the bitter breeze from the wounds and melodies
: wt wrz 01, 2026 7:30 pm
Daleko stąd tym razem nabrało zupełnie innego znaczenia, choć nie od razu.
Na początku było jej mieszkaniem, w którym polecił jej spakować parę ubrań, kosmetyków, wszystko, czego potrzebowała na parę dni wypadu za miasto. Później jego własnym - a w nim, wrzuceniem na wierzch tkwiących w torbie ubrań służbowej broni, odznaki i dodatkowej paczki papierosów, z przyzwyczajenia.
Stacją benzynową, na której upierała się by zamówić dwie kawy choć mówił jej, że nie musieli się za kierownicą zmieniać.
Drogą stanową, na którą wjechali gdy słońce na dobre schowało się za horyzontem.
Daleko stąd nie było nigdy zwerbalizowane, choć miał przed oczami kierunek, który zamierzał obrać. Już w samochodzie część ciężaru uleciała przez jego okna, jakby zostawili ją za sobą, w podrzędnym pubie i jego zapleczu, na które lepiej było nie zerkać. Im dalej jednak oddalali się od Toronto, tym, jak zwykle, życie stawało się nieco znośniejsze.
Może powinni pomyśleć o przeprowadzce.
Moretti potrzebował czasu do namysłu. Niczego nie osiągnęliby przebywając przez następne dni w mieście - wręcz przeciwnie, mogli wyłącznie dać mu pretekst do potencjalnej próby odwrócenia sił lub zrobienia czegoś głupiego. Zasiali ziarno w jego głowie, teraz musieli pozwolić mu wykiełkować. Ludzie jego pokroju nie słuchali czyichś pomysłów, musieli obrócić je w głowie, przekształcić tak, by wydawało im się, że od samego początku należały do nich.
Cholera wie ile miało to potrwać.
Nie powiedział na głos tego, gdzie konkretnie zamierzał ją zabrać. Wspomnienia z przeszłości były wyblakłe, niejasne, choć pamiętał miejsce i to, jak wyglądało. Pamiętał je w ogóle, co w jego przypadku już należało do czynników wyróżniających te od wszystkich innych.
Wieczór zmienił się w noc. Noc przekształcała się z bladego wspomnienia słonecznego nieba przez głęboką czerń, aż po obietnicę poranka wychylającą znad horyzontu. Odmawiał zmieniania się, powołując na argument tego, że Mercer nie wiedziała, gdzie jechać. Nakłaniał ją, by spała, lecz nawet wtedy gdy milkła, odwracając głowę w stronę szyby, nie był taki pewien tego, czy faktycznie go posłuchała.
Nim spostrzegł, dzień, w którym wkroczyli do Mimmo's się skończył - a oni stali na kolejnej stacji benzynowej w dniu następnym. Jego ciało powinno odczuwać efekt ponad dziesięciu godzin przed kółkiem, ale zamiast tego wydawało się dziwnie lekkie, rozluźnione.
Ucieczka zawsze należała do jego specjalności - zawsze sięgał po nią w sytuacjach takich jak ta.
Tyle, że przy niej wcale nie wydawała się ucieczką. Wydawała się urlopem, czymś zwykłym, normalnym, pełnym jej bezczelnych żarcików i dłoni nieustannie sięgającej do jego uda w formie bardzo nieprofesjonalnego rozpraszania kierowcy.
Gdy wreszcie zatrzymali się po raz ostatni, wychodząc na zewnątrz wyczuł morską bryzę, sól wypełniającą powietrze i odległy szum fal uderzających o brzeg. Zaparkowany nieopodal kamienistej plaży samochód był jedynym na przystosowanym do tego parkingu z uwagi na pogodę - chmury tworzyły zasłonę na niebie, odstręczając turystów bądź mieszkańców pobliskich miasteczek, którzy wciąż korzystaliby z czasu wolnego. Cała reszta musiała być w pracy, w szkole, gdziekolwiek, gdzie n o r m a l n i ludzie bywali o tej porze.
- Dalej już tylko Nowa Szkocja - mruknął gdy wyszli z samochodu. Nie było tu żadnych atrakcji, nic, co mogłoby wydawać się warte ponad dziesięciogodzinnej podróży - w dodatku wiał wiatr, od którego zapragnął wyciągnąć z samochodu swoją kurtkę. Ale widok był całkiem ładny. Parking położony był na wzgórzu, obok widniało zejście na plażę wiele metrów niżej. Widzieli ją w części, spoglądając zarówno na nią, jak i na Atlantyk z góry. - Byłoby szybciej samolotem.
margo mercer
Na początku było jej mieszkaniem, w którym polecił jej spakować parę ubrań, kosmetyków, wszystko, czego potrzebowała na parę dni wypadu za miasto. Później jego własnym - a w nim, wrzuceniem na wierzch tkwiących w torbie ubrań służbowej broni, odznaki i dodatkowej paczki papierosów, z przyzwyczajenia.
Stacją benzynową, na której upierała się by zamówić dwie kawy choć mówił jej, że nie musieli się za kierownicą zmieniać.
Drogą stanową, na którą wjechali gdy słońce na dobre schowało się za horyzontem.
Daleko stąd nie było nigdy zwerbalizowane, choć miał przed oczami kierunek, który zamierzał obrać. Już w samochodzie część ciężaru uleciała przez jego okna, jakby zostawili ją za sobą, w podrzędnym pubie i jego zapleczu, na które lepiej było nie zerkać. Im dalej jednak oddalali się od Toronto, tym, jak zwykle, życie stawało się nieco znośniejsze.
Może powinni pomyśleć o przeprowadzce.
Moretti potrzebował czasu do namysłu. Niczego nie osiągnęliby przebywając przez następne dni w mieście - wręcz przeciwnie, mogli wyłącznie dać mu pretekst do potencjalnej próby odwrócenia sił lub zrobienia czegoś głupiego. Zasiali ziarno w jego głowie, teraz musieli pozwolić mu wykiełkować. Ludzie jego pokroju nie słuchali czyichś pomysłów, musieli obrócić je w głowie, przekształcić tak, by wydawało im się, że od samego początku należały do nich.
Cholera wie ile miało to potrwać.
Nie powiedział na głos tego, gdzie konkretnie zamierzał ją zabrać. Wspomnienia z przeszłości były wyblakłe, niejasne, choć pamiętał miejsce i to, jak wyglądało. Pamiętał je w ogóle, co w jego przypadku już należało do czynników wyróżniających te od wszystkich innych.
Wieczór zmienił się w noc. Noc przekształcała się z bladego wspomnienia słonecznego nieba przez głęboką czerń, aż po obietnicę poranka wychylającą znad horyzontu. Odmawiał zmieniania się, powołując na argument tego, że Mercer nie wiedziała, gdzie jechać. Nakłaniał ją, by spała, lecz nawet wtedy gdy milkła, odwracając głowę w stronę szyby, nie był taki pewien tego, czy faktycznie go posłuchała.
Nim spostrzegł, dzień, w którym wkroczyli do Mimmo's się skończył - a oni stali na kolejnej stacji benzynowej w dniu następnym. Jego ciało powinno odczuwać efekt ponad dziesięciu godzin przed kółkiem, ale zamiast tego wydawało się dziwnie lekkie, rozluźnione.
Ucieczka zawsze należała do jego specjalności - zawsze sięgał po nią w sytuacjach takich jak ta.
Tyle, że przy niej wcale nie wydawała się ucieczką. Wydawała się urlopem, czymś zwykłym, normalnym, pełnym jej bezczelnych żarcików i dłoni nieustannie sięgającej do jego uda w formie bardzo nieprofesjonalnego rozpraszania kierowcy.
Gdy wreszcie zatrzymali się po raz ostatni, wychodząc na zewnątrz wyczuł morską bryzę, sól wypełniającą powietrze i odległy szum fal uderzających o brzeg. Zaparkowany nieopodal kamienistej plaży samochód był jedynym na przystosowanym do tego parkingu z uwagi na pogodę - chmury tworzyły zasłonę na niebie, odstręczając turystów bądź mieszkańców pobliskich miasteczek, którzy wciąż korzystaliby z czasu wolnego. Cała reszta musiała być w pracy, w szkole, gdziekolwiek, gdzie n o r m a l n i ludzie bywali o tej porze.
- Dalej już tylko Nowa Szkocja - mruknął gdy wyszli z samochodu. Nie było tu żadnych atrakcji, nic, co mogłoby wydawać się warte ponad dziesięciogodzinnej podróży - w dodatku wiał wiatr, od którego zapragnął wyciągnąć z samochodu swoją kurtkę. Ale widok był całkiem ładny. Parking położony był na wzgórzu, obok widniało zejście na plażę wiele metrów niżej. Widzieli ją w części, spoglądając zarówno na nią, jak i na Atlantyk z góry. - Byłoby szybciej samolotem.
margo mercer