Strona 1 z 1

fatal trouble

: sob wrz 05, 2026 10:36 pm
autor: Isobel Cameron
VII.

Późnym wieczorem Toronto było mokre od deszczu. Asfalt odbijał światła sygnalizacji i witryn, a czerwienie, żółcie i biele rozpływały się w kałużach pod kołami samochodów. Na skrzyżowaniach przechodnie pojawiali się pojedynczo, z głowami pochylonymi pod parasolami. Wzdłuż ulic ciągnęły się rzędy wieżowców, ich szklane fasady ginęły miejscami w niskiej mgle. Kilka pięter wciąż było oświetlonych. Reszta okien pozostawała ciemna. Nad dachami, między smugami chmur, widoczna była wieża CN Tower. Samochód skręcił w boczną ulicę. Opony przejechały przez płytką kałużę, rozpryskując wodę na krawężnik. Przy zamkniętym sklepie stał mężczyzna w ciemnym płaszczu. Papieros żarzył się między jego palcami, a dym mieszał się z wilgotnym powietrzem. Kiedy usłyszał nadjeżdżający samochód, podniósł głowę, lecz nie zrobił kroku. Kilka przecznic dalej otwierano jeszcze drzwi baru. Z wnętrza wypłynęła muzyka, śmiech i żółte światło, które na kilka sekund padło na mokry chodnik. Potem drzwi się zamknęły. Na głównej ulicy ruch wciąż był spory. Taksówki zatrzymywały się przy krawężnikach, tramwaj przesuwał się powoli między samochodami, a sygnalizacja odbijała się w mokrych szybach. Nad wszystkim wisiał jednostajny szum deszczu.
W tym samym kierunku szła Isobel, bar przyciągał ją tego wieczora bardziej niż zazwyczaj. Ciemne włosy opadały jej na ramiona, wilgotne od deszczu, a czarna kurtka połyskiwała przy każdym przejściu pod latarnią. Towarzyszyła jej grupka znajomych, kilku chłopaków i dwie dziewczyny, wszyscy głośniejsi od reszty przechodniów. Śmiali się, popychali nawzajem i co chwilę rzucali uwagi w stronę mijanych ludzi. Cameron prawie się nie odzywała. Szła trochę z tyłu, z rękami schowanymi w kieszeniach. Co jakiś czas podnosiła wzrok na przypadkowych przechodniów. Właściwie nikogo nie szukała, było jej wszystko jedno. Z reguły nie patrzyła ludziom na twarze ani nie podłapywała kontaktu wzrokowego, uważając to za rzecz zbędną — do rzucania opryskliwych komentarzy nie potrzebowała znajomych. Irytowała się, bo grupa idąca przed nią była drażniąca. Zbyt hałaśliwa. Ale jeśli zamierzała przetrwać w tym obcym mieście, musiała wyrobić sobie reputację w półświatku, poznać ludzi, którzy mogliby okazać się przydatni. A oni byli. Mieli kontakty wśród osób, które trzęsły nocnym życiem Toronto. Celem Isobel było dokopanie się do tyłka ojca Kaia. Wiedziała, że jej szukał — pieniądze były zdradziecką walutą.
Być może gdyby wywiązała się z umowy, nie miałaby teraz na głowie dawnego współpracownika ojca. Cameron jednak miała niezwykły talent do pakowania się w kłopoty i tym razem nie mogło być oczywiście inaczej. Szkoda tylko, że choćby próbowała przenieść się nawet na drugi koniec świata, spalone mosty wyrastały za nią na nowo, łącząc przeszłość z teraźniejszością. Oczywiście była tym zmęczona. Już bezpieczniej było siedzieć zamkniętą w szpitalu psychiatrycznym. Znajomi lekarze, znajome leki, miejsce do spania, które nie groziło wyrzuceniem. I święty spokój. W murach szpitala psychiatrycznego nie musiała martwić się ludźmi, którzy chcieli skrócić ją o głowę. Tamci dla odmiany walczyli o to, żeby jej nie straciła i nie ześwirowała.
Nie wiedziała, co gorsze.
Podsumowując swoje życie, określiłaby je mianem chujowego. Od dnia narodzin jej droga nasączona była krwią zarówno bliskich, jak i obcych osób. Dłużnicy ojca. Próby samobójcze matki (ostatnia udana), gangsterskie egzekucje. Wychowując się wśród przemocy, nietrudno było o znieczulicę. Zawsze miała zapewniony dostęp do adrenaliny, strachu i trybu czuwania, w którym spięte ciało trwało niemalże przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. I po chuj jej taki los?
— No dalej, na chuj się kurwa gapisz? Chodzić nie potrafisz? — rzucił jeden z towarzyszy Isobel, zaczepiając specjalnie jednego z przechodniów. Nie znała tego chłopaka. Wydawał się nietutejszy — zupełnie jak ona.
Przystanęła z tyłu, bez zbędnego wychylania się; oparta plecami o jedną z latarni, jakby była widownią przyglądającą się niezwykłemu spektaklowi, który miał się odbyć na jej oczach. W czarnych ciuchach, z mokrymi włosami opadającymi na twarz, wyglądała niemal jak zjawa wyłoniona z deszczu. Blada, nieruchoma i niepokojąco spokojna. Przez chwilę można było pomyśleć o kostusze stojącej przy drodze i cierpliwie czekającej, aż ktoś podejdzie wystarczająco blisko, by stać się jej kolejną ofiarą. Ignorowanie ludzkiej krzywdy przychodziło jej prosto — pozostawała obojętna na prośby czy lamenty. Czerpała satysfakcję z czyjegoś strachu i w ten sposób karmiła swoje własne ego. Tym razem coś ją tknęło. Nie umiała określić, co dokładnie mogło to być.
— Zane, odpierdol się od niego. On chyba sam nie wie, co tutaj robi — zaoponowała, machnąwszy ręką w stronę kolegi. Zane odwrócił głowę w jej stronę, najwidoczniej zaskoczony reakcją Cameron. Nic dziwnego. Najchętniej sama by go podpuściła, żeby wrzucił Jonasa pod samochód — chociaż dużo więcej frajdy sprawiłoby jej zrobienie tego samodzielnie.
kostki kosteczki
Rzut parzysty:
Zane zatrzymał się w pół kroku i spojrzał na Isobel. Przez moment mierzył ją wzrokiem, jakby próbował ocenić, czy naprawdę mówiła poważnie. W końcu westchnął i uniósł ręce w geście kapitulacji.
— Dobra, dobra. Już odpuszczam — cofnął się, zostawiając Jonasa w spokoju, choć jeszcze przez chwilę zerkał na niego z niechęcią. Najwyraźniej nie zamierzał kłócić się z Isobel.

Rzut nieparzysty:
Zane nawet się nie zatrzymał. Rzucił Isobel krótkie spojrzenie, po czym parsknął śmiechem i odwrócił się z powrotem do Jonasa. — Słyszałeś? Masz stąd wypierdalać — powiedział, jakby jej słowa wcale nie padły. — No chyba, że chcesz, żebym ci to wytłumaczył dokładniej — zrobił krok w stronę Jonasa, wyraźnie licząc na jego reakcję. Ostrzeżenie Isobel najwyraźniej nie zrobiło na nim większego wrażenia.
Jonas Forstner