Strona 1 z 1

I wish I knew what you think

: wt wrz 01, 2026 8:27 pm
autor: Lenny Richardson
003.
Warsztat samochodowy miał swój własny rytm, a nawet oddech. Chłodny wiatr niosący się z ulicy, docierający z bramy wjazdowej zza jego pleców, uderzał zawsze w to samo miejsce na korpusie. Prąd powietrza właściwie ocierał się o niego za każdym razem, gdy Lenny cierpliwie czekał na odebranie własnego samochodu, niekiedy zmuszając go nawet do przejechania dłonią wzdłuż karku, by strącić z siebie natrętne naskórne mrowienie. Dzień jak ten otulał go także zapachem pobliskich drzew — jesionów i klonów — dziś jednak, dla wrażliwych zmysłów Lenny’ego wyraźniejszym stawał się zapach męskiego potu i szamponu do włosów, wyczuwalny od mechanika i świadczący o minionym wysiłku podczas pracy nad naprawą.
Lysander Westhall, choć żył w rzeczywistości, wydawał się stworzony dla p o w i e ś c i. Jego idealnie skrojoną sylwetkę dało się niemal bez poprawek przenieść na karty obszernego opisu, łącznie zresztą z przestrzenią, w której się poruszał.
Ten sam garaż, to samo napięcie.
Na myśl o tym, jak wprawnie mógłby wpleść jego postać w linię fabuły, i z jaką łatwością wykorzystałby atrybuty jego pracy do tego, by uczynić go interesującym, czuł już delikatne mrowienie w palcach. Gotowe do pracy, w każdej chwili mogłyby go obnażyć. Oczywiście metaforycznie, ale mimo tego chętnie obdarłby go z prawdy o nim i z ewentualnych sekretów, jakie ten mężczyzna mógł skrywać. A czuł podskórnie, że Lysander skrywał w i e l e. Natężona twarz, silne dłonie i jak mu się wydawało — zmęczone niekiedy spojrzenie — tworzyły zaskakująco piękne zjawisko, któremu Lennart przyglądał się w ciszy i w skupieniu. Obraz ten, i wrażenie jakie Westhall w nim budził, niemal wychodziło poza metafizykę, docierało fizycznie do jego ciała, gdy absolutnie pochłonięty każdym jednym bodźcem czuł jak niecierpliwość, ciekawość jego osoby i mieszanka niebezpiecznej obsesji gładziła go po włosach, skórze twarzy oraz wyprostowanym stoicko szkielecie.
Doceniał każdą sekundę ich spotkania.
…I chętnie tutaj wracał pod byle pretekstem.
Ratujesz mnie kolejny raz, Westhall.
Ręka wplotła się w krępacji w kępę włosów, gdy uśmiechnął się wdzięcznie, drugą, wolną dłonią odbierając od niego kluczyki samochodu, które zaraz schował do kieszeni. Potrzebował między nimi ram. Z tego samego powodu nigdy nie przekroczył tej wyraźnie dystansującej ich granicy, zwracając się do niego bezosobowo lub tytułując go wyłącznie nazwiskiem.
Mam wrażenie, że jeszcze trochę, a klocki hamulcowe sypnęłyby się do cna — dodał, co wcale nie było prawdą. Klocki były w porządku, ale dawno już przestał zwracać uwagę na to, czy jego wymówki brzmią przy mechaniku wiarygodnie, co czyniło ich kontakt zagmatwanym i prostym jednocześnie.
Lenny przyjeżdżał tu dla niego, a Lysander ten fakt musiał w jakiś sposób akceptować, bo w innym przypadku dawno już by go wyprosił.
Potrzebuję jeszcze czegoś… — zastygł w oczekiwaniu na to, co sam zdecyduje się przy nim powiedzieć. Powinien ograniczyć się do: olej hamulcowy już się kończy, od czego zaczął pół roku temu, witając go w warsztacie po raz pierwszy. Zamiast tego mieszanka niezdrowej fascynacji zaczynała w nim buzować, spiętrzona przez ich każde poprzednie spotkanie, każdy jeden zapamiętany u Lysa gest i każdą jedną aprobatę jego obecności.
Nigdy nie usłyszał o d m o w y. I nagle stało się to dla niego kluczowe.
Nawet zimne powietrze, ocierające się o jego płuca, nie ostudziło w nim kotła wewnętrznego chaosu, gdy rozchylił usta w informacji piorunująco kontrastującej do wcześniejszych jego uprzejmości, zarówno tych z dziś, jak i z innych jego wizyt. Był niepodobnie pewny tego co mówi, zważywszy na to, że mówił podobne rzeczy pierwszy raz w jego obecności:
Pieprzysz się czasem z klientami... Lysander?
Słowa, ostre w treści, ale zadziwiająco miękko wypowiedziane, wydarły się z niego dokładnie w momencie, gdy podawał mu gotówkę. Tęczówki oczu nie zeszły wtedy z twarzy Lysandera nawet na moment. Ręka nie zadrżała we wstydzie, jakby swoje pytanie traktował jak część dialogu i pisanej przez siebie historii: coś z czego zaraz może zrezygnować, co może łatwo skreślić. Jednocześnie, zaraz po wypowiedzianych słowach, we wnętrzu jego ust zagrzała śmiałość.
Uśmiechnął się krótko, niemal prozaicznie, czerpiąc spokój z ciszy. Chwilowe milczenie między nimi (które równie dobrze mogło się dłużyć tylko w jego głowie) przerywał jedynie dźwięk piosenki z na wpół wyciszonego radia.

Lysander Westhall

I wish I knew what you think

: śr wrz 02, 2026 3:28 pm
autor: Lysander Westhall
Po raz kolejny się nie wyspał, chociaż poprzedniej nocy nie sięgnął ani po alkohol, ani nie dał się porwać żadnej imprezie, na których zdarzało mu się pojawiać znacznie częściej, niż powinien. Za każdym razem potrzebował ucieczki od rzeczywistości, która była dla niego niemal wrogiem wykreowanym we własnej głowie. Bywały dni, kiedy czuł się zwyczajnie obco pomiędzy ludźmi, starając się usilnie dotrzymać im tempa. Niestety, gubił je niemal zawsze, koniec końców zostając sam w tłumie, przygniatany własnymi myślami i obrazami z przeszłości. To wcale nie pomagało w jego ostatecznym powrocie do zdrowia, o które tak walczyła jego rodzina oraz psycholog, do którego sporadycznie udawało mu się pójść. Nie umiał całkiem wyzbyć się poczucia winy oraz wspomnień dnia, który zmienił go na wszystko, dodatkowo wywracając do góry nogami życia dwóch innych rodzin.
Warsztat samochodowy był jego odskocznią. Czuł się w nim dobrze - pomiędzy zapachem smaru, dźwiękiem metalu uderzanego o metal, cichą muzyką lecącą z głośników, która mieszała się z rozmowami z klientami, którzy raz po raz pojawiali się w środku. Wielu z nich po prostu prześlizgowało się przez warsztat, nie pozostawiając po sobie żadnego konkretnego śladu. Ot, kolejna osoba, która miała problem z samochodem; kolejna wymiana oleju, czy zadbanie o hamulce. Bywali jednak tacy ludzie, którzy swoim jestestwem niemal pochłaniali całą przestrzeń we wnętrzu niewielkiego budynku, w którym pracował Lysander. Stali się tak natarczywi, że niezależnie od woli człowiek musiał się poddać i zapisać ich w głowie.
Kimś takim z całą pewnością, zdaniem Westhalla, był Lenny - klient, którego mógłby nazwać śmiało stałym. Pojawiał się znacznie częściej, niż inni, przychodząc z problemami, które można było rozwiązać w domu, gdyby tylko pokusić się o włączenie YouTube. Bywały również naprawy, które napraw w ogóle nie wymagały, a z którymi mężczyzna przychodził właśnie do niego, każdorazowo upewniając się, że to właśnie on będzie odpowiedzialny za przegląd. W oczach Lysandera Richardson zachowywał się co najmniej jak jakiś samochodowy hipochondryk - widział symptomy tam, gdzie ich nie było. I chociaż dla wielu mogłoby to być denerwujące, tak jemu nie przeszkadzało. Już po którymś razie przyzwyczaił się do obecności mężczyzny, przyłapując się na tym, że nawet tych wizyt oczekiwał, jakby stały się jego rutyną. Potrzebował jej - chociaż jednej stałej, dzięki której rzeczywistość nie była taka straszna.
Dzisiaj również mógł na niego liczyć - pojawił się z błahostką, którą Lys zajmował się nie raz. Wymiana klocków hamulcowych była robotą na dosłownie kilkanaście minut. Czy powinien się zdziwić, że te w samochodzie Lennarta wcale nie wymagały aż tak nagłego zastąpienia nowymi? Nie. Zdawało mu się, że to była kolejna z wymówek, żeby się tu znaleźć. Może potrzebował właśnie jego obecności? Myśl ta była schlebiająca na tyle, że godziło się na każde spotkanie.
Przeczesał dłonią przydługie włosy - powinien udać się do fryzjera, ale był na to zbyt leniwy - odgarniając je z lekko spoconego, umorusanego smarem czoła.
-Powinienem pobierać od ciebie dodatkową opłatę za te wszystkie ciężkie przypadki, bo odnoszę wrażenie, że poświęcam ci znacznie więcej czasu, niż innym - skomentował, wycierając dłonie w szmatkę, która leżała na niewielkim stoliku. Sięgnął następnie po kluczyki, oddając je mężczyźnie. - Jak pozostali klienci zaczną być zazdrośni, odeślę ich do ciebie - rzucił uśmiechając się do stojącego naprzeciwko mężczyzny, który bacznie mu się przyglądał, jakby oceniał go pod tylko sobie znanym kątem.
-Taaa… - mruknął, chociaż bez przekonania. Z klockami było wszystko w porządku. Trochę starte, ale na spokojnie wyjechałyby jeszcze swoje, zanim ostatecznie wymagałyby naprawy. Czy powiedzenie, że znowu przylazł z czymś co nie było pilne, było na miejscu? Ostatecznie nakręcał mu bardziej biznes i służył towarzystwem, bo chociaż nie było między nimi żadnych szczegółowych rozmów, tak czasami sama obecność robiła swoje.
-Czego, panie Richardson? Masz szczęście, że dzisiaj następnego klienta mam za półtorej godziny, bo w innym wypadku musiałbym ci odmówić. Czego jednak nie robi się dla stałych, szczególnych klientów - skomentował, a jedna z brwi powędrowała ku górze wraz z kącikiem ust, świadcząc o rozbawieniu. jeszcze trochę, a może zaproszenie na randkę dostanie. Mile łechtało mu ego to, że ktoś chciał przebywać blisko niego zwłaszcza, że on sam nie zawsze był sobą.
I chociaż mógł spodziewać się dosłownie wszystkiego, tak nie spodziewał się tego, co usłyszał chwilę później z jego ust w momencie, w którym podawał mu gotówkę. Spojrzał w jego tęczówki, nie okazując żadnych emocji, jakby na chwilę w nim zastygły.
-To zależy, czy klient ma do zaoferowania coś ciekawego, chociaż podobno już dawno zastąpiliśmy płacenie dobrami naturalnymi pieniędzmi - odpowiedział, zdając sobie sprawę, że Lennart po raz pierwszy powiedział mu po imieniu. Brzmiało to nad wyraz abstrakcyjnie, chociaż cała sytuacja taka była. Bo na litość wszystkiego, kto pyta swojego mechanika o pieprzenie? - Teraz nie wiem czy ta zapłata jest za wymianę klocków, czy usługi dodatkowe, Lenny - dodał niemal dobity pewnością siebie mężczyzny.

Lenny Richardson