I wish I knew what you think
: wt wrz 01, 2026 8:27 pm
003.
Lysander Westhall, choć żył w rzeczywistości, wydawał się stworzony dla p o w i e ś c i. Jego idealnie skrojoną sylwetkę dało się niemal bez poprawek przenieść na karty obszernego opisu, łącznie zresztą z przestrzenią, w której się poruszał.
Ten sam garaż, to samo napięcie.
Na myśl o tym, jak wprawnie mógłby wpleść jego postać w linię fabuły, i z jaką łatwością wykorzystałby atrybuty jego pracy do tego, by uczynić go interesującym, czuł już delikatne mrowienie w palcach. Gotowe do pracy, w każdej chwili mogłyby go obnażyć. Oczywiście metaforycznie, ale mimo tego chętnie obdarłby go z prawdy o nim i z ewentualnych sekretów, jakie ten mężczyzna mógł skrywać. A czuł podskórnie, że Lysander skrywał w i e l e. Natężona twarz, silne dłonie i jak mu się wydawało — zmęczone niekiedy spojrzenie — tworzyły zaskakująco piękne zjawisko, któremu Lennart przyglądał się w ciszy i w skupieniu. Obraz ten, i wrażenie jakie Westhall w nim budził, niemal wychodziło poza metafizykę, docierało fizycznie do jego ciała, gdy absolutnie pochłonięty każdym jednym bodźcem czuł jak niecierpliwość, ciekawość jego osoby i mieszanka niebezpiecznej obsesji gładziła go po włosach, skórze twarzy oraz wyprostowanym stoicko szkielecie.
Doceniał każdą sekundę ich spotkania.
…I chętnie tutaj wracał pod byle pretekstem.
— Ratujesz mnie kolejny raz, Westhall.
Ręka wplotła się w krępacji w kępę włosów, gdy uśmiechnął się wdzięcznie, drugą, wolną dłonią odbierając od niego kluczyki samochodu, które zaraz schował do kieszeni. Potrzebował między nimi ram. Z tego samego powodu nigdy nie przekroczył tej wyraźnie dystansującej ich granicy, zwracając się do niego bezosobowo lub tytułując go wyłącznie nazwiskiem.
— Mam wrażenie, że jeszcze trochę, a klocki hamulcowe sypnęłyby się do cna — dodał, co wcale nie było prawdą. Klocki były w porządku, ale dawno już przestał zwracać uwagę na to, czy jego wymówki brzmią przy mechaniku wiarygodnie, co czyniło ich kontakt zagmatwanym i prostym jednocześnie.
Lenny przyjeżdżał tu dla niego, a Lysander ten fakt musiał w jakiś sposób akceptować, bo w innym przypadku dawno już by go wyprosił.
— Potrzebuję jeszcze czegoś… — zastygł w oczekiwaniu na to, co sam zdecyduje się przy nim powiedzieć. Powinien ograniczyć się do: olej hamulcowy już się kończy, od czego zaczął pół roku temu, witając go w warsztacie po raz pierwszy. Zamiast tego mieszanka niezdrowej fascynacji zaczynała w nim buzować, spiętrzona przez ich każde poprzednie spotkanie, każdy jeden zapamiętany u Lysa gest i każdą jedną aprobatę jego obecności.
Nigdy nie usłyszał o d m o w y. I nagle stało się to dla niego kluczowe.
Nawet zimne powietrze, ocierające się o jego płuca, nie ostudziło w nim kotła wewnętrznego chaosu, gdy rozchylił usta w informacji piorunująco kontrastującej do wcześniejszych jego uprzejmości, zarówno tych z dziś, jak i z innych jego wizyt. Był niepodobnie pewny tego co mówi, zważywszy na to, że mówił podobne rzeczy pierwszy raz w jego obecności:
— Pieprzysz się czasem z klientami... Lysander?
Słowa, ostre w treści, ale zadziwiająco miękko wypowiedziane, wydarły się z niego dokładnie w momencie, gdy podawał mu gotówkę. Tęczówki oczu nie zeszły wtedy z twarzy Lysandera nawet na moment. Ręka nie zadrżała we wstydzie, jakby swoje pytanie traktował jak część dialogu i pisanej przez siebie historii: coś z czego zaraz może zrezygnować, co może łatwo skreślić. Jednocześnie, zaraz po wypowiedzianych słowach, we wnętrzu jego ust zagrzała śmiałość.
Uśmiechnął się krótko, niemal prozaicznie, czerpiąc spokój z ciszy. Chwilowe milczenie między nimi (które równie dobrze mogło się dłużyć tylko w jego głowie) przerywał jedynie dźwięk piosenki z na wpół wyciszonego radia.
Lysander Westhall