Strona 1 z 2

dzień 24

: wt wrz 08, 2026 2:25 pm
autor: Sadie Glass
trigger warning
zaburzenia odżywiania
Spoiler

Gray Monroe — The Objectified BodyObrazek
I wish I could break the mirror
It makes me feel like I should fucking disappear
Śniadanie było o 6:30.
Sadie Glass siedziała przy stole od kilkunastu minut, z dłońmi ułożonymi po obu stronach talerza. Na porcelanie starannie ułożono zbilansowany i zdrowy posiłek. Nic szczególnego. Porcja nie była nawet szczególnie duża. Patrzyła na nią uważnie. Pierwszy kęs zawsze był najłatwiejszy. Nie chodziło nawet o głód, a obowiązkowość. Pierwszy można było jeszcze rozpatrywać w kategorii obowiązku, początku procedury. Był czymś, co należało wykonać by móc przejść dalej.
Nie wiedziała jednak od którego kawałka zacząć.
Wiedziała jak działa jedzenie. Nie posiadało intencji, opinii ani oceny. Nie mogło jej zobaczyć. Sięgnęła po widelec. Ruch trwał może sekundę, choć w jej głowie znacznie dłużej.
Dwa jajka.
Sadie od razu rozkładałą je w głowie na części: białko, tłuszcze, żółtka, sposób przygotowywania. Kucharka użyła masła, czyli nie były już tylko dwoma jajkami. Były jajkami smażonymi w tłuszczu. Zawsze dostawała dwa. Przez moment zastanawiała się - jak każdego ranka - czy mogła zjeść jedno i zostawić drugie. Jedno jajko było wystarczające. Drugie było zbędnym dodatkiem. Patrzyła na żółtku i myślała o kaloriach, patrzyła na białko, a białko było dobre. Jakby jedzenie należało dzielić na dobre i złe części, a ona musiała tylko dokonać prawidłowego wyboru. Wzięła pierwszy kawałek. Świat się nie skończył. Nikt nie skarcił za popełniony błąd. Porcelana wciąż była porcelaną, złoty brzeg talerza - złotym brzegiem. Przełknęła. Jeden kęs.
Tylko jeden. Powinna była poczuć ulgę.
Zamiast tego myślała o pozostałych. Jeden zmieniał się w dziesiątki. Spojrzała na zegar: 6:48. Osiemnaście minut, a miała wrażenie, że siedzi przy stole od kilku godzin. Sięgnęła po łyżeczkę do herbaty. Zobaczyła własne odbicie zdeformowane przez metal. Czoło było szersze, policzek bardziej zaokrąglony, podbródek cięższy. Patrzyła dłużej niż powinna.
Łyżeczka była wypukła. Oczywiście, że była. Odbijała światło pod kątem i zniekształcała to, co znajdowało się przed nią, ale to nie miało znaczenia. Sadie Glass wyglądała tego dnia na zbyt pulchną. Zbyt miękką. Zbyt dużą.
Musiała wyglądać odpowiednio. Prezentować się nienagannie, robić właściwe wrażenie: eleganckie, atrakcyjne ale nieprzesadnie. Musiała być wystarczająco kobieca, wystarczająco smukła i wystarczająco dopracowana.
Wystarczająca jednak nigdy nie była.
Wzięła kolejny kęs. Przeżuwała go zbyt długo. Raz, dwa, trzy, cztery... Każda z sekund niosła własny ciężar. Sadie przestała słyszeć wskazówki ściennego zegara, ruchy mężczyzny, który patrzył jej przez ramię i oceniał, czy jedzenie ubywało. Cały pokój skurczył się do centymetrów pomiędzy widelcem a jej ustami.
Talerz był ogromny.
Porcja była ogromna.
A ona sama maleńka wobec obowiązku zjedzenia kilku rzeczy. Wobec oczekiwania, że zrobi to bez problemu. Wobec wpajanej przez lata konstrukcji mierzenia wartości rozmiarem.
Szpinak.
Szpinak miał być śmiesznie bezpieczny. Zielone liście nie mogły jej zagrażać. Prawie poczuła ulgę, dopóki nie przypomniała sobie, że kucharka skropiła go oliwą. Nie potrafiła już zobaczyć samego szpinaku. Był szpinak i oliwa. Wszystko miało drugą warstwę. Nawet pomidorki koktajlowe nie były proste. Przeżuwając czuła na języku niepokojącą słodycz. Nie chciała wiedzieć ile dokładnie cukrów prostych zawierają pomidory, ale jej umysł nie czekał na pozwolenie. Zjadła dwa i pół. Dwa i poł malutkiego pomidora, przeliczone na kalorie, przeliczone na minuty rześkiego biegu, przeliczone na...
7:01. Wydawało jej się, że minęła połowa poranka.
Scena w jadalni nie była dramatycznym widowiskiem. Nikt nie zobaczyłby przy stole niczego wartego uwagi. Młoda kobieta przy śniadaniu - elegancka, poukładana, cicha. Jedząca, ponieważ tak trzeba. Dokładnie taka, jaka powinna być Prowadząca. Tylko ona wiedziała jak trudno było przekonać samą siebie, że jej ciało miało prawo istnieć.
Śniadanie nie było duże, i właśnie dlatego patrzenie na talerz było tak upokarzające. Nie mogła nawet powiedzieć, że zadanie jest niemożliwe. Miliony ludzi robiło to codziennie - bez negocjacji, kalkulacji i superwizji innego dorosłego. Sadie Glass potrafiła robić wszystko, czego od niej wymagano, a teraz nie potrafiła przełknąć obrzydliwej masy, która stawała w jej gardle jak dowód porażki.
Awokado.
Kilka grubych plasterków, które nie miały być problemem. Sadie obserwowała je z mieszanką fascynacji i niechęci. Było warzywem, a warzywa były zdrowe. Było też kremowe w swojej tłustości, a zdrowy tłuszcz nie istniał w zdradzieckiej narracji jej umysłu. Wiedziała czym są tłuszcze nienasycone. Wiedziała nawet, że pomagają organizmowi wchłaniać witaminy, ale ciąg jej myśli zawsze wracał do tego samego. Do pytania: ile?
Znów liczyła. Nie chciała liczyć. Liczby pojawiały się same.
Ile już zjadła?
Ile zostało?
Ile jeszcze będzie musiała zjeść?
Ile czasu zostało?

Ile czasu minie, zanim będzie mogła wstać?
Ile miejsca w jej ciele zajmie śniadanie?
Ile jej samej będzie przez to więcej?
W i ę c e j.

Słowo było absurdalne. Rozsądek natychmiast próbował je skorygować. Jeden posiłek nie zmieniał ciała w sposób, którego należało się bać. Jedno śniadanie nie zmieniało sylwetki. Wiedziała, ale to nie pomagało. Przy jadalnianym stole wiedza nie miała żadnej władzy.
Jeszcze jeden kęs.
Chleb.
Pół kromki. Mały kawałek - problem polegał na tym, że mały nie oznaczał mało. Pieczywo miało w sobie coś szczególnie alarmującego. Bomba węglowodanów stawała największą pozycją w całym kalorycznym rachunku, jaki wystawiała w głowie swojemu ciału. Oceniała grubość, rodzaj mąki, ilość ziaren. Złocista skórka, miękki środek, kucharka nawet lekko go podgrzała, a żołądek Sadie wiązał w supeł. To tylko chleb. Tylko poł kromki tylko chleba. Cały talerz zaczął wyglądać jak pułapka. Przełknęła z trudem, łzy pojawiły w jej oczach nie z rozpaczy, a wysiłku. Dostrzegała absurd sytuacji. Postrzeganie posiłku jako nierealnego wyzwania. Właśnie to bolało aż tak bardzo - nie sam strach, nie kolejne kęsy, lecz bezsilność. Straszna, upokarzająca świadomość, że można czegoś chcieć i nie być w stanie tego zrobić.
Chciała zjeść. To było w tym wszystkim najbardziej okrutne. Chciała zjeść i nie potrafiła.
7:15.
O dziewiątej miała być w w galerii. Nie musiała zostać tam długo - dwie godziny, może trzy. Dokumenty kolekcji należało odebrać osobiście, a potem zadzwonić w jedno miejsce, a potem odbyć dwa spotkania. Skonsultować decyzję z...
Nie była pewna, czy Raphael będzie w stanie pracować. Znów przesadził, a ona znów nie spała zmartwiona, dopóki nie usłyszała ciężkich kroków w korytarzu. Ta myśl przyszła zbyt naturalnie.
Powinien odpoczywać, pić wodę, zjeść coś porządnego, powinien-
Znów spojrzała na własny talerz. Wszystkie rzeczy które powinny zostać zrobione tworzyły w jej umyśle długą listę. Dokumenty, telefony, spotkania, Raphael. Dalej: woda, jedzenie, sen. Świat miał swoje wymagania, a Sadie siedziała przy stole i od kilkunastu sekund próbowałą zmusić się do przełknięcia kolejnego kęsu. Znów podniosła widelec.
Czy spał? Czy ktoś sprawdził, czy oddycha? Czy rano będzie pamiętał? Czy udawał, że nic się nie stało? Prawdopodobnie. Prowadząca znała ten sposób myślenia.
Nie znała tylko sposobu, w jaki mogłaby wyrzucić jego nieznośną obecność ze swojego umysłu. Pozbyć troski, której brakowało logiki i poczucia odpowiedzialności, które i tak odrzucał.
Spojrzała na zegar. Spojrzała na talerz.
Nawet nie myślała już o śniadaniu tylko o tym, jak z niego uciec.

raphael valencourt

dzień 24

: wt wrz 08, 2026 3:25 pm
autor: raphael valencourt
seven
i'm preying on you tonight
ObrazekObrazek
Nie pamiętał, o której wrócił. Rzymski lectus, na którym się obudził, stał w jednym z gościnnych salonów, ustawiony nieco na uboczu, jakby nawet mebel przeznaczony do odpoczynku w tym domu musiał zachowywać pozory dyskrecji. Przez wysokie okna wpadało blade, późnoporanne światło, a Raphael przez dłuższą chwilę nie robił nic poza patrzeniem w sufit i próbą odtworzenia kolejności wydarzeń poprzedniej nocy. Nie wychodziło mu to. Wspomnienia pojawiały się pojedynczo, bez chronologii: czyjaś dłoń odsuwająca kieliszek, światło odbite w lustrze, ciężar własnego ciała zapadającego się w miękkie oparcie fotela, fragment rozmowy, którego sens całkowicie mu umykał, i twarz, którą rozpoznawał, lecz której nie potrafił przypisać do żadnego konkretnego momentu wieczoru. Nikt jednak go nie ruszał. Nie musiał nawet pytać, aby wiedzieć, że ochrona oraz pracownicy doskonale zdawali sobie sprawę z jego położenia. W domu tej wielkości nic nie pozostawało przypadkiem. Jeśli zasnął tutaj, ktoś musiał to zauważyć. Jeśli ktoś zauważył, zapewne otrzymał polecenie, by go pozostawić w spokoju. Na kredensie obok lectusa stała niewielka szklanka z ciepłą wodą, a obok niej buteleczka z czarnymi kroplami, przygotowanymi jeszcze zanim zdążył otworzyć oczy. Raphael patrzył na nie przez kilka sekund z tym szczególnym rodzajem niechęci, jaki zawsze odczuwał wobec rzeczy, których działania nie rozumiał do końca. Była w tym coś upokarzającego: ciało potrzebujące pomocy, ciało, które poprzedniej nocy przestało być całkowicie posłuszne woli. A jednak wypił przygotowaną miksturę. Nie dlatego, że wierzył w cudowną moc medykamentów roślinnych, lecz dlatego, że nie miał żadnego powodu, aby świadomie dokładać sobie bólu. Czarne krople pozostawiły gorzki, ziemisty posmak na języku. Skrzywił się minimalnie i odstawił szklankę, jakby sam ten gest wystarczał, by zakończyć sprawę.
Przez moment po prostu leżał. Ubranie z zeszłego wieczoru wciąż tkwiło na nim w nonszalanckim bezładzie i nie zamierzał robić z tym nic więcej. Miał na sobie ciemne, niemal czarne spodnie o wysokim stanie, uszyte z lekkiej wełny, która mimo nocy zachowała jeszcze chłodną gładkość materiału. Pas spodni był lekko przekrzywiony, a jedna z nogawek podwinęła się przy kostce, odsłaniając skrawek czarnej, cienkiej skarpety. Koszula była z jasnego, kremowego jedwabiu, niemal biała w porannym świetle, lecz teraz pognieciona w sposób, którego nie dało się już uznać za świadomy element stroju. Rozpięte dwa górne guziki odsłaniały szyję i fragment obojczyka. Materiał przy mankietach był pomięty, jeden mankiet pozostawał rozpięty, drugi natomiast nadal trzymał się nadgarstka, choć spinka przesunęła się nieco na bok. Nie miał marynarki. Ta musiała gdzieś zostać. Nie pamiętał gdzie. Zegarek nadal znajdował się na jego nadgarstku, skórzany pasek był jednak poluzowany o jedną dziurkę, a tarcza przesunęła się pod spód ręki. Włosy miał rozwichrzone, cięższe niż zwykle, kilka pasm opadało mu na czoło. Nie wyglądał jak człowiek, który zamierzał rozpocząć dzień. Wyglądał raczej jak ktoś, kto został wyrwany z jednego stanu istnienia i jeszcze nie zdecydował, czy ma ochotę wracać do następnego. I może właśnie dlatego jego strój nie drażnił go tak bardzo, jak powinien. Elegancja, do której przywykł, opierała się przecież na kontroli: właściwy krój, właściwy materiał, właściwe proporcje, nic przypadkowego. Teraz przypadek był jedynym elementem jego wyglądu, który pozostawał całkowicie szczery.
Podniósł się i usiadł na lektyce, pozwalając, by szum w głowie nie przejął całkowitej kontroli. Przesunął dłonią przez kark, czując zesztywnienie mięśni, i spojrzał jeszcze na sufit pięknego pomieszczenia. Przez chwilę próbował ustalić, czy bardziej bolała go głowa, czy własna irytacja. Ostatecznie uznał, że jedno i drugie. Nie lubił kaca, ponieważ kac był jednym z tych niewielu stanów, których nie dało się negocjować. Można było negocjować z człowiekiem, z pieniędzmi, z reputacją, z cudzym strachem, nawet z własnym sumieniem, jeżeli człowiek był wystarczająco cierpliwy. Z fizjologią negocjować się nie dało. Ciało miało własne prawa, banalne i brutalne, zupełnie niezainteresowane tym, kim był jego właściciel. Raphael wstał więc bez pośpiechu, poprawił spodnie, wsunął koszulę bardziej niedbale za pas i przez kilka sekund stał nieruchomo, dopóki podłoga przestała wykonywać pod nim subtelne, irytujące ruchy. W końcu ruszył.
Poruszenie na zewnątrz jednak kazało mu przyspieszyć. Kiedy uchylił drzwi, zobaczył kilka osób biegnących korytarzem. Ktoś kogoś nawoływał, ktoś zatrzymał się na ułamek sekundy, dostrzegając właściciela posiadłości, i skinął mu głową z mieszaniną szacunku oraz pośpiechu, po czym rzucił coś o niecodziennym wydarzeniu w ogrodzie. Raphael wyłapał tylko pojedyncze słowa. Umysł nadal pracował z opóźnieniem, jak mechanizm, którego ktoś nie zdążył właściwie nasmarować. Nie miał zamiaru prosić o powtórzenie. Poszedł więc w tym samym kierunku co pozostali, bardziej z ciekawości niż z poczucia obowiązku, i dopiero po chwili znalazł go Leif z ręką na broni.
- Gepard na drzewie oliwnym - usłyszał skrótowy raport.
Raphael zamrugał. Przez moment spojrzenie miał zupełnie puste. Potem kącik jego ust drgnął. Nie ze strachu. Raczej z niedowierzania wobec absurdalności tego zestawienia. Gepard. Drzewo oliwne. Ogród. Właściwie dlaczego nie? W świecie, w którym ludzie potrafili ukrywać rzeczy znacznie bardziej niewiarygodne niż dzikie zwierzę na drzewie, sama obecność drapieżnika nie wydawała mu się szczególnie szokująca. A przede wszystkim przypomniał sobie o małej jadalni. Jeśli dobrze pamiętał rozkład posiadłości, wysokie okna tego pomieszczenia wychodziły właśnie na tę część ogrodu, w której rosły stare oliwki.
Nie powiedział nic. Ruszył dalej.
Jadalnia wyglądała o tej porze niemal nierzeczywiście. Była przesadnie jasna, przesadnie spokojna, jakby architektura postanowiła zaprzeczyć wszystkiemu, co mogło wydarzyć się poza jej murami. Białe ściany, ciężkie dekoracyjne sztukaterie i wysokie okna zakończone łukami sprawiały, że światło rozlewało się po wnętrzu szerokimi, miękkimi płaszczyznami. Kryształowy żyrandol wisiał nad centralną częścią pomieszczenia, jego szklane elementy łapały słońce i rozszczepiały je w drobne refleksy. Na kominku płonął jeszcze ogień, choć poranek nie wymagał już jego obecności. Nad paleniskiem odbijała się w ogromnym lustrze część stołu, a wraz z nią kwiaty ustawione w szklanych naczyniach. Fioletowe i białe orchidee, różowe kwiaty o delikatnych płatkach, pojedyncze gałązki zieleni. Wszystko było świeże, starannie rozmieszczone i niemal bezczelnie piękne. Pod stopami miał jasny parkiet ułożony w geometryczny wzór, wypolerowany do tego stopnia, że odbijał fragmenty nóg krzeseł oraz światło wpadające przez okna. Przy stole stały eleganckie krzesła z plecionymi oparciami i zielonkawymi, miękko drapowanymi siedziskami, a na jego środku leżał idealnie biały obrus, którego nieskazitelność wyglądała niemal groteskowo wobec chaosu, jaki musiał panować kilka metrów dalej w ogrodzie.
Siedziała tam ona. Plecami do wejścia. Spokojna, jak gdyby całe zamieszanie należało do innego świata. Ta sama kobieta, która jeszcze noc wcześniej miała mu towarzyszyć podczas alkoholowego zapomnienia, lecz ostatecznie wybrała powrót do domu. Raphael zobaczył ją, ale nie pozwolił, aby myśl zatrzymała się na tym fakcie dłużej niż przez kilka sekund. Nie był jeszcze gotowy na analizowanie jej decyzji. A może po prostu nie uważał jej za wystarczająco ważną.
- W ogrodzie jest gepard - oznajmił. Powiedział to niemal obojętnie, jakby informował ją o zmianie pogody.
Za nim weszło kilku pracowników niosących śniadanie. Raphael nie czekał, aż wszystko zostanie ustawione. Przechodząc obok niej, dostrzegł na jej talerzu niewielkiego pomidorka koktajlowego. Bez pytania sięgnął po niego dwoma palcami, zabrał i wrzucił sobie do ust. Był zimny i lekko słodki. Przeżuł go powoli, po czym skierował się ku wysokim oknom. Dopiero tam poczuł, że coś w nim rzeczywiście się budzi. Otworzył jedno skrzydło, potem drugie, aż chłodne powietrze ogrodu weszło do środka, poruszając delikatnie zasłonami. Zapach wilgotnej ziemi, liści i rozgrzewającego się kamienia natychmiast zastąpił ciężkie, przesycone perfumami powietrze jadalni. Raphael stanął w otwartym oknie i dopiero wtedy pojawił się w jego oczach ten szczególny błysk.
Nie był to strach. Nie była to nawet zwyczajna ciekawość. Raczej coś znacznie bardziej pierwotnego — nagłe zainteresowanie czymś, czego nie dało się przewidzieć. Szukał wzrokiem oliwnego drzewa, przesuwając spojrzenie po gałęziach, żywopłotach i fragmentach ogrodu. Cała reszta przestała mieć znaczenie. Pracownicy, śniadanie, ból głowy, noc, kobieta za jego plecami — wszystko zsunęło się na dalszy plan.
Gdzieś tam, wśród starannie przyciętych krzewów i doskonałej geometrii ogrodu, znajdowało się zwierzę, które nie powinno się tam znajdować. I właśnie dlatego Raphael chciał je zobaczyć.

Sadie Glass

dzień 24

: wt wrz 08, 2026 7:50 pm
autor: Sadie Glass
Jajko.
Mózg przypomniał sobie, co właśnie zrobiła.
J a j k o. Spojrzała na talerz i nic się nie zmieniło - to powinno wystarczyć, ale nie wystarczyło. Wzrok dyskretnie przesunął się na udo. Surowy, badawczy, gorszy niż wszystko, co mógł skierować w jej stronę Gospodarz. Za duże. Myśl przyszła tak szybko, że nie miała ani początku, ani końca. Była fundamentalnym przekonaniem: za duże. Sadie przesunęła nogę pod krzesłem, a materiał koktajlowej sukienki mocniej otarł o wrażliwą skórę. Za ciasno. Nie było za ciasno, wiedziała o tym, a jednak nagle czuła materiał dokładnie tam, gdzie nie chciała go poczuć. Jakby jej ciało zaczęło zajmować więcej miejsca, niż obejmowała jej zgoda. Jakby nie zdążyła się nawet sprzeciwić.
Jeden kęs.
Jedno udo.
Sięgnęła po warzywo. Widelec zawisł w powietrzu w obrazie żałosnego zawahania. Tym razem pomyślała o ramieniu, choć nie chciała o nim myśleć. Właśnie dlatego nie mogła przestać. Ramię, bark, plecy, policzki. Każde miejsce mogło stać się dowodem. Przeżuwała i połykała kolejne, gigantyczne gule, z coraz większym trudem łapiąc oddech pomiędzy. Natychmiast sprawdziła: nic. Oczywiście, że nic. Jej ciało nie mogło przybrać rozmiaru w sekundę, ale umysł Sadie Glass w kryzysie nie uznawał sekund. Dla niego konsekwencja była natychmiastowa. Nie istniał układ trawienny, nie istniały doniesienia współczesnej nauki. W jej głowie jedzenie przeskakiwało prosto z talerza, przez przełyk, do wybranych fragmentów ciała.
Kęs.
Udo.
Kęs.
Ramię.
Kęs.
Policzki.
Niektóre części ciała były bardziej zagrożone od innych, choć nie wiedziała dlaczego. To również nie miało znaczenia - jeśli jej mózg wskazał miejsce, właśnie ono stawało się podejrzane. W odbiciu zastawy analizowała własną twarz. Była pewna, że policzki zaokrągliły w ostatnią godzinę i że winne temu było masło, którego użyto do jajek. Wpatrywała się w mikroskopijną siebie i wiedziała, czego szukać.
A kiedy człowiek wie, czego szuka, potrafi znaleźć w s z y s t k o .
Okrągłość, miękkość, niedoskonałość, dowód.
Odwróciła wzrok.
Gdyby posiadłość stanęła w płomieniach, nie zauważyłaby tego.
Znajdowała się w stanie pomiędzy kompulsją a całkowitym otępieniem. W stanie, który nie pozwalał dostrzec ani zareagować na towarzystwo Valencourta ani kradzież pomidora.
To tylko jajko. Tylko jajko.
Powtarzanie wyświechtanych fraz nie pomagało, wręcz przeciwnie. Jeśli jajko było tylko jajkiem, dlaczego miało nad nią taką władzę? Dlaczego tak bardzo bała się następnego kęsa? Skoro pierwszy nie zrobił nic, drugi też nie powinien, ale przecież… Właśnie tak zaczynała się katastrofa. Nie od jednego gigantycznego błędu, lecz od pozwalania sobie na serię tych mniejszych.
Odsunęła od siebie widelec o kilka centymetrów, a ulga przyszła natychmiast. To uczucie było najbardziej zdradliwym, bo mózg zapamiętywał ją lepiej niż wszystkie argumenty.
Nie zjadła - panika spadała. Nie zjadła - kontrola wracała. Nie zjadła - była bezpieczna przed własną oceną, zanim na horyzoncie w ogóle mogła pojawić cudza. To było proste równanie. Tak proste, że niemożliwe do rozwiązania.
Ponownie spojrzała na talerz. Każdy pozostawiony kawałek jedzenia był nadzieją na odzyskanie kontroli. Każdy zjedzony był ceną, a cena nie kończyła się w chwili połknięcia.
Cena miała ciąg dalszy: wstyd. Sprawdzanie. Płacz przy przymierzaniu ubrań, patrzeniu w lustro, dotykaniu ud. Cena była obietnicą, że jutro będzie mniej. Że jutro odpracuje coś, czego nie dało się już cofnąć.
Mózg Sadie Glass przerabiał całą tę sekwencję raz za razem w czasie, którego potrzebowała na przełknięcie. I dlatego każdy kolejny kęs wydawał się tak wielki.
Nie dlatego, że był obiektywnie, fizycznie duży. Dlatego, że zawierał w sobie ciężar wszystkiego, co miało wydarzyć się później.
Sadie patrzyła na jajko i przestawała widzieć jedzenie. Widziała konsekwencję, a konsekwencja miała uda. Ramiona. Brzuch. Podbródek. Lustro. Cyferki na wadze. Miała godziny, które Sadie będzie musiała oddać żeby odzyskać poczucie, że zasługuje na swoje własne ciało.
Oddech przyspieszył. Wzięła widelec i odłożyła. Wzięła ponownie. Wzrok skakał pomiędzy plecami Raphaela a talerzem i w tych krótkich chwilach nie wiedziała, które było dla niej większą torturą.
Jeszcze jeden kęs. Tylko jeden, ostatni. Ale ostatni nigdy nie był ostatni. Jeśli mogła zjeść jeden, to mogła zjeść dwa. Jeśli zaś mogła dwa, to trzy. A jeśli trzy…
Przełknęła ślinę. Z minuty na minutę mdliło ją coraz bardziej. Przymknęła oczy.
Nie bała się jedzenia. Mechanizm był znacznie bardziej wysublimowany w swym okrucieństwie.
Wychudzone ciało Sadie Glass interpretowało uczucie głodu jako d o w ó d bezpieczeństwa.
Każda próba nakarmienia siebie była zdradą.
Czuła, jak panika podchodzi pod jej gardło. Widziała na talerzu puste miejsca po tym, co udało jej się zjeść. To było chyba najgorsze: świat nie dał jej żadnego znaku, że zrobiła coś niewybaczalnego. Jednak w jej głowie katastrofa była już faktem. Kęs nie był kęsem, był przyszłością. Przyszłą twarzą, której nie będzie mogła znieść w lustrze. Przyszłym ciałem, którego będzie musiała pozbywać się przez godziny fizycznego wysiłku.
Przyszłym poczuciem winy.
Przyszłym głodem.
Przyszłą pokutą. W jednym kęsie mogła obejrzeć całe swoje życie, i właśnie dlatego jej dłoń drżała, gdy ponownie sięgała po widelec.
G e p a r d.
Gdyby miała siłę, gdyby nie walczyła z zapobieganiem wymiotowaniu na ten nieskazitelnie biały obrus, wywróciłaby oczami. Gepard. Gepard był czymś trywialnym, był bzdurą wobec prawdziwej wojny, która rozgrywała pomiędzy porcelanową zastawą a bezsilną Prowadzącą.
Nawet nie spojrzała w tamtym kierunku. Wiedziała, że Raphael Valencourt niczego nie mówił bez celu. Wiedziała, że w żadnym pomieszczeniu nie znajdował się bez powodu. Wiedziała, i nie była w stanie zrobić z tą wiedzą niczego. Była zahipnotyzowana innym rodzajem tańca. Tym, do którego Właściciel nie był zaproszony i zdecydowanie takim, którego nie pokazywano w programach rozrywkowych.
Danse Macabre.
W tej chwili nie wiedziała które z nich bardziej przypomina trupa. Ona - świeżo umyta, ubrana, zadbana i pragnąca przestać oddychać jeszcze przed kolejnym kęsem czy on - cuchnący gorzelnią obraz bogatej nędzy.
Może dobrze, że odnalazł ulgę w gepardzie. Dobrze, że potrafił. Dla niej najmniejsze źródełka spokoju pozostawały poza zasięgiem tak długo, jak zabraniała sobie pójścia do łazienki.
A przecież już wiedziała, że nie da rady zachować treści żołądkowej na miejscu. Nie było nawet czego prowokować. Umysł przekonał ciało, że wepchnięto w nie szkodliwe ciała obce, zatem ciało przede wszystkim pragnęło je usunąć. Poza jej decyzją, poza świadomością, poza kontrolą.
Jeszcze nie wytrzeźwiałeś, czy już zdążyłeś się naćpać?

raphael valencourt

dzień 24

: czw wrz 10, 2026 7:38 am
autor: raphael valencourt
Jeszcze nie wytrzeźwiałeś, czy już zdążyłeś się naćpać?
Słowa Glass dotarły do niego z opóźnieniem, lecz nie dlatego, że alkohol nadal całkowicie więził mu myśli w tej miękkiej, nieprzyjemnej mgle, która pozostawała gdzieś za oczami i skroniami. Tym razem przyczyną był telefon. Aparat znalazł się w jego dłoni niemal automatycznie, a wraz z nim pojawiła się naturalna kolejność rzeczy: nazwisko Leifa na ekranie, połączenie, oczekiwanie na odebranie. Raphael miał osobliwą skłonność do działania nawet wtedy, kiedy ciało domagało się bezczynności. Być może właśnie dlatego alkohol nigdy nie odbierał mu całkowicie zdolności podejmowania decyzji. Mógł spowalniać jego ruchy, rozpraszać uwagę, odbierać precyzję, lecz gdzieś pod tym wszystkim pozostawała ta sama chłodna struktura, która przez lata nauczyła go, że świat nie wymagał od człowieka wszechstronnej kontroli; wystarczyło, że człowiek kontrolował właściwe punkty. Dlatego, kiedy Leif odebrał, Raphael nawet nie spojrzał w stronę Glass. Patrzył przez otwarte okno na ogród, przesuwając wzrokiem po gałęziach drzew, żywopłotach i kamiennych ścieżkach.
- Zamknijcie tę część i nie wpuszczajcie nikogo z zewnątrz - powiedział spokojnie, ale dobitnie. Głos miał jeszcze zachrypnięty po nocy, niższy niż zwykle, pozbawiony jednak jakiegokolwiek śladu niepewności. W jego głowie decyzja była już podjęta. Jeżeli gepard rzeczywiście uciekł z miejskiego zoo, jeżeli przedostał się przez ogrodzenie i znalazł się na terenie jego posiadłości, Valencourt nie widział powodu, dla którego pierwszym odruchem miałoby być oddanie go ludziom, którzy najwyraźniej nie potrafili go zatrzymać. - Zostaje tutaj, dopóki nie zdecyduję inaczej.
Nie traktował tego jak kradzieży. To określenie byłoby zbyt proste, zbyt pospolite, a przez to nieadekwatne do sposobu, w jaki Raphael postrzegał własny świat. Nie miał poczucia, że coś komuś odbierał. Zwierzę znalazło się na jego terenie. To wystarczało, aby w jego umyśle przestało być cudzym problemem, a stało się jego problemem. Różnica była zasadnicza. Valencourt nie potrzebował przecież samodzielnie przekraczać granic prawa, skoro całe jego życie nauczyło go czegoś znacznie bardziej użytecznego: że granice bywały przede wszystkim kwestią kompetencji, kontaktów, pieniędzy i tego, kto pierwszy zacznie wykonywać telefony. Nie zamierzał wychodzić przed dom, nie zamierzał łapać zwierzęcia, nie zamierzał też urządzać przedstawienia dla przypadkowych służb. Od tego byli inni. Ludzie, których zadaniem było przejąć problem z jego rąk i doprowadzić go do stanu, w którym przestawał być problemem. W jego świecie rzeczy rzadko znikały dlatego, że rozwiązano je osobiście. Znikały, ponieważ ktoś gdzieś wykonał kilka właściwych połączeń, ktoś przesunął termin, ktoś znalazł odpowiednią interpretację przepisów, ktoś inny uznał, że sprawa nie wymagała natychmiastowej reakcji. Nie musiał znać wszystkich szczegółów. Wystarczało, że wiedział, komu je powierzyć. I właśnie dlatego jego polecenie było tak krótkie. - Żadnych ludzi z zewnątrz, dopóki nie powiem inaczej. Zabezpieczyć ogród. Nie płoszyć go. - Rozłączył się, zanim Leif zdążył odpowiedzieć.
Wtedy je zobaczył.
Gepard leżał wysoko na sykomorze, w miejscu, którego z poziomu ogrodu niemal nie było widać. Przez kilka sekund Raphael nie był nawet pewien, czy dostrzegł właściwy kształt, czy tylko cień pomiędzy liśćmi. Dopiero kiedy zwierzę poruszyło głową, obraz stał się wyraźny. Ciało było długie, smukłe, niemal absurdalnie eleganckie. Pomarańczowo-żółta sierść ginęła częściowo w świetle, a ciemne cętki rozpadały się na powierzchni ciała jak nieregularny wzór. Gepard trzymał w pysku jednego z pawi, które dotąd swobodnie chodziły po posiadłości. Wielobarwny ogon ptaka zwisał bezwładnie z gałęzi, tworząc dziwny, niemal teatralny kontrast z drapieżnikiem. Raphael patrzył na to przez dłuższą chwilę i poczuł, jak coś w nim, co od rana pozostawało ospałe i niechętne, nagle się prostowało. Uśmiech pojawił się na jego twarzy powoli, niemal nieświadomie. Nie był szeroki. Nie był nawet szczególnie wyraźny. Był raczej tym drobnym rozluźnieniem mięśni twarzy, które pojawiało się u niego wtedy, kiedy rzeczywistość na moment przestawała być przewidywalna.
Gepard był czymś zupełnie innym niż ludzie. Ludzie mieli interesy. Mieli hierarchie, kompleksy, ambicje, strach, pragnienie uznania, pieniądze, sekrety, rodziny, nazwiska. Można było przewidzieć, czego chcą, jeżeli poświęciło się temu wystarczająco dużo czasu. Nawet najbardziej skomplikowany człowiek pozostawał ostatecznie układem potrzeb. Zwierzę nie miało takiej uprzejmości. Nie należało do żadnej z tych kategorii. Nie wiedziało, kim był Raphael Valencourt. Nie interesował go jego majątek, nazwisko ani dom. Nie miał pojęcia, że znajduje się w przestrzeni należącej do człowieka, który mógł w ciągu kilku minut zmienić sytuację kilkuset innych osób. Dla geparda wszystko to było bez znaczenia. Była tylko przestrzeń, zapachy, głód, wysokość gałęzi, bezpieczeństwo i możliwość ucieczki. Ta prostota fascynowała Raphaela niemal bardziej niż samo zwierzę.
Nawet nie zauważył, że jeden z prawników odebrał telefon i czekał na polecenia. - Raphael? - padło po drugiej stronie. Nie zareagował. Wciąż patrzył na drapieżnika. - Raphael? - Tym razem usłyszał.
Odwrócił lekko głowę, jakby dopiero teraz przypomniał sobie, że nadal trzymał telefon przy uchu. - Przyjedź do mnie - rzucił. I rozłączył się.
Przez dłuższy moment nie robił nic. Stał przy wysokim oknie z jedną dłonią opartą o jego ramę, podczas gdy chłodne powietrze wpadało do środka i poruszało materiałem jego jedwabnej koszuli. Dopiero teraz zaczął czuć, jak bardzo nie pasował do tego poranka. Wciąż miał na sobie ubranie z poprzedniej nocy. Ciemne spodnie były pomięte na wysokości kolan, koszula rozpięta przy szyi, jeden mankiet luźno opadał na nadgarstek. Nie miał marynarki, nie miał też szczególnej ochoty jej szukać. Włosy pozostawały w nieładzie, kilka kosmyków opadało mu na czoło. W normalnych okolicznościach taki wygląd drażniłby go bardziej. Teraz jednak cała uwaga skupiona była na zwierzęciu. Nawet ból głowy wydawał się odległy.
Dopiero po długiej chwili przypomniał sobie o istnieniu Glass. Odwrócił się. Siedziała przy stole, a jej stan nie wymagał szczególnej interpretacji. Valencourt samoistnie zatrzymał na niej wzrok. Drżenie. Bladość. Napięcie całego ciała. Sposób, w jaki jej twarz zdradzała fizyczny dyskomfort, zanim jeszcze cokolwiek zrobiła. Patrzył przez chwilę bez emocji, następnie przeniósł wzrok na talerz, później z powrotem na nią. Nie było w tym współczucia. Nie było też szczególnego okrucieństwa. Raczej chłodna ocena sytuacji, niemal taka sama, jaką przed chwilą poświęcił gepardowi. Różnica polegała jedynie na tym, że zwierzę interesowało go znacznie bardziej.
Jego spojrzenie przesunęło się po stole. Biały obrus. Szkło. Porcelana. Kwiaty. Wszystko znajdowało się dokładnie tam, gdzie powinno. I właśnie dlatego dostrzegł problem. Jeśli Glass miała zamiar zwymiotować, zdecydowanie nie zamierzał pozwolić, aby zrobiła to na stole. Nie z troski o nią. Nie z obrzydzenia. Z powodu obrusu.
Sięgnął po jeden z kryształowych wazonów stojących niedaleko. Wyjął z niego kwiaty jednym, niemal niedbałym ruchem i wyrzucił je przez otwarte okno. Płatki i łodygi spadły na trawę. Następnie zrobił to samo z wodą, przechylając naczynie na zewnątrz, aż jego zawartość zniknęła w ogrodzie. Dopiero wtedy podszedł do Glass i postawił wazon przed nią. Nie powiedział ani słowa. Nie musiał. Sam jego wzrok wystarczał. Jeżeli już miała zwymiotować, niech zrobi to tam. W innym przypadku kazałby jej zjeść własne wymioty. Przez krótką chwilę patrzył na nią jeszcze, a potem jego usta wygięły się w cienki, zimny uśmiech. Wrócił do okna. Oparł ramię o framugę i ponownie spojrzał w ogród, jakby poprzednia scena w ogóle nie miała miejsca.
Gepard nadal siedział na sykomorze, a właściciel obserwował jego każdy ruch. Ogon zwierzęcia przesunął się leniwie po gałęzi. Głowa uniosła się nieznacznie. Uszy drgnęły. A Raphael poczuł, że po raz pierwszy tego ranka naprawdę się obudził.

Sadie Glass

dzień 24

: czw wrz 10, 2026 2:29 pm
autor: Sadie Glass
Scena pomiędzy ogrodem a jadalnią nie była wydarzeniem rodem z National Geographic. Sadie czytała ją jak ikonografię, podczas kiedy Raphael zdawał się nie rozumieć, że patrzy na własny portret. Była to niemalże bezbłędna alegoria. Kupujący i Pozycja #21 nie byli gepardem i pawiem w jego pysku. To byłby niewinny błąd interpretacyjny, lecz wciąż błąd. Sadie widziała przed sobą coś większego i ważniejszego. Obraz był brutalny, ale wciągający. Może właśnie dlatego nie potrafiła odwrócić od niego wzroku. Kompozycja była urzekająca: Sadie przy stole z martwą naturą, Raphael przy oknie w stanie ogólnego umęczenia i zaniedbania. I g e p a r d.
Gepard był Valencourtem. Im bardziej zbliżała się do niego Glass, tym bardziej on wspinał na wyższe gałęzie. Dystans symbolizował stan ich relacji - jeśli ona próbowała być obok, on próbował być jeszcze dalej. Jeśli próbowała zrozumieć to, co widziała - natychmiast zmieniał pozycję. Jeśli podchodziła - wycofywał się. Jeśli mówiła coś osobistego - wdrażał mechanizm obronny.
On widział w tym autonomię - ona zaś zwierzęcą ucieczkę przed czymś co przerażało, choć nawet nie było zagrożeniem. Gepard mógł się mylić, Raphael również.
Zwinny, silny i elegancki kot wylegiwał się na drzewie ze zdobyczą, ale nie mógł zrelaksować, dopóki wokół istniało zamieszanie ruchomego personelu. Jego instynkt podpowiadał jedyną interpretację, do jakiej układ nerwowy był zdolny: człowiek stanowił zagrożenie. Jeśli zatem człowiek zbliżał, gepard musiał zwiększyć dystans.
Gepard nie potrafił wyobrazić sobie, że człowiek niekoniecznie chciał zrobić mu krzywdę.
Jak bardzo musiał być przyzwyczajony do kłusowników, żeby każdą wyciągniętą dłoń uznawać za strzelbę?
Człowiek nie musiał polować na geparda. Mógł być nim zachwycony. Mógł chcieć patrzeć. Mógł być ciekawy, pragnąć spędzić czas w obecności stworzenia pięknego i niezwykłego.
To było dla Sadie boleśnie dosłowne przedstawienie relacji z Raphaelem, wieczoru w Emptiness, nocy przy jego łóżku, podróży samolotem, podziwiania gwiazd z paryskiego dachu. Nie próbowała go osaczać, kontrolować, nie chciała ani pieniędzy, ani nazwiska. Nie chciała nawet odpowiedzi na pytania, których nie mógł jej dać. Byłaby w zupełności usatysfakcjonowana wspólnym wieczorem, rozmową zwykłych ludzi, którzy znaleźli w szczególnej sytuacji o której nie mogą opowiedzieć otwarcie nikomu innemu. Dla niej budowanie kontaktu było czymś wynikającym z otwartości, dla niego zaś czymś, przed czym należało natychmiast się ochronić.
Właśnie na to pozwoliła mu ubiegłej nocy w klubie, i na to pozwalała również w jadalni. Mogłaby wstać i oglądać geparda razem z nim, wówczas jednak stałaby się kolejnym człowiekiem, który próbuje podejść do przestraszonego dzikiego zwierzęcia. Zrozumiała zasadę: im bardziej zapraszała go do siebie, tym wyżej on się wspinał.
Musiała więc zostać na dole.
Na jadalnianym stole wciąż czekała połowa porcji śniadania. Urzeczywistnienie problemów z kontrolą, ciałem, poczuciem własnej wartości. Koszmar, który skutkiem cudzych decyzji musiała rozgrywać przed widownią w sytuacji tak upokarzającej, że kwas wypalał jej żołądek od środka. Raphael Valencourt mógł kazać jej jeść i delegować personel do pilnowania procesu, ale Sadie nie musiała pozwalać, by odebrał jej ostatnią rzecz która należała tylko do niej: decyzję, kiedy odpuścić.
Jeżeli gepard chciał siedzieć na drzewie, mógł.
Ona mogła współczuć mu autodestrukcyjnej nieufności, ale nie musiała wspinać się za nim. Wiedziała, że c o ś się działo. Martwiła się ciągiem decyzji, które każdego o emocjonalnym iq wyższym od krzesła zaalarmowałyby motywem przewodnim w ucieczce. I kiedy rzeczywiście był zagrożony po przedawkowaniu, opieka nad nim była czymś naturalnym - była ruchem w stronę kogoś, kto pozostawał bezbronny.
Teraz Sadie nie była zobowiązania do jakiegokolwiek kroku.
Raphael był przytomny. Wydawał polecenia, podejmował decyzje. Jego dysfunkcje były widoczne, ale nie tak dominujące, by jej interwencja znalazła sensowne uzasadnienie.
Zostawała zatem przy swoim bólu i swoich sprawach, zamiast próbować rozwiązywać cudze bez pozwolenia. Nie przeszkadzało jej to, z jakim zaciekawieniem obserwował zwierzę - wręcz zazdrościła mu tego, że potrafił zająć czymś tak banalnym.
To, na co patrzyła Sadie, było od tego dalekie.
Był to obraz dwóch osób, które pozostają blisko bez możliwości zbliżenia.
Raphael Valencourt przypominał jej emocjonalnego kalekę, co pozwalało zrozumieć jego decyzje, ale nie usprawiedliwić. Nawet jeśli miał powód do bycia aroganckim dupkiem, wciąż był wobec niej aroganckim dupkiem - przy okazji łamiącym zasadę DBAA, czego wolała nie poruszać dla własnego spokoju. Właśnie dlatego nie mogła dać mu więcej, niż dała do tej pory. Mówiła prawdę, pozwalała mu podejść do siebie na stopie prywatnej, dzieliła własną perspektywą, pozwalała pytać i nie naciskała, a kiedy wybierał dystans - dawała mu dystans. Zrobiła wszystko co mogła bez przekraczania własnych granic. Robienie czegokolwiek więcej byłoby braniem odpowiedzialności za kogoś, z kim nie miało łączyć jej nic poza pracą.
Nie była jego terapeutką, matką, zbawicielką, ani nawet koleżanką. Była pracownikiem, przez najbliższe dwa miesiące związanym kontraktem… I to było wszystko.
Nie zdążyli zbudować ani relacji, ani uczuć, które zachęcałyby do czekania pod drzewem tak długo, aż gepard stanie się gotowy. Nie przestała być ciekawa, nie przestała się przejmować. Wybierała niebycie dostępną bezwarunkowo wobec kogoś, kto ani tego nie chciał, ani na to nie zasługiwał.
Musiała tylko przeżyć te dwa miesiące, wykonać swoją pracę, przestrzegać umowy i nie stracić siebie po drodze. Nie zgubić swobody, ciepła, otwartości i ciekawości, które pozwalały łatwo nawiązywać relacje i kultywować je na fundamentach z troski i zainteresowania. A jeśli gepard kiedyś zdecyduje zejść z drzewa, będzie musiał zrobić to sam.
Może spotka Sadie Glass na dole. Może nie.
Nie była w stanie wybiec myślami tak daleko naprzód, gdy wzrok wrócił do talerza, a talerz przypominał o niemożliwym do zniesienia tu i teraz.
Mózg kazał liczyć wszystko ponownie.
Jajko. Obwód uda. Awokado. Objętość policzków. Chleb. Wzdęty brzuch. Szpinak. Szpinak skropiony oliwą. Oliwa, masło, czy sól i pieprz mają kalorie? Obwód pod biustem. Brak biustu. Szyja. Za dużo szyi. Pomidorek. Ostatni pomidorek. Słodki. Zbyt słodki. Sukienka: za ciasna. Łokieć: za miękki. Palce: za krótkie. Nadgarstek: nie dość wąski. Oddech: za dużo miejsca w płucach. Oddech: za mało powietrza.
Serce: za słabe.


raphael valencourt

dzień 24

: czw wrz 10, 2026 5:45 pm
autor: raphael valencourt
Sytuacja, której był częścią, nie była czymś, co szło po jego myśli, choć przez pierwsze tygodnie właśnie tak próbował ją sobie przedstawiać. I rzeczywiście wszystko układało się zgodnie z planem. Teraz przyjęcie przeciwnego założenia oznaczałoby konieczność przyznania, iż istniała możliwość, której Raphael nie lubił dopuszczać do świadomości: że nie wszystkie elementy układanki należały do niego. Wybrał Prowadzącą. Zdecydował o jej kupnie, podpisał odpowiednie dokumenty, zaakceptował warunki, zaakceptował cenę, zaakceptował nawet cały mechanizm, w którym człowiek mógł zostać przedstawiony drugiemu człowiekowi jako rozwiązanie określonego problemu. I zrobiłby to za każdym razem, gdyby w miejscu Glass znajdowała się inna kobieta. To było dla niego istotne. Nie wybrał właśnie jej, bo coś w niej dostrzegł, bo zadziałała na niego jej twarz, głos czy sposób poruszania się. To nadawałoby całej sytuacji zbyt osobisty charakter, którego Valencourt był pozbawiony. Raphael nie wybierał człowieka. Wybierał symbol. Wybierał okazję, którą mu przedstawiono i której, jak wynikało z samej konstrukcji sytuacji, pragnęli również inni. Wybierał pułapkę, ponieważ od początku uważał, że skoro widział jej krawędzie, to znaczyło, że miał być w stanie ją rozbroić. Była to jedna z tych jego pewności, które przez lata przestały być nawet pewnościami, a stawały się odruchem. Jeśli coś zostało mu podsunięte zbyt starannie, musiało mieć drugie dno. Jeśli wszyscy czegoś chcieli, należało się zastanowić, dlaczego. Jeżeli zaś ktoś chciał, aby Raphael podjął konkretną decyzję, tym bardziej należało tę decyzję podjąć świadomie, a potem odwrócić sytuację tak, żeby cudza intencja zaczęła pracować na jego korzyść. W tym sensie Glass była tylko elementem układu. Tak przynajmniej chciał o niej myśleć.
Nie przewidział jednak, że pułapka może mieć konkretną twarz. I że ta twarz będzie należała do Sadie Glass. Prowadzącej, która pod wieloma względami nie różniła się niczym od setek kobiet, które spotykał na swojej drodze, a jednocześnie przez coś tak pozornie drobnego jak własna nieprzewidywalność zaczynała wymykać się kategoriom, za pomocą których Raphael zwykle porządkował ludzi. Widział przecież typ. Widział go natychmiast. Młoda kobieta, odpowiednio przygotowany wizerunek, twarz wystarczająco niewinna, aby budzić określone skojarzenia, a jednocześnie wystarczająco atrakcyjna, aby przyciągać spojrzenia. Wszystko znajdowało się na swoim miejscu. Sylwetka, sposób ubierania, jasne włosy, miękkość rysów, ten rodzaj urody, który pozwalał mężczyźnie dopisać do rzeczywistego obrazu własne wyobrażenie i później uwierzyć, że to wyobrażenie pochodziło od kobiety. Była skonstruowana dla męskiego oka w sposób, który nie wymagał nawet szczególnego wysiłku. Laleczka z witryny, tyle że pozostająca poza zasięgiem ręki. Młoda, żywa, niedostępna. I właśnie ta niedostępność była zapewne częścią konstrukcji.
Pod tym względem nie była wyjątkiem. Znał ten język aż nazbyt dobrze. Wiedział, jak działała atrakcyjność, wiedział, jak działało oczekiwanie i wiedział, jak łatwo człowiek zaczynał mylić własne pragnienie z cudzą intencją. Dlatego jej uroda nie była dla niego zagadką. Jej ciało nie było zagadką. Nawet sposób, w jaki inni na nią patrzyli, nie był zagadką. Zagadką były jej działania. To, co robiła później, nie pasowało do obrazu, który Raphael zdążył sobie stworzyć. A kiedy człowiek taki jak on nie potrafił czegoś przyporządkować, nie zaczynał od pytania, czy sam popełnił błąd. Zaczynał od pytania, jaki cel ukrywała druga strona. To było bezpieczniejsze. Znacznie wygodniejsze. Pozwalało zachować strukturę świata, w której każda rzecz miała swoją przyczynę, a każda osoba swój interes. Glass musiała czegoś chcieć. Musiała mieć plan. Musiała działać według logiki, której jeszcze nie dostrzegał. Innej możliwości Valencourt przez długi czas po prostu nie dopuszczał do siebie.
Zirytowała go wtedy w Emptiness. Nie dlatego, że zrobiła coś niezwykłego. Właśnie przeciwnie. Zrobiła coś, co robiło tak wiele kobiet przed nią, a jednak reakcja Raphaela była zupełnie inna, niż powinna. Dotyk, bliskość, sytuacja, która dla innych ludzi mogłaby być czymś banalnym albo nawet przyjemnym, w jego przypadku natychmiast uruchamiła coś, czego nie chciał nazywać. Wspomnienie Belgii nie pojawiało się przecież jak wspomnienie w zwyczajnym znaczeniu tego słowa. Nie przychodziło z początkiem, środkiem i końcem. Było raczej jak nagły chłód za oczami, jak obraz pozbawiony kontekstu, jak coś, co ciało rozpoznawało szybciej od umysłu. Nauczył się żyć z tym mechanizmem. Nauczył się przede wszystkim, że nie należało go zatrzymywać. Nie należało patrzeć zbyt długo. Nie należało próbować nadawać kształtu rzeczom, które przez lata pozostawały bezkształtne. Dlatego alkohol był wygodny. Alkohol nie rozwiązywał niczego, ale odbierał znaczenie. Pozwalał rozsunąć świadomość od ciała, stworzyć między nimi przestrzeń wystarczająco dużą, aby można było przetrwać moment bez konieczności uczestniczenia w nim w pełni. Kiedy był pijany, nie musiał być Raphaelem, który pamiętał. Mógł być ciałem wykonującym określone czynności, podczas gdy świadomość znajdowała się gdzieś dalej, obserwowała wszystko jak przez grubą szybę. Seks z nieznajomą nie miał wtedy znaczenia, bo była tylko obca. Ciało. Obecność. Element sytuacji. Nic więcej.
I może właśnie dlatego Glass zirytowała go bardziej, niż powinna. Ponieważ nie chciała pozostać tylko elementem sytuacji.
Gepard w ogrodzie był pod tym względem niemal doskonałym przeciwieństwem człowieka. Raphael patrzył na niego przez otwarte okno i czuł, że po raz pierwszy od dłuższego czasu znajdował się przed czymś, czego nie musiał interpretować poprzez ukryty interes. Zwierzę nie przyszło do jego domu po pieniądze. Nie potrzebowało jego nazwiska. Nie chciało niczego udowodnić. Nie próbowało zrobić na nim wrażenia. Nie miało wobec niego oczekiwań. Nie znało hierarchii, której Raphael podporządkował niemal całe swoje życie. Było po prostu tam. Obce, piękne, niebezpieczne i zupełnie pozbawione potrzeby tłumaczenia własnej obecności.
Właśnie to fascynowało go najbardziej. Czystość instynktu. Nie niewinność — Raphael nie był człowiekiem, który romantyzował naturę. Wiedział, że natura nie była dobra. Nie była sprawiedliwa. Nie była łagodna. Była brutalna właśnie dlatego, że nie potrzebowała żadnego usprawiedliwienia. Gepard zabijał, ponieważ był drapieżnikiem. Nie budował filozofii wokół zabijania. Nie potrzebował świadków. Nie wymagał uznania. Nie musiał przedstawiać siebie jako kogoś innego, niż był. Była w tym jakaś niemal obraźliwa szczerość.
Raphael pomyślał wtedy, że ludzie byli znacznie bardziej skomplikowani od zwierząt, lecz ta komplikacja wcale nie czyniła ich lepszymi. Człowiek potrafił skrzywdzić i następnie wymyślić teorię, dzięki której sam sobie udowodnił, że nie zrobił nic złego. Potrafił pragnąć i jednocześnie udawać obojętność. Potrafił kłamać, a potem przez lata bronić własnego kłamstwa jak części tożsamości. Potrafił mówić o miłości, podczas gdy w rzeczywistości chodziło mu o władzę. Potrafił mówić o moralności, gdy potrzebował jedynie posłuszeństwa innych. Gepard nie miał tej potrzeby. Jego brutalność nie była zakłamana.
Gdy drzwi do jadalni zamknęły się za jednym z pracowników, Raphael ponownie przeniósł spojrzenie na siedzącą przy stole Glass. Nie zareagowała na jego wcześniejszy ruch. Siedziała niemal nieruchomo, jakby znalazła się gdzieś bardzo daleko od tego pomieszczenia. Szatyn przez kilka sekund obserwował jej profil. Nie wyglądała dobrze. Właściwie wyglądała coraz gorzej. Jej twarz miała tę nieprzyjemną bladość, która nie była już zwykłym zmęczeniem. Dostrzegał drobne napięcia mięśni, sposób, w jaki trzymała ramiona, oddech, który nie układał się w naturalny rytm. Znowu zaczął analizować. Nie z troski. Przynajmniej tak próbował sobie wmówić. Analiza była dla niego sposobem na utrzymanie dystansu. Dopóki obserwował, nie musiał uczestniczyć.
Sięgnął do kieszeni spodni i wyciągnął cygaretkę. Obrócił ją niespiesznie między palcami, następnie odpalił. Pierwszy dym przesunął się przez jego płuca, a potem powoli wypłynął z nosa i ust, rozpływając się w chłodnym powietrzu wpadającym przez otwarte okno. Raphael oparł ramię o framugę. Koszula nadal była pomięta po nocy, jej jedwab przy karku marszczył się przy każdym ruchu. Włosy opadały mu na czoło. Wyglądał bardziej jak człowiek, który dopiero co wyszedł z czegoś nieprzyjemnego, niż właściciel domu, w którym wszystko powinno pozostawać pod kontrolą.
- Dziś nie idziesz do pracy. - Słowa padły bez pytania. Nie podniósł nawet głosu.
Nie wiedział, czy go usłyszała. Prawdę mówiąc, nie było to dla niego najważniejsze. Glass miała jednak tę irytującą cechę, że własną pracowitość traktowała niemal jak pancerz. Profesjonalizm był dla niej sposobem istnienia, a może sposobem ukrywania wszystkiego, czego nie chciała pokazywać. Raphael znał ludzi, którzy pracowali ciężko, ponieważ pasjonowali się pracą. Znał również takich, którzy pracowali, ponieważ nie potrafili wytrzymać sam na sam ze sobą. Glass zaczynała przypominać mu tych drugich.
- Zbada cię lekarz - kontynuował, oddychając dymem. - Jesteś chora. Nie możesz spełniać swoich obowiązków.
Nie musiał wyjaśniać, o jakich obowiązkach mówił. Oboje wiedzieli. I właśnie dlatego jego głos stał się jeszcze chłodniejszy. Nie chodziło przecież o zwykłą pracę, którą można było odłożyć na jeden dzień. Pomiędzy nimi istniały ustalenia, a ustalenia wymagały sprawności po obu stronach. Jeżeli choroba zaczynała trawić ciało Prowadzącej, Raphael zakładał, że wkrótce odbije się również na jej zdolności do logicznego działania. A to było dla niego znacznie mniej akceptowalne.
Zaciągnął się ponownie i spojrzał na nią spod opadających na czoło włosów. - Nie kupowałem chorej Prowadzącej - powiedział w końcu cicho. Tym razem nawet nie było jasne, czy mówił do niej, czy do samego siebie. Zdanie zawisło pomiędzy nimi, zimne i pozbawione współczucia, ale pod jego powierzchnią kryło się coś jeszcze: irytacja człowieka, który nagle odkrył, że rzecz, którą uważał za przewidywalną, zaczynała wymagać od niego czegoś, czego najbardziej nie lubił — uwagi.
Odetchnął i ponownie spojrzał przez okno. Gepard wciąż był na drzewie.

Sadie Glass

dzień 24

: czw wrz 10, 2026 7:40 pm
autor: Sadie Glass
Plan zakładał strategię o najmniejszym ryzyku niepowodzenia: przełknięcie wszystkich słów, które chciałaby wypowiedzieć, a które spowodowałyby jedynie eskalację. Wiedziała, że negocjacji nie należy prowadzić w tym stanie. Że jakiekolwiek podejmowanie dialogu nie skończy się dobrze. Wiedziała, a ponieważ talerz zajmował dziewięćdziesiąt dziewięć procent jej przestrzeni roboczej, całkowicie możliwym pozostawało milczenie. Nie dlatego, że nie miała niczego do powiedzenia - dlatego, że Raphael Valencourt i tak by jej nie usłyszał, a ona miała wystarczająco problemów bez desperackich prób jednostronnej interakcji. Prowadząca wiedziała, kiedy należy odpuścić. Przyspieszenie było tylko jednym z wielu trybów i rzadko tym, na którym faktycznie należało się skupić. W ileś sekund do setki to miernik, który mógł imponować niektórym facetom, ale częściej prowadził do dachowania i śmierci niż do sukcesu.
Sukces miewał także różne rozmiary. Czasem był brakiem odpowiedzi, czasem wymarzoną odpowiedzią. Czasem sukces był brakiem przegranej, a Sadie Glass przy talerzu z resztkami śniadania wiedziała, że właśnie to będzie jej granicą. Że tego konkretnego dnia, w tej konkretnej sytuacji, szczytowym osiągnięciem będzie nie dać jednej trzeciej jajka się pokonać. Nie w pojedynku na spojrzenia, nie w walce o przełknięcie czegoś, co stawało w jej gardle. Ciepła, lepka masa, która nie smakowała niczym, poza falą nadchodzących wymiotów i upokorzeniem.
Widelec opadł na zastawę z charakterystycznym brzęknięciem. Nie było tak tępe jak poprzednie, barwa była wyższa - zawartości tłumiącej dźwięk ubywało, ale to nie było ulgą blondynki. Proces nie opierał się na logice. Logicznym byłoby docenienie własnych starań i powiedzenie sobie, że zostało jeszcze tak niewiele. Kilka kęsów.
Ale równania zawsze działały po obu stronach. Jeśli z lewej zostawało kilka kęsów, to z prawej równały się dwudziestu czy trzydziestu, które już przełknęła. Te z kolei były tłuszczami, cukrami, węglowodanami. Były kaloriami. Były centymetrami na ciele. Były ubraniami, które zapragnęła natychmiast z siebie zdjąć. Szew wbijał się w miejscu, które w ciągu godziny przytyło o kilka rozmiarów. Była pewna, że jeszcze w garderobie materiał był luźny, teraz zaś napinał się wokół jej klatki piersiowej odbierając swobodę oddychania.
Był to dramat zbyt absorbujący, by słowa Raphaela dotarły do niej od razu. Akurat walczyła z ostatnim pomidorkiem. Z małą kuleczką, w większości zbudowaną z wody zamkniętej w apetycznej skórce. Nie powinna stanowić takiego wyzwania, jednak urastała do rangi wspinaczki wysokogórskiej bez obuwia albo mapy. Mocno zacisnęła powieki by przełknąć, a gdy je otworzyła, jasne tęczówki były jeszcze bardziej mokre.
Wmuszanie jedzenia na siłę nigdy nie było skuteczną formą leczenia zaburzeń odżywiania, ale przecież Valencourtowi nie chodziło o leczenie. On tylko mówił, że chciał jej zdrowej - i kłamał. Albo nie zdawał sobie sprawy, że kłamie.
Gdyby chciał jej zdrowej, traktowałby ją jak człowieka i zadbał o ludzkie traktowanie podczas leczenia. Wiedziałby, że leczenie i jego skutki nie są procesem przewidywalnym ani liniowym. Rozumiałby, jak bardzo jest jej ciężko i jak wielki wysiłek wkładała w to, by sprostać jego oczekiwaniom. Akceptowałby to, że proces potrwa długo i że pacjentka musiała angażować się weń dobrowolnie, aniżeli pod szantażem, groźbą, bądź domniemanym strachem konsekwencji z rąk ludzi, których stać było na wszystko.
Zatem nie chciał jej zdrowej. Chciał jej jedzącej teraz bo tak, większej teraz bo tak. Miał kaprys i żądał, aby ona się ku niemu pochyliła.
Jej podejrzenia nie były chyba dalekie od prawdy. Nie, kiedy wypowiedział w jej stronę ostatnie słowa.
Potrafiła nie zareagować na poniżenie wydanego rozkazu. Potrafiła zignorować upokorzenie stawianego przed nią wazonu. Potrafiła ugryźć się w język w klubie, potrafiła nie rozkleić gdy oglądał jej ciało i otwarcie krytykował wszystkie braki. Ale teraz, zemdlona i rozstrojona i popchnięta do ściany torturami jego własnego projektu, nie potrafiła przejść ponad bólem który przeszył całe jej ciało. Piekącym, kłującym, budzącym coś, co miało pozostać uśpione.
Wytarła usta serwetką. Odłożyła sztućce. Upiła łyk wody gazowanej. Nie warzyła słów, przerwa służyła jedynie opanowaniu oddechu na tyle, by drżący głos przekazał to, co miał.
Spójrz na siebie — sylaby były ciężkie, a Sadie rozżalona. Zdanie graniczyło z cichym jękiem. Z rozpaczą odkrycia absurdu; z konfrontacją z obłędem, który jednocześnie wmawiano jej samej. To nie ona z ich dwójki zwariowała, nie swoim zdaniem. To on, amator pierdolonej hipokryzji, z klapkami na oczach jak kanadyjska wersja konia z Luwru.
Nie, nie zapomniała. Nigdy o niczym.
To ty doprowadziłeś nas oboje do tego stanu — jej głos był cichy, ale rozgoryczenie rozpełzło po jasnej jadalni niczym czarny smar który brudził wszystko wokół. Niszczył, pochłaniał, nie brał jeńców. W wielkich, sarnich oczach Prowadzącej zbierały się łzy, jednak płacz nie był potrzebą rozładowania smutku. Był nośnikiem rozczarowania. Nim. Sobą. Nim bardziej. Jestem chora bo urządziłeś sobie rytuał upokorzenia z karmienia mnie na siłę. Czerpiesz satysfakcję z patrzenia, jak krztuszę się i trzęsę tak długo, jak robię to dla ciebie — nieznacznie odsunęła krzesło od stołu. Czym innym były towarzyskie posiłki. Rozmowa, atmosfera, fajna knajpa, miły wieczór. Posiłki w życiu przed Valencourtem były czymś innym, niż teraz. Teraz były synonimem Guantanamo. Ty jesteś chory, bo jesteś alkoholikiem i narkomanem. Nie potrafisz spędzić jednej normalnej nocy z kobietą, którą sam zaprosiłeś, bez doprowadzenia się do stanu menela. Stanu, w którym cię nie ma, bo albo urżnąłeś się jak świnia albo przedawkowałeś jakieś gówno, a potem i tak nie pamiętasz — dopiero teraz jej głos pękł na wskroś, łzy spłynęły po policzkach, a Sadie wstała od stołu. Spojrzenie uciekło od sylwetki mężczyzny, który niszczył się tuż przed jej oczami, czego nie potrafiła znieść nawet w roli nic nieznaczącej pracownicy. Wiedziała, że te słowa zdradzają za dużo. Wiedziała, że były zbyt szczere. W tej chwili nie było jej stać na odgrywanie roli. Wzrok przesiąknięty bólem i żałobą nad nadzieją, którą musiała pogrzebać, osiadł na resztkach jedzenia. Umysł liczył wszystko automatycznie. Jeśli miał ją ukarać za zostawienie dwustu trzydziestu siedmiu kilokalorii, t r u d n o. Kara nie mogła być większym upokorzeniem niż rzyganie do kryształowej zastawy z jednoczesnym pilnowaniem, by nie poplamić obrusu.
Oddech.
Im dalej była od talerza, tym lepiej mogła oddychać.
Oddech.
Nie ocierała policzków. Nie wygładzała zgniecionej siedzeniem sukienki. Nie dbała o to, jak się prezentuje. Przy eleganckim stole przeszła piekło by zadowolić pana i władcę, ale i to nie było docenione. Nic nie byłoby, nie w jej wykonaniu. To też wiedziała.
Ta sytuacja — chaotycznym gestem ręki wskazała na niego, siebie, jadalnię, geparda i resztę posiadłości — jest w całości produktem twoich decyzji. Jeśli chcesz się na nią skarżyć, to tylko samemu sobie - ale zacznij od własnej hipokryzji — zrobiła krok w jego stronę. — Jeszcze jedno.
Pełne wargi nieznacznie drżały, gdy pogrążona w ciężarze beznadziei Sadie samą siebie zmusiła, by raz jeszcze dokładnie obejrzeć Raphaela.
Nie wczorajsze ubranie. Nie obchodziło jej to, czy było pogniecione albo brudne. Podkrążone oczy. Suche usta. Bladość bardziej sina, niż na Whale Cay.
Nie on jedyny porównywał stan przedmiotu teraz do stanu w momencie nabycia. I nie on jeden nie był zadowolony ze zmian.
Kupiłeś Pozycję #21 z pełną świadomością, że ma ludzką postać. Ludzkie ciało zmienia się w odpowiedzi na czynniki zewnętrzne. Jeśli więc uważasz, że mój stan teraz jest gorszy niż w dniu Aukcji, jest to twoja odpowiedzialność.
Była jak rower rzucany w krzaki zamiast starannie stawiany w garażu. Była jak sweter z wełny wrzucony na sto stopni i tysiąc pięćset obrotów wirowania. Jeśli była przedmiotem, to on go zniszczył. Dopóki nie wprowadził swoich rządów, przedmiot działał bez zarzutu.
A może nie była przedmiotem? Może bardziej małym, zaniedbanym zwierzątkiem. Pieprzonym chomikiem, którego odebrano ze sklepu z buziem przypominającym uśmiech i gęstym futerkiem, a zaś wrzucono do ciasnej klatki. Karmiono czymś, czego nie chciał jeść. Nie dawano zabawek. Raz porzucano na tydzień by bał się samotności - raz wymagano od niego beztroskiej zabawy, by następnie okrutnie powtarzać cykl. Nieregularnie, a jakże - przewidywalność byłaby zbyt dużym luksusem.
Jeśli chomik miał paść, to przez Właściciela.
Nie przez hodowcę.
Odwróciła się i skierowała spokojne, acz stanowcze kroki w stronę wyjścia.
Możesz mnie zwrócić Gospodarzowi — zawołała nie zatrzymując się. — Aukcja honoruje gwarancję.
Sama pisała odpowiednią procedurę, o pieśni słodyczy.
Opuszczenie jadalni wcale nie było końcem koszmaru. Nie było nim nawet pytanie czy rzeczywiście przełożony zmusi ją do wzięcia pierwszego w życiu zwolnienia chorobowego.
Było nim głębokie pragnienie samounicestwienia gdy w pośpiechu zrywała z siebie już-za-małą sukienkę w garderobie przy własnej sypialni, a na jej miejsce szukała czegoś luźniejszego. Spodni, które nie przylegały. Bluzki, której śliski materiał tańczył na skórze powodując optyczne złudzenie. I marynarki,
Marynarka, luźna marynarka, duża marynarka, wieszak za wieszakiem. Jakąś musiała mieć.
Coś, co ukryłoby ją przed swoim własnym spojrzeniem.

raphael valencourt

dzień 24

: czw wrz 10, 2026 8:56 pm
autor: raphael valencourt
Wszystko wokół niego było systemem. Mechanizmem, który należało dostosować, niekiedy naoliwić, czasem wymienić odpowiedni trybik, a kiedy indziej po prostu usunąć element, który przestał spełniać swoją funkcję, lecz nawet wtedy pozostawała w tym wszystkim prosta, niemal pocieszająca struktura. Raphael rozumiał systemy, ponieważ system był jedynym językiem, którego nigdy nie musiał się uczyć. Urodził się w maszynie i miał w niej także umrzeć. Maszyna istniała przecież na długo przed nim i miała istnieć długo po tym, kiedy jego ciało przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie, rozłożone do pierwiastków, zapomniane pod warstwami kolejnych nazwisk, interesów i decyzji. Nie był Procesem samym w sobie. Był jego kolejnym ogniwem. Częścią Wielkiego Planu, którego nie musiał rozumieć w całości, aby rozumieć własne miejsce. Jego ojciec, jego dziadek, linia żeńska i męska, małżeństwa, pieniądze, zobowiązania, nazwiska pojawiające się przy właściwych stołach i znikające przy niewłaściwych — wszystko łączyło się ze sobą z precyzją, która momentami wydawała mu się niemal piękna. Ludzie mogli wierzyć, że wybierali, ale Raphael od dawna wiedział, że większość wyborów była przygotowana znacznie wcześniej. Człowiek dochodził do drzwi i był przekonany, że sam zdecydował, czy je otworzyć, choć ktoś inny już wcześniej ustalił, dokąd prowadzą. Tak samo było z nim. Tak samo było z jego życiem. Tak samo, jak z większością ludzi, którzy znajdowali się wokół niego. Choć nie ze wszystkimi. Nie każdy człowiek dawał się przewidzieć. I właśnie ci byli najbardziej irytujący.
Ludzie pokroju Sadie Glass nie powinni byli znajdować się w pobliżu Raphaela Valencourta dłużej, niż wymagała tego konkretna sytuacja. Tacy ludzie byli przejściowi. Pojawiali się w jego otoczeniu, dostawali określoną rolę, wykonywali ją, a potem znikali. Kobiety, prawnicy, doradcy, pośrednicy, yesmani, ludzie gotowi powiedzieć mu dokładnie to, co chciał usłyszeć, zanim jeszcze zdążył zadać pytanie — wszyscy oni mieli podobną właściwość: można było ich od siebie odsunąć i po kilku godzinach, dniach, miesiącach przestrzeń po nich przestawała istnieć. Wpadali do jego łóżka, do gabinetu, do samochodu, do życia na kilka godzin lub kilka tygodni, ściskali jego dłoń, śmiali się w odpowiednich momentach, wypowiadali jego nazwisko z właściwą intonacją, a potem znikali. Jak iskry. Pojawiali się gwałtownie, rozświetlali niewielką przestrzeń i równie szybko gasnęli. Raphael rzadko pamiętał ich twarze. Jeszcze rzadziej imiona. Nie wynikało to z braku pamięci. Po prostu większość nie zasługiwała na przechowanie w niej. Byli masą. Tłem. Zbiorem funkcji, które przez chwilę wykonywały określone zadania.
Poza milczącymi figurami ochroniarzy, członkami rodziny i kilkoma osobami należącymi do jego bardzo szeroko rozumianej orbity nie istniały przy nim stałe sylwetki. Nikt z nim nie mieszkał. Nikt nie czekał na jego powrót. Nie było człowieka, którego obecność wymagałaby od niego zmiany rytmu dnia. Posiadłości były obsługiwane. Zwierzęta miały swoich opiekunów. Samochody były czyszczone. Garderoba pozostawała uporządkowana. Jedzenie pojawiało się wtedy, kiedy powinno, i znikało, kiedy należało je zabrać. Ludzie rozwiązywali problemy, zanim zdążyły dotrzeć do jego biurka. Raphael nie musiał troszczyć się o codzienność, ponieważ codzienność była jednym z najprostszych systemów do delegowania. Był sam i ta samotność przez większość czasu nie wydawała mu się brakiem. Przeciwnie. Była wygodą. Samotność nie wymagała wyjaśnień. Nie miała oczekiwań. Nie obrażała się. Nie chorowała. Nie płakała. Nie patrzyła na niego w sposób, którego nie potrafił odczytać.
A potem, prawie miesiąc wcześniej, w jego sferze pojawiła się Prowadząca. Część planu, która miała być procesem, okazała się znacznie bardziej wymagająca, niż przewidywał. Raphael potrafił zaakceptować jej obecność jako fakt. Potrafił zaakceptować jej status, kontrakt, określone obowiązki i całą strukturę zależności. Nie potrafił natomiast zaakceptować tego, że Glass zaczęła generować problemy, których nie umiał rozwiązać za pomocą dotychczasowych narzędzi. Jej choroba była dla niego szczególnie irytująca właśnie dlatego, że nie dawała się łatwo podporządkować jego logice. Wiedział, że chorowała na bulimię. Wiedział, że jej relacja z jedzeniem stała się częścią zaburzenia, które nie miało nic wspólnego z prostą decyzją: jeść albo nie jeść. Wiedział to przynajmniej na poziomie faktów. Nie potrafił jednak pojąć tego na poziomie emocjonalnym. W jego głowie wszystko nadal układało się w ciąg przyczynowo-skutkowy, a ponieważ wcześniej urządził wokół jedzenia własny, upokarzający rytuał kontroli, uznawał, że jej obecny stan był przede wszystkim odpowiedzią na jego działania. Ona mówiła o konsekwencjach. On słyszał oskarżenie. Ona mówiła o chorobie. On słyszał bunt. Ona próbowała nazwać mechanizm, którego sama nie potrafiła w pełni zatrzymać, a Raphael odbierał jej słowa tak, jakby były kolejnym ruchem w grze.
Dlatego jej wyrzuty docierały do niego jednocześnie i wcale.
Jestem chora, bo urządziłeś sobie...
...jesteś alkoholikiem i narkomanem. Nie potrafisz spędzić jednej normalnej nocy z kobietą, którą sam zaprosiłeś...
Jeśli więc uważasz, że mój stan teraz jest gorszy... twoja odpowiedzialność.
Możesz mnie zwrócić Gospodarzowi.

Słyszał jej głos. Słyszał napięcie, z jakim wypowiadała kolejne zdania, widział łzy, które pojawiły się w jej oczach, choć nie pozwolił sobie zatrzymać na nich wzroku zbyt długo. Słyszał też gniew. Najbardziej irytował go właśnie gniew, ponieważ gniew był czymś, co rozumiał. Był prosty. Miał kierunek. Mógł zostać wykorzystany. Łzy były bardziej kłopotliwe. Łzy nie miały struktury, której mógłby się uchwycić. Przypominały mu zresztą o tym, co przeżywał jako dziecko. Sam... Dlatego kiedy Glass mówiła, że doprowadził ją do tego stanu, część jego umysłu przyjmowała te słowa jako informację, podczas gdy druga część natychmiast budowała obronę. Nie zamierzał przecież przyznać, że jej choroba mogła mieć swoją własną historię, własną dynamikę i własne mechanizmy, które istniały przez niego. Przyjęcie tego oznaczałoby bowiem konieczność uznania, że część planu miała wadę.
A tego nie tolerował.
Kiedy opuściła jadalnię, nie próbował jej zatrzymać. Stał jeszcze przez chwilę przy stole, słuchając oddalających się kroków. Spojrzał jeszcze tylko na odgryzającego pawiowi głowę geparda i potem ruszył za nią. Nie spieszył się. Nie miał powodu. Wiedział, dokąd pójdzie. W jej świecie pozostawało tak niewiele rzeczy, które rzeczywiście należały do niej, że wybór był niemal banalny. Gościnna sypialnia. Prywatna garderoba. Kilka ubrań. Przedmioty, które miały stworzyć pozór życia w miejscu, które nigdy nie miało stać się jej domem.
Drzwi były otwarte. Raphael zatrzymał się we framudze i przez moment nie wszedł. Słyszał szamotaninę, przesuwanie wieszaków, szelest materiału. Glass poruszała się pomiędzy szafami z chaotycznością, której nie widział u niej wcześniej. Sukienka, którą miała na sobie jeszcze kilka chwil temu, leżała na podłodze, częściowo przygnieciona jednym z butów. Kolejne ubrania wysuwały się z szafy. Ruchy były gwałtowne, pozbawione zwykłej kontroli. A on obserwował ją bez słowa.
Dopiero po chwili jego wzrok zatrzymał się na jej sylwetce. Była wyraźnie wychudzona. Nie wyglądała jak kobieta, która po prostu schudła. Jej ciało nosiło ślady wyniszczenia: ramiona wydawały się zbyt szczupłe, obojczyki wyraźne, plecy ostro zarysowane pod skórą. Bielizna, która kiedyś miała podkreślać sylwetkę, teraz przede wszystkim pokazywała, jak niewiele pozostało z jej dawnej fizycznej miękkości. Biustonosz bez biustu, figi bez pośladków. Żebra zarysowane na plecach. Raphael nie powinien był się na tym zatrzymywać, a jednak patrzył. Nie z zachwytem. Nie z pożądaniem. Raczej z czymś, co przypominało konsternację.
Przez ostatni miesiąc widział jej ciało wielokrotnie, lecz dopiero teraz zobaczył w nim coś, czego nie dało się sprowadzić do wyglądu. Organizm przestał udawać, że wszystko było w porządku. To było ciało, które nie dawało się już zasłonić odpowiednim krojem sukienki ani spokojnym zachowaniem przy stole.
Cofnął się o krok, by wrócić do sypialni. Na łóżku leżał sweter. Ten sam, który upatrzyła sobie w Paryżu. Ten sam, który miała na sobie, kiedy obudził się po trzech dniach. Ten sam, który jeszcze jakiś czas temu należał do niego. Podniósł go. Materiał był miękki, cięższy niż rzeczy, które zwykle wybierała. Przez sekundę trzymał go w dłoniach i patrzył na niego bez wyrazu, jakby próbował przypomnieć sobie, dlaczego właściwie zachowała ten konkretny przedmiot. Dlaczego ten jeden sweter przesuwał się między nimi zbyt wyraźnie, aby stać się przypadkowym materiałem? Nie znalazł odpowiedzi.
Wszedł z powrotem do garderoby i podszedł do niej, zmniejszając dystans. I dopiero gdy był tuż obok, złapał ją za nadgarstek. Nie mocno, ale wystarczająco, aby zatrzymać jej chaotyczny ruch. Mogła się wyrwać, lecz jego uchwyt był stabilny na tyle, by tego nie zrobiła. Raphael bez słowa włożył w dłoń Prowadzącej sweter.
Nie patrzył jej w oczy. Jego spojrzenie zatrzymało się gdzieś na wysokości kościstego obojczyka, na skórze, która wydawała mu się zbyt cienka. Przez krótką chwilę miał absurdalne wrażenie, że patrzył nie na kobietę, którą kupił, lecz na konsekwencję własnej decyzji. I właśnie to go zirytowało. Nie powinno być konsekwencji. Wszystko wszak przemyślał. Powinien istnieć proces, wejście, wykonanie zadania i wyjście. Powinien istnieć początek oraz koniec. Tymczasem Glass nie pasowała jako element maszyny, który można po prostu wyjąć i zastąpić innym. Stawała się anomalią, a rozpracowywanie jej wyczerpywało.
- Możesz wracać - odezwał się w końcu cicho. Tyle starczało. Nie musiał dopowiadać dokąd. Oboje słyszeli wszak, co mówiła wcześniej. Do Gospodarza. Nie zamierzał jej zatrzymywać. Przynajmniej tak powiedział sobie w tej chwili.
Patrzył na sweter w jej dłoni i pomyślał, że skoro naprawdę chciała odejść, nie powinno go to obchodzić. Przecież właśnie tego nauczył się przez całe życie. Ludzie przychodzili i odchodzili. Mechanizmy działały dalej. Jedno ogniwo wypadało, inne zajmowało jego miejsce. A jednak tym razem, kiedy próbował pomyśleć o jej odejściu jak o zwyczajnej wymianie elementu, coś w tym rozumowaniu nie chciało się zamknąć.
I Raphael nie znosił tego bardziej niż jej łez — tak bardzo przypominających mu o jego własnych. O chłopcu, który chciał uniknąć cierpienia. Za wszelką cenę...

Sadie Glass

dzień 24

: pt wrz 11, 2026 11:50 am
autor: Sadie Glass
Raphael Valencourt całe życie wierzył, że jeśli odpowiednio dobrze zaprojektuje system, wszystko będzie działało. Poniekąd miał rację. Nie można było odebrać jego projektom zasadności i logiki. Problem w tym, że ekosystem był tkanką stale zmieniającą się. Występujące w nim gatunki podlegały procesom adaptacji i ewolucji. Zmieniał się klimat planety, na której występowały. Jakkolwiek próbował to odwzorować w swoim systemie, do tej pory bez poważniejszych usterek, nie wziął pod uwagę najistotniejszej zmiennej: czasem niektóre organizmy nie zawodzą dlatego, że system sam w sobie jest źle zaprojektowany. Zawodzą dlatego, że system nie jest ich światem.
Sadie Glass nie funkcjonowała w niewoli. Niezależnie od tego, jak niewolę skonstruowano, złota klatka pozostawała klatką. Nazywanie Właściciela przełożonym pozostawało hierarchią. To, co nazywano autonomią, było jedynie różowym plasterkiem w księżniczki dokładanym do urżniętej siekierą kończyny i tryskającej wszędzie wokół krwią tętnicy. Mogła być niedźwiedziem polarnym tej historii - gatunkiem szczególnie podatnym na długie cierpienie i tragiczną śmierć w ogrodach zoologicznych i ośrodkach ochrony gatunkowej. Misiem, którego stworzono do przestrzeni i wolności. Misiem, którego nie dało się uszczęśliwić stałym ulepszaniem wybiegu tak długo, jak wybieg posiadał granice i kontrolujący je personel. Niedźwiedź polarny reagował depresją na sytuacje, których sam nie wybrał dla siebie, nawet kiedy te sytuacje opiewały w luksusy których nie miałby nam wolności. Wolał głód i niepewność jutra niż sytość i pewność władzy człowieka.
Stała przed lustrem roztrzęsiona, przerażona i przygnieciona obrazem, który atakował jej spojrzenie wszystkim tym, czego nienawidziła w sobie najbardziej. Nie wyobrażała sobie teraz potężnego, acz eleganckiego kota, jakim był Raphael. Wyobrażała sobie wielkiego, ciężkiego, opasłego, otłuszczonego niedźwiedzia, bo właśnie tym była po dwóch jajkach, połowie kromki chleba, kilku pomidorkach, liściach szpinaku i plasterku awokado.
A kiedy niedźwiedź nie wystarczył, mózg ciężko pracował na kolejne porównanie.
S ł o ń. Samice ważyły nawet trzy tony. Prawie tyle, co Sadie Glass w panice szukająca ubrania, które schowałoby jej obrzydliwą fizyczność.
Dobrostan słonia nie istniał w niewoli. Zamknięte w najpiękniejszych rezerwatach doświadczały problemów zdrowotnych, stereotypii ruchowej, apatii. Nie chciały się rozmnażać. Jak bardzo trzeba było zgnębić ssaka, który istnieje tylko po to by wyprodukować potomstwo, żeby odmówił realizowania swojego biologicznego celu? Naturalny sposób życia słonia nie współgrał z kontrolowanym środowiskiem. Człowiek mógł kontrolować parametry wybiegu, ale nie mógł kontrolować istoty bycia słoniem w słoniu.
Drżące dłonie zamykały wobec kolejnych wieszaków, które odkładała może pierwszy raz w życiu niedbale, chaotycznie, poza kolejnością. Obsesja i kompulsja wymogły porzucenie zwyczajowego uporządkowania, jakby rękoma Sadie kierował ktoś inny, nie ona sama. Była w garderobie, a jednocześnie wcale jej nie było. Była tak wielka, że odbicie nie mieściło się w lustrze, a jednocześnie tak mała, że można ją było przeoczyć.
Tak wyniszczona i słaba obserwatorowi przywodziłaby na myśl nie silne i umięśnione zwierzę, a r o ś l i n ę.
Taką, której nie uprawiał żaden ogród botaniczny. Nie z braku chęci, a z braku powodzenia. Kolorowe kwiaty, hipnotyzujące szmaragdową zielenią liście i delikatny zapach na pograniczu słodyczy i rześkości nie miał prawa przetrwać w kontrolowanej kolekcji. Można mu było stworzyć idealne warunki: kontrolować światło, temperaturę, podłoże i wilgotność, a roślina i tak umrze, gdyż ogród botaniczny odbierał jej to, do czego ją stworzono.
Nie wszystko, co żyje, można utrzymać przy życiu przez kontrolowanie parametrów systemu.
Zwierzęta w niewoli nie umierały dlatego, że brakowało im jedzenia. Rośliny w szklarniach nie więdły dlatego, że ktoś zapomniał je podlać. Czasem wszystko było właściwe, a jednak organizm nie funkcjonował.
Raphael mylił warunki niezbędne do przeżycia z warunkami wystarczającymi do życia.
W jego świecie Prowadząca miała zapewnione odpowiednie warunki.
W jej świecie słabe i wychudzone ciało było dowodem, że to nie wystarcza.
Tym razem nie była pogodzona z tym, że ją widział. Czuła na sobie wzrok i wiedziała, że jedyne czym mógł być, to krytyka. Ewaluacja produktu, który nie spełnił jego oczekiwań i którego zwrot do producenta rozważał. Może nie tylko teraz, może również wcześniej? Może od samego początku?
To nie była zawodowa sytuacja, w której dokonywano wyboru stroju na oficjalne wyjście. Nie było przymiarek, które uzasadniałyby obecność mężczyzny. Był potok łez, choć pozbawiony dramatycznego, filmowego szlochania. Był strach, który jednocześnie paraliżował i zmuszał do panicznych ruchów pomiędzy rzędami ubrań. Było w tym więcej nagości, niż w perwersyjnym seksie. Więcej intymności, niż w najszczęśliwszej z nocy poślubnych. Surowa, nieokiełznana rozpacz kogoś, kto próbował w warunkach kontrolowanych przez kogoś nie zatracić siebie.
Nie spodziewała się ani tego, że pozostawi geparda i przyjdzie ani tego, że podejdzie bliżej. Nie oczekiwała gonitwy i próby pojednania, ponieważ tę od razu skreśliłaby jako fałszywą i strategiczną. Właściwie nie była teraz w stanie chcieć niczego poza tym, by ktoś podał jej wreszcie odpowiednio ostre narzędzie i pomógł przytrzymać skórę na udzie tak, by mogła odcinać całe jej płaty. Metodycznie, centymetr po centymetrze, aż nic nie zostanie.
Widziała ten obraz przed oczami. Widziała siebie rysującą markerem przerywane linie wokół podbródka, piersi, talii, bioder. Widziała wszystkie miejsca, po których poprowadziłaby ostrze.
Miejsca, które obrzydzały i jego - widziała. Widziała, albo sobie dopowiadała, nie miało to dla niej żadnego znaczenia.
W pomieszczeniu nie było nikogo, kto uważał jej ciało za wystarczająco dobre.
Palce zamknięte wokół nadgarstka wymusiły zatrzymanie ruchu, lecz nie zatrzymanie pędu myśli. Przystanęła, ale umysł wciąż pędził.
Gdyby jadła mniej, jej nadgarstek przy jego dłoni nie wyglądałby tak masywnie. Jej ręka obok jego nie wyglądałaby tak męsko.
I nie mówiłby jej, że może opuścić system, gdyby w jego oczach generowała dla systemu jakąkolwiek wartość. Zatem taka była: nieatrakcyjna fizycznie i bezwartościowa zawodowo. Nie było innego wytłumaczenia.
Jedynym przebłyskiem normalności w tym szaleństwie był sweter. Ten sweter, który w niejasny dla niej samej sposób przynosił ukojenie wtedy, kiedy wszystko wokół wydawało okrutne i obce. Natychmiast się nim okryła, przytrzymując materiał przy obojczykach, które obserwował z tak oczywistą dla niej dezaprobatą. Był to odruch szczególnie absurdalny w obliczu tego, że Sadie Glass nie miała już przed Raphaelem nic do ukrycia. Powiedziała, co miała powiedzieć. Jej kości i jej ból były tak na wierzchu, jak nigdy.
Być może jedynym, co mógł dla niej zrobić w tej chwili, było porzucenie brutalnej gry i odrobina szczerości. Kiedy jej spojrzenie osiadło na jego twarzy, nie spodziewała się już niczego dobrego.
Najlepszym złem mogła być prawda, nawet jeśli w formie formularza gwarancyjnego opisującego z detalem wszystkie jej wady.
Tego chcesz?

raphael valencourt

dzień 24

: pt wrz 11, 2026 1:37 pm
autor: raphael valencourt
T e g o chcesz?
Pytanie zadane damskim głosem wybrzmiało w przestrzeni garderoby i przez chwilę Raphael miał wrażenie, że nie usłyszał go wcale, lecz że pytanie zostało wypowiedziane gdzieś znacznie głębiej — nie przez kobietę stojącą kilka kroków przed nim, nie przez ciało, które widział w półmroku pomiędzy otwartymi drzwiami szafy a rozsypanymi na podłodze ubraniami, lecz przez samą konstrukcję świata, w której od dawna poruszał się jak człowiek idący po krawędzi przepaści. Głos odbił się od ścian i wrócił do niego zmieniony, pozbawiony właścicielki, niemal bezosobowy. Tego chcesz? Jakby pytanie nie dotyczyło odejścia, swetra, jej choroby ani ich wzajemnych ustaleń. Jakby dotyczyło wszystkiego. Niewielka przestrzeń pomiędzy nimi zdawała się nagle zacieśniać, chociaż przecież nic się w niej nie zmieniło. Szafy nadal stały na swoich miejscach. Na podłodze leżały porzucone ubrania. Światło wpadające przez okno nadal przecinało wnętrze garderoby wąskim pasem bladości. A jednak Raphael poczuł coś, czego nie umiałby nazwać inaczej niż zmianą grawitacji. Jakby między nim a Glass otworzyła się czarna dziura, nie pochłaniająca światła, lecz znaczenie; jakby wszystko, co znajdowało się wokół, traciło własną wagę i zaczynało spadać ku jednemu punktowi. Ku pytaniu. Ku odpowiedzi, której właściwie udzielił sobie wiele lat wcześniej, zanim jeszcze rozumiał, czym była ambicja, zanim nauczył się nazywać władzę władzą, a hierarchię hierarchią.
Spojrzenie Raphaela pociemniało. W tym świetle mógł wyglądać na pijanego, lecz alkohol nie miał już z tym nic wspólnego. Ciężar w jego głowie był pozostałością poprzedniej nocy, lecz otępienie, które widziała przed sobą Glass, pochodziło z zupełnie innego miejsca. Było skupieniem. Było koncentracją tak głęboką, że niemal przypominała odurzenie. Człowiek mógł bowiem zostać odurzony nie tylko substancją. Można było odurzyć się własną ideą. Można było wejść w nią tak głęboko, że zaczynała zastępować powietrze, religię, sumienie i wszystkie inne rzeczy, które normalnym ludziom przypominały, gdzie kończy się ich własne ja.
Ona pytała o jedną rzecz. Raphael widział w tym pytaniu całość, która nie posiadała granic. I właśnie dlatego przez moment nie odpowiadał. Tego chcesz? Czego? Jej odejścia? Posłuszeństwa? Kontroli? Tego, aby nie musiała już tutaj być? Czy może tego, aby wróciła i ponownie zajęła miejsce, które coraz bardziej zaczynała zajmować w jego rzeczywistości? Mógł odpowiedzieć na każde z tych pytań osobno i każda odpowiedź byłaby prawdziwa, a jednocześnie każda byłaby kłamstwem, ponieważ Raphael od dawna nie myślał kategoriami pojedynczych pragnień. Pojedyncze pragnienie było dla niego czymś zbyt małym. Chciał pieniędzy, ale pieniądze nie były celem. Chciał władzy, lecz sama władza była jedynie narzędziem. Chciał wiedzy, ale wiedza bez możliwości jej wykorzystania była dla niego kolekcją martwych faktów. Chciał ludzi, lecz nie ich obecności; chciał ich decyzji, zależności, lęków, potrzeb i punktów nacisku. Chciał instytucji, ponieważ instytucje pozwalały przekształcać osobistą wolę w coś większego od człowieka. Chciał pamięci, ponieważ ten, kto kontrolował pamięć, mógł w pewnym stopniu kontrolować przeszłość. Chciał przyszłości, ponieważ ten, kto kontrolował warunki, w których przyszłość powstawała, nie musiał jej przewidywać. Chciał strachu, lecz nie dla samego strachu. Strach był informacją. Był mapą pokazującą, gdzie człowiek miał granicę. Chciał lojalności, ale jeszcze bardziej interesowała go możliwość sprawienia, aby człowiek uznał własne podporządkowanie za własny interes.
Jak gepard znajdujący się w jego ogrodzie, pragnął wszystkiego.
To słowo nie było hiperbolą. Nie było młodzieńczą przesadą człowieka, który jeszcze nie poznał ceny swoich marzeń. Raphael rozumiał cenę. Właśnie dlatego jego ambicja była tak niebezpieczna. Nie marzył o absolutnej władzy dlatego, że nie rozumiał jej konsekwencji. Marzył o niej dlatego, że rozumiał je aż nazbyt dobrze i mimo to nie widział powodu, dla którego miałyby go powstrzymać. Wychował się w świecie, w którym najwyższe piętra władzy nigdy nie wyglądały jak władza. Nie miały korony. Nie potrzebowały tłumu. Nie wymagały balkonów, przemówień ani nazwisk wykrzykiwanych przez tysiące gardeł. Prawdziwa siła mogła pozostawać niewidzialna. Mogła siedzieć przy stole, milczeć i pozwalać innym mówić. Mogła nie podpisywać dokumentu, a mimo to doprowadzać do jego powstania. Mogła pozwolić ministrowi myśleć, że podjął decyzję samodzielnie, podczas gdy decyzja została mu przygotowana miesiące wcześniej. To właśnie ten rodzaj władzy Raphael rozumiał. Nie chciał być królem. Król był zbyt widoczny. Króla można było obalić, zamordować, skompromitować, zastąpić. Król posiadał tron, a tron posiadał również jego. Raphael chciał czegoś innego.
Chciał być przyczyną, której nie można było wskazać palcem. Nie chciał rządzić światem. Chciał, żeby świat nie potrafił istnieć poza jego wolą. Korona była dla niego zabawką dla ludzi, którzy potrzebowali symbolu własnej wielkości. On pragnął czegoś głębszego: monopolu na rzeczywistość. Chciał nie tyle mówić ludziom, co mieli robić, ile decydować o warunkach, w których alternatywa przestawała być możliwa. Chciał, aby człowiek stojący przed wyborem odkrywał po chwili, że wszystkie drogi prowadziły w miejsce, które Raphael przygotował wcześniej. To był poziom władzy, który interesował go naprawdę. Nie rozkaz, lecz konstrukcja. Nie przemoc, lecz architektura. Nie ręka trzymająca nóż, lecz świat, w którym nóż sam pojawiał się w odpowiednim miejscu.
Trzynasty był dlatego czymś więcej niż człowiekiem. Był granicą.
Valencourt przez całe życie znajdował nad sobą kolejne piętra. Ojciec. Dziadek. Rodzina. Nazwisko. Zasady. Struktury, których nie tworzył i których nie mógł jeszcze zmieniać. Nawet jeśli otrzymywał przywileje, pozostawały one przywilejami nadanymi przez system starszy od niego. Mógł posiadać ogromne pieniądze i nadal pozostawać czyimś wnukiem. Mógł być najważniejszym człowiekiem w pomieszczeniu i wiedzieć, że za drzwiami znajdowało się inne pomieszczenie, do którego nie miał dostępu. Mógł znać dziesiątki sekretów i jednocześnie podejrzewać, że ktoś posiadał sekret dotyczący jego samego. To było nie do zaakceptowania.
Dlatego pragnienie miejsca Trzynastego nie było pragnieniem fotela. Fotel można było zastąpić. Tytuł można było odebrać. Nazwisko można było wymazać. Chodziło o coś bardziej pierwotnego: o moment, w którym nad nim nie znajdowałby się już nikt. Nie ucieczka od hierarchii. Zdobycie jej szczytu. A potem zniszczenie samego pojęcia szczytu. Bo czym byłby najwyższy punkt, gdyby można było z niego jeszcze spojrzeć wyżej? Raphael rozumiał tę sprzeczność i właśnie ona wydawała mu się najuczciwszą częścią jego pragnienia. Wiedział, że absolut nie był rzeczą, którą można było posiadać raz na zawsze. Gdyby zdobył Konsylium, pojawiłoby się pytanie, kto stworzył Konsylium. Gdyby zdobył miejsce Trzynastego, pojawiłoby się pytanie, kto pozwolił Trzynastemu istnieć. Gdyby przejął wszystkie dostępne struktury, pozostawałaby jeszcze historia, która stworzyła te struktury. A za historią — ludzie, którzy ją napisali. A za nimi — warunki, które pozwoliły im ją napisać.
Zawsze istniał jeszcze jeden poziom. Zawsze istniała kolejna zasłona. I właśnie dlatego jego ambicja nie miała końca.
Uniósł wzrok na Glass. Widział jej twarz i przez moment pomyślał, że być może to właśnie dlatego tak bardzo irytowała go jej obecność. Była czymś, czego nie umiał w pełni sprowadzić do funkcji. Była człowiekiem, który posiadał własną przyczynowość. Mogła odejść. Mogła odmówić. Mogła go oskarżyć. Mogła zachorować w sposób, którego nie dało się podporządkować jego rozkazowi. I choć wszystko to powinno być jedynie przeszkodą administracyjną, zaczynało przypominać mu coś znacznie bardziej niewygodnego: że istniały rzeczy, których nie można było posiadać tylko dlatego, że miało się wystarczająco dużo pieniędzy.
Pochylił lekko głowę, a kosmyki włosów opadły mu na czoło. Był blisko. Na tyle blisko, że czuł zapach jej perfum.
T e g o chcesz?
- Chcę wszystkiego - powiedział w końcu. Słowa nie zabrzmiały jak odpowiedź człowieka, który wybrał maksimum. Zabrzmiały jak odpowiedź człowieka, dla którego pojęcie maksimum samo w sobie było zbyt małe.
Jego oczy pozostawały niemal czarne.
- Chcę, żeby ludzie robili to, czego chcę, zanim jeszcze zrozumieją, że tego chcą. Chcę wiedzieć, zanim inni się dowiedzą. Chcę decydować, zanim pojawi się wybór.
Mówił spokojnie. Bez gniewu. Bez teatralności. To właśnie sprawiało, że własne słowa wydawały mu się bardziej prawdziwe.
- Chcę, żeby moje nazwisko otwierało drzwi, których nie powinno być w stanie otworzyć, i zamykało te, których nie powinienem nawet widzieć. Chcę pamięci ludzi, ich lojalności, ich strachu. Chcę wiedzieć, czego potrzebują, zanim sami to nazwą. Chcę pieniędzy, które kupują ludzi, ludzi, którzy potrafią kupować instytucje, i instytucji, które mogą przekonać państwa, że działają z własnej woli.
Zamilkł, chociaż jego oczy mówiły dalej. W jego umyśle obraz rozrastał się dalej. Nie widział już ludzi jako jednostek. Widział przepływy. Informacja przechodziła z jednych rąk do drugich. Pieniądz otwierał kanały. Kanały tworzyły zależności. Zależności produkowały lojalność. Lojalność tworzyła władzę. Władza tworzyła możliwość wpływania na kolejne zależności. System zataczał krąg, lecz Raphael nie chciał znajdować się w jego centrum. Centrum nadal było częścią koła.
Chciał być poza nim. Chciał być ręką, która narysowała okrąg. I tutaj znajdowało się coś, czego sam przed sobą długo nie nazywał: pragnienie transcendencji. Nie religijnej w prostym znaczeniu. Nie chodziło o modlitwy ani niebo. Chodziło o przekroczenie statusu człowieka, który reagował. Chciał przestać być stworzeniem odpowiadającym na świat i stać się jego autorem. Nie chciał już być figurą przesuwaną po planszy. Chciał stworzyć planszę. Nie chciał znać reguł gry. Chciał ustanawiać reguły, które inni będą nazywać prawem, koniecznością, ekonomią, przypadkiem albo losem.
Los. To słowo wywołało w nim niemal niezauważalny uśmiech. Los był nazwą, którą słabi nadawali cudzym decyzjom. Raphael nie chciał mieć szczęścia. Chciał mieć przyczynę. Chciał, aby kiedy ktoś pewnego dnia spojrzy wstecz na ciąg wydarzeń, nie potrafił już rozstrzygnąć, gdzie kończy się przypadek, a zaczyna jego ręka. Chciał, żeby jego decyzje były obecne w konstrukcji rzeczywistości nawet wtedy, kiedy jego samego już nie miało być. To było więcej niż nieśmiertelność. Nieśmiertelność ciała była dla niego prymitywnym marzeniem. Ciało należało do biologii, a biologia była tylko pierwszą warstwą istnienia.
Prawdziwa nieśmiertelność oznaczała przyczynowość. Pozostawanie przyczyną po własnym odejściu.
Raphael spojrzał na Glass, której twarz znajdowała się tuż przy jego i przez krótką chwilę pomyślał o wszystkich rzeczach, które posiadał, a które mimo to nie dawały mu poczucia posiadania. Domy można było sprzedać. Pieniądze można było stracić. Ludzi można było kupić, lecz kupiony człowiek zawsze mógł próbować sprzedać się ponownie. Tajemnice mogły zostać ujawnione. Instytucje mogły upaść. Nawet rodzina mogła umrzeć. Własność była więc iluzją. Kontrola była czymś bardziej trwałym. Ale i kontrola miała granicę.
Absolut nie. Dlatego nie pragnął rzeczy. Pragnął zniesienia granic między mieć a decydować. Chciał, aby posiadanie było tylko inną nazwą dla sprawczości. Chciał, aby rzeczywistość odpowiadała na jego obecność tak, jak ciało odpowiadało na impuls nerwowy — natychmiast, bez negocjacji, bez pytania, bez konieczności uzasadniania.
Trzynasty był tylko następnym krokiem.
Konsylium — kolejnym.
Potem pozostawał jeszcze świat. A za światem coś, czego nie potrafił jeszcze nazwać.
Może dlatego jego ambicja nie była nigdy naprawdę ambicją zdobywcy. Zdobywca kończył podróż w chwili, kiedy docierał do celu. Raphael nie chciał celu. Chciał prawa do wyznaczania kolejnego celu po każdym zwycięstwie. Chciał nieustannie przesuwać granicę własnej możliwości, aż samo pojęcie niemożliwości stanie się dla niego obraźliwe.
Patrzył na Glass i widział niemal zarys siebie samego w wielkich, szklanych oczach.
W jego głowie pojawiła się niemal dziecięca, a zarazem przerażająco dorosła prostota. Jeżeli istniała rzecz, której nie mógł mieć, oznaczało to tylko, że jeszcze nie posiadał odpowiedniej władzy. Jeżeli istniała osoba, której nie mógł zmusić, oznaczało to, że jeszcze nie znał właściwego mechanizmu. Jeżeli istniała granica, oznaczało to, że ktoś ją postawił. A jeżeli ktoś ją postawił, można było odnaleźć człowieka, który to zrobił. A jeśli można było odnaleźć człowieka—
Raphael nie dokończył tej myśli. Nie musiał. Patrzył na Prowadzącą, lecz jego umysł był już daleko poza garderobą, poza posiadłością, poza Konsylium, poza Trzynastym. Widział przed sobą nieskończony ciąg drzwi, każde prowadzące do kolejnego pomieszczenia, każda zasłona skrywająca następną zasłonę. I nie przerażała go nieskończoność. Przeciwnie.
Po raz pierwszy wydawała mu się odpowiednio duża.
- Chcę wszystkiego - powtórzył. Tym razem niemal szeptem. A potem pojawiła się w nim myśl, spokojna jak cień przesuwający się po ścianie: a kiedy będę miał wszystko, dopiero wtedy sprawdzę, czy istnieje coś poza wszystkim.
Lekko przechylił głowę, gdy jego spojrzenie na chwilę osiadło na ustach, które zadały mu pytanie. Tak bliskich, że widział tylko je. Delikatny uśmiech pojawił się na jego twarzy, gdy znów wrócił ku oczom pełnym łez. - A potem - powiedział - zobaczymy, czy to wystarczy.

Sadie Glass