Strona 1 z 1

Funny Seeing You Here

: wt wrz 01, 2026 11:30 pm
autor: Harris L. Morgan
02.



Recepcja miała tę szczególną właściwość, że niezależnie od pory dnia zawsze wyglądała, jakby właśnie wydarzyło się tam coś, czego nikt nie zdążył jeszcze uporządkować. Telefon dzwonił po raz trzeci w ciągu kilku minut, ktoś z administracji zostawił na blacie plik dokumentów, który najwyraźniej miał trafić zupełnie gdzie indziej, a przy stanowisku pielęgniarskim piętrzyły się kubki po kawie w ilości sugerującej, że połowa personelu zdążyła już zaliczyć co najmniej dwie przerwy, których oficjalnie nie było.

Harris stał oparty biodrem o krawędź biurka, przeglądając coś na tablecie, podczas gdy jedna z pielęgniarek przekopywała się przez stos papierów.
Powiedz mi, że to nie jest kolejna zmiana grafiku – odezwał się w końcu, nie podnosząc wzroku znad ekranu.
To nie kolejna zmiana grafiku.
Podniósł wzrok.
Brzmisz jak ktoś, kto właśnie ma mi powiedzieć, że jest.
To tylko lista sal i…
I? – Harris w końcu zerknął na nią z nieprzekonanym wyrazem twarzy.
I zmienili przydział. – Tym razem to Ruth nie podnosiła wzroku znad tabelki, którą był zainteresowany, ale w końcu podała mu kartkę. – Sala cztery idzie na dziewiątą, siódemka na jedenastą, a dwunastka ma zostać wolna do czasu zakończenia dezynfekcji.
Harris rzucił okiem na dokument.
– Kto to zatwierdził?
Nikt.
Świetnie.
Ale podobno ma być zatwierdzone.
Jeszcze lepiej.

Pielęgniarz stojący po drugiej stronie stanowiska parsknął śmiechem, nie odrywając wzroku od komputera. Harris spojrzał na niego znad kartki, ale zanim zdążył coś odpowiedzieć, usłyszał swoje imię z drugiego końca korytarza.
Masz może chwilę?
– To zależy. – Morgan odłożył kartkę razem z tabletem i odwrócił się w stronę mężczyzny powoli idącego w stronę biurka.
Od czego?
Od tego, czy zaraz poprosisz mnie o przysługę.
Poproszę.

W takim razie nie.
Śmiech przeszedł przez stanowisko pielęgniarskie, a Harris pokręcił głową z rozbawieniem. Zgranie się z zespołem szpitala nie zajęło mu bardzo długo, choć nie do końca jeszcze pamiętał imiona swoich znajomych po fachu. Za to wiedział, z kim może zażartować i gdzie nie zostawić kubka z kawą, jeżeli chciał go ponownie znaleźć.
Niech ci będzie. O co chodzi?
Ale nie usłyszał odpowiedzi.
Jego wzrok przesunął się ponad ramieniem lekarza w stronę otwartych podwójnych drzwi prowadzących na ER. Najpierw zauważył tylko sylwetkę. Drobną, częściowo przysłoniętą przez przechodzącego pracownika, pojawiającą się na końcu korytarza i znikającą za rogiem. Przez moment nie zwrócił na nią większej uwagi. Szpital był pełen ludzi, których nie znał. Pacjentów, rodzin, studentów, personelu z innych oddziałów.
A jednak coś w sposobie, w jaki się poruszała, sprawiło, że spojrzał ponownie.
Znajome. Nie potrafił jeszcze powiedzieć, dlaczego.
Tylko tyle, że znał tę sylwetkę.
I że zdecydowanie nie spodziewał się jej tutaj zobaczyć.
Przepraszam, muszę, ehm... – Rozproszył się i spojrzał na mężczyznę przed sobą. – Wrócimy do tematu. Znajdę cię za jakąś godzinę, dobra? – Poklepał go po ramieniu i ominął po prawej ruszając w stronę oddziału. Musiał się tylko upewnić…

Cobie Takeda

Funny Seeing You Here

: czw wrz 03, 2026 8:54 am
autor: Cobie Takeda
Lekarz minął ją w drzwiach, zostawiając Cobie samą z wystraszoną nastolatką leżącą w szpitalnym łóżku.
- Hej... - uśmiechnęła się ciepło i zbliżyła do dziewczynki, spojrzeniem wskazując na miejsce w nogach łóżka.
- Mogę? - zapytała.
W odpowiedzi dostała nieme pokiwanie głową, więc przysiadła na krawędzi, skupiając swoją uwagę na buzi dziewczyny. Otarcia na policzku, podbite oko, rozcięta warga. Obandażowane przedramię, wenflon w nadgarstku. Nie chciała nawet myśleć o obrażeniach, których nie było widać.
Przez chwilę patrzyły sobie w oczy.
- Chcesz mi opowiedzieć o tym, co się stało? - zapytała, a w oczach nastolatki pojawiły się łzy, kiedy przecząco pokręciła głową.
- Dobrze. Nie musisz mówić teraz wszystkiego. Ale muszę ci zadać kilka pytań, żebym mogła znaleźć tych, którzy ci to zrobili.
Usta nastolatki zadrżały, a po policzkach zaczęły spływać łzy, kiedy zaczęła szlochać...


***


- Co z nią? - Cobie zapytała lekarza, który akurat pilnował oddziału ratunkowego.
Wydawała się smutna, choć próbowała ukryć to za zawodową powagą. Historia, którą usłyszała, była cholernie bolesna. Dziewczyna zauroczyła się przez internet, zakochała po kilku randkach, a potem została brutalnie wykorzystana przez obiekt swoich westchnień i sprzedana...
- Ma liczne obrażenia. Nic zagrażającego życiu, ale obchodzili się z nią ostro. Wezwaliśmy do niej psychologa, niedługo powinien przyjść.
Twarz Takedy na moment rozświetlił uśmiech.
- Wiesz, co tam się stało?
- Facet, który ją uwiódł, sprzedał jej dziewictwo komuś "ważnemu". - ostatnie słowo wypowiedziała z ostrym przekąsem, a na jej ustach odmalował się grymas obrzydzenia. - Rodzice zgłosili jej zaginięcie tydzień temu. Mamy też kilka innych zgłoszeń...
Wyjaśniła, a lekarz sam się skrzywił, nie wiedząc, co powiedzieć.
- Dbajcie o nią... Postaram się później wpaść.
Na chwilę zapadła cisza, aż w końcu doktor zdecydował się zmienić nastrój spotkania.
- Hej, Cobie... Daj się w końcu namówić na tego drinka. Nawet Ty potrzebujesz oderwać się od rzeczywistości. - uśmiechnął się rozbrajająco, co sprawiło, że kobieta delikatnie parsknęła śmiechem.
- Już Ci mówiłam, nie umawiam się z lekarzami!
- Ale dlaczego? Ratujemy życie!
- I to zawsze będzie dla was najważniejsze, a ja nie lubię być druga... - uśmiechnęła się pod nosem i uniosła dłoń na pożegnanie, po czym ruszyła powolnym krokiem w kierunku parkingu.
- Łamiesz mi serce, Takeda! - krzyknął jeszcze za nią, ale pokręcił ostatecznie głową i odwrócił się, by wrócić do swojej pracy.
Jego spojrzenie zatrzymało się na idącym przez oddział Harrisie. Kiwnął mu głową na przywitanie i zabrał się za przeglądanie kart pacjentów.
Cobie czuła na sobie czyjeś spojrzenie w ten trudny do zdefiniowania sposób. Kiedy masz doświadczenie, że świat nie jest różowym miejscem pełnym pluszu i cukrowych pianek, łapiesz się na tym, że jesteś czujny, nawet jeśli tego nie potrzebujesz. Tuż przy drzwiach na ostry dyżur odwróciła się i napotkała spojrzenie Harrisa.
Jej oczy na ułamek sekundy rozszerzyły się, a serce zabiło mocniej. Ciało szarpnęło się, jakby chciało kontynuować exodus, tylko już znacznie szybciej. Z trudem się przed tym powstrzymała, czując, jak na jej szyi pojawia się rumieniec, koniecznie chcący wejść na twarz.
- Hej... - powiedziała cicho na przywitanie, ale w tej chwili z pomocą przyszedł zespół ratunkowy, wjeżdżając między nich z noszami, na których leżał poszkodowany w wypadku.
Niewiele się zmieniła, może jej oczy nieco przygasły od tamtego czasu. Rysy nieco się wyostrzyły, tracąc nastoletnią miękkość, ale dalej wyglądała na delikatną i filigranową. I to mimo odznaki i broni wiszącej przy pasie. Cobie była gliniarzem...

outfit
Hello there!

Funny Seeing You Here

: sob wrz 05, 2026 3:20 pm
autor: Harris L. Morgan
Harris chciał się tylko upewnić.
Przynajmniej taki był plan, dopóki nie znalazł się kilka kroków od drzwi oddziału ratunkowego i nie zobaczył jej wyraźniej.
Przez chwilę nic się nie wydarzyło. Nikt nie zatrzymał się, nie ucichły rozmowy, świat nie zrobił mu tej uprzejmości, żeby choć na moment zwolnić. Wręcz przeciwnie. Ktoś przemknął obok z naręczem dokumentacji, pielęgniarka wychyliła się z jednego z pomieszczeń i rzuciła coś do kolegi po drugiej stronie korytarza, a w tle co chwilę odzywał się telefon. Typowy dzień na SOR-ze, wystarczająco dużo chaosu, żeby nikt nie zwracał uwagi na jednego stojącego przez sekundę zbyt długo lekarza.
A jednak Harris przez tę jedną sekundę patrzył tylko na nią.
Cobie.

Nazwisko Takeda pojawiło się w jego głowie niemal automatycznie, zaraz za nim wspomnienie jej brata, wspólnych wieczorów, mieszkań, w których zawsze było o jedną osobę za dużo, i tych wszystkich sytuacji, w których Cobie pojawiała się gdzieś obok nich. Młodsza siostra jego przyjaciela. Dziewczyna, którą znał właściwie od lat.
Której dawno nie widział.
I zdecydowanie nie spodziewał się zobaczyć jej tutaj.

Jego wzrok przesunął się na chwilę po jej mundurze, odznace, kaburze. To było chyba najbardziej oczywiste potwierdzenie, że czas rzeczywiście zrobił swoje. W jego pamięci nadal istniało kilka wersji Cobie naraz, młodsza, rozgadana, pojawiająca się w drzwiach bez zapowiedzi, siedząca gdzieś obok nich podczas kolejnego wieczoru, który miał skończyć się znacznie wcześniej. Teraz stała przed nim jako policjantka.
A potem podniosła wzrok.
I to wystarczyło.
Harris zauważył, jak jej oczy się rozszerzyły, zanim jeszcze zdążyła cokolwiek powiedzieć. Przez krótką chwilę miał nawet myśl, że może powinien się wycofać. Dać jej chwilę. Udawać, że wcale nie szedł tutaj specjalnie. Problem polegał na tym, że byłoby to wyjątkowo głupie.
Zwłaszcza że już go zauważyła.
Kącik jego ust drgnął lekko, bardziej z niedowierzania niż rozbawienia.
– Hej – powiedział w końcu. Proste słowo zabrzmiało dziwnie znajomo.
Zrobił jeszcze jeden krok, ale wtedy między nimi pojawił się zespół ratunkowy z pacjentem na noszach. Harris odruchowo odsunął się pod ścianę, robiąc im miejsce, i przez kilka sekund obserwował tylko, jak szpitalny świat znowu zaczyna działać według własnych zasad.
Kiedy nosze przejechały dalej, Cobie nadal tam była.
– Cobie – dodał, jakby dopiero teraz upewnił się, że to rzeczywiście była ona. – Dawno się nie widzieliśmy.
Prawdopodobnie najbezpieczniejsze zdanie, jakie mógł w tej chwili powiedzieć. Bo przecież nie zamierzał zaczynać od tego, że wygląda inaczej. Ani od pytania, co robi w jego szpitalu.
Ani – tym bardziej – od wspominania czegokolwiek, co mogłoby zabrzmieć tak, jakby pamiętał ją odrobinę zbyt dobrze.

A pamiętał.


Cobie Takeda

Funny Seeing You Here

: pn wrz 07, 2026 11:44 am
autor: Cobie Takeda
Nosze i chaos związany z ostrym dyżurem dały Cobie ułamek sekundy na to, żeby mogła uciec. Tylko że ona nie była już tamtą nastolatką, która musiała wypić zdecydowanie za dużo, żeby podejść do chłopaka, który jej się podobał. Nawet jeśli przy nim znowu tak się poczuła. Podniosła główkę hardo, patrząc mu prosto w oczy.
- That's my name... - uśmiechnęła się szelmowsko, próbując tym samym ukryć rumieńce, które pojawiły się na jej twarzy.
Technicznie rzecz biorąc, to było przezwisko. Pewnie skrót "Jay" pasowałby znacznie lepiej do Jacoby. Ale przezwisko, które nadał jej właśnie Harris, przylgnęło do niej jak druga skóra. Trzymała się go uparcie od momentu, kiedy on zaczął ją tak nazywać, strofując nawet rodziców, że nie chce być już Jay... Chce być Cobie.
Cisza, choć krótka, była dla niej niezręczna, więc skupiła się na poprawianiu podwiniętych rękawów swojej koszuli. Brakowało tylko, żeby ściągnęła gumkę i zaczęła nerwowo poprawiać koński ogon. Jeśli Harris pamiętał za dużo szczegółów, to na pewno też pamiętał to, że robiła tak, kiedy się denerwowała.
Zachichotała pod nosem, delikatnie kręcąc głową.
- Dawno... Ale na swoją obronę, ostatnio zrobiłam bardzo złe wrażenie...
No i chwilę potem zaręczyłeś się, wziąłeś ślub i wyjechałeś do innego kraju. To są wydarzenia, które zazwyczaj ucinają kontakt albo powodują właśnie to, że się długo nie widzimy. Zmarszczyła brwi, widząc, że za drzwiami oddziału robi się jakieś dziwne zamieszanie. I w jednej chwili, na jego oczach, z nieco nerwowej, rozgadanej dziewczyny zmieniła się w metr pięćdziesiąt determinacji i energii, która mówiła "tylko spróbuj, a nakopię ci do dupy". Oczywiście nie było to skierowane do niego...
- Poczekaj... - ruchem dłoni potwierdziła swoje słowa, które bardziej brzmiały jak polecenie niż prośba, po czym wyszła przez drzwi, by z zaskoczeniem zobaczyć lamę nerwowo skaczącą po parkingu pomiędzy ludźmi, którzy próbowali ją złapać.
Panie Doktorze :kwiatek:

Funny Seeing You Here

: wt wrz 08, 2026 7:33 pm
autor: Harris L. Morgan
Jej słowa zdążyły jeszcze zawisnąć między nimi w niezręcznej ciszy, kiedy Cobie nagle ruszyła w stronę drzwi, a on przez krótką chwilę patrzył za nią, zbity z tropu. Czuł się, jakby właśnie stracił kontrolę nad rozmową, zanim ta na dobre się zaczęła.

Ostatnio zrobiłam bardzo złe wrażenie.
To też pamiętał. Oczywiście, że pamiętał. Chociaż nie był pewien, czy chciał się w to zagłębiać. Na pewno nie chciał dociekać, czy drobna wzmianka była przytykiem czy sugestią, że powinni o tym porozmawiać. Zbyt dużo działo się dookoła. Z nową pracą, mieszkaniem i zbliżającym się powoli terminem ostatniego spotkania z prawnikami… Nie miał głowy do kolejnej poważnej rozmowy. Poza tym, jakiej rozmowy? Nie było niczego, co wymagałoby dodatkowego wyjaśnienia. Wziął ślub, który był w planach, poszedł do szkoły medycznej, życie potoczyło się dalej, każde z nich poszło swoją drogą, a kolejne lata zwyczajnie zrobiły swoje.
Mimo wszystko chciał coś odpowiedzieć. Zrobił krok za nią w stronę drzwi na zewnątrz.
Cobie, ja… – przerwał.
Najpierw usłyszał jakieś podniesione głosy dochodzące z parkingu. Potem zobaczył grupę ludzi, która zdecydowanie nie wyglądała jak personel medyczny próbujący sprawnie przetransportować pacjenta. Ktoś biegł. Ktoś inny machał rękami. Jedna z osób zatrzymała się gwałtownie, najwyraźniej próbując przewidzieć kierunek ucieczki czegoś, czego Harris początkowo nawet nie potrafił rozpoznać. A potem to coś skręciło.
Harris zatrzymał się w pół kroku.
...co?
Lama.
Na parkingu przed oddziałem ratunkowym stała lama.
Przez moment po prostu na nią patrzył, jakby jego mózg potrzebował dodatkowych kilku sekund, żeby zaakceptować ten widok. Nie był pewien, czy właśnie miał halucynacje, czy może długie zmiany w szpitalu wreszcie zaczęły zbierać swoje żniwo.
Spojrzał na Cobie, która już zdążyła wejść w tryb działania. Ta sama kobieta, która jeszcze przed chwilą nerwowo poprawiała rękawy i najwyraźniej zastanawiała się, czy powinna w ogóle z nim rozmawiać, teraz poruszała się z absolutną pewnością siebie i determinacją wypisaną na twarzy. Harrisowi przyszło do głowy, że właściwie niewiele rzeczy mogło lepiej podsumować jego powrót do Toronto.
Przez ostatnie kilka tygodni zdążył pracować w dwóch różnych szpitalach, znaleźć psa w środku nocy, trafić z nim do remizy strażackiej, spotkać po latach ludzi, których zdecydowanie się tam nie spodziewał, a teraz oglądał policjantkę, którą pamiętał jeszcze jako młodszą siostrę swojego najlepszego przyjaciela, próbującą złapać lamę na parkingu SOR-u.
Westchnął cicho.
Oczywiście – mruknął bardziej do siebie niż do niej. Nie zamierzał jej zostawić samej z tym absurdalnym obrotem sprawy.
Wyszedł i, omijając ją po prawej, zatrzymał się o krok z przodu.
Czy powinienem zapytać, skąd się tutaj wzięła – wskazał ruchem głowy na lamę – czy to jest jedna z tych rzeczy, których lepiej po prostu nie wiedzieć? – Kącik jego ust uniósł się lekko. – Chociaż przyznam, że nie spodziewałem się, że pierwsza rozmowa po tylu latach zacznie się od pościgu za lamą.
Zrobił jeszcze kilka kroków w stronę parkingu.
Dopiero z bliska zauważył, że większość ludzi zdążyła już odsunąć się na bezpieczną odległość. Kilka osób stało pod ścianą budynku, ktoś przyglądał się całemu zamieszaniu przez szybę, a pozostali najwyraźniej uznali, że skoro pojawiła się policjantka, zwierzę przestało być ich problemem.
Harris rozejrzał się, próbując zorientować się, co właściwie powinien teraz zrobić.
Lama natomiast najwyraźniej nie miała podobnych rozterek. Stała kilka metrów przed nim i spoglądała prosto w jego stronę. Przez krótką chwilę oboje najwyraźniej oceniali sytuację.
Nie – powiedział cicho, choć sam nie wiedział, czemu właściwie się sprzeciwia. Lama zrobiła krok w jego stronę.
Spokojnie… – Plunęła mu prosto w twarz, a Harris znieruchomiał. Przez kilka sekund na parkingu panowała absolutna cisza. Powoli otarł twarz dłonią, spojrzał na to, co zostało na jego palcach, a potem uniósł wzrok na lamę.
Dobrze. – Zamilkł na krótką chwilę. – Chyba rozumiem, dlaczego wszyscy się odsunęli.




Cobie Takeda

Funny Seeing You Here

: wt wrz 08, 2026 8:53 pm
autor: Cobie Takeda
Bo nie było o czym rozmawiać... Cobie aż nadto dobrze pamiętała to zdarzenie, chociaż usilnie wmawiała sobie, że była nawalona i nic nie powinna pamiętać, a Harris to już na pewno dawno o wszystkim zapomniał.
Ale mimo wszystko dobrze pamiętała tę imprezę. Brakowało jej tylko kilku miesięcy do osiemnastki, Harris kończył swoje studia i za chwilę miał się wyprowadzić. To była jedyna szansa, ale bała się tego ruchu tak strasznie, że przy każdej krótkiej rozmowie z nim musiała mieć w ręku drinka. Którego piła zdecydowanie zbyt szybko, zwłaszcza że przez nerwy niczego tego dnia nie jadła. A potem... Kiedy już było jej wszystko jedno, znalazła go na korytarzu piętra, złapała za rękę i pociągnęła do łazienki. Tam, niewiele myśląc, zarzuciła mu ramiona na szyję i pocałowała go. Mocno... Zionąc za dużą ilością rumu. Do tej pory nie mogła na niego patrzeć. W sensie na rum...

Takeda też stała jak wryta, nie bardzo wiedząc, jak reagować na spokojnie kicającą sobie w kółeczko lamę. Czy lamy kicają?
- Amm... - sięgnęła po radio, żeby wezwać wsparcie. - 5-Bravo-13... Jestem w Mount Sinai Hospital i mamy tutaj...
Zawahała się, by spojrzeć na Harrisa wielkimi oczami, ale nie widząc żadnego wsparcia, podniosła znów radio do ust i dodała:
- Chyba nie mamy kodu na lamę...
Obserwowała, jak zwierzak powoli podchodzi do lekarza. Jej dłoń równie powoli oparła się na pistolecie.
Tfu!
Oczy Cobie zrobiły się jeszcze większe niż przed momentem, kiedy lama bez żadnych ceregieli po prostu napluła w twarz Harrisowi. Biedaczek wyraźnie miał pecha do kontaktów z siostrą swojego przyjaciela. Piętnaście lat temu ta omal nie upiła go swoim oddechem, a potem spędziła długie godziny przy muszli klozetowej. A teraz, piętnaście lat później, został opluty przez zwierzaka słynącego ze swojej celności w pluciu.
- ...która pluje na ludzi. Można uznać, że jest agresywna? - zapytała dyspozytora przez radio, a potem zapadła cisza w eterze.
Zdecydowanie za długa jak na tę sytuację, ale jakże zrozumiała.
- 5-Bravo-13. Chcesz powiedzieć, że opluła Cię lama?
- Negative... Ale opluła jednego z lekarzy.
Znów chwila milczenia z drugiej strony.
- 5-Bravo-13. Wysyłamy do Was Animal Services. Stand by!
- Copy that!
Zdjęła dłoń z pistoletu, upewniając się, że zwierzak ogranicza się do opluwania ludzi, którzy podchodzą zbyt blisko.
- Proszę się odsunąć, ta lama nie jest agresywna, pewnie tylko ostrzega... - ale co ty możesz o tym wiedzieć, Takeda?
Przecież nie jesteś jakimś peruwiańskim szerpą, który ma doktorat z zajmowania się lamą. Już sama ta sytuacja wydawała się lamerska.
- Po prostu pozwólcie jej sobie... Hasać? - tak, z braku lepszego słowa, to wydawało się najlepsze.
Podeszła do Harrisa, próbując powstrzymać śmiech. I nawet na chwilę jej się to udawało, ale za każdym razem, kiedy patrzyła w te jego zdezorientowane, piękne oczy, kolejne parsknięcie wyrywało jej się z ust, mimo że usilnie przygryzała wargi.
Damn! Czy ja właśnie pomyślałam, że ma piękne oczy?
- Wszystko gra? - zapytała, wracając spojrzeniem na zwierzaka, który strzyknął śliną właśnie na innego przechodnia.
Llama Doctor :lama:

Funny Seeing You Here

: śr wrz 09, 2026 1:46 pm
autor: Harris L. Morgan
Harris przez kilka sekund stał bez ruchu, pozwalając, żeby resztki godności, które jeszcze chwilę wcześniej próbował zachować, spłynęły mu po twarzy razem ze śliną. Słyszał, jak Cobie próbuje powstrzymać śmiech. Jego odpowiedzią było ironiczne wywrócenie oczami. Otarł twarz rękawem i spojrzał na lamę.
Pierwsza, zupełnie automatyczna reakcja była bardziej zawodowa niż rozsądkowa. Ocena sytuacji. Odległość. Zachowanie zwierzęcia. Możliwe drogi wycofania. Czy ktoś jeszcze znajduje się w jej zasięgu? Dopiero kiedy uznał, że poza wyjątkowo nieprzyjemnym sposobem komunikowania się lama nie stanowi w tej chwili bezpośredniego zagrożenia, pozwolił sobie na westchnienie.

Dobrze – mruknął. – To już wiemy, czego nie robić. – Nie podchodzić, nie wykonywać gwałtownych ruchów, nie próbować jej łapać. Proste. Zrobił jeden powolny krok w bok, a zwierzę zrobiło to samo. Zatrzymał się. Ona też. Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. – Naprawdę?
Kolejny krok. Lama ruszyła za nim. Harris zmrużył lekko oczy, tym razem już bardziej z rozbawienia niż z ostrożności. – Chyba mnie polubiła. – Rozłożył ręce i wsadził je w kieszenie scrubsów, które będzie musiał zmienić, kiedy tylko opanują sytuację.
Właśnie wtedy, patrząc na Cobie z radiem przy pasku, przypomniał sobie ostatni rok swoich studiów. Nie konkretne wydarzenie, raczej cały tamten okres. Ich wspólną grupę znajomych, mieszkania, w których zawsze było o jedną osobę za dużo, spontaniczne wyjścia i wieczory, które miały skończyć się godzinę wcześniej. Cobie pojawiała się wtedy właściwie wszędzie. Czasami siedziała cicho gdzieś obok, a czasami wystarczyło kilka minut, żeby przejęła całą uwagę grupy. Na pewno przejmowała całą uwagę Morgana.
Teraz wyglądała inaczej. Była starsza, pewniejsza siebie, miała mundur, odznakę i radio. Ale ten sposób reagowania na absurdalną sytuację był zaskakująco znajomy.

Harris ledwie zdążył wrócić myślami na parking, kiedy lama pochyliła głowę. Tym razem zauważył to od razu. Jego postawa zmieniła się niemal niezauważalnie. Wyprostował się, przestał patrzeć na zwierzę jak na osobliwą ciekawostkę i skupił na nim całą uwagę. Lama zrobiła krok.
Nie cofnął się gwałtownie. Ustawił się lekko bokiem i zwiększył dystans, odsuwając się odrobinę od Takedy, jednocześnie upewniając się, że za nim nie ma nikogo, na kogo zwierzę mogłoby skierować swoją uwagę.
Kolejny krok.
Tym razem lama ruszyła szybciej.
Harris również się wycofał, spokojnie i zdecydowanie, kierując się w stronę wolniejszej części parkingu. Lama przyspieszyła, a Harris zrobił kolejne dwa kroki. I wtedy zwierzę zatrzymało się tak nagle, jakby nic się nie wydarzyło. Przez moment patrzył na lamę w milczeniu.
W porządku – powiedział w końcu. – Przyjmuję do wiadomości, że masz bardzo konkretne granice osobiste. – Spojrzał na Cobie. – Czy mamy jakiś plan?
Nie brzmiał na szczególnie zaniepokojonego. Bardziej jak człowiek, który właśnie znalazł się w sytuacji, na którą zdecydowanie nie przygotowała go żadna z jego specjalizacji.
Mój osobisty plan to nie dać się opluć po raz drugi…



Cobieee

Funny Seeing You Here

: śr wrz 09, 2026 9:24 pm
autor: Cobie Takeda
Na pewno przejmowała całą uwagę Morgana.
Ale nie na tyle, by coś z tym zrobić... Fakt, przez większość ich znajomości Cobie była tylko namolnym dzieciakiem, którego było absolutnie za dużo w ich okolicy? Bo jak można nazwać inaczej pięciolatkę, która na siłę chce wejść do fortu z poduszek budowanego przez dziesięciolatków? A kiedy już z rozkazu rodziców taka pięciolatka wchodzi do fortu, to oczywiste, że wszystko rozwala... Na przykład jedną ze ścian...
Albo jak inaczej myśleć o chudej i małej dwunastolatce, która donosi rodzicom na swojego brata i jego przyjaciela, że nielegalnie kupili fajki i piwo? Oczywiście z czystej troski o nich, ale mimo wszystko to musiało być upierdliwe.
A co, jeśli ta sama dziewczyna nagle zaczyna nosić sukienki i wygląda w nich naprawdę dobrze? Ale jest grubo poniżej osiemnastu lat, jest siostrą przyjaciela? Co z tego, że jej oczy szukają tylko tego jednego spojrzenia? Co z tego, że każdy chłopak jest tylko po to, by wywołać zazdrość u tego jednego chłopaka? Co z tego, że kiedy już zebrała się na odwagę i go pocałowała, zaraz potem wygrał z nią rum? Można było to wszystko zwalić na timing, ale... Czy byłaby to prawda?
- Przepraszam! - odpowiedziała ze szczerym zażenowaniem, kiedy przyłapał ją na tym śmiechu.
Obserwowanie Harrisa w wersji zaklinacza lam było naprawdę... Ciekawe. Tym bardziej, że zwierzak wyraźnie się rozjuszył, kiedy Takeda próbowała podejść do lekarza. Uspokoił się dopiero, kiedy Harris odsunął się od niej o kilka kroków.
- Dobra wiadomość jest taka, że wydajesz się panować nad... Sytuacją. - zauważyła, po czym lama na moment przeniosła spojrzenie na nią.
Cobie pokręciła głową, ostrzegawczo mrużąc przy tym oczy.
- Nie odważysz się... - mruknęła, widząc tę złośliwą satysfakcję, jaka pojawiała się na pysku tego stworzenia.
No może to była nadinterpretacja, ale litości. Skoro Cobie była upokorzona przy ostatnim spotkaniu z nim, to teraz, dla odmiany, mogłoby się skończyć na jego upokorzeniu.
Rozumiejąc jednak kontekst, wycofała się znów o kilka kroków i zatrzymała dziecko, które koniecznie chciało podbiec do tego "ładnego konika".
- Wezwałam Animal Services, za chwilę przyjadą...
W tym momencie odezwał się trzask radia.
- 5-Bravo-13, jaki status? Bo widzisz, Takeda... Z zoo uciekła masa zwierzaków i chłopaki mają pełne ręce roboty. Jesteś w stanie zapędzić lamę w kozi róg?
- Co? - odpowiedziała, zapominając o tym, żeby sięgnąć po radio.
Dopiero po chwili odpowiedziała.
- Dispatch, tu 5-Bravo-13. Wiecie coś na temat lam? Co lubią jeść albo czy są agresywne? - zapytała, obserwując Harrisa i jego elegancki taniec z lamą.
Uśmiechnęła się pod nosem, zatrzymując wzrok na moment na jego pośladkach. Zaraz jednak potrząsnęła głową i zaczęła się rozglądać za miejscem, w którym zwierzaka można byłoby tymczasowo aresztować.
- Cholera wie... Może marchew? - odpowiedziało radio. - Natomiast musicie uważać, bo one plują.
- No to już wiemy...
- Ale jak poczuje się naprawdę zagrożona, to potrafi pluć treścią żołądka...
Cobie aż skrzywiła się na to wyobrażenie. Chociaż ponownie obrzyganie Harrisa miałoby coś romantycznego w swojej klamrowej konstrukcji.
- Dispatch? Za ile przyjedzie Animal Services?
Chwila ciszy...
- Takeda, oni teraz gonią lwa... W razie czego weźmiesz prysznic!
- Copy that...
Przypięła radiotelefon ponownie do swojego paska i znów zaczęła się rozglądać za sposobem uziemienia zwierzaka.
- Hej, może macie tutaj jakieś zamykane zaplecze? Dziedziniec? Cokolwiek, gdzie możemy ją zagonić?
I skąd, do cholery, wezmę marchew?
:lama:

Funny Seeing You Here

: wt wrz 15, 2026 3:23 am
autor: Harris L. Morgan
Tak – przytaknął jej wcześniejszym słowom z całkowitą powagą (i tylko odrobiną ironii). – Zdecydowanie panuję nad sytuacją. W stu procentach.
Harris przez chwilę przyglądał się jeszcze parkingowi, próbując znaleźć w całym tym chaosie coś, co można było potraktować jako rozwiązanie problemu, a nie jego kolejną warstwę. Lama wciąż stała kilka metrów dalej, najwyraźniej niezainteresowana tym, że na obrzeżach placu zebrała się coraz większa grupa ludzi, za to podejrzanie zainteresowana wszystkim, co robił on. W oddali ktoś nadal próbował ustawić samochody tak, żeby nie blokowały wyjazdu, a przy wejściu do SOR kolejni pracownicy wychylali się ostrożnie, jakby liczyli na to, że sytuacja rozwiąże się sama. Jednocześnie słuchał informacji płynących z radia. Zoo. Inne zwierzęta.
– Gonią lwa? – Wtrącił na głos, żeby upewnić się, że dobrze usłyszał, ale ostatecznie, kiedy radio zamilkło, a Cobie spojrzała na niego pytająco, nie bardzo wiedział, gdzie mogliby znaleźć miejsce, żeby zagonić zwierzę, czekając na Animal Services.
Mamy coś takiego – odezwała się w końcu stojąca nieopodal pielęgniarka, wskazując na drugi koniec parkingu. – Po remoncie została tam tymczasowa metalowa barierka. Robotnicy jeszcze jej nie zabrali.
Harris odwrócił głowę w tamtą stronę i rzeczywiście ją zobaczył. Kilka metalowych przęseł stało oparte o siebie przy krawędzi parkingu, najwyraźniej pozostawionych tam po zakończeniu prac przy nawierzchni. Nie była szczególnie imponująca, ale w tej chwili miała jedną bardzo istotną zaletę – dało się z niej zrobić granicę, której lama prawdopodobnie nie uznałaby za osobistą obrazę.
To już brzmi jak plan – powiedział, po czym zerknął na Cobie.
Kącik jego ust drgnął lekko, zanim znów spojrzał na zwierzę. Przysunięcie barierek w odpowiednie miejsce powinno pozwolić im ograniczyć lamie przestrzeń bez konieczności zbliżania się do niej bardziej, niż było to absolutnie konieczne. To wystarczało. Nie zamierzał przecież osobiście negocjować z nią warunków kapitulacji.
Ruszył w stronę barierek, wybierając drogę, która pozwalała mu zachować odpowiedni dystans. Lama, ku jego niezadowoleniu, ruszyła za nim.
Oczywiście – mruknął bardziej do siebie niż do kogokolwiek. – Bo dlaczego miałaby zostać tam, gdzie ją zostawiłem.
Dopiero kiedy sięgnął po pierwsze przęsło, poczuł na sobie spojrzenie Cobie. Było w tym coś znajomego, choć sama sytuacja była tak absurdalna, że trudno było znaleźć dla tego uczucia odpowiednie miejsce. Przez lata zmieniło się wystarczająco dużo, żeby ich ponowne spotkanie powinno być po prostu niezręcznym przypadkiem, krótką rozmową między ludźmi, którzy kiedyś znali się dobrze, a potem przestali się widywać. Tymczasem wystarczyło kilka minut stojących naprzeciwko siebie, żeby pomiędzy zwyczajnymi słowami pojawiło się coś, czego nie potrafił nazwać. Tak samo jak kiedyś, kiedy młodsza siostra przyjaciela powoli przestawała być tylko młodszą siostrą.
Harris odwrócił wzrok pierwszy, skupiając się na metalowej barierce i na tym, żeby nie dać lamie kolejnego powodu do uznania go za osobę godną szczególnego zainteresowania. Jak dotąd miała zaskakująco wiele powodów.


Cobie :lama:

Funny Seeing You Here

: śr wrz 16, 2026 11:36 am
autor: Cobie Takeda
Cobie momentalnie podchwyciła propozycję pielęgniarki i zaczęła organizować kolejnych ludzi, którzy mogliby pomóc. Zresztą pielęgniarka też ruszyła z pomocą i za chwilę zaczęła powstawać prowizoryczna zagroda dla lam. Przez moment oboje byli niczym bohaterowie westernu! W sumie to nawet miło byłoby odjechać sobie razem ku zachodzącemu słońcu i rozpaczy pozostawionej za sobą zakochanej lamy.
Znów z rozbawieniem przyglądała się temu, jak zwierzak podąża za swoim wybrankiem krok w krok. Nie było żadnej dyskusji, lama się zakochała. Nawet miała wdzięczny obiekt tej miłości. Szkoda, że był zajęty!
Prace budowlane trwały chwilę, bo przez moment był problem z utrzymaniem przęseł w pionie, ale, jak się okazało, jeden z gapiów był pracownikiem budowlanym i wytłumaczył im, że są jeszcze takie obciążniki na dole, w które trzeba wstawić ogrodzenie.
Cobie bawiła się w tej sytuacji zdecydowanie za dobrze jak na policjantkę, która była świadkiem brutalnej ślinowej napaści, a potem wymuszenia relacyjnego w postaci lamiego stalkingu. Nie mogła jednak powstrzymać śmiechu, kiedy podczas budowania zagrody za bardzo zbliżyła się do Harrisa i otarła o niego ramieniem. Puchaty stwór wparował między nich, rozpychając parę na boki. No tak! Teren trzeba było oznaczyć!
- Może powinieneś ją zabrać do domu? Może dbają o trawniki tak samo dobrze jak owce? - zaproponowała rozwiązanie, ale grzecznie wycofała się, wcale nie chcąc dostać strzykiem z pyska.
- To jak chcesz to zrobić? - zapytała, kiedy wreszcie zagroda była gotowa i pospinana zaczepami, a lama dalej sobie hasała, czujnie obserwując wybranka.
- Obawiam się, że będziesz musiał ją wprowadzić do środka, a potem na szybko wyskoczyć. - pokiwała głową, sama aprobując swój plan. - Może być niebezpiecznie... Ugryzienia lamy źle się goją.
Naprawdę starała się utrzymać ten żart w poważnym tonie, żeby chociaż na chwilę jej uwierzył, ale w końcu parsknęła śmiechem, nie mogąc dalej ogarnąć tej absurdalnej sytuacji.
- Ok, jesteś gotowy? - zapytała, stając po drugiej stronie bramy, żeby szybko ją zamknąć.
:lama: