień niż pieprzone, tygodniowe wakacje od jego cholernego ojca. - Jeśli weźmiemy ślub, zrobimy to daleko stąd.
W Europie, w Meksyku, na pieprzonej Antarktydzie - wszędzie, tylko nie w mieście, które zdawało się chwytać ich marzenia o przyszłości i skrupulatnie je deptać.
- Później zrobimy drugą, udawaną ceremonię dla rodziny - zadecydował, wciągając się w jej niedorzeczne hipotezy, choć nawet nie spostrzegł gdy to zrobił. - Twoja rodzina płaci - dodał natychmiast, z rzeczowym skinieniem głowy jakby to wydawało się najracjonalniejszą drogą do przodu.
To miejsce też było dobre.
Każde było, gdy czuł jej usta na swoich, gdy morska bryza mieszała się z zapachem jej perfum, gdy jego dłonie zaciskały się na kobiecej talii. Nie potrzebowali formalności. Należała do niego tak, jak on należał do niej.
Ale może formalność też mogłaby się przydać.
- Nie przypominam sobie o żadnych próbach morderstwa - mruknął w odpowiedzi, ciągnąc ją wzdłuż brzegu w stronę opustoszałej o tej porze dnia knajpki. - Same pomówienia jak zwykle, Mercer.

margo mercer

the bitter breeze from the wounds and melodies

: sob wrz 05, 2026 4:28 pm
autor: margo mercer
W całym swoim egoizmie potrafiła na chwilę odsunąć go na bok.
Istniała w niej silniejsza od wszystkiego potrzeba - irracjonalne pragnienie, by dać mu wszystko, co najlepsze. Gdyby jego matka naprawdę podjęła tę decyzję i nie pozwoliła ojcu wślizgnąć się z powrotem do ich życia, a oni ułożyli sobie wszystko od nowa gdzieś daleko, może jego życie byłoby inne. Może nigdy by się nie poznali, a mimo to, gdyby dzięki temu jego młodsza wersja mogła być szczęśliwa, spokojna i bezpieczna - pragnęłaby dla niego właśnie tego. - Może wszechświat i tak znalazłby sposób, żebyśmy się spotkali? - podsunęła, spoglądając mu prosto w oczy pomiędzy jednym pocałunkiem a drugim.
Nie wierzyła szczególnie w przeznaczenie. Stąpała po ziemi twardo, ufając przede wszystkim temu, co mogła zobaczyć, czego mogła dotknąć i co była w stanie udowodnić. A jednak, gdy patrzyła na ich historię z odpowiedniego dystansu, trudno było całkowicie odrzucić tę możliwość.
Plaża rozciągała się przed nimi zupełnie pusta, ocean odbijał światło przebijające się przez chmury, a jedynymi dźwiękami były fale uderzające o brzeg. Przez chwilę mogli być po prostu dwojgiem z w y k ł y c h ludzi. - Jeśli? - powtórzyła, zaciskając mocniej palce na jego dłoni i spoglądając na niego z udawanym oburzeniem. - Nie ma takiego słowa w moim słowniku - pokręciła głową. - Kiedy, owszem, ale nie jeśli - złośliwy błysk pojawił się w jej oczach, niemal identyczny jak ten, który przed chwilą dostrzegła u niego. - Dużo planujesz, jak na sytuację, która ma być tylko hipotetyczna - zwolniła kilka chwil później, gdy coś błysnęło pomiędzy kamieniami rozrzuconymi na brzegu. Puściła jego dłoń tylko na moment, pochylając się i podnosząc niewielką muszelkę.
Uśmiech, który pojawił się na jej twarzy był już znacznie spokojniejszy. - To będzie pierwsze miejsce na mapie, w którym będziemy tylko dla siebie - odezwała się, ponownie zrównując z nim krok. Toronto nigdy nie należało wyłącznie do nich - tam każde miejsce miało drugie znaczenie. Każda restauracja, każdy bar, każde spotkanie było częścią pracy albo przykrywką. Nawet kiedy byli sami, nigdy tak naprawdę nie przestawali być detektywami.
Domek za miastem początkowo wydawał się ich. Tam po raz pierwszy przekroczyli granicę, której wcześniej tak desperacko się trzymali, a miłość, która wcześniej wisiała pomiędzy nimi w każdym spojrzeniu i geście, wreszcie została wypowiedziana na głos. Niestety nawet to miejsce przestało być wolne od ich pracy. Ottawa również nosiła czyjąś obecność - każdy ich wyjazd prędzej czy później zostawał czymś zakłócony, jakby świat odmawiał im możliwości stworzenia przestrzeni należącej wyłącznie do nich.
Tutaj nie było nikogo i nie musieli niczego ukrywać. Knajpka znajdowała się już wystarczająco blisko, by dostrzec puste stoliki ustawione na zewnątrz i kilka poruszających się na wietrze parasoli. Nadal trzymała muszlę w dłoni, gdy podeszli bliżej, ale zamiast od razu ruszyć w stronę wejścia, zatrzymała się. - Mam nadzieję, że mnie rozczarujesz. Od tego zależy nasza wspólna przyszłość - jej słowa mogły nawiązywać do wszystkiego, a równie dobrze nie znaczyć nic. Niemniej uśmiech, w który je ubrała nie pozostawiał żadnych wątpliwości.

Rhys Madden

the bitter breeze from the wounds and melodies

: ndz wrz 06, 2026 9:19 pm
autor: Rhys Madden
Nie wierzył w zrządzenia losu.
W wielki plan, według którego rzeczy toczyły się odgórnie wyznaczonym im torem. Oddał zbyt wiele lat pracy w policji by nie dostrzegać tysiąca drobnych przypadków, które niejednokrotnie kończyły się tragedią. Głupich, nieprzemyślanych decyzji kończących życia, które miały toczyć się dłużej. Błędnie sformułowanych słów, prowadzących do ostrych bójek i podejmowania decyzji, z których nie było już powrotu.
A jednak wizja, którą roztaczała, była przyjemna.
Chciałby wierzyć, że gdyby jego życie potoczyło się w inny sposób, tak czy siak odnaleźliby się w tej nowej rzeczywistości. Może w niej to on miałby dwójkę kochających rodziców i biegał po korytarzach, bawiąc się w policjantów i złodziei. Może poznałby ją w ten samej szkole, gdyby mieszkali w podobnej części miasta, a może to on wyciągnąłby ją z bagna, w które wprowadził ją jej wybuchowy temperament.
Myśl była m i ł a.
Sprawiła, że jego dłoń mocniej zacisnęła się na kobiecej gdy zmierzali w stronę pustej restauracji i wychodzącego z niej, drewnianego podestu zagłębiającego się w morze.
Myśl, że mógłby ją mieć w każdym świecie i każdym życiu, nie tylko tym, którego tak kurczowo się czepiali walcząc z tysiącem niedogodności i kłód, które rzucano im pod nogi.
- Nie wiedziałem, że w pozostałych miejscach jesteś dostępna dla innych ludzi - odrzucił zaczepnie, czując ciepło rozlewające się w jego klatce piersiowej pod wpływem jej słów. - Powinienem zweryfikować swoje ustawienia na tinderze.
Nie było żadnego sensu w tym, co powiedział.
Wyłącznie złośliwość, podsycona tą chęcią dostrzeżenia iskry w jej piwnym spojrzeniu, która doprowadzała go do szaleństwa.
- Czym? Próbą morderstwa? - odrzucił beztrosko, nie pozwalając jej się zatrzymać - wymijając ją, by, chwytając za dłoń, pociągnąć w stronę wejścia do restauracji, której kelnerka już wychodziła im na spotkanie. - Masz strasznie wysokie wymagania, skarbie.
Kelnerka uśmiechnęła się, leniwie wskazując im cały taras na zewnątrz i pozwalając wybrać dla siebie miejsce. Prawdopodobnie ze stratą dla niej, lecz z zyskiem dla nich, wybrał to znajdujące się na samym końcu - najbliżej huku morza, które tkwiło po drugiej stronie barierki gdy zasiadali przy stoliku.
- Jak mamy planować naszą przyszłość gdy nie wiemy, czy jesteśmy ze sobą kompatybilni? - westchnął ostentacyjnie, przyjmując kartę podsłuchującej ich kelnerki gdy oboje zasiedli naprzeciw siebie przy stoliku. - W jakiej dzielnicy chciałabyś mieszkać? - rozpoczął, choć przecież znał odpowiedzi na wszystkie pytania, jakie planował w tym momencie zadać. - Dzieci? Zwierzęta? - kontynuował, podnosząc kartę menu i otwierając ją ostentacyjnie przed sobą, by spojrzeć na nią znad jej krawędzi. - Czy jeśli jedno nastawi zmywarkę, które ją później wypakowuje?

margo mercer

the bitter breeze from the wounds and melodies

: pn wrz 14, 2026 11:00 am
autor: margo mercer
Planowanie przyszłości było jej ulubionym zajęciem, kiedy akurat zajmowali się niczym. Były to jedyne chwile, w których jej głowa potrafiła naprawdę zwolnić, a myśli nie pędziły w stronę kolejnego problemu. Mogli wymyślać życie, którego jeszcze nie mieli, planować rzeczy, których być może nigdy nie uda im się zrealizować i udawać, że największym zmartwieniem przed jakim staną będzie wybór kanapy albo kolor ścian w salonie.
Rozmyślała o w s z y s t k i m. O tym w jakiej dzielnicy mogliby zamieszkać, czy dom powinien być duży, czy wystarczyłoby im coś mniejszego, jak wyglądałby ich ogród i czy naprawdę musiałaby pamiętać o podlewaniu wszystkich roślin, skoro z pewnością połowę z nich zabiłaby w pierwszym miesiącu. W jej wyobrażeniach zawsze było miejsce na psa, niedzielne śniadania przeciągające się do południa, przypadkowe wyjazdy za miasto i wszystkie te drobne rzeczy, które dla innych ludzi były zwyczajną codziennością, a dla nich wydawały się czymś bardzo odległym. Każdy z tych szczegółów był banalny, a mimo to razem tworzyły coś, czego pragnęła n a j b a r d z i e j.
Z uśmiechem przywitała się z kelnerką, zajmując swoje miejsce naprzeciwko Maddena i przysłuchiwała się jego pytaniom, bez najmniejszego problemu wchodząc w tę grę. Banalnie łatwo było udawać, że byli teraz na p i e r w s z e j randce. Tej, na którą umówili się przez wspomnianego przez niego Tindera, gdzie oboje bezczelnie nakłamali w swoich profilach, przedstawiając się jako swoje najlepsze wersje.
Ona nie wspomniała o tym, że potrafiła pakować się w kłopoty na zawołanie, nie napisała o swoim wybuchowym charakterze, o tym, że jest uparta, że jej naturalnym sposobem rozwiązywania większości problemów było najpierw działanie, a dopiero później zastanawianie się nad konsekwencjami. Zamiast tego mogła być u r o c z ą, spontaniczną dziewczyną, która lubiła długie spacery, dobrą kawę i wieczory spędzane w towarzystwie kogoś interesującego. - A w jakiej ty byś chciał? - odparła, swobodnie opierając podbródek o złączone dłonie i patrzyła mu prosto w oczy. - Dla mnie idealna będzie ta w której każdy ma przystrzyżony trawnik i odmalowany płot - jej własne mieszkanie było dowodem na to, że wizja perfekcyjnie uporządkowanego domu pozostawała jedynie jej fantazją.
- Trójka - odpowiedziała bez większego namysłu. - Dwóch synów i ostatnia córka. Podobno są sposoby, żeby być pewnym płci dziecka - uśmiechnęła się szerzej, bo nawet ona wiedziała, że wszystkie te opowieści o odpowiednim dniu miesiąca, pozycji czy innych magicznych sposobach na zaplanowanie płci dziecka było bzdurą.
W rzeczywistości wszystko było dalekie od życia, którego dla nich pragnęła. - Sprzątam, gotuję i zawsze rano nastawiam kawę. W niedzielę piekę ciasta i zabieram rodzinę na piknik - wyrecytowała z całkowitą powagą, ciesząc się, że wokół nich nie było absolutnie nikogo i nie musieli obawiać się, że przypadkowa osoba usłyszy choćby jedno słowo z ich rozmowy. - A jakie jest twoje spojrzenie na przyszłość? Będziesz pracował i nas utrzymywał? - uniosła prowokacyjnie brew, a kącik jej ust drgnął w rozbawieniu.

Rhys Madden