Strona 1 z 1

dzień 19-sty

: śr wrz 02, 2026 7:08 pm
autor: raphael valencourt
five
win first and then go to war
Obrazek

Nie wiedział, kiedy zrozumiał, że miał otwarte oczy. Być może oczy otworzyły się znacznie wcześniej, a świadomość dopiero teraz zdołała przedostać się przez gęstą, lepką warstwę snu, który nie przypominał odpoczynku, lecz raczej miejsce, do którego człowiek zostawał wtrącony i z którego po przebudzeniu musiał wydostać się własnymi siłami. Ciemność zasłoniętych kotar szczelnie blokowała jakiekolwiek światło mogące wpaść do wnętrza pomieszczenia. Nie była to jednak zwyczajna nocna ciemność. Raphael znał ciemność nocy, znał ją z domów położonych daleko od miast, z zamkniętych samochodów prowadzonych leśnymi drogami, z pomieszczeń, w których światło gasło na życzenie człowieka stojącego po drugiej stronie drzwi. Ta była inna. Gęsta, niemal materialna, przyklejona do ścian, mebli i ciężkich fałd zasłon, tak że przez pierwszych kilka sekund miał wrażenie, iż leży nie w swoim łóżku, lecz gdzieś pod ziemią, w przestrzeni pozbawionej okien i czasu.
Odetchnął. Powoli. Powietrze dostało się do płuc z nieprzyjemną łatwością, jakby ciało przez wiele godzin zapomniało, że oddychanie było czynnością, której nie trzeba było wykonywać świadomie. Leniwie obrócił się na twardym materacu, a ruch ten wywołał w nim krótkie, głuche pulsowanie gdzieś za oczami. Nie był to ból. Jeszcze nie. Raczej ciężar, przypomnienie, że poprzedniego wieczoru świadomie przekroczył granicę między zwykłym zmęczeniem a snem wywołanym medycznym środkiem, który miał uciszyć organizm skuteczniej, niż potrafił zrobić to własną wolą. Pamiętał tabletki. Pamiętał szklankę wody. Pamiętał, że przez chwilę siedział na brzegu łóżka i patrzył na swoje odbicie w czarnym ekranie telefonu, zastanawiając się, czy człowiek może przyzwyczaić się do tego, że nawet odpoczynek wymagał od niego zastosowania przemocy wobec własnego umysłu. Potem pamięć urywała się niemal elegancko. Bez sceny końcowej. Bez zamknięcia kurtyny. Po prostu zniknęła.
Uniósł głowę o kilka centymetrów i natychmiast pożałował tego ruchu. Pokój zakołysał się w sposób subtelny, lecz wystarczający, aby musiał zacisnąć szczękę i zamknąć oczy. Czuł chłód na nagim torsie. Kołdra zsunęła się gdzieś poniżej bioder, pozostawiając mu tylko spodnie od piżamy. Przywykł do ubrań jako do kolejnej warstwy kontroli: koszula, marynarka, zegarek, buty, wszystko miało swoje miejsce i funkcję. Teraz miał na sobie jedynie miękkie spodnie, a jego ciało, którego nie musiał przed nikim tłumaczyć, było pozbawione wszystkich tych drobnych znaków społecznej przewagi, które w ciągu dnia czyniły z niego Raphaela Valencourta, człowieka posiadającego nazwisko, stanowisko i określone miejsce w szeregu. W ciemności pozostawał po prostu człowiekiem leżącym na łóżku. I może właśnie dlatego przez krótką chwilę nie chciał otworzyć oczu ponownie. Pomyślał, że istniała pewna ironia w tym, iż człowiek całe życie budował wokół siebie twierdzę, a potem potrzebował chemii, aby choć na kilka godzin przestać jej pilnować.
Ułożył prawe przedramię na twarzy, zupełnie jakby zasłaniał się przed światłem, lecz nic nie było. Ani blasku, ani poranka, ani nawet tej bladej poświaty, która zwykle przeciskała się przez szczeliny pomiędzy ciężkimi kotarami. Zamiast niej wyobraził sobie sufit. Wiedział, gdzie powinien znajdować się każdy jego element. Nad nim, w tej absolutnej czerni, wisiał jasny żyrandol, którego kryształy w ciągu dnia łapały promienie wpadające przez wysokie okna i rozbijały je na dziesiątki, setki drobnych refleksów. Nigdy nie lubił go szczególnie, choć pamiętał, że jako dziecko długo patrzył na jego odbicia na wypolerowanej posadzce. W ciemności wyobraźnia oddawała mu go jednak z niemal obsesyjną dokładnością: ramiona, kryształy, metal, ornamenty. Wiedział nawet, gdzie powinien pojawić się pierwszy promień, gdyby pozwolić porankowi wedrzeć się do środka. Tam, gdzie nie dostrzegał niczego, znał wszystko. I właśnie to poczucie było bardziej niepokojące od samej ciemności.
Przekręcił głowę w stronę okna. Nie widział go, ale wiedział, że było tam, za grubą warstwą materiału. Pokój był niemal dokładnie taki, jak zawsze: symetryczny, monumentalny, przesadnie piękny, a przez to pozbawiony czegoś, co zwykli ludzie nazywali przytulnością. Marmurowe kolumny, ciężkie dekoracyjne tkaniny, ciemne meble ustawione po obu stronach przestrzeni, lustra i ornamenty, które w świetle dnia tworzyły obraz niemal teatralny. Łóżko pod baldachimem wyglądało bardziej jak relikt dawnego dworu niż miejsce, w którym człowiek miał rzeczywiście spać. W tej chwili jednak cała ta architektura przestała być widzialna. Pozostała jedynie w jego pamięci.
Nie wiedział, jak długo spał. Mogło minąć parę godzin, mogła minąć cała noc, a po tym, jak długo ciało pozostawało pod wpływem leku, przez moment nie ufał nawet własnemu poczuciu czasu. Toronto powinno być za drzwiami, ze swoim zimnym powietrzem, odległym ruchem samochodów i światłem miasta, lecz nic z tego nie docierało do jego świadomości. Przez krótką chwilę nie wiedział nawet, czy rzeczywiście znajdował się w Kanadzie. Nazwy miejsc pojawiały się w jego głowie jak etykiety przyklejane do przedmiotów, których nie można było zobaczyć. Paryż. Samolot. Toronto. Hotel. Posiadłość. Noc. Wszystko mogło być prawdą, a jednocześnie nic nie posiadało ciężaru rzeczywistości. Ten stan przypominał mu coś, czego nauczył się dawno temu: że najbardziej skuteczną formą zamknięcia nie była ściana, lecz odebranie człowiekowi pewności, gdzie właściwie się znajdował. W opisach przemocy i kontroli, które czasem przewijały się przez lektury traktujące o traumie, sekretach i mechanizmach podporządkowania, powtarzał się motyw człowieka tracącego orientację, własną chronologię, poczucie tego, co było przed chwilą, a co wydarzyło się dawno temu. Nie potrzebował znać teorii, żeby rozumieć podstawową zasadę: człowiek bez pewności co do czasu stawał się łatwiejszy do przesunięcia w dowolnym kierunku.
Poruszył palcami. Najpierw lewej dłoni, potem prawej. Sprawdził, czy drżenie ustąpiło. Nieznaczne. Prawie niezauważalne. Mimo to zauważył je. Raphael zawsze zauważał rzeczy, które inni mogliby uznać za nieistotne. Właśnie dlatego przez lata nauczył się nie ufać własnemu ciału bardziej niż własnemu rozumowi. Ciało zdradzało. Ciało pamiętało. Ciało reagowało szybciej niż człowiek zdążył nadać reakcji znaczenie. Umysł natomiast można było ćwiczyć, dyscyplinować, karać, oszukiwać, przekonywać. Był bardziej posłuszny. A jednak teraz to ciało, ciężkie i opóźnione, mówiło mu prawdę, której nie chciał słyszeć: poprzedniej nocy był bezbronny.
I wtedy ją poczuł.
Nie usłyszał kroków. Nie usłyszał oddechu. Nie skrzypnęła podłoga. Nie poruszyła się klamka. Nic nie zdradziło jej obecności, a jednak świadomość Raphaela, już niemal całkowicie wyrwana ze snu, nagle skupiła się na jednym punkcie pomieszczenia. Po lewej stronie. Nieco dalej od łóżka. W miejscu, którego nie był w stanie zobaczyć.
Przez kilka sekund leżał nieruchomo.
Pierwszą reakcją nie był strach. Strach wymagałby pewności. To było coś bardziej pierwotnego: irytacja zmieszana z chłodnym zainteresowaniem. Ktoś wszedł do jego prywatnych pokoi. Ktoś zrobił to, kiedy spał. A jeśli nie słyszał wejścia, oznaczało to, że albo człowiek ten potrafił poruszać się wyjątkowo cicho, albo Raphael był pod wpływem środka wystarczająco długo, by nie zarejestrować momentu, w którym drzwi się otworzyły. Obie możliwości były nieprzyjemne. Żadna nie była przypadkowa.
Nie spieszył się. W jego świecie pośpiech był przyznaniem się do przewagi przeciwnika. Przez moment skupił się na absolutnej czerni, jakby samo myślenie o niej mogło zmusić ciemność do oddania tego, co ukrywała. Nic.
Wtedy odezwał się:
- Co tu robisz?
Własny głos zabrzmiał mu obco. Niski, zachrypnięty, leniwy, pozbawiony tej precyzji, którą zwykle posiadał. Słowa zdawały się ginąć w przestrzeni pozornie pustego pokoju, lecz było to błędne założenie. Nie musiał mówić tego głośno. Czuł jej obecność. Prowadzącej. Znajdującej się w jego prywatnych pokojach. W jego ciemności.
I dopiero wtedy pomyślał o czymś, co sprawiło, że całe senne otępienie zaczęło ustępować lekkiej irytacji: jeśli pozwoliła sobie wejść tutaj, podczas gdy spał, nie zrobiła tego po to, żeby go obudzić. Przyszła, zanim otworzył oczy. A to oznaczało, że czekała. Oczywiście, że czekała...

Sadie Glass

dzień 19-sty

: śr wrz 02, 2026 9:39 pm
autor: Sadie Glass
Pierwszego dnia ją odesłano.
Drugiego dnia ją odesłano.
Trzeciego dnia nie dała się odesłać.
Powinna się cieszyć - im dłużej pozostawał nieprzytomny bądź inaczej nieosiągalny, tym większą miała swobodę. Nie mógł zlecić jej absurdalnego obowiązku, jeśli wcale go nie było. Nie mógł jej gnębić, dokuczać ani ignorować, jeśli wcale go nie było. Jeśli jednak wcale go nie było…
Sadie znajdowała się w nieznośnie nijakiej przestrzeni pomiędzy starym życiem, a nowym układem. Nie była ani sobą sprzed sprzedaży dwudziestej pierwszej - sobą, która każdy dzień mogła podporządkować wyłącznie sobie samej, ani sobą po sprzedaży - sobą, która istniała by zadowalać Właściciela jednoczesną nieobecnością i obecnością na każde skinienie. W tej próżni doskwierała jej pustka, a jedyną osobą która nieznośnie ją wypełniała, pozostawał on.
Była tym wnioskiem zirytowana. Potem zafascynowana. Wreszcie zaniepokojona, zarówno jego stanem jak i swoją nań reakcją. Powinno być jej wszystko jedno, jeśli nie potrafiła wykrzesać w sobie odrobiny ulgi czy radości - ale nie było. Podejrzliwa natura blondynki zaczęła składać informacje w ciąg, który niepokoił. Używki stały się jasnym wytłumaczeniem. Choć nigdy nie posądzałaby Valencourta o purytanizm, gdy trzeciego dnia personel powtórzył tę samą śpiewkę o niedostępności, stopy odmawiały cofnięcia się do końca korytarza i jej własnej sypialni. Wtargnęła do komnaty ciemności bez planu i bez wymówki, która mogłaby uchronić ją od kary. W piżamie i z kubkiem kawy w dłoni - paskudnie idealnym, skompletowanym z porcelanową zastawą. Z takiego naczynia kawa w domu nie mogła smakować dobrze - ale Sadie Glass musiała wybierać bitwy do stoczenia, żeby nie polec na wszystkich frontach.
Usiadła na kanapie, którą ewidentnie projektowano do funkcji ozdobnej. Z komfortem nie miała nic wspólnego, o użytkowniku nie myślano raczej wcale - próbowała znaleźć sobie wygodną pozycję, lecz wszystkie przypominały o wieku starczym (wieku zaokrąglanym do trzydziestki) w innym miejscu. Próby położenia się na boku łupały w krzyżu, próby siedzenia atakowały szczuplejsze niż przedtem pośladki. Po turecku nie, bo drewno spod tapicerki atakowało każdą kostkę. Na leżąco nie, bo nie było gdzie oprzeć szyi.
Kilka razy udało jej się przymknąć oczy na tyle, by stracić orientację w czasoprzestrzeni i otworzyć je z przerażeniem, że przegapiła coś ważnego. Sprawdzała, czy oddychał.
Nie przekraczała jednak niewidzialnej granicy, którą sama wytyczyła z geodezyjną wprawą pomiędzy przestrzenią przy drzwiach a główną przestrzenią sypialni.
Musiało minąć kilka godzin zanim jakkolwiek drgnął, a jej ciało zareagowało na ledwo słyszalny szelest pościeli pierwszą oznaką spokoju od siedemdziesięciu dwóch godzin.
Nie odzywała się. Nie kręciła na tym narzędziu tortur, które tylko udawało mebel. Czekała, a ciemność skrywała najprostszy z kobiecych uśmiechów. Nie było w nim ani pobłażania, ani rozbawienia, ani nawet ulgi - powitanie.
Nie zauważyła momentu, w którym Właściciel stał kimś znajomym. Stałym elementem jej dnia, jeśli nie fizycznie, to w świecie myśli. Pytaniem i odpowiedzią. Udręką i odpoczynkiem.
Znoszenie go było jedną z trudniejszych rzeczy, jakie Sadie Glass musiała zrobić za życia… Ale bez tego wyzwania dni dłużyły się niemiłosiernie bez celu, bez sensu. Należało położyć temu kres.
I potencjalnie zapobiec obturacyjnemu bezdechowi sennemu.
Pozwoliła sobie zaistnieć w tej przestrzeni dopiero wywołana do tablicy. Poruszyła się na kanapie, rozprostowała nogi i kręgosłup, notując uszczerbek na zdrowiu wywołany wielogodzinnym oczekiwaniem na jaśniepana. Na własne życzenie - nie mogła się skarżyć. Wstała i błądząc w kompletnej ciemności podeszła parę kroków; wyostrzony wzrok nie zastępował znajomości układu pomieszczenia, więc nieopatrznie kopnęła krawędź łóżka. Przeszkoda zatrzymała ją na kilka sekund, gdy zaciskała usta w wąską kreskę i wyklinała w myślach wszelkie świętości - lecz nie pokonała jej uporu w dążeniu do celu.
A celem było upewnienie się, że będzie żył wystarczająco długo żeby gnębić ją do czasu końca trzymiesięcznej współpracy, którą wybrali w grze Gospodarza.
Usiadła na brzegu materaca, a łagodny wzrok szukał w ciemności konturów, które zdążyła już poznać tak dobrze. Raphael wydawał się nie pasować do panującej w pomieszczeniu czerni. Miał zbyt delikatne rysy; niemalże chłopięce. Takie, które pasowały do zapachu wakacji.
Paragraf trzeci, punkt drugi — odpowiedziała cicho. W harmonii z procesem wybudzania, któremu nie sprzyjał jej zwyczajowy próg ekstrawertyzmu.
Pracownik otrzymuje prawo do wykonywania pracy merytorycznej odpowiadającej jej kwalifikacjom.
Pozwoliła ciszy zawisnąć między nimi w gęstym i ciężkim nastroju przesadnie zdobionej nory. Na kilka chwil. Tyle, by kolejne słowa dojrzały na języku.
Sprawdzałam, czy oddychasz. Przestraszyłeś mnie kilka razy.

raphael valencourt

dzień 19-sty

: czw wrz 03, 2026 8:48 am
autor: raphael valencourt
Wylatywali z Paryża wieczorem tego samego dnia, w którym otrzymali wiadomość od Gospodarza. Raphael właściwie nie potrzebował niczego więcej poza jednym szczegółem, który od pierwszego przeczytania utkwił mu w pamięci z irytującą precyzją: mężczyzna miał wyraźną uwagę w śledzeniu podróży swojej Prowadzącej. Nie było w tym nic szczególnie spektakularnego, a jednak właśnie takie drobiazgi interesowały go najbardziej, ponieważ ludzie zdradzali się nie wtedy, kiedy próbowali coś powiedzieć, lecz wtedy, kiedy uznawali pewne rzeczy za niewarte ukrywania. Wzmianka o jej stanie — o tym, że nadal żyła, że jej istnienie pozostawało czymś, co Gospodarz uważał za istotne i warte odnotowania — oznaczała przynajmniej jedno: nie był całkowicie pewien, jaki naprawdę potrafił być Valencourt. Być może wysłana propozycja została sporządzona jeszcze przed Aukcją, przygotowana według jakiegoś wcześniej ustalonego schematu i przeznaczona dla każdego, kto znalazł się w określonej sytuacji; być może Gospodarz posiadał już wtedy wystarczająco dużo informacji, aby przewidzieć możliwość pojawienia się Raphaela. A może przeciwnie — każde słowo zostało dopisane później, już z myślą o nim, już po tym, jak nazwisko Valencourt zostało zestawione z osobą, której nie powinien był w ogóle mieć przy sobie. Nie mógł tego wiedzieć. Wiedział jednak to, iż dobór słów sam w sobie nie był jednak przypadkowy. Tego był pewien. Ludzie, którzy naprawdę mieli władzę, rzadko pozwalali sobie na przypadkowe zdania. Jeszcze rzadziej pozwalali sobie na przypadkowe informacje.
Oznaczało to również, że Gospodarz opierał się na przesłankach dostępnych szerszemu ogółowi — przynajmniej pozornie. Nie wchodził do domu Raphaela. Nie dysponował, o ile było mu wiadomo, człowiekiem znajdującym się w jego najściślejszym otoczeniu, kimś, kto mógłby przekazywać szczegóły z wnętrza jego prywatnego świata. Nie miał swoich szpiegów w najbliższym kręgu albo, co było możliwością znacznie ciekawszą, nie zamierzał przyznawać się do ich istnienia. Raphael potrafił żyć z pierwszą wersją. Druga była znacznie bardziej nieprzyjemna. Władza nie zawsze polegała przecież na tym, żeby wiedzieć wszystko. Czasem wystarczyło stworzyć w człowieku podejrzenie, że ktoś może wiedzieć wszystko, a następnie pozwolić mu samemu wypełnić pustkę. To była jedna z najstarszych metod kontroli: nie trzeba było budować ściany, jeżeli człowiek sam zaczął wyobrażać sobie jej wysokość.
Podczas lotu niewiele o tym mówił. Nie dlatego, że przestało go to interesować. Przeciwnie. Po prostu nie widział powodu, aby wypowiadać na głos myśli, które wciąż układały się w jego głowie w niedoskonały jeszcze wzór. Patrzył przez okno na ciemniejące niebo i pozwalał, aby kolejne światła pod nimi znikały w oddali. Prowadząca znajdowała się niedaleko, ale jej obecność nie dawała mu spokoju. Sam fakt, że Gospodarz zwracał uwagę na jej podróż, czynił z niej coś więcej niż element układu, w którym wcześniej próbował ją umieścić. Była zmienną. A zmienne były nieprzewidywalne.
Potem było Toronto, zmęczenie, noc i wreszcie pokój, który przyjął go swoją znajomą, ciężką ciemnością. Pamiętał jeszcze moment, w którym zamknął drzwi i pozwolił sobie przestać myśleć. Pamiętał lekarstwo. Nie chciał nawet nazywać go w myślach po imieniu, ponieważ nazwanie rzeczy czyniło ją zbyt konkretną, a on nie potrzebował dodatkowego przypomnienia, że jego własne ciało przestało być dla niego wystarczającym narzędziem odpoczynku. Połknął dawkę, popił wodą i czekał, aż ciężar pojawił się najpierw w kończynach, potem za oczami, a w końcu gdzieś głębiej, w tej części świadomości, która przez większość życia odmawiała mu prawa do zupełnego wyłączenia. Sen przyszedł gwałtowniej, niż się spodziewał.
Teraz jednak leżał w ciemności i próbował zebrać zmysły. Słyszał ją. Najpierw bardzo cicho. Ledwie uchwytny szmer materiału, kiedy zmieniła pozycję. Potem dźwięk kroków, tak delikatnych, że przez chwilę nie był pewien, czy naprawdę je słyszał, czy też jego umysł, wychodzący dopiero z chemicznej mgły, sam je sobie dopowiedział. Dopiero kiedy materac ugiął się nieznacznie, nie miał już wątpliwości. Ktoś usiadł na jego łóżku.
Na jego łóżku. Ta drobna różnica miała znaczenie.
Nie odsunął się. Nie otworzył oczu natychmiast. Pozwolił jej siedzieć, pozwolił ciszy trwać, ponieważ cisza była dla niego czymś znacznie bardziej użytecznym niż pytanie zadane zbyt wcześnie. W ciszy człowiek zaczynał się zastanawiać, czy powinien był coś powiedzieć. W ciszy zdradzał więcej niż podczas rozmowy. Raphael nauczył się tego dawno temu i teraz nie zamierzał pozbywać się tej przewagi tylko dlatego, że jego głowa wciąż była ciężka, a ciało reagowało z opóźnieniem.
W końcu się odezwała, a jej odpowiedź była na tyle nieprzekonująca, że prawie się uśmiechnął.
- Yhym - mruknął bez przekonania, nawet nie próbując udawać, że jej wierzy. Podejrzewał zresztą, że ona sama nie wierzyła w tę durnotę, którą właśnie próbowała mu sprzedać. Nie miał jednak ochoty jej tego wypominać. Jeszcze nie. Chciał większego spokoju. Większej przestrzeni na ciszę. Przede wszystkim zaś chciał, żeby mózg przestał zachowywać się tak, jakby ktoś nalał mu do środka ołowiu.
Odetchnął i przez kilka dłuższych chwil pozostał nieruchomo. Wreszcie po kilku długich chwilach wsparł się na ramieniu. Ruch był powolny. Prawą ręką sięgnął w stronę szafki nocnej — w ciemność. Znał jej kształt na pamięć. Wiedział, gdzie powinien znaleźć się włącznik, podobnie jak człowiek znał położenie własnych palców. Musiał tylko odnaleźć go w ciemności. Pierwsza próba była nieudana. Palce przesunęły się po chłodnej powierzchni drewna. Druga również. W końcu natrafił na niewielki przełącznik.
Delikatna lampka nocna zapaliła się, a światło przecięło ciemność z niemal brutalną skutecznością. Raphael zmrużył oczy. Przez moment wszystko było zbyt jasne. Nie w sensie rzeczywistej jasności, lecz kontrastu. Po tak długim czasie spędzonym w całkowitej ciemności nawet niewielka lampa wydawała się niemal oślepiająca. Zobaczył najpierw fragment sufitu, potem ciężkie zdobienia, kolumnę, kawałek ściany, krawędź mebla. Pokój powracał do istnienia stopniowo, jakby ktoś budował go przed nim z pojedynczych elementów.
Dłoń powędrowała dalej. Okulary. Nie znalazł ich od razu. Przesunął palcami po szafce, wyczuł telefon, zegarek, szklankę, a dopiero później chłodną oprawkę. Chwycił ją i założył. Dopiero wtedy świat odzyskał ostrość. I dopiero wtedy zobaczył ją wyraźniej. Prowadząca siedziała na skraju materaca.
Raphael przez kilka sekund nic nie mówił. Patrzył na nią zza szkieł, jeszcze z tą ciężką, niemal leniwą świadomością człowieka wyrwanego ze snu, ale jego umysł pracował już znacznie szybciej. Rejestrował jej obecność, odległość, pozycję, sposób, w jaki siedziała. Wszystko. Nawet jeżeli sam nie wiedział jeszcze, dlaczego.
Przesunął wnętrzem dłoni po twarzy, jakby ten prosty gest mógł zetrzeć z niej resztki snu. Palce zatrzymały się na szczęce. Przez chwilę patrzył przed siebie, czując jeszcze echo chemicznego ciężaru w mięśniach. - Godzina? - spytał w końcu, biorąc pościel i odsuwając ją z siebie w ostatecznym geście. Nogi zsunął z materaca na ziemię. Głos nadal miał niski i zachrypnięty, ale już nie senny. Teraz był tylko zmęczony.

Sadie Glass

dzień 19-sty

: czw wrz 03, 2026 12:26 pm
autor: Sadie Glass
Nie mogła tego zweryfikować, ale kobieca intuicja rzadko zawodziła. Sytuacja wyglądała dość jednoznacznie - przez trzy dni nikt nie zainteresował się tym, co się z nim działo. Nie na tyle, by przyjść i obejrzeć denata własnymi oczami.
Personel mógł interesować się tym, czy trzeba mu podać posiłek i wymienić ręczniki. Rodzina mogła interesować się tym, czy robił to, czego od niego żądali. Zobowiązania zawodowe mogły zapełniać wiadomości i skrzynkę mailową z jednym, wspólnym oczekiwaniem - coś zrób, coś powiedz, coś podpisz. Wszystkie te próby sprawdzenia gdzie i w jakim stanie znajdował się Valencourt miały wspólny mianownik: domagały jego decyzji, ruchu, działania.
Nie potrafiła na ten moment wskazać jednej osoby, która zainteresowałaby się nie tym co może dostać, lecz tym, czego potrzebował on.
Nie porównywała ich statusu i dźwiganej na barkach odpowiedzialności - nie było czego. Wyobrażała sobie objętość zobowiązań, którym musiał sprostać. Rozumiała potrzebę snu, choć nie rozumiała tak samo dobrze potrzeby medycznie indukowanej śpiączki, po której i tak budził się jak ofiara zderzenia z żeliwną patelnią. Nie musiała jednak rozumieć, by interesować jego stanem.
Nie był jej potrzebny do niczego konkretnego. Nie miała pytań do zadania, próśb do dyplomatycznego przedstawienia ani planów, w które chciała go zaangażować. Była obok, bo nikogo innego nie było. W jej świecie był to obraz smutny. Samotny. Raphael mógł pragnąć właśnie tego - braku towarzystwa, odcięcia się i wyłączenia z życia, lecz to nie zmieniało niczego z jej perspektywy.
Kilkadziesiąt godzin niepokoju wymagało osobistej uwagi Prowadzącej.
Uspokoiła się dopiero, gdy wszystko wróciło do normy. Raphael był tak samo nietowarzyski jak zawsze, nie miała zastrzeżeń co do jego pulsu i wówczas jej obecność w sypialni stała całkowicie zbędna.
Piętnaście po dwunastej — odpowiedziała zerknąwszy na zegarek, który dopiero przy świetle lampki stał dla niej czytelny. Oznaczało to, że spędziła w oczekiwaniu ponad dwie godziny, ale poświęcony czas i dyskomfort były warte rezultatu. Nie miała wątpliwości co do braku zrozumienia. Nie była naiwna. Wyobrażała sobie, że albo już zaczął - albo zaraz zacznie wyliczanie w głowie wszelkich strategii, które mogły doprowadzić ją do tego miejsca. Uwzględni w tym Gospodarza, siedem teorii spiskowych, cztery diagnozy chorób i zaburzeń psychicznych oraz nieskończenie wielu graczy powiązanych z Wielkim Planem i Konsylium. Wszystko w jego głowie musiało być przypisane do czegoś, mieć drugie dno, trzecie znaczenie.
Wiedziała, że nie wpadnie na to najważniejsze - troskę, która przekraczała bariery codziennych niesnasek.
Człowiek - zdrowy, prawdziwy człowiek - składał się z mnogości. Mieścił w sobie ambiwalencję. Niechęć mogła współistnieć z odczuwaniem braku. Podejrzliwość mogła współistnieć z tęsknotą. Nie musiały to być intensywne i wzniosłe sprawy bohatera dramatu.
Wystarczyło, że prym wiodły odruchy człowieczeństwa, aniżeli wyrachowane plany i wykalkulowane strategie.
Jej intencją nie było odebranie prywatności. To pozostawało efektem ubocznym decyzji, której nie potrafiła nie podjąć. Jeśli preferował pozostać sam, nie zamierzała nalegać na pozostanie. Jedynym, na czym jej zależało, było jego bezpieczeństwo - choć dopóki on był bezpieczny, jej niebezpieczeństwo rosło wykładniczo. Patrzyła na niego w słabym świetle lampki i nie czuła ciężaru popełnionego błędu. Nie żałowała swojej obecności, jednocześnie akceptując, iż obecność mogła dobiec końca właśnie w tym punkcie.
Wszystko inne mogło zaczekać. Praca, pogróżki mamy Valencourt, wspólny posiłek. Sadie Glass nie odczuwała pośpiechu operacyjnego - jedynie potrzebę towarzyszenia, którą zaspokoiła przekroczeniem progu sypialni.
Przeniosła spojrzenie na swoje ręce schowane pod luźnym materiałem koszuli; szczupłe nogi tonące w satynowych spodniach piżamy. Było w tym wszystkim coś satysfakcjonująco spójnego: pokaz romansu w Luwrze poskutkował plotkami. W plotki uwierzono na tyle, by sprowokować reakcję zarówno matki Valencourta jak i przełożonego Prowadzącej. Jeśli w posiadłości funkcjonowało fałszywe ogniwo, obserwujące ich w naturalnym środowisku, reakcja Sadie na trwającą niedostępność Raphaela potwierdzała narrację, którą próbowali sprzedać całemu światu. Nie to było jej celem, ale przypadkowo wygenerowanym skojarzeniem, które łączyło punkty realizowanego planu w ciągłą narrację.
Prowadząca uważała narrację za niezbędną.
Sadie Glass nie potrzebowała jej wcale, by chcieć zaopiekować kimś, kto po trzech dniach samotności i głębokiego snu wciąż był wykończony.
Chcesz, żebym wyszła?

raphael valencourt

dzień 19-sty

: czw wrz 03, 2026 4:14 pm
autor: raphael valencourt
Wiedziano, że nie można było mu przeszkadzać. Marcus lub Leif — w zależności od tego, który znajdował się obok — znali powód niedyspozycji swojego zleceniodawcy, lecz nie musieli zadawać pytań. Ich zadaniem było utrzymanie go przy życiu, jednak nic więcej. Raphael wyraźnie zaznaczył to jeszcze przed zamknięciem się w swoich pokojach; nie chciał lekarza, rozmów, telefonów ani ludzi krążących wokół niego z tą charakterystyczną mieszaniną troski i ciekawości, której nie znosił bardziej niż samej słabości. Chciał, aby świat po prostu o nim zapomniał. Na kilka godzin. Na noc. Może na dzień. Nie wiedział, jak długo miała trwać podobna sytuacja, ponieważ w chwili, gdy zamknął oczy, czas przestał być czymś, co posiadało dla niego znaczenie. Pamiętał tylko początek: ciężar w kończynach, spowolnienie myśli, tę osobliwą miękkość, która pojawiała się pod czaszką, kiedy lek zaczynał odbierać kolejne fragmenty świadomości. Potem nie było już nic. Nie sen w zwyczajnym znaczeniu tego słowa, lecz pustka tak zupełna, że po przebudzeniu nie potrafił odtworzyć nawet jednej ciągłej sekwencji. Jakby ktoś wyjął kilka dni z kalendarza i pozostawił po nich wyłącznie białą przestrzeń. Wiedział natomiast, że przez ten czas Marcus czasami siedział przy nim, kiedy jego stan zdawał się zbyt ryzykowny, sprawdzając oddech, reakcję organizmu, upewniając się, że ciało nadal wykonywało najprostsze czynności bez jego udziału. Raphael nie chciał o tym myśleć. Nie interesowało go aktualnie, kto czuwał, kto dzwonił, kto pytał i kto czekał za drzwiami. Chciał po prostu być sam. Chciał odzyskać tę najbardziej podstawową własność człowieka, jaką była możliwość pozostawania we własnym ciele bez świadków.
Wybudzając się naprawdę, początkowo był więc zawieszony pomiędzy dezorientacją a całkowitym brakiem panowania nad własnym organizmem. Świadomość wracała nierówno, falami. Najpierw pojawiło się oddychanie. Potem ciężar głowy. Potem dotyk materaca pod plecami i chłód powietrza na nagim torsie. Dopiero po dłuższej chwili przypomniał sobie, gdzie był. A nawet wtedy nie był tego całkowicie pewien. Przez kilka sekund Toronto, Paryż i jego własny dom znajdowały się w jego pamięci obok siebie, jakby odległość między nimi nie miała żadnego znaczenia. Próbował przypomnieć sobie, kiedy właściwie przyjechali. Wczoraj? Przedwczoraj? Kilka godzin temu? Nie potrafił. Miał wrażenie, że ostatnim wydarzeniem, które pamiętał z absolutną pewnością, był moment, w którym zamykał oczy. Wszystko późniejsze pozostawało pustą przestrzenią. Dopiero kolejne minuty pozwalały odzyskiwać częściowy rezon, choć ciało wyraźnie pozostawało kilka kroków za świadomością. Mięśnie były ciężkie i sztywne, jak po wielogodzinnym pozostawaniu w jednej pozycji. Kiedy spróbował poruszyć nogą, poczuł nieprzyjemne napięcie w łydce i udzie. Kiedy uniósł rękę, miała przez moment tę obcą bezwładność kończyny, która budziła w nim irytację. Najgorsze było jednak to, że nie potrafił ufać własnej równowadze. Leżał kilka dni. Wiedział to teraz niemal bez konieczności sprawdzania godziny. Organizm mówił mu to wszystkimi możliwymi sposobami: suchością w ustach, ciężarem głowy, sztywnością stawów, osłabieniem i tym dziwnym wrażeniem, że serce przy zmianie pozycji musiało przez moment przypomnieć sobie, jak szybko powinno pracować.
Dlatego wstanie z łóżka okazało się znacznie większym wyzwaniem, niż chciałby przyznać. Najpierw usiadł. Zatrzymał się. Stopy opadły na podłogę, lecz przez chwilę nie miał odwagi przenieść na nie całego ciężaru ciała. Posadzka była chłodna. Czuł ją pod podeszwami, a jednak ten prosty bodziec wydawał się zaskakująco odległy, niemal nierzeczywisty. Pochylił głowę i odczekał, aż pulsowanie za oczami trochę się cofnie. Potem wstał. Natychmiast świat przechylił się w bok. Nie gwałtownie, nie w sposób, który pozwoliłby mu nazwać to zawrotem, lecz wystarczająco mocno, aby dłoń automatycznie zacisnęła się na krawędzi łóżka. Przez kilka sekund stał bez ruchu. Oddychał głęboko, próbując odzyskać stabilność. W głowie miał ciężką, pulsującą obręcz, rozchodzącą się od skroni ku potylicy. Każdy krok wydawał się wymagać osobnej decyzji. Było w tym coś niemal absurdalnego. Raphael Valencourt, który potrafił wejść do pomieszczenia i w ciągu kilku sekund ocenić ludzi, układ przestrzeni, możliwe zagrożenia i hierarchię obecnych, teraz potrzebował kilku chwil, żeby upewnić się, czy był w stanie przejść kilkanaście metrów bez oparcia.
Nie chciał, aby Glass to zobaczyła.
Ta myśl była prostsza od wszystkich pozostałych i właśnie dlatego zwyciężyła. Nie zamierzał pozwolić, żeby Prowadząca zobaczyła jego słabość, nawet jeżeli sama obecność jej w pokoju była już naruszeniem granicy, której normalnie nie pozwoliłby przekroczyć. Szedł więc powoli, lecz starał się nadać temu tempu pozór zamierzonego spokoju. Na tyle, na ile był w stanie. W słabej ciemności kontury mebli pozostawały rozmyte, a jego wzrok, nawet przez okulary, potrzebował czasu, żeby właściwie oceniać odległości. Każdy kolejny krok stawiał ostrożnie. Nie spieszył się, ponieważ pośpiech mógł zakończyć się czymś, czego nie zamierzał jej ofiarować: widokiem własnego ciała bezradnie osuwającego się na podłogę.
Dotarł do miejsca, w którym jedna z części ściany wyglądała jak element dekoracyjnego wykończenia. Nacisnął ją dłonią. Mechanizm ustąpił pod naciskiem i fragment ściany odsunął się, ujawniając przejście do ukrytej łazienki. Raphael wszedł do środka.
Chcesz, żebym wyszła?
- Jak wolisz — odparł jedynie. Nie miał siły zastanawiać się nad jej pytaniem. Nie nad jego treścią, nie nad intencją, nie nad tym, dlaczego w ogóle znajdowała się w jego sypialni po dniach jego nieprzytomności. Wszystkie te kwestie mogły poczekać. Aktualnie istniało tylko ciało, które domagało się podstawowych rzeczy z brutalnością pozbawioną jakiejkolwiek elegancji: wody, powietrza, pionowej pozycji, odpoczynku. Organizm był przeciążony, a głowa pulsowała bólem przypominającym cierniową koronę zaciśniętą wokół czaszki. W ustach miał taką suchość, że język niemal przyklejał mu się do podniebienia. Przełknął ślinę i poczuł nieprzyjemne drapanie w gardle.
Światło łazienki zapaliło się automatycznie, kiedy tylko wszedł głębiej w pomieszczenie. Raphael natychmiast zmrużył oczy. Łazienka była zupełnie inna od ciemnej sypialni: jasna, niemal teatralna, z zielonymi ścianami pokrytymi dekoracyjnym motywem roślin, ptaków i drobnych kwiatów. Ozdobne złocenia, stare meble i lustro nad komodą sprawiały, że pomieszczenie wyglądało bardziej jak prywatny salon któregoś z dawnych arystokratów niż miejsce przeznaczone do zwyczajnych, intymnych czynności. Po lewej stronie znajdował się kominek, pośrodku dominowała ciężka wanna, a jasna posadzka odbijała światło tak mocno, że przez pierwszych kilka sekund nie był w stanie patrzeć przed siebie. Całość była niemal groteskowo piękna. Zbyt piękna jak na człowieka, który ledwo stał.
Do wanny szedł niemal centymetr po centymetrze. Jedną ręką dotykał kolejnych powierzchni, bardziej dla pewności niż rzeczywistej potrzeby. Kiedy wreszcie dotarł do kranu, palce raz po raz ślizgały mu się po uchwycie. Nie miał siły na irytację. W końcu przekręcił go właściwie i strumień wody popłynął z wyraźnym, jednostajnym szumem.
Pozostał jeszcze przez moment oparty o wannę i patrzył na wodę. Nie wiedział, ile czasu minęło. Kilkanaście sekund? Minuta? Pięć minut? Czas nie posiadał już właściwej skali. Mógłby równie dobrze stać tam przez godzinę. I właśnie ta świadomość sprawiła, że w końcu się poruszył.
Dotarł do umywalki i zwiesił głowę. Oparł dłonie na jej krawędzi. Chłód ceramiki był niemal przyjemny. Zamknął oczy, próbując uspokoić oddech, po czym dopiero po dłuższym momencie podniósł spojrzenie. Lustro oddało mu człowieka, którego przez pierwszą sekundę nie rozpoznał. Twarz była blada, wyraźnie zmęczona. Włosy pozostawały w nieładzie, skóra miała niezdrowy, pozbawiony koloru odcień, a oczy wyglądały inaczej niż zwykle. Źrenice były wyraźnie rozszerzone wciąż jeszcze przyzwyczajone do ciemności sypialni i światła łazienki. Patrzył na siebie długo, próbując ocenić własny stan z takim samym chłodem, z jakim oceniałby cudzą kondycję. Nie podobało mu się to, co widział.
Przesunął językiem po wyschniętych wargach.
- Marcus? - rzucił za siebie. Głos zabrzmiał słabiej, niż zamierzał. W panującej ciszy, przerywanej jedynie szumem wody, Glass musiała doskonale go usłyszeć.
Oparł się ciężko o ścianę przy zlewie. Jeden łokieć osunął się na umywalkę. Wtedy poczuł skurcz w żołądku. Nagły, głęboki, niemal niezależny od jego woli. Zamarł. Zacisnął szczękę, próbując przeczekać falę mdłości, lecz ta wróciła mocniej. Pochylił się gwałtowniej nad umywalką.
Zwymiotował żółcią. Przez chwilę nie było w nim niczego poza odruchem. Oparł obie dłonie o krawędź umywalki i czekał, aż skurcz minie. Gardło zapiekło go natychmiast, a w oczach pojawiły się łzy, których nawet nie próbował wycierać. Oddychał przez usta, ciężko i płytko, słuchając własnego oddechu oraz nieustannego szumu wody. Czoło oparło się o chłód zlewu, dając tylko na chwilę ulgę.
Potem uniósł głowę. Spojrzał ponownie w lustro, w którym odbijał się zegar zawieszony na ścianie z automatycznie regulowaną datą. I dopiero teraz, po raz pierwszy od przebudzenia, naprawdę zrozumiał, że nie przespał jednej nocy. Przespał trzy dni. A ciało, które przez te trzy dni miało odpoczywać, właśnie wystawiało mu rachunek za każdą z tych godzin.

Sadie Glass

dzień 19-sty

: pt wrz 04, 2026 12:20 am
autor: Sadie Glass
Miękkie i naiwne serduszko Sadie Glass współodczuwało ból drania, który kompletnie na to nie zasługiwał. Patrzyła na ociężałe kroki, na sylwetkę desperacko próbującą ukryć kłopoty z równowagą i musiała użyć całej swojej siły, by pozostać w miejscu. Chciała uszanować jego decyzję, by wyjść. Chciała uszanować prywatność łazienki, której nikt nie powinien nigdy przekraczać bez entuzjastycznej zgody. Chciała zachować się uczciwie wobec mężczyzny, który nie był teraz w pełni świadomy i przytomny i być może nie potrafił bardziej stanowczo wyprosić jej z pomieszczenia. Wbijała drobne pięści w materac, palce boleśnie zaciskając na komplecie pościeli. Obserwowała w pełnej gotowości do biegu i chwycenia lecącej na podłogę sylwetki - a jednocześnie nie dawała sobie prawa do wykonania żadnego ruchu. Impas bolał tak, jak bolało obserwowanie drugiego człowieka w tym stanie.
Nie miało znaczenia kim był, co zrobił. Nie katalogowała w myślach jego grzechów. Przykrość rozrywała jej wrażliwość na strzępki. Nikt nie powinien cierpieć w ten sposób.
Wysublimowanym biczem autodestrukcji.
Wiedziała już dobrze, co się działo. Na tyle dobrze, by nie mieć wątpliwości co do decyzji, którą Valencourt podjął sam. To nie pomagało Sadie odwrócić się i wyjść. Nie pomagała świadomość, że to nie był pierwszy raz, i na pewno nie ostatni. Gdyby tylko mogła…
Spiralę myśli przerwał dźwięk wymiotów. Dreszcz przeszedł całe jej ciało, atakując wszystkie zakończenia nerwowe wzdłuż kręgosłupa. Powstrzymywała się od interwencji kiedy ledwo stał na nogach, ale jego objawy pogarszały zamiast polepszać. Toczyła wojnę z własną moralnością. Nie bała się jego gniewu, gdy odzyska sprawczość. Nie bała się kary. Bała się zdradzenia własnych wartości. Bała się stania kobietą, która przekraczała granicę nieprzekraczalne.
Wstała.
Konieczność zrobienia czegoś wbrew drugiemu człowiekowi zemdliła ją równie skutecznie, co leki Raphaela. Jeśli jednak miała zdecydować pomiędzy jego preferencjami, a jego potłuczoną czaszką na kafelkach, wybierała naruszenie tego pierwszego i zapobieganie temu drugiemu. Poruszała się tak szybko, że nie zarejestrowała nawet drogi do łazienki.
Znalazła przy nim niemal natychmiast. Nie był dla niej teraz ani Właścicielem, ani Przełożonym, ani Raphaelem Valencourtem. Nie był nawet mężczyzną. Był człowiekiem w zapaści zdrowotnej, który w chwili kryzysu słabo mamrotał imię pracownika.
Tak, jakby nikt nie miał zaopiekować nim za nic.
Stanęła za nim, a rękoma sięgnęła do przodu. Był od niej wyższy i cięższy, zatem instynktownie korzystała z przewagi praw fizyki, jaką dawało bezpieczne zamknięcie go pomiędzy damskim ciałem a solidnym meblem. Oboje mogli się czegoś przytrzymać i - jeśli konieczne - spowolnić upadek i kontrolować jego przebieg. Sprawnym ruchem odkręciła zimną wodę. Zmoczyła obie dłonie, które następnie przykładała do twarzy mężczyzny by przynieść chociaż odrobinę ulgi w dyskomforcie. Trzymała go przy tym pewnie i mocno, by nie chwiał niebezpiecznie. Zmoczyła jeden z drobnych ręczników do rąk, wycisnęła nadmiar wody i ponownie złożyła w staranny prostokąt, by prowizoryczny opatrunek chłodzący przytrzymać przy jego czole. Swoje własne ruchy i jego reakcje obserwowała w lustrzanym odbiciu, nie miała jednak czasu zawieszać się w obrazie na dłużej. Delikatnie, z troską przeczesała poplątane włosy palcami, zaczesując loki do tyłu, by nie przeszkadzały. Odsunęła zagubione kosmyki przyklejone do czoła. Nie zostawiała przestrzeni na ociąganie się. Jeśli już zdecydowała, kroki tej decyzji miała realizować sprawnie. Przyświecał jej przy tym nadrzędny cel zwrócenia mężczyźnie godności.
Nie wątpiła w to, jak ktoś o jego statusie i sposobie bycia mógł przeżyć moment słabości w towarzystwie kogokolwiek. Współczuła mu tak głęboko, że gdyby mogła zagwarantować wymazanie tego epizodu z pamięci, zrobiłaby to. Niestety nie było to możliwe. Nie została przy nim jednak po to, by upokorzyć poprzez bycie świadkie - została po to, by pomóc mu wrócić do siebie. Zimnego, bezczelnego siebie. Jeśli w takiej wersji czuł się godnie, to do odzyskania tej godności dążyli razem.
Ona mogła to zobaczyć, bo dla niej zobaczywszy nie zmieniło się nic. Świat zaś widzieć tego nie miał prawa, ponieważ dla świata zmieniłoby się wszystko.
To było sedno różnicy pomiędzy relacją z człowiekiem, a funkcjonowaniem w systemie.
Team development jednak było wyśmienitym pomysłem.
Znajdę Marcusa — szepnęła łagodnie w bezpiecznym dystansie od ucha, które niechętnie przyjmowało bodźce. — Ale najpierw musisz coś dla mnie zrobić. Usiądziemy na podłodze, dobrze? — to nie była propozycja, bo Sadie nie ufała jego koordynacji ruchowej. Odsunęła się nieznacznie, pewnie chwyciła ramię i pomogła obniżyć do poziomu, na którym nie mógł zrobić sobie poważnej krzywdy. Dopiero oparty o mebel bądź kawałek ściany mógł zostać na kilka minut sam. Kucnęła przed nim i raz jeszcze skontrolowała parametry - reakcje źrenic, rytm oddechu, temperaturę ciała. Nic nie wskazywało na to, że straci przytomność w następnych minutach. Wiedziała jednak, że musi się spieszyć, zatem łazienkę i sypialnię opuściła ruchem tornada, które szuka ofiar. Najciszej jak potrafiła zamknęła za sobą drewniane drzwi, by nie zaatakować go zbędnym hałasem.
Pierwszą lepszą pokojówkę poprosiła o przywołanie Marcusa - jakikolwiek system łączności posiadali - i przygotowanie kilku wersji lekkostrawnego śniadania aby oczekiwało gotowe, wraz z karafką świeżej wody. Kiedy w korytarzu dostrzegła ciężkie kroki Gizmo, jej krew zawrzała. Spojrzenie uległo gwałtownej zmianie; łagodność kobiecej opieki i czułość gestów ustąpiły miejsce wściekłości bulgoczącej niczym siarka na dnie piekła. Zmrużyła oczy celując w niego poziomem niesmaku, dezaprobaty i gniewu, które wymagały bezzwłocznego wypowiedzenia.
To TWOJA wina — warknęła. Jej głos był podniesiony, choć pozostawał w zakresie nerwowego szeptu. Nie chciała, by Raphael musiał jej słuchać, natomiast Gizmo nie miał wyboru. Musiał przyjąć na siebie serię emocjonalnych ciosów ubranych w wyrzut, który spływał z jej języka jak najbardziej naturalny odruch na świecie. — Jestem przerażona poziomem twojej niekompetencji. Jesteś ochroniarzem, na litość boską! Nie zawsze oznacza to ochronę przed psychopatą z karabinem albo mającą metr pięćdziesiąt Prowadzącą! — grzmiała z pasją i przekonaniem kogoś gotowego rozszarpać ofiarę za zbrodnie przeciwko jej terytorium.
Raphael Valencourt emocjonalnie do niego należał. Przynajmniej w tej chwili. — Nawet się nie waż tłumaczyć rozkazami. Czasami są idiotyczne i wymagają zakwestionowania. Na przykład wtedy, kiedy idiota robi sobie krzywdę — jej moralność wykluczała ślepe podążanie za hierarchią i poleceniami. Nie potrafiłaby stać, patrzeć i nie reagować gdy Raphael tnie ręce nożem od łokcia po nadgarstek, jeśli akurat zapowiedział że tego chce i że nikt nie ma prawa mu przerywać. Do tępego dostosowywania się do poleceń dobre były owce. Zaganiane przez psa pasterskiego, bezmyślnie biegające na wszystkie strony. Sadie Glass miała do tego okragle minus dwieście procent predyspozycji.
Jej głos uniósł się słyszalnie.
To sukinsyn, ale nasz sukinsyn. Trzeba o niego dbać, kiedy nie dba sam o siebie. To nie jest trudne. Nie powinieneś był dopuścić do tej sytuacji. I nie obchodzi mnie to, że on jest z ciebie zadowolony.
Dłoń spoczęła na klamce, zwiastując koniec reprymendy, której nie miała prawa wygłaszać. Sama je sobie dawała. — Ja nie jestem. A teraz wejdziesz do środka i dokonasz pierdolonego cudu, żeby się ocknął i miał siłę mnie nienawidzić.
Ustąpiła o krok, ale nie podążyła za ochroniarzem od razu. Pozostała przy drzwiach przez minutę, może dwie. Wystarczająco, by ochłonąć i nie wracać do łazienki z tym samym gniewem.
Musiał zostać na korytarzu, zanim Sadie ponownie zajęła miejsce przy osłabionym Valencourcie. Nie przeszkadzała Gizmo w czynnościach, które miał podjąć. Jeśli Raphael o niego prosił, miał ku temu powody.
Jednocześnie nie pozostawiała obu mężczyznom wątpliwości: zmartwienie uwydatniało każdą z mimicznych zmarszczek.
Nie potrafiła odejść.

raphael valencourt