life or death – escape from the zoo
: sob wrz 05, 2026 12:51 am
#3
Noc miała być spokojna. Jedna z tych zwyczajnych nocy, kiedy Aurora mogła wreszcie odłożyć telefon na szafkę, zamknąć oczy i przez kilka godzin nie myśleć o tym, czy któryś z pracowników poprawnie wypełnił raport, czy weterynaria dostała wszystkie wyniki badań i czy rano wszystko będzie dokładnie tam, gdzie powinno być. Na terenie Toronto Zoo odbywała się nocna wycieczka szkolna, dzieci miały przeżyć swoją małą przygodę, nauczyciele pilnować swoich podopiecznych, a pracownicy zapewnić im bezpieczeństwo. Nic, co powinno wymagać od Aurory zrywania się z łóżka w środku nocy. Stróże pilnowali publicznego ogrodu dla zwierząt, kilku pracowników dbało o nocne zwierzęta, a jednak telefon wyrwał ją ze snu tak gwałtownie, że przez pierwsze kilka sekund nawet nie wiedziała, gdzie jest. Ekran rozświetlił ciemną sypialnię. Połączenie służbowe. Potem drugie. Trzecie. Tona wiadomości, w tym od dyrekcji i służb ratunkowych. Aurora sięgnęła po telefon i odebrała, mocno zaspana, ale już z nieprzyjemnym przeczuciem, że coś jest bardzo nie tak. Szeptała, nie otwierając oczu.
- Halo? Co tam?
Głos po drugiej stronie nie potrzebował wiele czasu, żeby całkowicie ją rozbudzić. Gwałtownie zerwała się z łóżka, prawie wywracając się o kapcie przy łóżku. Włamanie. Naruszone zabezpieczenia. Kilka otwartych wybiegów. Zwierzęta poza swoimi strefami. Monitoring pokazujący problemy w kilku miejscach. I przede wszystkim — ludzie nadal znajdowali się na terenie zoo. Dzieci, nauczyciele. Zimny pot przeszedł jej po plecach. Wybudziła się.
- Ile zwierząt?
Odpowiedź była tak absurdalna, że przez moment była przekonana, że źle usłyszała.
- Jak to nie wiecie? Dużo? Ile, do cholery?!
Aurora zamarła. Nie jedno. Nie dwa. Nie nawet kilka. Dziesiąt zwierząt poza wybiegami. Jej pierwszą myślą wcale nie był jednak tygrys, lew czy krokodyl. Były dzieci. Dzieci, które miały tej nocy spać na terenie zoo i które nie miały najmniejszego pojęcia, że kilka metrów, kilkaset metrów albo kilka sektorów dalej ktoś właśnie wypuścił zwierzęta z ich zabezpieczonych przestrzeni. Włamanie? Akcja zorganizowana? Na sto procent cholerni obrońcy zwierząt! Przecież w zoo nie było tak źle. Zwierzęta dostawały pokarm pod nos, żyły i były kochane. Szczególnie przez opiekunów, którzy się z nimi zżyli.
- Słuchaj mnie bardzo uważnie. Wycieczka. Natychmiast zabezpieczacie dzieci. Wszystkie grupy do najbliższych bezpiecznych, zamkniętych pomieszczeń. Nikt nie wychodzi na zewnątrz. Nauczyciele mają zostać ze swoimi grupami. Alarm 10-98, zwierzę na wolności. Zrozumiałeś?
Wstała z łóżka i już w biegu zaczęła zakładać ubrania. Była zestresowana, głos czasami jej się łamał, bo nie chodziło już tylko o to, że jakaś papuga poleciała poza teren, a o życie ludzkie. Zwierzęta same będą się bały i w takiej sytuacji będą atakować obcych.
- Chcę liczenie. Nie „większość jest”. Nie „chyba wszyscy”. Każde dziecko. Każdy nauczyciel. Każdy opiekun. Każdy pracownik. Macie wiedzieć dokładnie, ile osób jest w środku i czy kogokolwiek brakuje. Natychmiast!
Bez makijażu, włosy roztrzepane, trampki, bez nałożonych skarpet, kolorowa kocobluza do połowy ud, a pod nią tylko damskie, czarne bokserki. Nie miała czasu! Druga ręka już szukała kluczyków.
- Ochrona zamyka wejścia i wyjścia. Powiadomcie policję. Powiadomcie odpowiednie służby. Wszystkich! Niech nikt nie dotyka miejsca włamania. To jest miejsce przestępstwa.
Rozłączyła się i nie czekała długo na cokolwiek. Miała gdzieś jak wygląda. Ruszyła biegiem do samochodu, trzaskając drzwiami. Serce waliło jej jak oszalałe. Dzieci. Włamanie. Ktoś zrobił to celowo. Ktoś wszedł do zoo i otworzył wybiegi, wiedząc doskonale, co może się wydarzyć. Aurora poczuła, jak zaczyna ogarniać ją panika, ale zacisnęła zęby. Panika mogła przyjść później. Trochę się trzęsła, była wystraszona i miała ochotę płakać. Mimo wszystko, teraz była kierowniczką. Teraz ktoś musiał dowodzić.
Samochód odpalił niemal natychmiast, a Aurora ruszyła w stronę Toronto Zoo zdecydowanie szybciej, niż powinna. Nie miała zamiaru robić z siebie bohaterki. Po prostu wiedziała, że każda minuta może oznaczać różnicę między bezpiecznym zamknięciem sytuacji a kolejną tragedią. Jechała, cały czas kontrolując drogę, bo teraz każdy cień przy poboczu mógł oznaczać zwierzę. Każde gwałtowne poruszenie między drzewami mogło być czymś, czego absolutnie nie chciała zobaczyć. Nie potrzebowała kawy, zastrzyk adrenaliny robił swoje, ale mimo wszystko miała problem z widocznością, bo mimo latarni nadal gówno widziała.
Po chwili telefon zadzwonił, a Aurora szybko odebrała przystawiając go do ucha. Miała gdzieś, że może dostać mandat. Liczyło się zoo.
- Panno Swan, mamy pierwsze potwierdzenie.
- Dzieci? Bezpieczne?
Zapadła chwila ciszy.
- Są w środku. Trwa liczenie.
- Nie przerywajcie go. Chcę dokładną liczbę. Chcę, żeby policzono je ponownie. Chcę by wszyscy byli bezpieczni!
Wręcz wykrzyczała to w słuchawkę, a w oczach pojawiły się jej łzy, ale tylko tyle. Starała się być spokojna, naprawdę. Pamiętajmy, że jest też człowiekiem, który mimo ciężkiego charakteru też ma uczucia. Nawet te trudne do przyznania się.
- Proszę o spokój, panno Swan. Wszystko rozumiem. Przyjąłem.
- Nie uspokajaj mnie, do kurwy nędzy! Masz tego nie robić! Zrozumiałeś?!
Znowu się uniosła, trochę traciła fason, ale to wszystko przez stres i sytuację w której się znalazła. Jedno zwierzę można przełknąć, ale nie tak zorganizowaną akcję. Tak, to na pewno było to, bo przypadkiem tego nie można nazwać. Aurora nie wierzyła w to.
- Niech nauczyciele nie próbują wyprowadzać nikogo na zewnątrz. Mają zostać z dzieciakami. Mają zostać w bezpiecznym miejscu, rozumiesz? Jeżeli któreś dziecko płacze, panikuje albo jest w szoku, zajmuje się nim dorosły. Przydzielcie im kogoś, Padingtona, Juliette, Osmana, kogokolwiek miłego! Niech ktoś przygotuje wodę, ciepłe napoje, koce i apteczkę. Ściągnij ekipę z rannej i popołudniowej zmiany.
Rozkazywała, ale próbowała jakoś to wszystko zorganizować.
- Panno Swan, ale jest środek...
Nie skończył, bo Aurora postanowiła wejść mu w zdanie. Była pobudzona.
- Dobrze wiem, która jest godzina! Gówno mnie to obchodzi. Ściągaj wszystkich! Natychmiast!
Nie czekała na odpowiedź. Rozłączyła się. Wtedy też zauważyła ruch po swojej prawej stronie. Wcisnęła hamulec. Samochód zatrzymał się gwałtownie, a Aurora spojrzała przez szybę. Kangur. Stał przy drodze, kilka metrów od ogrodzenia, i najwyraźniej nie miał pojęcia, co robić. Przeszedł kilka kroków, zawrócił, znów ruszył wzdłuż ogrodzenia. Joe. Aurora znała go. Znała jego sylwetkę, sposób poruszania się, zachowanie. Dlatego też nie wysiadła z samochodu. Nie otworzyła drzwi. Nie próbowała go wołać. Zrobiła tylko zdjęcie i przesłała je do ochrony. Wiedziała, że w tym stanie, poza swoim środowiskiem może być agresywny i dać komuś w łeb. Po wysłaniu fotki, zadzwoniła do kogoś z ochrony.
- Kangur jest przy głównej drodze, niedaleko wejścia. Jest zdezorientowany i krąży przy ogrodzeniu. Nie podchodźcie do niego bez przygotowania. Zabezpieczcie teren i trzymajcie ludzi z dala od niego.
- Przyjęliśmy.
- Żadnego gonienia. Jeżeli jest spokojny, dajcie mu przestrzeń. W razie czego użyjcie strzałek usypiających. Przydadzą się...
Z pewnością po całej akcji zejdzie cały zapas. Będzie musiała uzupełnić wszystko, złożyć zamówienie i liczyć na to, że to co mają wystarczy. Mimo to ruszyła dalej. Im bliżej zoo była, tym bardziej zaciskała dłonie na kierownicy. Próbowała się opanować, a pozytywne myślenie, nastawienie, że i tym razem da radę, sprawiało że wracało jej trzeźwe myślenie. Budziła się, umysł zaczął nadążać. W głowie miała tylko jedną myśl: dzieci. Nie zwierzęta. Nie włamanie. Nie jej stanowisko. Jeśli zawali tę akcję to prawdopodobnie nie pozbiera się psychicznie. To, że zostanie z niczym pewnie by przebolała, bo mimo ambicji i chęci kariery, to ludzkie życie i odpowiedzialnosć, która leżała na jej barkach była zbyt duża.
Kiedy wreszcie zobaczyła światła radiowozów, straży pożarnej i służb medycznych oraz pracowników przy głównym wejściu, poczuła krótką ulgę. Tylko krótką. Wysiadła z samochodu i ruszyła prawie biegiem w stronę pierwszego napotkanego pracownika. Próbowała zachować profesjonalizm, ale ciężko było w tej sytuacji. Była w obecnej chwili połączeniem „domowej Aurory” z nutką kierowniczego stanowiska. Nie była zołzą, nie była też przemiła. Miała w gdzieś jak była ubrana, ale „świeciła” domowym strojem.
- Hank, mów. Wszystko. Gdzie są dzieci? Złapaliście jakieś zwierzę?
- Panno Swan, dzieciaki są w zabezpieczonym budynku. Widzieliśmy sporo zwierzaków, obserwujemy i próbujemy je złapać po naszemu. Bez agresji i usypiania.
- Dobrze. Złapcie je wszystkie. Ile jest dzieciaków? Stan się zgadza?
- Nadal liczymy.
Aurora spojrzała na niego tak, że mężczyzna natychmiast przestał mówić. Zacisnęła zęby i zaczęła pocierać dłonie. Było chłodno.
- To jest najważniejsza rzecz. Dzieci. Chcę wiedzieć, gdzie jest każde z nich.
Ruszyła dalej.
- Ilu nauczycieli? Ilu pracowników? Czy ktoś jest ranny?
- Na ten moment brak informacji o rannych.
- „Na ten moment” mnie nie uspokaja. Sprawdźcie to. Załatw mi też kawę, pro...
Nie dokończyła, bo była blisko powiedzenia „proszę” do pracownika. Tego nie robiła i nadal chciała to zachować. Ruszyła dalej.
W centrum dowodzenia panował chaos, ale nie taki, który wynikał z braku ludzi. Wręcz przeciwnie. Było ich wszędzie pełno. Ochrona, pracownicy, osoby odpowiedzialne za poszczególne sektory, telefony, radia, mapy, monitory. Aurora weszła do środka i natychmiast skierowała wzrok na ekrany. Puste wybiegi. Otwarte drzwi. Pracownicy poruszający się parami. Na jednym z monitorów widać było fragment ogrodzenia, na kolejnym ciemną alejkę. Na następnym pustą przestrzeń, która jeszcze kilka godzin wcześniej była zamkniętym wybiegiem. Aurora poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku. Dostała też kawę, której tak bardzo potrzebowała. Trochę się trzęsła, ale próbowała zachować zimną krew, jak na kierowniczkę przystało.
- Zamknąć wszystkie niepotrzebne przejścia między sektorami.
Ktoś natychmiast sięgnął po radio.
- Przyjęłam.
- Nikt nie pracuje sam. Powtarzam: nikt. Każdy zespół ma mieć kontakt radiowy. Jeżeli ktoś zobaczy zwierzę, najpierw informuje centrum, potem zabezpiecza ludzi i dopiero wtedy podejmujemy decyzję. Jeśli się wam uda to złapcie je swoim sposobem, jeśli nie to pamiętacie jak się strzela usypiaczem. Tak?
- A jeżeli zwierzę ruszy w stronę ludzi? Co wtedy?
Aurora spojrzała na niego. Nie była zła, dobre pytanie, które wymagało odpowiedzi.
- Wtedy wycofujemy ludzi. Nie robimy bohaterów. Wasze życie jest najważniejsze. Czy to jasne?
Kolejna osoba, tym razem opiekunka wybiegu dla gadów, Alice, podeszła do niej z kartkami. Dwoma. Wręczyła Aurorze, która natychmiast zerknęła na to co jest napisane na tej pierwszej. Zaczęła czytać. Lista klas, nauczycieli i gdzie są.
- Mamy pierwsze zestawienie dzieci.
- Wszystkie grupy?
- Tak.
- Każde dziecko zostało fizycznie policzone?
- Tak.
- Jeszcze raz.
Alice zawahała się. Pokręciła głową, bo nie rozumiała tego.
- Ale pani kierownik, dopiero co...
- Jeszcze raz. Odmaszerować.
Nie podniosła głosu. Nie musiała. W jej tonie było coś, co ucinało wszelką dyskusję.
- Nauczyciele mają sprawdzić listy imienne. Nie chcę samej liczby. Chcę potwierdzenia, że każde dziecko z listy znajduje się w zabezpieczonym pomieszczeniu. Pilnujcie ich. Liczcie, dopóki wam nie każę przestać. Czy to jasne?
Dopiero wtedy Aurora odetchnęła nieco spokojniej. Miała wstępną listę, ale wycieczka była zbyt duża by pozwolić sobie na jakiś błąd. Jeden błąd, jedno niepoliczone dziecko i co? Tragedia gotowa. Wciąż jednak nie miała zamiaru odpuszczać. Wzięła solidny łyk kawy i poparzyła sobie język. Zrobiła bolesną minę, ale nadal musiała kierować ludźmi.
- Jeżeli któregokolwiek nazwiska nie da się potwierdzić, dowiaduję się o tym natychmiast.
- Jasne.
Dopiero gdy poczuła,, że ludzie są zabezpieczeni, Swan sięgnęła po drugą kartkę. Tym razem była to lista zwierząt. Przez chwilę patrzyła na nią bez słowa. Wiedziała, że to będzie najgorsza część. Nie dlatego, że nie znała swoich zwierząt. Wręcz przeciwnie. Znała je aż za dobrze. Każde z nich miało własne zachowania, własne reakcje, własne potrzeby i własny sposób reagowania na stres. Nie była specjalistką, nie była jak chociażby Padington, który mógłby recytować z pamięci kiedy mandryle akurat mają ochotę na iskanie. Problem polegał na tym, że teraz około pięćdziesiąt takich indywidualnych problemów znajdowało się jednocześnie poza kontrolą. Zaczęła liczyć.
- Pięćdziesiąt... I to jeszcze nie koniec...
Powiedziała to cicho, bardziej do siebie niż do kogokolwiek. Co najmniej pięćdziesiąt zwierząt. Dopiero teraz naprawdę dotarła do niej skala tego, co się wydarzyło. Nie pojedynczy incydent. Dobrze przeczuwała, że to zorganizowana akcja. Na sto procent. Wkurzyła się. Ktoś otworzył wiele wybiegów i zrobił to celowo. Ktoś chciał, żeby te zwierzęta znalazły się poza kontrolą. Aurora spojrzała na mapę zoo. Ogromny teren. Kilometry ścieżek, ogrodzenia, budynki, drzewa, woda, zakamarki, do których można było nie zajrzeć przez długie godziny. A gdzieś tam znajdowało się pięćdziesiąt zwierząt, które jeszcze niedawno były bezpieczne. Teraz każde z nich było osobnym problemem.
- To pełna lista? Oscar? Tak, do ciebie mówię.
Przejrzała jeszcze raz listę, a młody mężczyzna z nocnej zmiany pokręcił przecząco głową. Nie był pewny, nie odezwał się. Swan wzięła marker i podeszła do dużej mapy rozłożonej na stole.
- Masz specjalne zadanie. Przejrzyj monitoring z ochroną. Weź sobie kogoś do pomocy. Jeden patrzy w kamery, drugi i trzeci sprawdza fizycznie. Każdy wybieg, każda klatka, każdy zakamarek. Notujecie, potwierdzacie listę i dacie mi znać przez radio. Wierzę, że nic więcej nie uciekło.
Powiedziała poważnie, patrząc na chłopaka dosyć przeszywającym spojrzeniem. Westchnęła ciężko i wróciła wzrokiem do mapy, do ludzi którzy byli wokół i słuchali dalszych decyzji. Inne oddziały pracownicze były kierowane przez służby, przez policję, która też zabezpieczała teren i starała się odizolować całe zoo od cywili i reszty obywateli.
- Priorytety. Słuchajcie. Duże drapieżniki: lew, tygrys, hiena, wilk, gepard i dingo. Chcę ich lokalizację w pierwszej kolejności. Nie łapiecie ich na własną rękę. Lokalizujecie, zabezpieczacie teren i zgłaszacie. Weźcie pistolety z usypiaczem. Jeśli strażak lub policjant zaoferuje wam to nie odmawiajcie. Dla własnego bezpieczeństwa. Nic się wam nie może stać. Zrozumiano?
Ekipa zrozumiała. Niektórzy potwierdzili słownie, niektórzy tylko kiwali głową. Słuchali co mówi Aurora. Poczuła się pewniej, kawa dała jej energii. Kreśliła markerem po wybiegach dla drapieżników, teraz przeszła na inne stworzenia, które też wymagały szybkiej reakcji.
- Drugi zespół bierze gady. Krokodyl i pyton są priorytetem. Legwan, kameleon i żółw też mają zostać odnalezione, ale nie kosztem bezpieczeństwa ludzi. Uważajcie na węża, bo cholernik będzie chciał was złapać. Widzicie go, zgłaszacie i macie w pogotowiu usypiacz. Krokodyl na lądzie jest wolniejszy, ale nadal niebezpieczny.
Ta sama reakcja. Dobrze rozumieli co się dzieje. Swan nie przestawała. Kreśliła kolejne sektory dla kolejnej drużyny. Czuła zmęczenie, ale też satysfakcję i wierzyła, że jest na dobrej drodze do rozdysponowania zadań. Nie była przygotowana na to, ale w improwizacji nie była zaraz taka najgorsza. Znała procedury, znała zasady, więc mogła coś wymyślić.
- Trzeci zespół bierze pozostałe ssaki, płazy i nieloty. Nie powinno być tak strasznie, ale nie róbcie nic na siłę. Nie chcę by piętnaście ludzi biegało za jakimś tapirem.
Aurora odwróciła się w stronę ochrony. Wzięła kolejny łyk kawy i przyłożyła dłonie do kubka by je ogrzać.
- Wy zabezpieczacie zewnętrzny obwód. Jeżeli któreś zwierzę wydostanie się poza teren zoo, informacja natychmiast trafia do centrum i do policji. Czy to jasne?
- Mamy już zgłoszenie o krokodylu w kierunku centrum Toronto.
Aurora zamknęła na moment oczy. Westchnęła ciężko i ironicznie.
- Oczywiście, że mamy. Oczywiście...
Wypuściła powietrze nosem i wyciągnęła rękę po radio.
- Traktujemy to jako niepotwierdzone, ale potencjalnie poważne. Chcę dokładną lokalizację, godzinę i źródło zgłoszenia. Policja ma zostać poinformowana. Straż pożarna też.
- Przyjąłem.
- Jeszcze jedno. Nikt nie wychodzi sam. Żadnych bohaterów. Jeżeli ktoś znajdzie zwierzę, najpierw zgłasza.
Aurora spojrzała po zebranych. Po zmęczonych twarzach, dłoniach zaciskających się na krótkofalówkach i ludziach, którzy pewnie sami mieli ochotę na chwilę usiąść i złapać oddech. Tylko że nikt nie miał na to czasu. Właśnie dlatego nie chciała mówić do nich jak przełożona. Nie teraz. Teraz chciała mówić jak ktoś, kto stał obok nich, a nie nad nimi. To było dziwne, nawet dla samej Swan.
- Na koniec, posłuchajcie mnie przez chwilę. Wiem, że jest źle. Wiem, że każdy z was właśnie próbuje sobie poukładać w głowie, jak do cholery ogarnąć co najmniej pięćdziesiąt zwierząt poza wybiegami, ludzi na terenie zoo i jeszcze całą resztę tego bałaganu. Nie będę wam teraz wciskać, że będzie łatwo, bo nie będzie.
Zrobiła krótką przerwę, patrząc po kolejnych osobach. Zacisnęła mocniej kubek kawy w dłoniach. Nabrała powietrza w płucach i kontynuowała:
- Ale chcę, żebyście sobie przypomnieli jedną rzecz. Wy znacie te zwierzęta. Nie tylko z kart, raportów czy tabliczek przy wybiegach. Znacie ich zachowania. Wiecie, kiedy coś je stresuje. Wiecie, kiedy zwierzę jest przestraszone, kiedy jest agresywne, a kiedy po prostu chce znaleźć spokojne miejsce. Wiecie, jak reagują na ludzi, na głos, na jedzenie, na światło. Macie ten instynkt. Dlatego jesteście tutaj.
Uśmiechnęła się delikatnie. Wydawało się do dziwne dla ludzi, bo z reguły nie widzieli tego kierowniczki.
- Nie oczekuję od was cudów. Oczekuję, że zrobicie to, co robicie każdego dnia. Tylko dzisiaj będziecie musieli zrobić to razem. Nie musicie być odważniejsi niż zwykle. Nie musicie udowadniać, że jesteście bohaterami. Macie wrócić z tej akcji cali. Każdy z was. Każde z tych zwierząt. To jest nasz cel.
Zamilkła na moment i rozejrzała się po ludziach. Sama wierzyła w swoje słowa. Wzięła kolejny łyk kawy, a potem przechyliła kubek do końca i wlazła w siebie mocno ciepłą ciecz.
- Jeżeli czegoś nie wiecie, pytajcie. Jeżeli czegoś nie jesteście pewni, meldujcie. Jeżeli zobaczycie coś, czego nie rozumiecie, nie udawajcie, że wszystko jest w porządku. Mamy radia. Mamy zespoły. Mamy ludzi, którzy potrafią wam pomóc. Korzystajcie z nich.
Odwróciła się na chwilę w stronę mapy, wskazując na zaznaczone pola i alejki, gdzie mogą być ich podopieczni.
- Pamiętajcie, że nie ścigamy zwierząt. My je odzyskujemy. To różnica. One też są przerażone. Dla nich ta noc jest dokładnie tak samo cholernie nienormalna jak dla nas. Widziałam was przy trudniejszych sytuacjach. Widziałam, jak reagujecie, kiedy coś idzie nie tak. Widziałam ludzi, którzy potrafią zatrzymać się na sekundę, pomyśleć i zrobić dokładnie to, czego wymaga sytuacja. Dlatego wam ufam. Dlatego powierzam wam dzisiaj nasze zwierzęta.
Zacisnęła szczękę, przetarła dłonią czoło, po czym dodała już zdecydowanie:
- Mamy listę. Mamy co najmniej pięćdziesiąt zwierząt do odnalezienia. Mamy dzieci, które muszą zostać bezpieczne. Mamy ludzi, którzy na nas liczą. Więc robimy to krok po kroku. Bez paniki. Bez bohaterstwa. Bez samotnych akcji. Razem. A kiedy to się skończy, chcę zobaczyć tutaj dokładnie tych samych ludzi, których widzę teraz. Zmęczonych, wkurzonych, szczęśliwych, jakichkolwiek, ale wszystkich! Całych i zdrowych. Wtedy będziemy mogli powiedzieć, że zrobiliśmy swoją robotę.
Skinęła głową w stronę pierwszego zespołu. To samo zrobiła do pozostałych. Ładnie jej wyszło, sama była pod wrażeniem, że tak potrafi, bo jej słowa mimo wszystko płynęły z serca. Zołza, która martwi się o ludzi.
- Mamy robotę do wykonania.
Przez chwilę patrzyła na ludzi zgromadzonych wokół mapy. Zespoły dostały konkretne zadania. Ochrona zabezpieczała teren, a służby wiedziały o sytuacji. Ludzie zgromadzeni w centrum dowodzenia byli w ciężkim szoku słysząc słowa kierowniczki, bo nie spodziewali się, że potrafi tak mówić. Z reguły kończyło się na wymaganiach, a nie pochwałach, ale w takiej sytuacji uwierzyli, że słowa Aurory są prawdą i uda im się ogarnąć wszystko. Może nie jednej nocy, może nie w ciągu kilku dni, ale najniebezpieczniejsze zwierzęta trafią na swoje miejsce. Ruszyli.
Aurora też nie czekała długo. Nie miała zamiaru stać za mapą i dyrygować. Chwyciła krótkofalówkę i odnalazła wzrokiem swojego „ulubieńca”.
- Paddy, idziemy po kangura. Spróbujemy go złapać. Kręci się koło ogrodzenia.
Ruszyła w jego stronę. Sama była zmotywowana do działania.
Padington Bear
- Halo? Co tam?
Głos po drugiej stronie nie potrzebował wiele czasu, żeby całkowicie ją rozbudzić. Gwałtownie zerwała się z łóżka, prawie wywracając się o kapcie przy łóżku. Włamanie. Naruszone zabezpieczenia. Kilka otwartych wybiegów. Zwierzęta poza swoimi strefami. Monitoring pokazujący problemy w kilku miejscach. I przede wszystkim — ludzie nadal znajdowali się na terenie zoo. Dzieci, nauczyciele. Zimny pot przeszedł jej po plecach. Wybudziła się.
- Ile zwierząt?
Odpowiedź była tak absurdalna, że przez moment była przekonana, że źle usłyszała.
- Jak to nie wiecie? Dużo? Ile, do cholery?!
Aurora zamarła. Nie jedno. Nie dwa. Nie nawet kilka. Dziesiąt zwierząt poza wybiegami. Jej pierwszą myślą wcale nie był jednak tygrys, lew czy krokodyl. Były dzieci. Dzieci, które miały tej nocy spać na terenie zoo i które nie miały najmniejszego pojęcia, że kilka metrów, kilkaset metrów albo kilka sektorów dalej ktoś właśnie wypuścił zwierzęta z ich zabezpieczonych przestrzeni. Włamanie? Akcja zorganizowana? Na sto procent cholerni obrońcy zwierząt! Przecież w zoo nie było tak źle. Zwierzęta dostawały pokarm pod nos, żyły i były kochane. Szczególnie przez opiekunów, którzy się z nimi zżyli.
- Słuchaj mnie bardzo uważnie. Wycieczka. Natychmiast zabezpieczacie dzieci. Wszystkie grupy do najbliższych bezpiecznych, zamkniętych pomieszczeń. Nikt nie wychodzi na zewnątrz. Nauczyciele mają zostać ze swoimi grupami. Alarm 10-98, zwierzę na wolności. Zrozumiałeś?
Wstała z łóżka i już w biegu zaczęła zakładać ubrania. Była zestresowana, głos czasami jej się łamał, bo nie chodziło już tylko o to, że jakaś papuga poleciała poza teren, a o życie ludzkie. Zwierzęta same będą się bały i w takiej sytuacji będą atakować obcych.
- Chcę liczenie. Nie „większość jest”. Nie „chyba wszyscy”. Każde dziecko. Każdy nauczyciel. Każdy opiekun. Każdy pracownik. Macie wiedzieć dokładnie, ile osób jest w środku i czy kogokolwiek brakuje. Natychmiast!
Bez makijażu, włosy roztrzepane, trampki, bez nałożonych skarpet, kolorowa kocobluza do połowy ud, a pod nią tylko damskie, czarne bokserki. Nie miała czasu! Druga ręka już szukała kluczyków.
- Ochrona zamyka wejścia i wyjścia. Powiadomcie policję. Powiadomcie odpowiednie służby. Wszystkich! Niech nikt nie dotyka miejsca włamania. To jest miejsce przestępstwa.
Rozłączyła się i nie czekała długo na cokolwiek. Miała gdzieś jak wygląda. Ruszyła biegiem do samochodu, trzaskając drzwiami. Serce waliło jej jak oszalałe. Dzieci. Włamanie. Ktoś zrobił to celowo. Ktoś wszedł do zoo i otworzył wybiegi, wiedząc doskonale, co może się wydarzyć. Aurora poczuła, jak zaczyna ogarniać ją panika, ale zacisnęła zęby. Panika mogła przyjść później. Trochę się trzęsła, była wystraszona i miała ochotę płakać. Mimo wszystko, teraz była kierowniczką. Teraz ktoś musiał dowodzić.
Samochód odpalił niemal natychmiast, a Aurora ruszyła w stronę Toronto Zoo zdecydowanie szybciej, niż powinna. Nie miała zamiaru robić z siebie bohaterki. Po prostu wiedziała, że każda minuta może oznaczać różnicę między bezpiecznym zamknięciem sytuacji a kolejną tragedią. Jechała, cały czas kontrolując drogę, bo teraz każdy cień przy poboczu mógł oznaczać zwierzę. Każde gwałtowne poruszenie między drzewami mogło być czymś, czego absolutnie nie chciała zobaczyć. Nie potrzebowała kawy, zastrzyk adrenaliny robił swoje, ale mimo wszystko miała problem z widocznością, bo mimo latarni nadal gówno widziała.
Po chwili telefon zadzwonił, a Aurora szybko odebrała przystawiając go do ucha. Miała gdzieś, że może dostać mandat. Liczyło się zoo.
- Panno Swan, mamy pierwsze potwierdzenie.
- Dzieci? Bezpieczne?
Zapadła chwila ciszy.
- Są w środku. Trwa liczenie.
- Nie przerywajcie go. Chcę dokładną liczbę. Chcę, żeby policzono je ponownie. Chcę by wszyscy byli bezpieczni!
Wręcz wykrzyczała to w słuchawkę, a w oczach pojawiły się jej łzy, ale tylko tyle. Starała się być spokojna, naprawdę. Pamiętajmy, że jest też człowiekiem, który mimo ciężkiego charakteru też ma uczucia. Nawet te trudne do przyznania się.
- Proszę o spokój, panno Swan. Wszystko rozumiem. Przyjąłem.
- Nie uspokajaj mnie, do kurwy nędzy! Masz tego nie robić! Zrozumiałeś?!
Znowu się uniosła, trochę traciła fason, ale to wszystko przez stres i sytuację w której się znalazła. Jedno zwierzę można przełknąć, ale nie tak zorganizowaną akcję. Tak, to na pewno było to, bo przypadkiem tego nie można nazwać. Aurora nie wierzyła w to.
- Niech nauczyciele nie próbują wyprowadzać nikogo na zewnątrz. Mają zostać z dzieciakami. Mają zostać w bezpiecznym miejscu, rozumiesz? Jeżeli któreś dziecko płacze, panikuje albo jest w szoku, zajmuje się nim dorosły. Przydzielcie im kogoś, Padingtona, Juliette, Osmana, kogokolwiek miłego! Niech ktoś przygotuje wodę, ciepłe napoje, koce i apteczkę. Ściągnij ekipę z rannej i popołudniowej zmiany.
Rozkazywała, ale próbowała jakoś to wszystko zorganizować.
- Panno Swan, ale jest środek...
Nie skończył, bo Aurora postanowiła wejść mu w zdanie. Była pobudzona.
- Dobrze wiem, która jest godzina! Gówno mnie to obchodzi. Ściągaj wszystkich! Natychmiast!
Nie czekała na odpowiedź. Rozłączyła się. Wtedy też zauważyła ruch po swojej prawej stronie. Wcisnęła hamulec. Samochód zatrzymał się gwałtownie, a Aurora spojrzała przez szybę. Kangur. Stał przy drodze, kilka metrów od ogrodzenia, i najwyraźniej nie miał pojęcia, co robić. Przeszedł kilka kroków, zawrócił, znów ruszył wzdłuż ogrodzenia. Joe. Aurora znała go. Znała jego sylwetkę, sposób poruszania się, zachowanie. Dlatego też nie wysiadła z samochodu. Nie otworzyła drzwi. Nie próbowała go wołać. Zrobiła tylko zdjęcie i przesłała je do ochrony. Wiedziała, że w tym stanie, poza swoim środowiskiem może być agresywny i dać komuś w łeb. Po wysłaniu fotki, zadzwoniła do kogoś z ochrony.
- Kangur jest przy głównej drodze, niedaleko wejścia. Jest zdezorientowany i krąży przy ogrodzeniu. Nie podchodźcie do niego bez przygotowania. Zabezpieczcie teren i trzymajcie ludzi z dala od niego.
- Przyjęliśmy.
- Żadnego gonienia. Jeżeli jest spokojny, dajcie mu przestrzeń. W razie czego użyjcie strzałek usypiających. Przydadzą się...
Z pewnością po całej akcji zejdzie cały zapas. Będzie musiała uzupełnić wszystko, złożyć zamówienie i liczyć na to, że to co mają wystarczy. Mimo to ruszyła dalej. Im bliżej zoo była, tym bardziej zaciskała dłonie na kierownicy. Próbowała się opanować, a pozytywne myślenie, nastawienie, że i tym razem da radę, sprawiało że wracało jej trzeźwe myślenie. Budziła się, umysł zaczął nadążać. W głowie miała tylko jedną myśl: dzieci. Nie zwierzęta. Nie włamanie. Nie jej stanowisko. Jeśli zawali tę akcję to prawdopodobnie nie pozbiera się psychicznie. To, że zostanie z niczym pewnie by przebolała, bo mimo ambicji i chęci kariery, to ludzkie życie i odpowiedzialnosć, która leżała na jej barkach była zbyt duża.
Kiedy wreszcie zobaczyła światła radiowozów, straży pożarnej i służb medycznych oraz pracowników przy głównym wejściu, poczuła krótką ulgę. Tylko krótką. Wysiadła z samochodu i ruszyła prawie biegiem w stronę pierwszego napotkanego pracownika. Próbowała zachować profesjonalizm, ale ciężko było w tej sytuacji. Była w obecnej chwili połączeniem „domowej Aurory” z nutką kierowniczego stanowiska. Nie była zołzą, nie była też przemiła. Miała w gdzieś jak była ubrana, ale „świeciła” domowym strojem.
- Hank, mów. Wszystko. Gdzie są dzieci? Złapaliście jakieś zwierzę?
- Panno Swan, dzieciaki są w zabezpieczonym budynku. Widzieliśmy sporo zwierzaków, obserwujemy i próbujemy je złapać po naszemu. Bez agresji i usypiania.
- Dobrze. Złapcie je wszystkie. Ile jest dzieciaków? Stan się zgadza?
- Nadal liczymy.
Aurora spojrzała na niego tak, że mężczyzna natychmiast przestał mówić. Zacisnęła zęby i zaczęła pocierać dłonie. Było chłodno.
- To jest najważniejsza rzecz. Dzieci. Chcę wiedzieć, gdzie jest każde z nich.
Ruszyła dalej.
- Ilu nauczycieli? Ilu pracowników? Czy ktoś jest ranny?
- Na ten moment brak informacji o rannych.
- „Na ten moment” mnie nie uspokaja. Sprawdźcie to. Załatw mi też kawę, pro...
Nie dokończyła, bo była blisko powiedzenia „proszę” do pracownika. Tego nie robiła i nadal chciała to zachować. Ruszyła dalej.
W centrum dowodzenia panował chaos, ale nie taki, który wynikał z braku ludzi. Wręcz przeciwnie. Było ich wszędzie pełno. Ochrona, pracownicy, osoby odpowiedzialne za poszczególne sektory, telefony, radia, mapy, monitory. Aurora weszła do środka i natychmiast skierowała wzrok na ekrany. Puste wybiegi. Otwarte drzwi. Pracownicy poruszający się parami. Na jednym z monitorów widać było fragment ogrodzenia, na kolejnym ciemną alejkę. Na następnym pustą przestrzeń, która jeszcze kilka godzin wcześniej była zamkniętym wybiegiem. Aurora poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku. Dostała też kawę, której tak bardzo potrzebowała. Trochę się trzęsła, ale próbowała zachować zimną krew, jak na kierowniczkę przystało.
- Zamknąć wszystkie niepotrzebne przejścia między sektorami.
Ktoś natychmiast sięgnął po radio.
- Przyjęłam.
- Nikt nie pracuje sam. Powtarzam: nikt. Każdy zespół ma mieć kontakt radiowy. Jeżeli ktoś zobaczy zwierzę, najpierw informuje centrum, potem zabezpiecza ludzi i dopiero wtedy podejmujemy decyzję. Jeśli się wam uda to złapcie je swoim sposobem, jeśli nie to pamiętacie jak się strzela usypiaczem. Tak?
- A jeżeli zwierzę ruszy w stronę ludzi? Co wtedy?
Aurora spojrzała na niego. Nie była zła, dobre pytanie, które wymagało odpowiedzi.
- Wtedy wycofujemy ludzi. Nie robimy bohaterów. Wasze życie jest najważniejsze. Czy to jasne?
Kolejna osoba, tym razem opiekunka wybiegu dla gadów, Alice, podeszła do niej z kartkami. Dwoma. Wręczyła Aurorze, która natychmiast zerknęła na to co jest napisane na tej pierwszej. Zaczęła czytać. Lista klas, nauczycieli i gdzie są.
- Mamy pierwsze zestawienie dzieci.
- Wszystkie grupy?
- Tak.
- Każde dziecko zostało fizycznie policzone?
- Tak.
- Jeszcze raz.
Alice zawahała się. Pokręciła głową, bo nie rozumiała tego.
- Ale pani kierownik, dopiero co...
- Jeszcze raz. Odmaszerować.
Nie podniosła głosu. Nie musiała. W jej tonie było coś, co ucinało wszelką dyskusję.
- Nauczyciele mają sprawdzić listy imienne. Nie chcę samej liczby. Chcę potwierdzenia, że każde dziecko z listy znajduje się w zabezpieczonym pomieszczeniu. Pilnujcie ich. Liczcie, dopóki wam nie każę przestać. Czy to jasne?
Dopiero wtedy Aurora odetchnęła nieco spokojniej. Miała wstępną listę, ale wycieczka była zbyt duża by pozwolić sobie na jakiś błąd. Jeden błąd, jedno niepoliczone dziecko i co? Tragedia gotowa. Wciąż jednak nie miała zamiaru odpuszczać. Wzięła solidny łyk kawy i poparzyła sobie język. Zrobiła bolesną minę, ale nadal musiała kierować ludźmi.
- Jeżeli któregokolwiek nazwiska nie da się potwierdzić, dowiaduję się o tym natychmiast.
- Jasne.
Dopiero gdy poczuła,, że ludzie są zabezpieczeni, Swan sięgnęła po drugą kartkę. Tym razem była to lista zwierząt. Przez chwilę patrzyła na nią bez słowa. Wiedziała, że to będzie najgorsza część. Nie dlatego, że nie znała swoich zwierząt. Wręcz przeciwnie. Znała je aż za dobrze. Każde z nich miało własne zachowania, własne reakcje, własne potrzeby i własny sposób reagowania na stres. Nie była specjalistką, nie była jak chociażby Padington, który mógłby recytować z pamięci kiedy mandryle akurat mają ochotę na iskanie. Problem polegał na tym, że teraz około pięćdziesiąt takich indywidualnych problemów znajdowało się jednocześnie poza kontrolą. Zaczęła liczyć.
- Pięćdziesiąt... I to jeszcze nie koniec...
Powiedziała to cicho, bardziej do siebie niż do kogokolwiek. Co najmniej pięćdziesiąt zwierząt. Dopiero teraz naprawdę dotarła do niej skala tego, co się wydarzyło. Nie pojedynczy incydent. Dobrze przeczuwała, że to zorganizowana akcja. Na sto procent. Wkurzyła się. Ktoś otworzył wiele wybiegów i zrobił to celowo. Ktoś chciał, żeby te zwierzęta znalazły się poza kontrolą. Aurora spojrzała na mapę zoo. Ogromny teren. Kilometry ścieżek, ogrodzenia, budynki, drzewa, woda, zakamarki, do których można było nie zajrzeć przez długie godziny. A gdzieś tam znajdowało się pięćdziesiąt zwierząt, które jeszcze niedawno były bezpieczne. Teraz każde z nich było osobnym problemem.
- To pełna lista? Oscar? Tak, do ciebie mówię.
Przejrzała jeszcze raz listę, a młody mężczyzna z nocnej zmiany pokręcił przecząco głową. Nie był pewny, nie odezwał się. Swan wzięła marker i podeszła do dużej mapy rozłożonej na stole.
- Masz specjalne zadanie. Przejrzyj monitoring z ochroną. Weź sobie kogoś do pomocy. Jeden patrzy w kamery, drugi i trzeci sprawdza fizycznie. Każdy wybieg, każda klatka, każdy zakamarek. Notujecie, potwierdzacie listę i dacie mi znać przez radio. Wierzę, że nic więcej nie uciekło.
Powiedziała poważnie, patrząc na chłopaka dosyć przeszywającym spojrzeniem. Westchnęła ciężko i wróciła wzrokiem do mapy, do ludzi którzy byli wokół i słuchali dalszych decyzji. Inne oddziały pracownicze były kierowane przez służby, przez policję, która też zabezpieczała teren i starała się odizolować całe zoo od cywili i reszty obywateli.
- Priorytety. Słuchajcie. Duże drapieżniki: lew, tygrys, hiena, wilk, gepard i dingo. Chcę ich lokalizację w pierwszej kolejności. Nie łapiecie ich na własną rękę. Lokalizujecie, zabezpieczacie teren i zgłaszacie. Weźcie pistolety z usypiaczem. Jeśli strażak lub policjant zaoferuje wam to nie odmawiajcie. Dla własnego bezpieczeństwa. Nic się wam nie może stać. Zrozumiano?
Ekipa zrozumiała. Niektórzy potwierdzili słownie, niektórzy tylko kiwali głową. Słuchali co mówi Aurora. Poczuła się pewniej, kawa dała jej energii. Kreśliła markerem po wybiegach dla drapieżników, teraz przeszła na inne stworzenia, które też wymagały szybkiej reakcji.
- Drugi zespół bierze gady. Krokodyl i pyton są priorytetem. Legwan, kameleon i żółw też mają zostać odnalezione, ale nie kosztem bezpieczeństwa ludzi. Uważajcie na węża, bo cholernik będzie chciał was złapać. Widzicie go, zgłaszacie i macie w pogotowiu usypiacz. Krokodyl na lądzie jest wolniejszy, ale nadal niebezpieczny.
Ta sama reakcja. Dobrze rozumieli co się dzieje. Swan nie przestawała. Kreśliła kolejne sektory dla kolejnej drużyny. Czuła zmęczenie, ale też satysfakcję i wierzyła, że jest na dobrej drodze do rozdysponowania zadań. Nie była przygotowana na to, ale w improwizacji nie była zaraz taka najgorsza. Znała procedury, znała zasady, więc mogła coś wymyślić.
- Trzeci zespół bierze pozostałe ssaki, płazy i nieloty. Nie powinno być tak strasznie, ale nie róbcie nic na siłę. Nie chcę by piętnaście ludzi biegało za jakimś tapirem.
Aurora odwróciła się w stronę ochrony. Wzięła kolejny łyk kawy i przyłożyła dłonie do kubka by je ogrzać.
- Wy zabezpieczacie zewnętrzny obwód. Jeżeli któreś zwierzę wydostanie się poza teren zoo, informacja natychmiast trafia do centrum i do policji. Czy to jasne?
- Mamy już zgłoszenie o krokodylu w kierunku centrum Toronto.
Aurora zamknęła na moment oczy. Westchnęła ciężko i ironicznie.
- Oczywiście, że mamy. Oczywiście...
Wypuściła powietrze nosem i wyciągnęła rękę po radio.
- Traktujemy to jako niepotwierdzone, ale potencjalnie poważne. Chcę dokładną lokalizację, godzinę i źródło zgłoszenia. Policja ma zostać poinformowana. Straż pożarna też.
- Przyjąłem.
- Jeszcze jedno. Nikt nie wychodzi sam. Żadnych bohaterów. Jeżeli ktoś znajdzie zwierzę, najpierw zgłasza.
Aurora spojrzała po zebranych. Po zmęczonych twarzach, dłoniach zaciskających się na krótkofalówkach i ludziach, którzy pewnie sami mieli ochotę na chwilę usiąść i złapać oddech. Tylko że nikt nie miał na to czasu. Właśnie dlatego nie chciała mówić do nich jak przełożona. Nie teraz. Teraz chciała mówić jak ktoś, kto stał obok nich, a nie nad nimi. To było dziwne, nawet dla samej Swan.
- Na koniec, posłuchajcie mnie przez chwilę. Wiem, że jest źle. Wiem, że każdy z was właśnie próbuje sobie poukładać w głowie, jak do cholery ogarnąć co najmniej pięćdziesiąt zwierząt poza wybiegami, ludzi na terenie zoo i jeszcze całą resztę tego bałaganu. Nie będę wam teraz wciskać, że będzie łatwo, bo nie będzie.
Zrobiła krótką przerwę, patrząc po kolejnych osobach. Zacisnęła mocniej kubek kawy w dłoniach. Nabrała powietrza w płucach i kontynuowała:
- Ale chcę, żebyście sobie przypomnieli jedną rzecz. Wy znacie te zwierzęta. Nie tylko z kart, raportów czy tabliczek przy wybiegach. Znacie ich zachowania. Wiecie, kiedy coś je stresuje. Wiecie, kiedy zwierzę jest przestraszone, kiedy jest agresywne, a kiedy po prostu chce znaleźć spokojne miejsce. Wiecie, jak reagują na ludzi, na głos, na jedzenie, na światło. Macie ten instynkt. Dlatego jesteście tutaj.
Uśmiechnęła się delikatnie. Wydawało się do dziwne dla ludzi, bo z reguły nie widzieli tego kierowniczki.
- Nie oczekuję od was cudów. Oczekuję, że zrobicie to, co robicie każdego dnia. Tylko dzisiaj będziecie musieli zrobić to razem. Nie musicie być odważniejsi niż zwykle. Nie musicie udowadniać, że jesteście bohaterami. Macie wrócić z tej akcji cali. Każdy z was. Każde z tych zwierząt. To jest nasz cel.
Zamilkła na moment i rozejrzała się po ludziach. Sama wierzyła w swoje słowa. Wzięła kolejny łyk kawy, a potem przechyliła kubek do końca i wlazła w siebie mocno ciepłą ciecz.
- Jeżeli czegoś nie wiecie, pytajcie. Jeżeli czegoś nie jesteście pewni, meldujcie. Jeżeli zobaczycie coś, czego nie rozumiecie, nie udawajcie, że wszystko jest w porządku. Mamy radia. Mamy zespoły. Mamy ludzi, którzy potrafią wam pomóc. Korzystajcie z nich.
Odwróciła się na chwilę w stronę mapy, wskazując na zaznaczone pola i alejki, gdzie mogą być ich podopieczni.
- Pamiętajcie, że nie ścigamy zwierząt. My je odzyskujemy. To różnica. One też są przerażone. Dla nich ta noc jest dokładnie tak samo cholernie nienormalna jak dla nas. Widziałam was przy trudniejszych sytuacjach. Widziałam, jak reagujecie, kiedy coś idzie nie tak. Widziałam ludzi, którzy potrafią zatrzymać się na sekundę, pomyśleć i zrobić dokładnie to, czego wymaga sytuacja. Dlatego wam ufam. Dlatego powierzam wam dzisiaj nasze zwierzęta.
Zacisnęła szczękę, przetarła dłonią czoło, po czym dodała już zdecydowanie:
- Mamy listę. Mamy co najmniej pięćdziesiąt zwierząt do odnalezienia. Mamy dzieci, które muszą zostać bezpieczne. Mamy ludzi, którzy na nas liczą. Więc robimy to krok po kroku. Bez paniki. Bez bohaterstwa. Bez samotnych akcji. Razem. A kiedy to się skończy, chcę zobaczyć tutaj dokładnie tych samych ludzi, których widzę teraz. Zmęczonych, wkurzonych, szczęśliwych, jakichkolwiek, ale wszystkich! Całych i zdrowych. Wtedy będziemy mogli powiedzieć, że zrobiliśmy swoją robotę.
Skinęła głową w stronę pierwszego zespołu. To samo zrobiła do pozostałych. Ładnie jej wyszło, sama była pod wrażeniem, że tak potrafi, bo jej słowa mimo wszystko płynęły z serca. Zołza, która martwi się o ludzi.
- Mamy robotę do wykonania.
Przez chwilę patrzyła na ludzi zgromadzonych wokół mapy. Zespoły dostały konkretne zadania. Ochrona zabezpieczała teren, a służby wiedziały o sytuacji. Ludzie zgromadzeni w centrum dowodzenia byli w ciężkim szoku słysząc słowa kierowniczki, bo nie spodziewali się, że potrafi tak mówić. Z reguły kończyło się na wymaganiach, a nie pochwałach, ale w takiej sytuacji uwierzyli, że słowa Aurory są prawdą i uda im się ogarnąć wszystko. Może nie jednej nocy, może nie w ciągu kilku dni, ale najniebezpieczniejsze zwierzęta trafią na swoje miejsce. Ruszyli.
Aurora też nie czekała długo. Nie miała zamiaru stać za mapą i dyrygować. Chwyciła krótkofalówkę i odnalazła wzrokiem swojego „ulubieńca”.
- Paddy, idziemy po kangura. Spróbujemy go złapać. Kręci się koło ogrodzenia.
Ruszyła w jego stronę. Sama była zmotywowana do działania.
Padington Bear