hospital food & other hazards
: sob wrz 05, 2026 3:31 pm
03.
Po kilku tygodniach pracy w Mount Sinai Harris zaczął już rozpoznawać pewne twarze. Nie znał jeszcze wszystkich nazwisk, nie pamiętał, kto dokładnie był na którym oddziale i nadal zdarzało mu się zatrzymać na korytarzu na sekundę dłużej, próbując przypomnieć sobie, czy mijana właśnie osoba była chirurgiem, internistą czy może kimś z administracji. Ale przynajmniej przestał być całkowicie obcy.
Miał już swoich ludzi do krótkich rozmów między dyżurami, kilka znajomych twarzy przy kawie i nawet mniej więcej wypracowany sposób omijania największego tłoku w kantynie.
Tego dnia jednak najwyraźniej nie dało się ominąć niczego.
Kantyna była pełna. Przy jednym stoliku ktoś przeglądał dokumentację między kolejnymi kęsami obiadu, przy innym dwie pielęgniarki rozmawiały zdecydowanie zbyt energicznie jak na godzinę, o której większość ludzi powinna raczej milczeć i próbować odzyskać siły. Gdzieś przy wejściu ekspres do kawy syczał, a kolejka przesuwała się w ślimaczym tempie.
Harris odebrał swój obiad, rozejrzał się po sali i już miał zacząć szukać wolnego miejsca, kiedy zauważył znajomą twarz. Casimira siedziała przy jednym ze stolików, najwyraźniej już w połowie swojego posiłku.
Poznali się niespełna tydzień wcześniej, w jednym z tych przypadkowych momentów, które w szpitalu potrafiły przerodzić się w znajomość szybciej niż planowane przedstawienie. Harris potrzebował kilku minut na omówienie pacjenta z kimś z medycyny ratunkowej, a Casimira akurat kończyła zmianę. Zamiast krótkiej, czysto zawodowej wymiany zdań skończyło się na kilku dodatkowych minutach rozmowy, kawie wypitej w pośpiechu i odkryciu, że najwyraźniej całkiem dobrze się ze sobą dogadują.
Od tamtej pory zdążyli minąć się jeszcze kilka razy na korytarzach. Czasem wystarczyło krótkie „hej”, czasem kilka zdań pomiędzy jednym telefonem a drugim. Nie była to jeszcze przyjaźń ani nawet szczególnie bliska znajomość, ale zdecydowanie przestała być tylko kolejną twarzą wśród setek ludzi pracujących w szpitalu.
Dlatego teraz Harris nie zastanawiał się długo.
Podszedł do stolika i zatrzymał się przy wolnym krześle.
– Zajęte? – Nie czekając specjalnie na odpowiedź, odstawił tacę i usiadł naprzeciwko niej. – Świetnie. W takim razie właśnie uratowałaś mi lunch.
Sięgnął po sztućce, po czym zerknął na jej talerz. – Chociaż teraz zaczynam się zastanawiać, czy nie popełniłem błędu. Wygląda na to, że znalazłaś coś jadalnego. – Uniósł wzrok znad własnego obiadu. – Jakim cudem?
Casimira Gardner
Po kilku tygodniach pracy w Mount Sinai Harris zaczął już rozpoznawać pewne twarze. Nie znał jeszcze wszystkich nazwisk, nie pamiętał, kto dokładnie był na którym oddziale i nadal zdarzało mu się zatrzymać na korytarzu na sekundę dłużej, próbując przypomnieć sobie, czy mijana właśnie osoba była chirurgiem, internistą czy może kimś z administracji. Ale przynajmniej przestał być całkowicie obcy.
Miał już swoich ludzi do krótkich rozmów między dyżurami, kilka znajomych twarzy przy kawie i nawet mniej więcej wypracowany sposób omijania największego tłoku w kantynie.
Tego dnia jednak najwyraźniej nie dało się ominąć niczego.
Kantyna była pełna. Przy jednym stoliku ktoś przeglądał dokumentację między kolejnymi kęsami obiadu, przy innym dwie pielęgniarki rozmawiały zdecydowanie zbyt energicznie jak na godzinę, o której większość ludzi powinna raczej milczeć i próbować odzyskać siły. Gdzieś przy wejściu ekspres do kawy syczał, a kolejka przesuwała się w ślimaczym tempie.
Harris odebrał swój obiad, rozejrzał się po sali i już miał zacząć szukać wolnego miejsca, kiedy zauważył znajomą twarz. Casimira siedziała przy jednym ze stolików, najwyraźniej już w połowie swojego posiłku.
Poznali się niespełna tydzień wcześniej, w jednym z tych przypadkowych momentów, które w szpitalu potrafiły przerodzić się w znajomość szybciej niż planowane przedstawienie. Harris potrzebował kilku minut na omówienie pacjenta z kimś z medycyny ratunkowej, a Casimira akurat kończyła zmianę. Zamiast krótkiej, czysto zawodowej wymiany zdań skończyło się na kilku dodatkowych minutach rozmowy, kawie wypitej w pośpiechu i odkryciu, że najwyraźniej całkiem dobrze się ze sobą dogadują.
Od tamtej pory zdążyli minąć się jeszcze kilka razy na korytarzach. Czasem wystarczyło krótkie „hej”, czasem kilka zdań pomiędzy jednym telefonem a drugim. Nie była to jeszcze przyjaźń ani nawet szczególnie bliska znajomość, ale zdecydowanie przestała być tylko kolejną twarzą wśród setek ludzi pracujących w szpitalu.
Dlatego teraz Harris nie zastanawiał się długo.
Podszedł do stolika i zatrzymał się przy wolnym krześle.
– Zajęte? – Nie czekając specjalnie na odpowiedź, odstawił tacę i usiadł naprzeciwko niej. – Świetnie. W takim razie właśnie uratowałaś mi lunch.
Sięgnął po sztućce, po czym zerknął na jej talerz. – Chociaż teraz zaczynam się zastanawiać, czy nie popełniłem błędu. Wygląda na to, że znalazłaś coś jadalnego. – Uniósł wzrok znad własnego obiadu. – Jakim cudem?
Casimira Gardner