what a wild, bloody mess that you leave when you eat
: wt wrz 08, 2026 11:59 am
Nie spała tamtej nocy.
Sam gest Monroe trwał zaledwie kilka sekund i w innych okolicznościach prawdopodobnie nie zasługiwałby nawet na dłuższą myśl. Był staromodny, odrobinę teatralny i zupełnie niepasujący do człowieka, którego znacznie łatwiej było wyobrazić sobie z bronią w dłoni niż z wargami przyciśniętymi do cudzych palców.
J e j palców.
Długo po tym, jak zamknęły się za nim drzwi, wciąż czuła pozostawione na nich ciepło. Nawet później, leżąc już w łóżku, odruchowo przesuwała kciukiem po miejscu, którego dotknął, jakby mogła znaleźć tam jakiś fizyczny ślad i tym samym uzasadnić, dlaczego w ogóle nadal o tym myślała.
Nie znajdowała niczego.
Za każdym razem, gdy zamykała oczy, wracał do niej jednak ten sam obraz: jego pochylona głowa, dłoń zaciśnięta lekko na jej własnej i spojrzenie, którego nie odwrócił nawet wtedy, kiedy musnął ustami jej palce. Nie wiedziała, czy bardziej irytował ją sam gest czy raczej to jak niewiele potrafiła z nim później zrobić. Nie dało się go uznać za przypadkowy i nie potrafiła też nazwać go żartem bez poczucia, że próbuje oszukać samą siebie.
Nad ranem przestała już próbować zasnąć.
A Kilka dni później ugotowała zbyt dużo obiadu.
Tak przynajmniej nazywała to jeszcze wtedy, gdy przekładała część duszonej wołowiny do pojemnika, a do drugiego pakowała ziemniaki i warzywa. W rzeczywistości ów nadmiar był podejrzanie dobrze zaplanowany – porcje różniły się dokładnie na tyle, żeby większa wystarczyła człowiekowi niemal dwukrotnie od niej większemu, a torba, do której wszystko włożyła stała przygotowana na blacie jeszcze zanim w ogóle zaczęła sprzątać kuchnię.
Zamierzała powiedzieć, że akurat była w pobliżu.
Wymówka rozpadała się przy najmniejszej próbie zastanowienia się nad nią. Trudno było przypadkiem znaleźć się obok Rapture – znajdującego się w zupełnie innej dzielnicy – z nadal ciepłym, domowym obiadem zapakowanym w dwa osobne pojemniki.
Najrozsądniej byłoby zawrócić spod drzwi pod którymi się znalazła. A zamiast tego weszła do środka.
Avis dostrzegł ją od razu – jego zachwycone spojrzenie najpierw zatrzymało się na jej twarzy, później zsunęło na torbę.
— Czy jest Vincent? — zapytała, chyba jeszcze zanim zdążył zasugerować jej wyjście.
— Na górze — odpowiedział po chwili. — Ale ma spotkanie.
— Mogę poczekać.
— To trochę mu zajmie.
— To nic, mam czas.
Wyraz jego twarzy sugerował, że był to właśnie ten wariant, którego wolałby uniknąć. Wskazał jej miejsce przy barze i odszedł, pozostawiając ją z próbą odgadnięcia, co właściwie burknął pod nosem. Na pewno nie był zadowolony.
Całe to spotkanie przeciągało się na tyle długo, że po którymś sprawdzeniu godziny przestała wyciągać telefon. Z góry przez większość czasu nie docierało nic poza niewyraźnym pomrukiem rozmowy, od czasu do czasu przerywanym przez czyjś podniesiony głos. Raz usłyszała mocniejsze uderzenie, później przesunięcie czegoś ciężkiego po podłodze, spojrzała wtedy w stronę schodów, ale nikt poza nią nie wydawał się tym zainteresowany tym, co się działo.
Jacyś mężczyźni zeszli na dół kilka minut później; było ich trzech. Pierwszy minął ją bez spojrzenia w jej stronę, drugi rzucił coś cicho do pozostałych, a ostatni przyciskał chusteczkę palce do rozciętej wargi. Mogłaby też przysiąc, że pod ten pierwszy miał ciemną lamówkę wokół oka.
Violet została przy barze niepewna, czy spotkanie rzeczywiście dobiegło końca – czy to w ogóle byli ci goście, czy może jednak powinna poczekać, aż ktoś pozwoli jej wejść. Avis zniknął gdzieś na zapleczu – jeszcze trochę i by pomyślała, że nie ma ochoty na nią patrzeć – więc nie miała nawet kogo zapytać. Mogła jeszcze poczekać, ale dotarło do niej, że mogła również zostawić mu jedzenie i wyjść, zanim cała ta wizyta zdążyłaby stać się jeszcze bardziej niezręczna.
Zamiast tego wstała.
Drzwi do pomieszczenia w którym miał przebywać nie domknęły się zupełnie. Zatrzymała się przed nimi z dłonią uniesioną do drewna, nadal nieprzekonana, czy powinna zaglądać do środka. To była jego przestrzeń i część jego życia, której jej dotychczas nie pokazywał. Fakt, że przyniosła mu obiad, nie dawał jej nagle prawa do wchodzenia bez zaproszenia.
— Vincent? — odezwała się mimo to, popychając drzwi.
Na ścianie ciągnęła się nierówna smuga krwi, niżej kilka mniejszych śladów zostało roztartych po podłodze. Jedno z krzeseł leżało przewrócone, obok połyskiwały odłamki rozbitego szkła. Na niewielkim stoliku nadal stały trzy niskie szklanki po alkoholu; dwie opróżnione, w trzeciej zostało jeszcze trochę bursztynowego płynu. Całe pomieszczenie wyglądało tak, jakby spotkanie w pewnym stało się… intensywniejsze.
Spojrzała na Vincenta.
Rozcięcie przechodziło przez łuk brwiowy, pozostawiając smugę krwi na policzku. Miał pękniętą wargę, zdartą skórę na kości policzkowej i koszulę naderwaną przy ramieniu. Kolejne przecięcie materiału odsłaniało długą, ale wyglądającą na powierzchowną ranę przy boku. Dłonie również miał poharatane: zaczerwienione kostki, kilka cienkich skaleczeń po szkle i krew zbierającą się pomiędzy palcami.
Ale nie wyglądał, jakby miał za chwilę umrzeć. Wyglądał za to dostatecznie źle, żeby jej wzrok przez dłuższą chwilę przeskakiwał pomiędzy jego twarzą, bokiem i dłońmi, sprawdzając, czy nie przeoczyła czegoś poważniejszego.
O, ironio. Kilka dni wcześniej trzymała jedną z tych dłoni we własnej i prosiła go, żeby na siebie uważał i nie rzuciła tego wtedy bezmyślnie, bo ładnie brzmiało. Wiedziała jak wyglądało jego życie i chyba właśnie coś podobnego miała na myśli.
Odstawiła torbę na podłogę i podeszła powoli bliżej.
— Czy ja ci przypadkiem nie mówiłam, żebyś na siebie uważał? — zapytała.
weapon
Sam gest Monroe trwał zaledwie kilka sekund i w innych okolicznościach prawdopodobnie nie zasługiwałby nawet na dłuższą myśl. Był staromodny, odrobinę teatralny i zupełnie niepasujący do człowieka, którego znacznie łatwiej było wyobrazić sobie z bronią w dłoni niż z wargami przyciśniętymi do cudzych palców.
J e j palców.
Długo po tym, jak zamknęły się za nim drzwi, wciąż czuła pozostawione na nich ciepło. Nawet później, leżąc już w łóżku, odruchowo przesuwała kciukiem po miejscu, którego dotknął, jakby mogła znaleźć tam jakiś fizyczny ślad i tym samym uzasadnić, dlaczego w ogóle nadal o tym myślała.
Nie znajdowała niczego.
Za każdym razem, gdy zamykała oczy, wracał do niej jednak ten sam obraz: jego pochylona głowa, dłoń zaciśnięta lekko na jej własnej i spojrzenie, którego nie odwrócił nawet wtedy, kiedy musnął ustami jej palce. Nie wiedziała, czy bardziej irytował ją sam gest czy raczej to jak niewiele potrafiła z nim później zrobić. Nie dało się go uznać za przypadkowy i nie potrafiła też nazwać go żartem bez poczucia, że próbuje oszukać samą siebie.
Nad ranem przestała już próbować zasnąć.
A Kilka dni później ugotowała zbyt dużo obiadu.
Tak przynajmniej nazywała to jeszcze wtedy, gdy przekładała część duszonej wołowiny do pojemnika, a do drugiego pakowała ziemniaki i warzywa. W rzeczywistości ów nadmiar był podejrzanie dobrze zaplanowany – porcje różniły się dokładnie na tyle, żeby większa wystarczyła człowiekowi niemal dwukrotnie od niej większemu, a torba, do której wszystko włożyła stała przygotowana na blacie jeszcze zanim w ogóle zaczęła sprzątać kuchnię.
Zamierzała powiedzieć, że akurat była w pobliżu.
Wymówka rozpadała się przy najmniejszej próbie zastanowienia się nad nią. Trudno było przypadkiem znaleźć się obok Rapture – znajdującego się w zupełnie innej dzielnicy – z nadal ciepłym, domowym obiadem zapakowanym w dwa osobne pojemniki.
Najrozsądniej byłoby zawrócić spod drzwi pod którymi się znalazła. A zamiast tego weszła do środka.
Avis dostrzegł ją od razu – jego zachwycone spojrzenie najpierw zatrzymało się na jej twarzy, później zsunęło na torbę.
— Czy jest Vincent? — zapytała, chyba jeszcze zanim zdążył zasugerować jej wyjście.
— Na górze — odpowiedział po chwili. — Ale ma spotkanie.
— Mogę poczekać.
— To trochę mu zajmie.
— To nic, mam czas.
Wyraz jego twarzy sugerował, że był to właśnie ten wariant, którego wolałby uniknąć. Wskazał jej miejsce przy barze i odszedł, pozostawiając ją z próbą odgadnięcia, co właściwie burknął pod nosem. Na pewno nie był zadowolony.
Całe to spotkanie przeciągało się na tyle długo, że po którymś sprawdzeniu godziny przestała wyciągać telefon. Z góry przez większość czasu nie docierało nic poza niewyraźnym pomrukiem rozmowy, od czasu do czasu przerywanym przez czyjś podniesiony głos. Raz usłyszała mocniejsze uderzenie, później przesunięcie czegoś ciężkiego po podłodze, spojrzała wtedy w stronę schodów, ale nikt poza nią nie wydawał się tym zainteresowany tym, co się działo.
Jacyś mężczyźni zeszli na dół kilka minut później; było ich trzech. Pierwszy minął ją bez spojrzenia w jej stronę, drugi rzucił coś cicho do pozostałych, a ostatni przyciskał chusteczkę palce do rozciętej wargi. Mogłaby też przysiąc, że pod ten pierwszy miał ciemną lamówkę wokół oka.
Violet została przy barze niepewna, czy spotkanie rzeczywiście dobiegło końca – czy to w ogóle byli ci goście, czy może jednak powinna poczekać, aż ktoś pozwoli jej wejść. Avis zniknął gdzieś na zapleczu – jeszcze trochę i by pomyślała, że nie ma ochoty na nią patrzeć – więc nie miała nawet kogo zapytać. Mogła jeszcze poczekać, ale dotarło do niej, że mogła również zostawić mu jedzenie i wyjść, zanim cała ta wizyta zdążyłaby stać się jeszcze bardziej niezręczna.
Zamiast tego wstała.
Drzwi do pomieszczenia w którym miał przebywać nie domknęły się zupełnie. Zatrzymała się przed nimi z dłonią uniesioną do drewna, nadal nieprzekonana, czy powinna zaglądać do środka. To była jego przestrzeń i część jego życia, której jej dotychczas nie pokazywał. Fakt, że przyniosła mu obiad, nie dawał jej nagle prawa do wchodzenia bez zaproszenia.
— Vincent? — odezwała się mimo to, popychając drzwi.
Na ścianie ciągnęła się nierówna smuga krwi, niżej kilka mniejszych śladów zostało roztartych po podłodze. Jedno z krzeseł leżało przewrócone, obok połyskiwały odłamki rozbitego szkła. Na niewielkim stoliku nadal stały trzy niskie szklanki po alkoholu; dwie opróżnione, w trzeciej zostało jeszcze trochę bursztynowego płynu. Całe pomieszczenie wyglądało tak, jakby spotkanie w pewnym stało się… intensywniejsze.
Spojrzała na Vincenta.
Rozcięcie przechodziło przez łuk brwiowy, pozostawiając smugę krwi na policzku. Miał pękniętą wargę, zdartą skórę na kości policzkowej i koszulę naderwaną przy ramieniu. Kolejne przecięcie materiału odsłaniało długą, ale wyglądającą na powierzchowną ranę przy boku. Dłonie również miał poharatane: zaczerwienione kostki, kilka cienkich skaleczeń po szkle i krew zbierającą się pomiędzy palcami.
Ale nie wyglądał, jakby miał za chwilę umrzeć. Wyglądał za to dostatecznie źle, żeby jej wzrok przez dłuższą chwilę przeskakiwał pomiędzy jego twarzą, bokiem i dłońmi, sprawdzając, czy nie przeoczyła czegoś poważniejszego.
O, ironio. Kilka dni wcześniej trzymała jedną z tych dłoni we własnej i prosiła go, żeby na siebie uważał i nie rzuciła tego wtedy bezmyślnie, bo ładnie brzmiało. Wiedziała jak wyglądało jego życie i chyba właśnie coś podobnego miała na myśli.
Odstawiła torbę na podłogę i podeszła powoli bliżej.
— Czy ja ci przypadkiem nie mówiłam, żebyś na siebie uważał? — zapytała.
weapon