Do you prefer dangerous freedom over peaceful slavery?
: sob wrz 05, 2026 10:10 am
I’m the voice in the back of you head
With a whisper, I’m there, over your shoulder
Don't you wish you never let me in?
Don't you wish you never let me in?
Dlatego były cholernie rzadkie, a jednak zdarzały się i Sawyer każdy z nich traktował jak niewielkie święto własnej niezależności.
Chociaż nie skończył żadnej szkoły, nie wymieniłby ani jednej rzeki Europy ani nie przytoczyłby żadnej z zasad dynamiki Newtona, bynajmniej nie był . g ł u p i . w tym znaczeniu, jakie miało dla niego jedyną wartość: zauważył, że tę niezależność tracił w niebezpiecznym tempie na rzecz zleceniodawcy. Coraz częściej czuł się jak pies wychowany do walk, którego ktoś uwiązał na łańcuchu, wyrwał wszystkie zęby i spiłował pazury, a następnie w przejawie sadyzmu kazał bronić swojego pana, znajdującego się po drugiej stronie siatki jego kojca. Mimo to nie pozwalał sobie na frustrację. Nie dopuszczał do siebie niecierpliwości. Każdego dnia wstawał, biegał po śmierdzącym spalinami mieście i brał krótki prysznic, a później jechał do domu nad jeziorem, żeby kolejny dzień znosić fochy dziewczyny zbyt dumnej, żeby zauważyć prawdę zza kurtyny kłamstw, którymi sama się karmiła.
Ten wieczór był jednak wolny. Sawyer odepchnął od siebie myśli o pracy, wyszedł z mieszkania bez z góry założonego celu i długo łaził ulicami. W końcu wybrał jeden z barów w okolicy swojego nowego mieszkania, nierzucający się w oczy, raczej podły, tak daleki od wystawnej elegancji — która zdążyła mu zbrzydnąć w ciągu ostatnich tygodni — jak się tylko dało, gdzie nie spodziewał się usłyszeć żadnych pytań ani przyciągnąć niepotrzebnej uwagi. Ubrany w zwykłą, skórzaną kurtkę narzuconą na czarną koszulkę, jeansy i ciężkie buty za kostkę, wszedł do lokalu cicho, z rękami w kieszeniach. Ludzie nie zwrócili na niego większej uwagi — ale on na nich tak. Zanim zajął miejsce za barem, prześlizgnął się spojrzeniem po twarzach i osobach w pomieszczeniu, zlokalizował okna, podświadomie przeanalizował ustawienie stołów i baru w stosunku do wyjścia, przeliczył drogi, którymi mógłby się wydostać.
Nie z konieczności — z . o d r u c h u .
Potrzeby silniejszej niż świadomość i zdrowy rozsądek razem wzięte, bo głębiej zakorzenionej.
Zajął jedno z kilku wolnych miejsc przy barze, przy samej krawędzi, co zostawiło mu pole manewru dla prawej ręki. Dopiero wtedy mógł zobaczyć profil kobiety zajmującej hoker dwa miejsca dalej, dotąd siedzącej tyłem do wejścia i w jego głowie natychmiast zapaliła się lampka ostrzegawcza. Bo większość twarzy była tu dokładnie taka, jakich Sawyer spodziewał się po tym miejscu; szara, nijaka, przeciętna. Poza jedną.
Właśnie tej kobiety.
Zdał sobie sprawę, że przygląda się jej zbyt długo, nawet jeśli dyskretnie, aż wreszcie barman zwrócił się w jego stronę i oderwał jego myśli od powodu, dla którego taka kobieta siedzi w takim miejscu.
— Co podać?
— Podwójną whisky — odparł automatycznie.
Sylwetka kobiety wciąż pozostawała gdzieś na peryferiach widzenia, kiedy rozsiadł się wygodniej przodem do baru i oparł przedramiona na podejrzanie lepkim blacie. To, jak bardzo nie pasowała do tego miejsca, nie dawało mu spokoju; jednocześnie fascynowało i niepokoiło.
Polujesz czy uciekasz?
Był tylko jeden sposób, żeby się przekonać. Żeby odpowiedzieć na to niezadane głośno pytanie, które obijało mu się po wnętrzu czaszki.
— Ciężki dzień? — zapytał, ze wzrokiem wciąż zawieszonym obojętnie gdzieś pomiędzy flaszkami ustawionymi w nierównych rzędach za barem, do którego oboje siedzieli przodem, po czym upił łyk swojego alkoholu.
Chociaż na nią nie patrzył, w jakiś sposób nie było wątpliwości, do kogo mówi.
Jinx Hart