Strona 1 z 1

for further evaluation

: śr wrz 02, 2026 7:01 pm
autor: Clea Delacroix
Wieczór w końcu zaczął przypominać wieczór, a nie kolejną pozycję na liście rzeczy do odhaczenia. Dopiero kiedy dom ucichł, ostatnie kroki dzieci przestały być słyszalne na schodach, a w kuchni zostało tylko ciepłe, przygaszone światło, Clea poczuła, że naprawdę może zwolnić. Cały dzień był pełen drobiazgów, które osobno nie znaczyły właściwie nic, ale zebrane razem potrafiły człowieka porządnie zmęczyć. Strzelnica, zakupy, gotowanie, dzieci, pranie, sprzątanie, odkładanie rzeczy na miejsce, przypominanie sobie o rzeczach, o których wszyscy inni zdążyli zapomnieć. Nawet podczas obiadu trudno było jej całkowicie odpuścić — wystarczyło, że coś stało nie tam, gdzie powinno, żeby automatycznie to poprawiła. Taki już miała charakter. Dom mógł być pełen ludzi, rozmów i bałaganu, a ona i tak gdzieś z tyłu głowy miała listę rzeczy, które jeszcze należało zrobić. Teraz jednak lista mogła poczekać. Przesunęła palcami po krawędzi blatu, upewniając się zupełnie bez potrzeby, że nie została na nim żadna mokra plama. Dopiero wtedy odpuściła. W zmywarce powoli kończył się cykl, pranie było rozwieszone, kuchnia wyglądała przyzwoicie, a reszta domu mogła sobie spokojnie poradzić bez jej nadzoru przez kilka godzin. To ostatnie było chyba najtrudniejsze. Clea potrafiła znaleźć sobie zajęcie nawet wtedy, kiedy absolutnie nie było takiej potrzeby. Gdyby ktoś zapytał ją kilka godzin wcześniej, czy ma jeszcze coś do zrobienia, bez większego problemu wymieniłaby przynajmniej pięć rzeczy. Teraz natomiast spojrzała na kuchnię i po raz pierwszy od dawna pomyślała, że naprawdę nie musi już niczego poprawiać.
Otworzyła lodówkę i przez moment zawahała się przed półką z napojami. W końcu wyjęła piwo, które wcześniej kupili dla Renoira, a zaraz potem sięgnęła po swoją butelkę wina. Drogiego, oczywiście. Skoro już miała spędzić wieczór w domu i rzeczywiście odpocząć, mogła przynajmniej zrobić to porządnie. Butelkę postawiła na blacie, a następnie zerknęła na cztery piwa, które zostały w opakowaniu. Cztery. Jej wzrok zatrzymał się na nich odrobinę dłużej. Cztery musztardy. Cztery śmietany. Teraz cztery piwa. Przez chwilę miała ochotę się roześmiać. Dzisiejsze zakupy zaczynały wyglądać jak jakiś bardzo dziwny eksperyment społeczny, w którym ich małżeństwo miało udowodnić, ile rzeczy można wrzucić do koszyka, zanim człowiek przy kasie zacznie żałować wszystkich swoich życiowych decyzji.
Wiesz, że jak się tak nad tym zastanowić, to te zakupy były trochę niepokojące? — odkręciła butelkę wina i nalała sobie do kieliszka. Nie za dużo. Tyle, żeby rzeczywiście było przyjemnie, a nie żeby następnego dnia musiała się zastanawiać, po co właściwie tak szybko opróżniła butelkę. Kieliszek przez chwilę pozostał w jej dłoni, kiedy spojrzała na zakupione wcześniej zapasy.
Cztery musztardy, cztery śmietany... — zrobiła krótką pauzę — Zaczynam się zastanawiać, czy przypadkiem nie próbujemy przygotować się na jakąś katastrofę gospodarczą. — upiła łyk wina i oparła się wygodniej o blat. Smak był dokładnie taki, jakiego oczekiwała. Dobry, głęboki, trochę zbyt dobry jak na zwykły wieczór w kuchni, ale właśnie dlatego zdecydowała się go kupić. Czasami można było wydać więcej pieniędzy tylko po to, żeby później usiąść w ciszy i mieć poczucie, że człowiek zrobił coś dla siebie. A dzisiejszy dzień zdecydowanie na to zasługiwał. Strzelnica wróciła do niej w myślach niemal od razu. Nie sam wynik, chociaż ten oczywiście nadal trochę ją uwierał. Bardziej cała ich dziecinna rywalizacja, która z każdą kolejną rundą robiła się coraz mniej poważna. Jedenaście punktów. Tyle dokładnie zabrakło jej do zwycięstwa. Niby niewiele, a jednak wystarczająco dużo, żeby Renoir dostał argument, którym zapewne zamierzał ją męczyć jeszcze przez najbliższe kilka dni. Zwłaszcza po tym, jak bardzo spodobało mu się tytułowanie go panem nadinspektorem. Clea uśmiechnęła się pod nosem. To akurat zamierzała wykorzystać.
Właściwie powinnam ci chyba pogratulować jeszcze raz. — uniosła kieliszek odrobinę wyżej, jakby wznosiła toast — Za wielkie zwycięstwo. Jedenaście punktów przewagi. Wynik, który z pewnością przejdzie do rodzinnych annałów. — brzmiała przy tym tak poważnie, że sama ledwo powstrzymała uśmiech. Wzięła kolejny łyk wina, pozwalając sobie przez chwilę po prostu stać i niczego nie robić. Bez prania. Bez sprzątania. Bez sprawdzania, czy dzieci przypadkiem czegoś nie zostawiły. Bez myślenia o tym, co będzie jutro. Przynajmniej przez kilka minut. Potem jednak przypomniała sobie coś jeszcze.
Chociaż jest jedna rzecz, której nadal nie rozumiem. — odstawiła kieliszek i skrzyżowała ręce na piersi — Te twoje trzydzieści trzy punkty. — kącik ust drgnął jej w rozbawieniu — Bardzo ciekawy wynik. Szczególnie biorąc pod uwagę, jak pewny siebie byłeś później. — nie zamierzała robić z tego wielkiej sprawy. Właściwie właśnie dlatego ją to bawiło. Przegrała i doskonale o tym wiedziała, ale skoro Renoir tak bardzo lubił swoje statystyki, to chyba musiał się liczyć z tym, że żona od czasu do czasu przeprowadzi własną analizę danych. Sięgnęła po butelkę i dolała sobie odrobinę wina, po czym spojrzała na nią z miną osoby, która właśnie wpadła na wyjątkowo ważny pomysł.
Może powinnam zacząć prowadzić ci osobną tabelę. — tym razem uśmiech był już wyraźniejszy. — Wyniki ze strzelnicy, czas potrzebny na zakupy, liczba kupionych musztard, śmietan i innych absolutnie niezbędnych produktów... — zawiesiła głos, przyglądając mu się przez moment znad kieliszka. Pomysł, który przed chwilą rzuciła dla żartu, zaczynał jej się podobać coraz bardziej, zwłaszcza że można było go przecież odpowiednio rozszerzyć — I oczywiście statystyki pozostałych dziedzin życia. Skoro już tak lubimy liczby. — to ostatnie powiedziała zupełnie spokojnie, choć kącik jej ust uniósł się odrobinę wyżej. Nie trzeba było nawet mówić wprost, o jakie dziedziny chodziło. Wystarczyło pozostawić trochę miejsca na domysły. Clea doskonale wiedziała, że czasami właśnie to działało najlepiej. Odstawiła kieliszek na blat, ale nie odsunęła się od niego. Zamiast tego poprawiła luźno opadające pasmo włosów, a potem ponownie spojrzała w jego stronę. W spojrzeniu pojawiło się coś zaczepnego, ten charakterystyczny błysk, który zwykle oznaczał, że żart jeszcze się nie skończył.
Właściwie mogłabym być bardzo skrupulatna. — dodała — Data, godzina, wyniki... ocena wykonania. Wszystko profesjonalnie. Bez taryfy ulgowej, panie nadinspektorze. — upiła kolejny łyk wina, jak gdyby właśnie powiedziała coś zupełnie niewinnego. Dopiero po chwili pozwoliła sobie na mały uśmiech — Chociaż przy niektórych pozycjach chyba musiałabym prowadzić osobną rubrykę na wymówki. — nie wytrzymała i parsknęła cichym śmiechem. Przez moment jeszcze obracała kieliszek w dłoni, obserwując przez szkło odbijające się w nim światło kuchennej lampy. Po całym dniu wreszcie nie musiała się spieszyć. Mogła stać tutaj, pić swoje wino i zwyczajnie drażnić człowieka, który najwyraźniej zbyt łatwo dawał się sprowokować.
Tylko ostrzegam, panie nadinspektorze. — powiedziała po chwili, tym razem ciszej, z rozbawieniem wyraźnie słyszalnym w głosie. — Jeżeli zaczniemy prowadzić takie statystyki, może się okazać, że dzisiejsze jedenaście punktów przewagi wcale nie będzie pana największym osiągnięciem. — przez chwilę pozwoliła, żeby ostatnie słowa zostały między nimi. Potem uniosła kieliszek do ust, a kiedy napiła się wina, na jej twarzy wciąż błąkał się ten sam, zdecydowanie zbyt niewinny uśmiech.

Renoir Delacroix

for further evaluation

: czw wrz 03, 2026 11:18 pm
autor: Renoir Delacroix
Powrót do domu oznaczał jeszcze kilka zwyczajnych obowiązków, zanim mogli naprawdę odetchnąć. Zakupy trzeba było rozpakować, część rzeczy schować do lodówki, a resztę poukładać w szafkach. Renoir przy okazji zrzucił z siebie kurtkę i rzucił ją gdzieś na oparcie krzesła, za co pewnie później usłyszałby opierdziel od żony, gdyby nie miał wystarczająco dużo szczęścia. Nie zauważyła. Potem było szybkie ogarnięcie się po całym dniu, kilka słów zamienionych w korytarzu i w końcu kuchnia. Dzieciaki oczywiście przypomniały sobie o jedzeniu dokładnie wtedy, kiedy oboje myśleli, że mogą już usiąść. Trzeba było więc jeszcze coś przygotować, podgrzać, sprawdzić, czy każdy dostał to, co chciał. Neia była nieobecna, bo najwyraźniej miała własne plany na wieczór i balowała gdzieś ze znajomymi. Co prawda miała 22 lata, ale rodzice muszą wiedzieć co robi!
Ostatecznie jednak udało się usiąść przy stole razem. Renoir nawet przez chwilę próbował wmówić dzieciakom, że trzy musztardy kupione w sklepie były absolutnie niezbędnym elementem rodzinnej kolacji, ale szybko odpuścił, kiedy zobaczył ich miny. Sam zjadł porządnie, popił wodą i dopiero wtedy poczuł, jak bardzo był zmęczony. Cały dzień niby nic wielkiego - strzelnica, zakupy, dom - a jednak człowiek po wszystkim miał ochotę po prostu usiąść i przez godzinę się nie ruszać. Później jeszcze trochę posiedzieli w kuchni, pogadali o dzieciach, o jutrzejszych obowiązkach i o tym, co trzeba zrobić. Zwyczajny wieczór. Taki, którego nie trzeba było specjalnie planować.
Dopiero kiedy Clea zaczęła swoje kolejne wyliczanie, Renoir uniósł brwi i spojrzał na nią znad własnego kubka. Cztery musztardy, cztery śmietany, wyniki ze strzelnicy, czas zakupów. A potem jeszcze te jej „pozostałe dziedziny życia”. No pięknie. Najwyraźniej kobieta naprawdę postanowiła zrobić z jego życia arkusz kalkulacyjny.
- Po pierwsze, Clea, cztery śmietany były zabezpieczeniem strategicznym. Po drugie, cztery musztardy były zasadne, ale jak zwykle stwierdziłaś, że zrobisz mi po złości . A po trzecie... - przerwał na moment, przyglądając jej się z coraz większym rozbawieniem. - Jeżeli zamierzasz prowadzić mi tabelę z pozostałych dziedzin życia, to mam tylko jedną prośbę. Bez fałszowania wyników. Jestem człowiekiem służb mundurowych, dokumentacja musi być rzetelna.
Sam oczywiście doskonale wiedział, że właśnie daje jej kolejną okazję do zaczepki. Ale trudno. Skoro zaczęła, to nie zamierzał się wycofywać. Tym bardziej że cały ten jej ton z „panem nadinspektorem” bawił go zdecydowanie bardziej, niż chciał przyznać. Kiedy temat ponownie wrócił do trzydziestu trzech punktów, pokręcił tylko głową.
- Trzydzieści trzy też się liczą. To nadal wynik. A poza tym wygrałem cały pojedynek jedenastoma punktami, więc proponuję, żeby pani nie skupiała się tak rozpaczliwie na jednej rundzie. Dajmy już spokój. Przegrałaś, sromotnie.
Później temat siłą rzeczy zaczął się rozmywać. Wino Clei powoli znikało z kieliszka, jego piwo z butelki, a rozmowa przeskakiwała z jednego tematu na drugi. Jeszcze trochę się podpuszczali, jeszcze kilka razy wróciła strzelnica i jego nieszczęsne trzydzieści trzy punkty, ale w końcu zmęczenie zrobiło swoje. Kiedy dzieciaki zaczęły znikać po kolei na górze, Renoir również nie miał już specjalnej ochoty na dalsze siedzenie. Poszli spać później, niż planowali, ale za to bez budzika w głowie i bez poczucia, że muszą jeszcze coś koniecznie zrobić. Dom wreszcie ucichł.

Kilka godzin później było już grubo po piątej. Renoir ocknął się bez większego powodu i przez pierwsze sekundy leżał nieruchomo, patrząc w ciemność. Nie był nawet specjalnie zmęczony. Właściwie przeciwnie. Spało mu się całkiem dobrze i czuł się w miarę wyspany. Tylko żołądek postanowił najwyraźniej poinformować go, że nocny odpoczynek ma swoje granice. Najadł się do syta, ale nadal był głodny. Zbyt wcześnie na śniadanie, prawda?
Przekręcił się na bok, westchnął i zerknął jeszcze w stronę śpiącej obok Clei. Popatrzył na jej wykrzywioną twarz przez moment i zaśmiał się pod nosem. Śpiący ludzie byli zabawni. Następnie wysunął się spod kołdry, przeciągnął krótko i po cichu wyszedł z sypialni. Tak myślał, bo idąc walnął ręką o szafkę, wydając z siebie głośny syk. Na sobie miał tylko gacie, ale o tej godzinie naprawdę nie widział powodu, żeby przejmować się czymś takim. Dom był cichy, dzieci spały, a on miał jeden bardzo konkretny problem do rozwiązania. Jedzenie. Zszedł na dół i podreptałł do kuchni, mrużąc oczy od światła, które włączył tylko nad blatem. Otworzył lodówkę. Przez chwilę patrzył do środka bez większego przekonania, przesuwając wzrokiem po półkach.
- No dobra... co my tu mamy...
Wyjął jedną rzecz, popatrzył na nią, odłożył. Sięgnął po kolejną. Nic nie wyglądało wystarczająco dobrze jak na godzinę piątą rano. Podrapał się odruchowo po jajkach, zastanawiając się co by zjeść. Finalnie skończyło się na studenckiej jajecznicy. Zamknął lodówkę i przez chwilę stał z rękami opartymi na biodrach. Po sekundzie otworzył ją ponownie.
- Kurwa, jestem głodny.
Tym razem postanowił potraktować sprawę poważnie. Zaczął przeglądać zawartość lodówki dokładniej, szukając czegoś, co da się zjeść bez robienia połowy obiadu o świcie. W końcu jego wzrok zatrzymał się na kilku rzeczach, które mogły się do czegoś przydać. Sięgnął po nie i zaczął układać je na blacie, nadal w samych gaciach, z włosami potarganymi po spaniu i miną człowieka, który właśnie dostał najważniejsze zadanie tego poranka. Co ułożył na blacie? Dwa jogurty, borówki i mleko. Szybki szejk? Chyba tak!

Clea Delacroix

for further evaluation

: pt wrz 04, 2026 11:44 pm
autor: Clea Delacroix
Sen urwał się jej zdecydowanie zbyt wcześnie i zdecydowanie zbyt gwałtownie. Głuchy stuk gdzieś na dole, potem charakterystyczny syk i cisza wystarczyły, żeby Clea otworzyła oczy i przez kilka długich sekund patrzyła w ciemność, próbując przypomnieć sobie, gdzie właściwie jest. Głowa była ciężka, w ustach miała nieprzyjemną suchość, a za oczami czaiło się lekkie pulsowanie. Wczorajsze wino najwyraźniej postanowiło przypomnieć o sobie dokładnie wtedy, kiedy udało jej się wreszcie porządnie zasnąć. Nie był to kac, który zwalałby człowieka z nóg, raczej irytująca pozostałość po kilku kieliszkach wypitych zdecydowanie zbyt przyjemnie jak na późną porę. Sięgnęła po telefon i spojrzała na godzinę. 5:07. Przez moment miała ochotę po prostu naciągnąć kołdrę na głowę i wrócić do snu, szczególnie że po wczorajszym dniu naprawdę potrzebowała odpoczynku. Kolejny, cichszy odgłos dochodzący z dołu skutecznie jednak wybił ją z tego pomysłu. Westchnęła, podniosła się z łóżka i narzuciła na siebie szlafrok. Włosy pozostawały w kompletnym nieładzie, oczy jeszcze lekko przymknięte, a pierwsze kroki po schodach wykonywała z miną osoby, która zdecydowanie nie zamierzała dziś rano być szczególnie miła dla świata. Światło w kuchni było już zapalone. Zatrzymała się w przejściu, opierając na chwilę dłoń o framugę, i dopiero wtedy zobaczyła Renoira. Stał przy blacie z gotowym już szejkiem, potargany po spaniu i w samych gaciach, jakby była to najbardziej naturalna rzecz na świecie o piątej rano. Przez krótką chwilę po prostu mu się przyglądała. Senność mieszała się z rozbawieniem, a gdzieś pomiędzy jednym a drugim pojawiła się myśl, że nawet z lekkim bólem głowy trudno było narzekać na taki widok. Kącik jej ust uniósł się leniwie.
Powiedz mi, że przynajmniej naprawdę umierałeś z głodu. — odezwała się w końcu, a zachrypnięty po śnie głos zabrzmiał ciszej niż zwykle. — Bo jeśli obudziłeś mnie o piątej rano tylko po to, żeby zrobić sobie szejka, będę musiała poważnie porozmawiać z osobą odpowiedzialną za zakłócanie ciszy nocnej. — podeszła bliżej, spoglądając na przygotowany napój. Jogurt, borówki, mleko. Całkiem niewinna kombinacja, szczególnie w porównaniu z tym, czego można było spodziewać się po mężczyźnie, który jeszcze kilka godzin wcześniej twierdził, że wygrał z nią strzelnicę z miażdżącą przewagą. Oparła się biodrem o blat i skrzyżowała ręce na piersi, przez moment przyglądając mu się z rozbawieniem. Głowa nadal lekko ją pobolewała, dlatego nie miała zamiaru robić sobie teraz kawy na pusty żołądek. Woda zdecydowanie bardziej by się przydała. Mimo to nocna scena była zbyt absurdalna, żeby przejść obok niej obojętnie.
Widzę, że już sobie poradziłeś. — zerknęła na napój, potem znowu na niego. — Cała ta nocna wyprawa do kuchni zakończyła się sukcesem. Jestem pod wrażeniem. — przez chwilę milczała, pozwalając sobie jeszcze raz przesunąć spojrzeniem po jego sylwetce. Tym razem nawet nie próbowała udawać, że robi to przypadkiem. Wczorajsze wino nadal przyjemnie rozgrzewało jej ciało, choć jednocześnie zostawiło po sobie tę lekką ciężkość w głowie. Była zmęczona, trochę rozespana i zdecydowanie mniej zdystansowana niż zazwyczaj. Może właśnie dlatego uśmiech, który pojawił się na jej ustach, był nieco bardziej bezczelny. Podeszła bliżej, zerkając na szejka. Nie wyglądał źle. Wręcz przeciwnie, wszystko wskazywało na to, że Renoir zdążył już rozwiązać swój problem, podczas gdy ona dopiero próbowała przypomnieć sobie, jak się nazywa i dlaczego stoi w kuchni o piątej rano. Sięgnęła po szklankę, nalała sobie wody i wypiła kilka łyków, czując natychmiastową ulgę. — Widzę jednak, że sprawa została opanowana. — rzuciła, spoglądając na gotowy napój. — Jeszcze chwila i pewnie zacząłbyś robić kanapki dla całej rodziny. — oparła się biodrem o blat, nie spiesząc się z powrotem na górę. W kuchni było przyjemnie cicho, a przygaszone światło sprawiało, że wszystko miało w sobie coś miękkiego i spokojnego. Przez chwilę obserwowała go bez słowa, pozwalając sobie na ten zwyczajny, małżeński moment. Wspólny dom, piąta rano i mąż stojący przed nią w samych gaciach, który najwyraźniej uznał, że głód jest ważniejszy od snu. — Wiesz, co jest najgorsze? — odezwała się po chwili. — Że nawet nie mam siły się na ciebie porządnie złościć. — uśmiechnęła się szerzej i przysunęła odrobinę bliżej, zatrzymując się przy blacie. — Chociaż chyba znalazłam rozwiązanie. — jej spojrzenie znów zjechało na chwilę niżej, po czym wróciło do jego twarzy. — Skoro już mnie obudziłeś, powinieneś chyba ponieść jakieś konsekwencje. — lekko przechyliła głowę, a na jej ustach pojawił się ten sam zaczepny uśmiech — Nie martw się, nie wymyślę niczego strasznego. — powiedziała spokojnie — Na początek wystarczy, że dasz mi trochę swojego szejka. W końcu skoro wyrwałeś mnie z łóżka, chyba należy mi się jakaś rekompensata. — sięgnęła po stojącą obok szklankę, ale zamiast od razu nalać sobie czegokolwiek, spojrzała na niego z rozbawieniem. Wino nadal lekko szumiało jej w głowie, senność mieszała się z przyjemnym ciepłem, a rozsądek podpowiadał, że powinna wrócić pod kołdrę. Tyle że rozsądek od pewnego czasu przegrywał z ciekawością zdecydowanie zbyt często. — Chociaż... — mruknęła ciszej. — Jeżeli zamierzasz wyglądać tak o piątej rano, to chyba rzeczywiście będę musiała zacząć częściej schodzić na dół. - podeszła i pocałowała go w policzek.

Renoir Delacroix

for further evaluation

: sob wrz 05, 2026 7:25 pm
autor: Renoir Delacroix
Clea. Obudziła się. Zlazła do niego. Renoir wiedział, że ma przechlapane. Robił co mógłby zdążyć przed jej przyjściem, ale niestety poległ. Jego żona pojawiła się w kuchni, ale mimo to na twarzy mężczyzny pojawił się uśmiech. Przyjrzał jej się uważniej. Potargane włosy, szlafrok narzucony najwyraźniej w pośpiechu, lekko zaspane spojrzenie i ten szczery uśmiech, który zawsze witał na jej twarzy gdy zaczynała się z nim droczyć. Renoir znał ją wystarczająco długo, żeby wiedzieć, kiedy Clea tylko żartuje, a kiedy naprawdę jest bezczelna do cna. Zdecydowanie bardziej podobała mu się ta pierwsza wersja.
- Aha... czyli jednak nie jesteś zła. - mruknął w końcu.
Odstawił szklankę na blat i podszedł bliżej. Nie spieszył się. Zatrzymał się tuż przed nią, przez chwilę patrząc jej w oczy, jakby próbował ocenić, ile jeszcze może sobie pozwolić. Wczorajsze wino, senność i ta absurdalna godzina sprawiały, że oboje byli zdecydowanie mniej poważni niż zwykle.
Pocałunek w policzek był krótki, ale wystarczył, żeby na jego twarzy pojawił się szeroki, nieco senny uśmiech. Jeszcze kilka minut temu walczył z głodem i zastanawiał się, czy zrobić sobie coś konkretnego do jedzenia. Teraz coraz bardziej wyglądało na to, że zawartość lodówki zeszła na dalszy plan.
Położył dłoń na jej boku i lekko ścisnął ją przez materiał szlafroka. Najpierw niewinnie, ale zaraz potem przesunął palcami odrobinę i krótko połaskotał ją w bok. Na jego twarzy od razu pojawiło się rozbawienie, jakby właśnie zrobił coś niezwykle sprytnego. I fajnego.
- Sama mnie do tego zachęcasz.
Nie odsunął się. Przeciwnie, objął ją luźno i przyciągnął trochę bliżej. Przez moment po prostu stał tak, ciesząc się tą dziwnie spokojną chwilą. Wpatrzony był jej piękne oczy, jednocześnie obserwując każdy kawałek jej twarzy. Kuchnia była cicha, gdzieś z góry nie dochodził żaden dźwięk, a światło nad blatem było jedynym naprawdę mocnym punktem w całym domu. Cała reszta pozostawała pogrążona w półmroku.
Renoir zerknął na stojący obok szejk, potem znowu na Cleę. Zaśmiał się cicho pod nosem, bo sytuacja była zwyczajnie absurdalna. Człowiek schodzi do kuchni o piątej rano, żeby coś zjeść, a pięć minut później zamiast pić swój szejk stoi przytulony do żony i zastanawia się, czy w ogóle pamięta, po co tu przyszedł.
Pochylił się po chwili i pocałował ją, dosyć konkretnie jak na taką godzinę. Nie śpieszył się, po prostu miał ochotę też okazać jej wdzięczność, że jest. Kochał ją.
- Szejka ci dam. - odstąpił od żony i sięgnął po szklankę a następnie podał jej ją do ręki. - W końcu należy ci się rekompensata za pobudkę.
Uśmiechnął się pod nosem. Jego spojrzenie na moment zjechało niżej, zdecydowanie za nisko, po czym wróciło do jej twarzy. Nie trzeba było wiele mówić. Oblizał górną wargę, ale nic jeszcze nie mówił. Oboje doskonale wiedzieli, że ten poranek zaczął się od głodu, ale bardzo szybko znalazł sobie kilka innych tematów. Poniekąd też związanych z głodem!
- Słuchaj... A nie chcesz tego "szejka" z dwudziestocentymetrowej rurki?
Przez moment milczał, patrząc na żonę i czekając na jej reakcję. Oglądał ją od dołu do góry. W sumie też był głodny, więc jeśli Clea będzie miała ochotę to też może zjeść „coś innego”.
- Chyba, że wolisz zacząć dzień w inny sposób.
Starał się być poważny i romantyczny, chociaż był bardziej cringe'owy. Renoir parsknął cicho, jeszcze raz musnął dłonią jej bok, przejeżdżając palcem wokół jej talii.

Clea Delacroix

for further evaluation

: ndz wrz 06, 2026 2:06 pm
autor: Clea Delacroix
Śmiech wyrwał jej się zupełnie odruchowo, kiedy jego palce przemknęły po boku, choć w pierwszej chwili próbowała jeszcze zachować resztki powagi. Złapała go za nadgarstek, bardziej z przyzwyczajenia niż rzeczywistej potrzeby powstrzymania go, i pokręciła głową z niedowierzaniem. Jeszcze kilka minut temu była przekonana, że zejście na dół o piątej rano będzie jednym z tych momentów, za które później będzie miała ochotę wystawić mu rachunek. Teraz coraz trudniej było jej pamiętać, że w ogóle miała być zła. Ciepło jego dłoni przez materiał szlafroka, bliskość ciała i ten rozbawiony wyraz twarzy skutecznie odbierały jej resztki wojowniczej postawy.
Jesteś naprawdę niemożliwy. — mruknęła, choć uśmiech na jej ustach zdecydowanie nie pasował do wypowiedzianych słów. Nie odsunęła się, kiedy ją objął. Wręcz przeciwnie, pozwoliła sobie oprzeć dłoń na jego ramieniu, a kiedy ich spojrzenia spotkały się na dłużej, cała ta absurdalna godzina przestała mieć jakiekolwiek znaczenie. Dom spał, dzieci były na górze, świat za oknami jeszcze nawet nie zdążył się obudzić, a oni stali w kuchni jak dwoje ludzi, którzy nagle zapomnieli, że pięć minut wcześniej powodem całego zamieszania był zwyczajny głód. Pocałunek sprawił, że na moment zupełnie zabrakło jej odpowiedzi. Nie dlatego, że ją zaskoczył. Po prostu po tylu latach wciąż potrafił zrobić coś tak prostego i jednocześnie tak skutecznego, że wszystkie przygotowane riposty nagle przestawały mieć znaczenie. Przez krótką chwilę została blisko, czując na sobie jego obecność i to znajome, przyjemne napięcie, które pojawiało się między nimi znacznie częściej, niż oboje pewnie chcieliby przyznać. Cholera, naprawdę go kochała. Ta myśl przyszła bez żadnego wielkiego wzruszenia, zwyczajnie i spokojnie, jak coś oczywistego. Właśnie dlatego nawet po tylu latach potrafił jednym pocałunkiem rozbroić kobietę, która przez większość życia miała wszystko pod kontrolą. Kiedy podał jej szklankę z szejkiem, przyjęła ją bez słowa i upiła kilka łyków. Smak był zaskakująco dobry. Uniosła wzrok znad szklanki, a kącik jej ust zadrżał w rozbawieniu.
Przyznaję. Rekompensata całkiem przyzwoita. — odstawiła szklankę na blat, nie wypuszczając jej jednak z dłoni — Chociaż zaczynam podejrzewać, że niekoniecznie o taki rodzaj rekompensaty ci chodziło. — tym razem to ona pozwoliła sobie na dłuższe spojrzenie. Bez pośpiechu, bez udawania, że nie rozumie jego intencji. Wczorajsze wino zostawiło w niej jeszcze odrobinę przyjemnego rozluźnienia, lecz tym razem to nie alkohol odbierał jej ostrożność. Zbyt dobrze znała tego mężczyznę. Zbyt dobrze wiedziała, co oznaczało to spojrzenie i ten ton. Kiedy padła propozycja „dwudziestocentymetrowej rurki”, przez sekundę patrzyła na niego w absolutnym milczeniu, jakby próbowała zdecydować, czy powinna się śmiać, czy jednak udawać oburzoną. Ostatecznie wygrało pierwsze. Krótki śmiech wymknął się jej z gardła, a głowa pokręciła się z rozbawieniem.
Ty naprawdę nie potrafisz zostawić jednej rzeczy w spokoju, prawda? — zapytała cicho. Odstawiła szklankę na blat, tym razem już świadomie skracając dzielącą ich odległość. Dłoń, która wcześniej spoczywała na jego ramieniu, przesunęła się wyżej, aż zatrzymała się przy jego karku.
Poza tym, panie nadinspektorze... — zawiesiła głos, przyglądając mu się z tym znajomym, zaczepnym uśmiechem — chyba pamiętasz, że już raz poruszyliśmy temat dwóch minut. — przez moment pozwoliła mu patrzeć na siebie bez żadnego dalszego wyjaśnienia. Wystarczyło to, co już między nimi padło. Wczorajsze żarty wracały teraz w zupełnie innym kontekście, a świadomość tego sprawiała, że uśmiech Clei robił się coraz bardziej bezczelny.
Nie wiem, czy rozsądnie jest do niego wracać, skoro sam tak chętnie dajesz mi kolejne argumenty. — szepnęła, po czym musnęła ustami jego policzek, tym razem jednak nie odsuwając się od razu. Została blisko, z dłonią wciąż opartą na jego karku, czując, jak senność całkowicie gdzieś znika. O piątej rano rozsądek powinien był podpowiadać jej powrót do łóżka, szklankę wody i jeszcze kilka godzin snu. Zamiast tego stała przed własnym mężem, rozbudzona bardziej niż po porannej kawie, i coraz wyraźniej dochodziło do niej, że nocna wyprawa po szejka rzeczywiście miała kilka niespodziewanych zalet.
Wiesz co? — powiedziała po chwili, spoglądając mu prosto w oczy — Chyba jednak nie mam ochoty wracać jeszcze do łóżka. — uśmiechnęła się lekko, przesuwając kciukiem po jego karku — Zwłaszcza że sam przed chwilą zasugerowałeś, że masz jakiś inny sposób na rozpoczęcie dnia. — w jej głosie nie było już nawet próby ukrycia prowokacji. Ciepło, które wcześniej przypisywała winu, teraz zdecydowanie pochodziło skądinąd.
Więc słucham, nadinspektorze. — odezwała się cicho, nie odrywając od niego spojrzenia. Przez chwilę jeszcze pozwoliła, żeby między nimi wisiała ta pełna napięcia cisza, po czym rozwiązała pasek szlafroka i bez większego namysłu zsunęła go z ramion, zostawiając go obok na oparciu krzesła. Wcale nie wyglądała już na kobietę, którą kilka minut wcześniej wyrwano ze snu i która zeszła do kuchni z bólem głowy. Senność zniknęła gdzieś bezpowrotnie, zastąpiona tym charakterystycznym błyskiem w oczach, który Renoir znał aż za dobrze. Dłoń ponownie znalazła się na jego karku, przyciągając go bliżej, a na ustach Clei pojawił się lekko bezczelny uśmiech — Skoro już tak bardzo nalegałeś na rozpoczęcie dnia w inny sposób... chyba byłoby niegrzecznie odmówić.

Renoir Delacroix

for further evaluation

: ndz wrz 06, 2026 6:09 pm
autor: Renoir Delacroix
Jeszcze niedawno stał przy lodówce, głodny jak wilk i przekonany, że największym problemem tego poranka będzie znalezienie czegoś do jedzenia. Teraz jego uwaga całkowicie oderwała się od stojącego na blacie szejka. Zwłaszcza kiedy Clea tak bezczelnie przypomniała mu o dwóch minutach. Wcale tak nie było. Niedorzeczne kłamstwo.
Kącik ust drgnął mu w rozbawieniu. Znał ten ton. Znał też ten uśmiech. I przede wszystkim wiedział, że właśnie dostał pozwolenie na dalsze drażnienie się z nią.
- Dwie minuty? - powtórzył spokojnie, jakby naprawdę zaczął analizować sytuację. - Lepiej dla ciebie. Klękniesz, kilka ruchów i po robocie, prawda?
Parsknął śmiechem pod nosem, bo sam nie potrafił potraktować własnego tekstu poważnie. Cała sytuacja była absurdalna. Piąta rano, kuchnia, szejk z jogurtu i borówek stojący samotnie na blacie, a oni zamiast wracać do łóżka najwyraźniej zaczynali dzień w zupełnie innym kierunku. Tym lepszym!
Renoir zrobił krok w jej stronę. Potem jeszcze jeden, aż między nimi praktycznie nie zostało miejsca. Przez moment nie mówił nic. Po prostu przyglądał się jej z tym swoim charakterystycznym, lekko rozbawionym spojrzeniem, jakby próbował zapamiętać tę chwilę na później. Wczorajsze żarty o statystykach, dwie minuty i wszystkie zaczepki nagle przestały być tylko żartami. Mało tego Clea postanowiła zdjąć z siebie szlafrok. To zaczynało mu się coraz bardziej podobać, a bokserki zaczynały powoli robić się ciasne.
Dłoń mężczyzny przesunęła się na jej talię, a druga oparła się o blat tuż obok stojącej szklanki. Szejk nadal czekał. Renoir zerknął na niego kątem oka i pokręcił głową z niedowierzaniem. Naprawdę przyszedł tutaj tylko po jedzenie. Kurde, walić ten szejk! Delacroix, masz lepsze rzeczy do roboty. Skończyło się zupełnie inaczej. Pochylił się, całując ją krótko, po czym cofnął się zaledwie na kilka centymetrów. Na jego twarzy pojawił się ten sam bezczelny uśmiech.
- Tylko potem nie mów, że nie ostrzegałem, pani Delacroix.
Reszta poranka mogła już spokojnie poczekać. Kuchnia była pusta, dzieci spały, a oni byli sami. Mężczyzna dobrze wiedział na co Clea liczyła. Nie miał zamiaru wyprowadzać jej z błędu i przeszedł do tego, co miał zamiar zrobić.
Chwycił ją w talii, solidnie. Nie minęła sekunda a szybko podniósł ją na blat kuchenny, by mogła na jego skraju siedzieć. Bezpiecznie i w sumie wygodnie. To nie było ich pierwsze rodeo, szczególnie w kuchni. Teraz liczyło się to, że „ochota” ich naszła.
- Może jakieś „smacznego”?
Mruknął w jej stronę, udając oburzenie. Ale nie miał zamiaru przerywać tego co zaczął. Trwało to dosyć szybko, bo miejsce w bokserkach się naprawdę kończyło, a trzeba jakoś rozgrzać żonę przed resztą planu. Renoir uklęknął przed nią, chwycił za nogawki satynowej piżamki i pociągnął je w dół, by zobaczyć co się za nimi kryje. Oczywiście dobrze wiedział! Znał swoją ulubioną kobiecą „przestrzeń” od nastu lat. Na usta aż się niosło ciche: hello there. Jednak Delacroix tego nie zrobił.
Gdy już ściągnął w niej spodenki, rozpoczął od pocałunków. Od kolan, czule, spokojnie i namiętnie. Szedł wyżej, nie przeszkadzało mu to, że kolana zaraz mu umrą. W końcu czterdzieści pięć lat robi swoje prawda? Cel miał inny niż nogi.

Clea Delacroix