Where Loyalty Ends
: czw wrz 03, 2026 2:59 pm

Torres. Wybrałam właśnie ciebie, bo od początku uważałam cię za inteligentnego i walecznego człowieka, ale teraz popełniasz ogromny błąd. Twoja “wspaniała” rodzina, która porzuciła cię po narodzinach to jedno, ale poświęcenie całej Navarry dla jakiejś żałosnej rebelii…
Natychmiast wyjdź z mojej głowy, Ravena.
Dobrze wiesz, że Albert się z tobą nie zgodzi. Carmen, przejrzyj na oczy. To nie skończy się dobrze.
Powiedziałaś mu?
Oczywiście, że nie. Przysięgałam.
W takim razie nadal mam szansę. Sama mu to wyjaśnię.
Nie mieszaj się w to.
Ostatnie tygodnie w Basgiathcie przypominały sztukę, wystawianą na scenie w jakimś wielkim teatrze. Torres czuła się jak kiepska aktorka, zmuszona do odgrywania tej samej, nużącej roli w zapętleniu i okłamująca wszystkich swoich bliskich dokoła. Cholera, Carmen zawsze marzyła, żeby mieć swoją prawdziwą rodzinę. Taką, za którą z dumą odda swoje życie, bo w jej główce, więzy krwi były ponad wszystko inne. Choć… czy to nie zabawne i jednocześnie żałośnie naiwne w jej przypadku? Carmen Torres była wychowywana przez seniorkę, która przygarnęła ją z ulicy, gdy miała zaledwie pięć albo sześć lat. Jej wspomnienia przed zamieszkaniem u Polly, były rozmazane i wydawały się bardzo odległe. Carmel bardzo długo uważała właśnie babuszkę za swoją jedyną rodzinę, która przez lata dawała jej ciepło, miłość i wpajała pewne wartości, które pomogły jej przetrwać przez wszystkie lata nauki w Basgiathcie. To właśnie dla niej podjęła się tego wyzwania zostania jeźdźczynią, by upamiętnić Polly po jej śmierci.
Torres stała w sypialni, należącej do jej chłopaka — dowódcy drugiego skrzydła. Oparła dłoń na brukowym stopniu, wychylając się lekko przez okno, by dostrzec w oddali smoki, wbijające się prężnie w powietrze. Miała wrażenie, że to jedna z ostatnich chwil, przesiąkniętych złudnym spokojem; Tyrrendor czekał na odpowiedni moment, żeby rozpocząć rebelię. Navarra próbowała ukryć problemy, związane z panoszącą się prowincją, ale ciężko było zdusić problem w zarodku, jeśli wiele kadetów, kręciło się po samej szkole wojskowej. Podobnie jak Carmen, która została postawiona pod ścianą, by opowiedzieć się za którąś ze stron. Podczas jednej z misji poza granicami akademii, wpadła na grupę ludzi. Początkowo myślała, że to uciekinierzy lub przestępcy, sprzeciwiający się koronie. Nie sądziła, że mężczyzna, stojący na czele całej grupy okaże się jej ojcem, a prawda, którą z trudem zdołała wysłuchać, wystawiła jej cierpliwość, wartości i cały światopogląd na ogromną próbę.
Idzie. Torres, jeśli przez ciebie któreś z nas…
Carmen odwróciła się, by oprzeć się swobodnie o ścianę za swoimi plecami i skrzyżowała ręce na klatce piersiowej. Jej odznaka dowódczyni trzeciego skrzydła, błysnęła w świetle, padającym od lampki w kącie pokoju. Wyczuwała go na kilometr — aura, którą emanował, przenikała aż do jej kości. Musiała na sekundę przymknąć oczy, by oddzielić go od swoich myśli. Wiedziała, że to będzie alarmujące, ale nie chciała by wyczytał z niej wszystko, co chciała zrobić lub sprawdzić. Drzwi do sypialni w końcu otworzyły się, a ona wbiła nieco zmęczone spojrzenie w sylwetkę Thallmana.
Będzie ostrzem, który rozerwie jej serce albo drogą ku wolności.
— Nocthar wyszedł już z wprawy? — rzuciła w ramach powitania. — Piętnaście minut później niż zwykle. Ravena będzie musiała niedługo zwolnić tempo, żeby wam dorównać — powiedziała, uśmiechając się lekko. Próbowała to wszystko odsunąć w czasie jak tylko mogła, bo bała się. Cholera, oczywiście, że się bała. Mogła stracić Alberta na zawsze, a to było… niemożliwe, choćby ze względu na bonding ich smoków. Jedno nie mogło żyć bez drugiego, podobnie jak ich dwójka. Carmen nie potrafiła obejść tego problemu i obawiała się, że w finalnym rozrachunku, wszyscy na tym ucierpią.
wingleader