Strona 1 z 1

They won't kick me out if I ask about the podcast, will they?

: pn wrz 07, 2026 5:17 pm
autor: Matteo Carissoni
Matteo dowiedział się o nowym organiście właściwie przypadkiem. Najpierw ktoś wspomniał o nim przy okazji rozmowy po mszy, potem kilka dni później temat pojawił się jeszcze raz, tym razem przy zupełnie innej okazji. Nowy człowiek na sąsiedniej plebanii. Organista, a podobno również wikary. Matteo nie znał jego nazwiska, nie wiedział, ile miał lat ani nawet jak wyglądał. Wiedział tylko tyle, że ktoś nowy się tam pojawił. I właściwie to wystarczyło, żeby się zainteresować. Ksiądz-muzyk? Może bratnia dusza w koloratce!
Od jakiegoś czasu szukał przecież nowych osób do swojego podcastu. Lubił rozmawiać z ludźmi, których normalnie pewnie nie miałby okazji poznać. Mechanik, nauczycielka, strażak, emerytowany kolejarz - nieważne. Najciekawsze były właśnie te zwyczajne historie. Dlatego pomyślał, że nowy organista może być całkiem ciekawym gościem. Najpierw jednak wypadało go poznać, a dopiero później wyskakiwać z mikrofonem i pytaniami. W ogóle jeśli ktoś taki istnieje, bo plotki lubią się rozprzestrzeniać.
Nie zawracał sobie głowy telefonem. Zresztą co miał powiedzieć? „Dzień dobry, jestem księdzem z sąsiedniej parafii, słyszałem, że pan istnieje”? Bez sensu. Umawiać się też nie było sensu, bo mógłby zostać potraktowany jak oszust lub wariat. Po prostu któregoś popołudnia wysiadł z miejskiego autobusu kilka ulic od plebanii i resztę drogi przeszedł pieszo. Po drodze zatrzymał się jeszcze przy małym sklepie, żeby kupić wodę, bo oczywiście przypomniał sobie o pragnieniu dopiero wtedy, kiedy był już w połowie drogi. Butelkę wsunął do torby, a chwilę później stanął przed budynkiem plebanii.
Ubrany był całkiem prawilnie jak na księdza — czarne spodnie, jasna koszula i koloratka. Bez sutanny, bez żadnego przesadnego strojenia się. Wyglądał raczej jak młody wikary, który właśnie wyszedł załatwić coś w sąsiedniej parafii. Przez moment popatrzył na drzwi, a potem na telefon. Przemknęło mu przez głowę, że może jednak powinien był wcześniej zadzwonić. Zaraz jednak wzruszył ramionami. Najwyżej mu nie otworzą. Albo wywalą na zbity pysk jeśli okaże się, że nie lubią „konkurencji”.
Zapukał więc. Raz, potem drugi, trochę mocniej, żeby było go słychać w środku. Trochę się niecierpliwił, bo jego gosposia z parafii jakoś potrafiła być wszędzie. Po chwili drzwi się otworzyły i stanęła w nich pewna pani. Matteo od razu uśmiechnął się uprzejmie, poprawiając odruchowo mankiet koszuli. Zrobił to odruchowo, bo nie potrzebował tego akurat teraz.
- Dzień dobry, szczęść Boże. Matteo Carissoni, jestem księdzem z parafii świętego Michała.
Nie wchodził do środka ani nie próbował zaglądać przez jej ramię. Patrzył tylko na jej twarz. Stał na progu, zachowując się tak, jakby jednak pamiętał o tym, że właśnie wbił się komuś na plebanię bez zapowiedzi.
- Chciałem poznać nowego...ehm, organistę. Jest może w domu?
Na chwilę przeniósł wzrok gdzieś w głąb korytarza, próbując wyłapać jakikolwiek dźwięk dochodzący z wnętrza. Muzyki nie było słychać, więc przynajmniej nie trafił w sam środek próby organowej czy mszy. Zresztą nawet gdyby trafił, pewnie i tak poczekałby chwilę. A co tam!
- Ten nowy, taki, ten który niedawno tutaj przyjechał. Ludzie mówili, że jest niezły. - doprecyzował, bo przecież nadal nie znał nawet jego imienia. Nie próbował nawet kłamać czy dopowiadać. Co prawda mógłby to sprawdzić lub popytać ludzi, ale jakoś wypadło mu to z głowy.
Matteo wsunął dłonie do kieszeni spodni i czekał spokojnie na odpowiedź. Sam nie do końca wiedział, jak długo potrwa ta wizyta. Może pięć minut, może pół godziny. Jak zwykle przyszedł bez większego planu, licząc na to, że rozmowa sama go gdzieś zaprowadzi.

Harry Dillion

They won't kick me out if I ask about the podcast, will they?

: wt wrz 15, 2026 2:02 pm
autor: Harry Dillion
   Był kiepskim duchownym, ale jak się okazywało, całkiem nieźle radził sobie z udawaniem jednego. Zwłaszcza tego anglikańskiego. Jak się okazało, bycie anglikańskim duchownym nie było takie trudne, o sam kościół był dość liberalny. Oczywiście na tle innych. Katolicyzm, z którym się wychował, od zawsze wydawał mu się mocno ograniczający. Już od dłuższego czasu nie uważał się za osobę wierzącą, więc nie czuł się na miejscu, by komentować to, co działo się w kościele. Prawdą było jednak to, że nie przepadał za instytucją kościoła. Wydawało mu się, że religia najlepiej działała wtedy, gdy była praktykowana na swoją własną rękę. Rozumiał jednak potrzebę utworzenia społeczności i miejsca, w którym można było się spotkać i porozmawiać z innymi, którzy przezywali to samo. On nigdy nie mógł się w takim środowisku odnaleźć, bo nie wydawało mu się ono realne. Znacznie większy komfort i pocieszenie znajdował w społecznościach, które sam sobie tworzył – grupach znajomych i przyjaciół, z którymi dyskutował na temat swoich życiowych problemów, oraz współpracowników, gdzie narzekał na szpitalną codzienność.
   Prawda była taka, że nie interesował się tym, co działo się z kościołem. Było to na głowie proboszcza. Jego zadaniem, poza udawaniem, była gra na organach kościelnych (co w sumie całkiem lubił) oraz zamiatanie marmurowych podłóg (do czego zdążył się już przyzwyczaić). Nieźle sobie z tym radził. Nie mówiąc o tym, że świetnie przychodziło mu również udawanie księdza, bo jego rozmowy z wiernymi zawsze przebiegały tak, jak tego oczekiwał. Nigdy nie odniósł wrażenia, że ktoś mógłby zacząć coś podejrzewać. Proboszcz sam wiedział, o co chodziło i w jakim położeniu znajdował się Harry, więc przed nim akurat nie musiał niczego ukrywać i mógł na chwilę zrzucać maskę księdza i powracać do swojej własnej tożsamości.
   Było to zbawiennym uczuciem, gdy mógł zrzucić z siebie wikarego i powrócić do utraconego siebie. Nie wiedział, czy dobrze działało to na jego psychikę, bo wiedział, że jego życie skończyło się już dawno temu i że nigdy nie będzie mógł do niego wrócić. Zależało od tego jego własne bezpieczeństwo. Wpakował się bowiem w paskudną sytuację i gdyby wiedział, że skończyłoby się to w ten sposób, to ze stuprocentową pewnością postąpiłby całkowicie inaczej. No ale trudno, stało się i czasu nie był w stanie już cofnąć. Jedyne co mógł robić, to próbować wejść w skórę kogoś innego.
   Poczuł się jednak zbyt pewnie, dlatego tak mocno zdziwił się, gdy na plebanii zobaczył obcego księdza. Nie miał też powodów do tego, by oczekiwać jakichś gości. Nie zdążył jeszcze poznać wielu ludzi. Zazwyczaj po prostu wpadał na niektórych i zaczynał rozmowy. Niektórych oczywiście znał lepiej, bo częściej się z nimi spotykał, niemniej jednak jedyną osobą, poza proboszczem, którą widział na co dzień była gosposia. To właśnie z kobietą rozmawiał niemal bez przerwy, bo większość czasu wolnego spędzał na plebanii. Nie nauczył się jeszcze poruszać swobodnie po Toronto. Miał jakąś blokadę, więc po prostu korzystał z dobroduszności i wyrozumiałości starszej pani. Wiedział, że męczył ją swoją gadaniną i odciągał od pracy, wiec zaczął jej pomagać w obowiązkach, co bardzo jej się spodobało, zwłaszcza dlatego, że robiła miej, a zarabiała tak samo.
   Tak więc nie spodziewał się nikogo. Osoby, z którymi rozmawiał pisali do niego wiadomości zapowiadając się. Harry udawał bowiem, że nie przepadał za spontanicznymi wizytami. Nie wiedział więc, że ktoś na niego czekał, dopóki gosposia mu o tym nie powiedziała. Jedyne co mógł zrobić, to założyć na siebie ciemną bluzę, bo ciągle miał górę od piżamy i jakieś dresy, które założył, bo było mu zimno w nóżki. Teraz jednak nie zdążył się już przebrać. Z jednej strony nie miał ochoty się pokazywać, ale jakaś inna cząstka kusiła go, by zobaczył z kim przyjedzie mu się spotkać.
   I gdyby gosposia powiedziała mu wcześniej, że czekał na niego obcy ksiądz, to pewnie zrezygnowałby ze spotkania, wymigując się złym samopoczuciem. Niestety o tym powiedziała mu dopiero gdy byli w drodze na dół i wycofanie się było już niemożliwe.
   – Witam – powiedział, schodząc ze schodów i od razu spojrzał na koloratkę przy szyi mężczyzny, jakby nie chciał uwierzyć w to, że miał faktycznie do czynienia z prawdziwym księdzem. – Czy raczej szczęść Boże – powiedział, wskazując palcem na koloratkę mężczyzny. Uśmiechnął się, starając zakryć zakłopotanie i rosnącą świadomość tego, że właśnie mierzył się z osobą, która mogła odkryć jego oszustwo – prawdziwym księdzem.

Matteo Carissoni

They won't kick me out if I ask about the podcast, will they?

: śr wrz 16, 2026 8:48 pm
autor: Matteo Carissoni
Matteo uniósł lekko brwi, kiedy mężczyzna wskazał palcem na jego koloratkę. Przez sekundę wyglądał, jakby próbował zdecydować, czy właśnie powinien potraktować to jako żart, czy jednak odpowiedzieć całkiem poważnie. Ostatecznie kącik ust drgnął mu w lekkim uśmiechu.
- Szczęść Boże będzie w sam raz - odpowiedział, spoglądając na niego jeszcze raz. - Nie trzeba się aż tak pilnować.
Dopiero teraz Matteo pozwolił sobie przyjrzeć się mężczyźnie nieco dokładniej. Ciemna bluza, dresy, ewidentnie domowy strój. Wyglądało to trochę tak, jakby wyrwał go z jakiegoś bardzo ważnego zajęcia, choć po minie Matteo można było wywnioskować, że absolutnie nie zamierzał tego komentować. Sam przecież wbił mu się na plebanię bez zapowiedzi, więc trudno byłoby mu teraz wymagać od gospodarza eleganckiego stroju.
- I przepraszam, że tak bez zapowiedzi. - wzruszył lekko ramionami. - Wiem, że to trochę dziwne. Po prostu usłyszałem, że pojawił się tutaj nowy organista i pomyślałem, że skoro mieszkamy niedaleko siebie, to wypadałoby się poznać.
Nie, wcale nie mieszkali. Na chwilę zawiesił głos, po czym wyciągnął dłoń w jego stronę.
- Matteo. Matteo Carissoni.
Tym razem nie dodawał już parafii ani stanowiska. Skoro stał właśnie przed człowiekiem, którego szukał, nie widział sensu w dalszym przedstawianiu się jak przy urzędowym okienku. Chciał po prostu zobaczyć z kim ma do czynienia i co tak naprawdę go interesuje.
- Ty... to znaczy pan... dobra, TY...jesteś właśnie tym nowym organistą, prawda?
Dopiero po zadaniu pytania dotarło do niego, że właściwie zabrzmiało to trochę głupio. No bo ilu nowych organistów mogło mieszkać na tej jednej plebanii? Załóżmy, że pomieści z dziesięciu. Prawda? Mimo wszystko Matteo cierpliwie poczekał na odpowiedź, nadal stojąc na progu i najwyraźniej nie mając zamiaru samowolnie wchodzić do środka. Nie taki był zwyczaj.
- Jeśli przeszkadzam, to spokojnie. Mogę poczekać albo przyjść innym razem. Naprawdę nie ma problemu.
Powiedział już ciszej, bo nie chciał by mu odmówił wizyty. Trochę się pofatygował.

Harry Dillion