I think someone lost their kitty
: pn wrz 07, 2026 4:23 pm
#8
– No to jak tam, dobrze ci się pracuje z gliniarzami? – zapytał, poprawiając lusterko wsteczne, gdy wyjeżdżali z centrum.
Przez moment zastanawiał się, czy to pytanie miało w sobie ukrytą złośliwość, jakąś aluzję do tego, że policjanci nie byli łatwym towarzystwem. Uznał jednak, że przesadza. Bywali trudni – to fakt – ale dało się z nimi pogadać bez martwienia się, że wieczny kij w tyłku co poniektórych, może im w tym przeszkadzać.
Poprawił uchwyt na kierownicy, choć nie musiał, i zerknął na zegarek na desce rozdzielczej. Żołądek przypomniał mu o sobie głośnym, niecierpliwym burczeniem.
– Mam nadzieję, że porcje macie solidne, bo jestem cholernie głodny. Wszamałbym konia z kopytami. Ostrzegam, że mogę wam wyjeść zapas na cały dzień.
Rozmowa toczyła się swobodnie, bez tej sztywności, którą Bellerose znał aż za dobrze z relacji zawodowych. Może dlatego, że nie jechali na akcję, nie dostali wiadomości o kolejnym trupie, którym musieli się zająć.
Za oknem przesuwały się kolejne ulice East Endu – najpierw biurowce, potem sklepy, w końcu bardziej kameralne, mieszkalne zabudowania. Lubił tę część miasta. Było w niej coś spokojniejszego, mniej zachłannego niż w centrum, gdzie każdy zdawał się gonić za czymś, jakby jutro miało nie nadejść.
Byli już blisko dzielnicy, w której mieszkał chłopak, gdy jego wzrok zainteresował się czymś po ich lewej stronie – zamieszaniem przy rzędzie magazynów, kilkoma osobami biegającymi między budynkami w sposób, który nie pasował do zwyczajnej, przemysłowej rutyny. Coś w tym obrazie zgrzytnęło mu w głowie – ten sam rodzaj instynktownego dyskomfortu, który towarzyszył mu zawsze, gdy coś w otoczeniu odbiegało od normy, nawet jeśli nie potrafił jeszcze tego nazwać.
Bez ostrzegania swojego towarzysza o tym zamiarze wrzucił kierunkowskaz i zjechał na pobocze.
– Zauważyłem jakieś poruszenie przy tamtych budynkach – powiedział, zerkając w tamtą stronę. – Zaczekaj tu chwilę, dobrze? Chcę tylko sprawdzić, czy wszystko jest w porządku.
Nie czekał na odpowiedź, tylko wysiadł z samochodu, zatrzaskując drzwi, i ruszył w stronę magazynów szybkim, zdecydowanym krokiem. Im bliżej podchodził, tym mocniej narastało w nim uczucie niepewności, którego przez lata pracy nie nauczył się ignorować. Coś tu nie grało. Nie potrafił od razu powiedzieć, co – parking był w miarę pusty, drzwi wjazdowe uchylone, ale przecież środek dnia roboczego powinien oznaczać tuziny pracowników krążących wokół rozładunku, wózków widłowych, hałasu typowego dla takiego miejsca. Tymczasem widział może dwie, trzy osoby, i to stojące nienaturalnie sztywno, jakby czekały na coś, czego same do końca nie rozumiały.
Przyspieszył kroku, przeklinając w duchu ten swój zawodowy odruch, który nigdy nie pozwalał mu po prostu przejść obok czegoś podejrzanego. Innego dnia nie robiłby z tego problemu. Dziś, mając w głowie perspektywę talerza pełnego świeżych pierogów, wolałby zdecydowanie nie tracić czasu na cudze problemy.
Wtedy właśnie z wnętrza budynku dobiegł głośny huk – metaliczny, gwałtowny, jakby coś ciężkiego przewróciło się z impetem na betonową podłogę. Chwilę później zgasły światła w całej hali, pogrążając wnętrze magazynu w nagłej, niepokojącej ciemności.
Cree zatrzymał się gwałtownie, instynktownie sięgając dłonią w stronę pasa. I wtedy, prosto z rozwartej na oścież bramy, wybiegł tygrys.
Detektyw nie zawierzał swoim oczom. Przetarł je kilka razy, ale dziki kot nie znikał z pola widzenia. Co gorsza, znajdował się teraz tuż obok, ale na całe szczęście dla policjanta, jeszcze go nie zauważył.
Tomash Nowakovsky