We are brothers from the same mother, but we aren't especially close
: czw wrz 03, 2026 8:27 pm
Postrzał nie był w jego bingo karcie na ten rok, nie spodziewał się, że to śledztwo obróci się w tym kierunku. Na szczęście nikomu więcej nic się nie stało, tylko on ucierpiał. Okazało się również, że znalazł jakąś melinę, której szukali policjanci od pewnego czasu. Cóż, nie wykonywali zbyt dobrze swojej pracy, ponieważ Sarin bardzo szybko znalazł kryjówkę, w której ukrywała się bliska osoba klientki, która go wynajęła. On szukał człowieka, a nie miejsca. Partnera pana X zastanawiała się gdzie on jest i co się stało z nim, ponieważ nie miała od niego wiadomości od dawna i się martwiła. On bardzo szybko złapał trop, więc nie potrafił zrozumieć opieszałości policji. Pewnie brzmi to dziwnie z ust byłego policjanta, ale tak właśnie jest. Nie dziwił się braku zaufania do policji, ponieważ tej coraz gorzej wychodzi bycie śledczymi. Miał wszystko czarno na białym. Udostępnił im wszystko to co udało mu się ustalić i nie chciał mieć już z tym wspólnego, nie chce być wkręcany w takie sytuację. Nie jest jednak głupi i zdaje sobie sprawę z tego, że w pracy detektywa może zostać wplątany lub odkryć pewne przestępstwa. Doskonale wie z czym to się je. Zawsze w takich sytuacjach będzie współpracować, nie ma innego wyboru.
W szpitalu spędził kilka dni, musiał przejść operację podczas której została mu wyjęta kula. Uszkodzenia na szczęście nie były za duże, więc nie było za dużego ryzyka, bo zawsze jest jakaś szansa, że coś się stanie. Nie chciał tak ryzykować, nie po to przyjechał do Toronto i tak się starał, aby wrócić do Bangkoku, bo mógłby się nie utrzymać, gdyby został kaleką, a kaleki detektyw pewnie nie miałby wzięcia, wręcz przeciwnie – miałby sporo ograniczeń w wykonywaniu powierzonym mu zadań.
Kiedy mógł w końcu wrócić do domu był przeszczęśliwy, chociaż rana bolała go jak jasny pieron, pewnie można byłoby użyć tutaj o wiele mocniejszych określeń, bo skala bólu poszła wysoko, ale po co sobie zaśmiecać głowę przekleństwami. Tych wylał z siebie dużo podczas postrzału, nawet oberwało się bogu ducha winnym ratownikom, jednak potem ich przeprosił. Nie chciał wyjść na jakiegoś buca, bo nim nie był. Ratownicy tylko się zaśmiali i przyznali, że mają gorsze przypadki.
Jego psiakami miał się kto zająć. Był dość blisko z jedną z sąsiadek, kiedy ona wyjeżdżała to on opiekował się jej pupilami i odwrotnie. Nawet odwiedzała go w szpitalu. W zasadzie tutaj nie miał za bardzo na kogo liczyć, ale rodzinie powiedział co i jak. Uspokoił ich, że nic poważnego mu się nie stało, jednak paniki nie udało się uniknąć. Wiadomo, jak to rodzina, tym bardziej, że jest tak daleko. Wiedział, że Thit jest na miejscu, jednak dawno ze sobą nie rozmawiali.
Ciężko mu było się poruszać, przez jakiś czas musiał mieć przy sobie dwie kule, aby nie obciążać nogi. Pozakładali mu jakieś inne cholerstwo, a on musiał się męczyć.
Siedział w salonie, nie spodziewał się żadnych gości. Razem z psiakami odpoczywał na kanapie i oglądał jakieś bzdury w telewizji. Cóż, można wykorzystać to na poczet odpoczynku, o którym do niedawna nie mógł pomyśleć. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło.
Usłyszał dzwonek do drzwi. Za szybko wstał i uderzył pokiereszowaną nogą.
- Chip-hai- zaklął po tajsku. Chwile mu zajęło zebranie się i dojście do drzwi, aby otworzyć gościowi. - Arthit? - Zapytał zdziwiony patrząc na stojącego przed nim brata. Dobra, jego to się na pewno nie spodziewał.
Arthit Rattanakosin
W szpitalu spędził kilka dni, musiał przejść operację podczas której została mu wyjęta kula. Uszkodzenia na szczęście nie były za duże, więc nie było za dużego ryzyka, bo zawsze jest jakaś szansa, że coś się stanie. Nie chciał tak ryzykować, nie po to przyjechał do Toronto i tak się starał, aby wrócić do Bangkoku, bo mógłby się nie utrzymać, gdyby został kaleką, a kaleki detektyw pewnie nie miałby wzięcia, wręcz przeciwnie – miałby sporo ograniczeń w wykonywaniu powierzonym mu zadań.
Kiedy mógł w końcu wrócić do domu był przeszczęśliwy, chociaż rana bolała go jak jasny pieron, pewnie można byłoby użyć tutaj o wiele mocniejszych określeń, bo skala bólu poszła wysoko, ale po co sobie zaśmiecać głowę przekleństwami. Tych wylał z siebie dużo podczas postrzału, nawet oberwało się bogu ducha winnym ratownikom, jednak potem ich przeprosił. Nie chciał wyjść na jakiegoś buca, bo nim nie był. Ratownicy tylko się zaśmiali i przyznali, że mają gorsze przypadki.
Jego psiakami miał się kto zająć. Był dość blisko z jedną z sąsiadek, kiedy ona wyjeżdżała to on opiekował się jej pupilami i odwrotnie. Nawet odwiedzała go w szpitalu. W zasadzie tutaj nie miał za bardzo na kogo liczyć, ale rodzinie powiedział co i jak. Uspokoił ich, że nic poważnego mu się nie stało, jednak paniki nie udało się uniknąć. Wiadomo, jak to rodzina, tym bardziej, że jest tak daleko. Wiedział, że Thit jest na miejscu, jednak dawno ze sobą nie rozmawiali.
Ciężko mu było się poruszać, przez jakiś czas musiał mieć przy sobie dwie kule, aby nie obciążać nogi. Pozakładali mu jakieś inne cholerstwo, a on musiał się męczyć.
Siedział w salonie, nie spodziewał się żadnych gości. Razem z psiakami odpoczywał na kanapie i oglądał jakieś bzdury w telewizji. Cóż, można wykorzystać to na poczet odpoczynku, o którym do niedawna nie mógł pomyśleć. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło.
Usłyszał dzwonek do drzwi. Za szybko wstał i uderzył pokiereszowaną nogą.
- Chip-hai- zaklął po tajsku. Chwile mu zajęło zebranie się i dojście do drzwi, aby otworzyć gościowi. - Arthit? - Zapytał zdziwiony patrząc na stojącego przed nim brata. Dobra, jego to się na pewno nie spodziewał.
Arthit Rattanakosin