Strona 1 z 1

Capi Capi, Capi, Capybaras!

: wt wrz 08, 2026 7:56 pm
autor: Kimberly Swanson
No dobra trochę za bardzo się wciągnęłam w temat, który się wydarzył w naszym mieście. Jednak nie codziennie ktoś wypuszcza zwierzaki z Zoo. Tylko idiota jest w stanie do tego dopuścić, niestety stało się to teraz, kiedy większość ludzi będzie chciało odwiedzić tamten obiekt w weekend. Z jednej strony śmieszne, ale widok dzikich zwierząt wolno chodzących jest trochę straszne. Życie to nie gra, nie ma dodatkowego życia, jeśli coś się nam stanie, ale nie byłabym całkowicie sobą, jakbym nie spróbowała pomóc. Szukanie ich może do czegoś doprowadzić, a może zupełnie nie. Chociaż trochę też poczuję się jak w grze, która może mieć różne zakończenia naszej wspólnej przygody.
— Rany jesteś gotowy na przygodę? Może nas zaatakować dosłownie wszystko. Jednak jest jeden cel. Odprowadzenie zwierząt do ich domu, czy akceptujesz taką misję? — Powiedziałam dość poważnie, ale zaraz prychnęłam śmiechem. Rany powinnam być teraz bardziej odpowiedzialna i myśleć bardziej logicznie. Jednak nie chcę tego zbytnio robić. Jeszcze przyjdzie czas, kiedy będę musiała być poważna i odpowiedzialna. Na chwilę obecną podoba mi się wszystko, takie, jakie jest teraz. Skomplikowane, dziwne oraz niespodziewane. Jeszcze ruchy wszystkich zwierząt pomogą mi w obserwacji ich naturalnego zachowania. Może, dzięki temu zbuduję robota, który jest bardziej realny? Być może.
— Tylko nie mów dla mojego brata, że mi pomagasz. On nie jest zbyt zadowolony z moich chwilowych niezdrowych zainteresowaniach. A to wydaje się megaciekawe, zwłaszcza ts sytuacja — Poprosiłam go. Przygotowałam na naszą wyprawę smakołyki, które można im dać. Na ich stronie wszystko zostało bardzo ładnie wyjaśnione, co zrobić i co można dać dla biednych zwierząt. Nick pewnie, by mnie ochrzanił, że latam i szukam zwierząt. Jednak no… nie jestem całkowicie sama. Pomaga mi Reę, zawsze wspólnie jest łatwiej znaleźć odpowiedni moment do ucieczki. Poprawiłam plecak i postanowiłam pójść w prawo, ominęłam jakąś grupkę ludzi i poszłam w kierunku, który wręcz mnie wołał do sprawdzenia go.

Reeve LeBlanc

Capi Capi, Capi, Capybaras!

: pt wrz 11, 2026 12:21 am
autor: Reeve LeBlanc
Reeve szedł tuż obok Kimberly, wciąż do końca nie wierząc, w co właściwie dał się wplątać. Kiedy rano usłyszał w wiadomościach o ucieczce zwierząt z zoo, był pewien, że to jakiś kiepski żart, ale teraz, stojąc na środku miasta, czuł lekki niepokój. Z jednej strony cała ta sytuacja zbiegłych z wybiegów lokatorów brzmiała jak scenariusz filmu, z drugiej, jako przyszły lekarz miał aż nadto rozwiniętą wyobraźnię, by wiedzieć, jak może skończyć się bliskie spotkanie z przerażonym, dzikim drapieżnikiem. Mimo to, ustalili wspólnie plan akcji ratunkowej. Choć rozsądek podpowiadał mu, że powinni siedzieć w domu, to ta odrobina adrenaliny i chęć przypilnowania młodszej siostry Nicholasa przeważyły szalę.
Słysząc jej poważny, gamingowy ton, uniósł brwi, a na jego twarzy pojawił się rozbawiony uśmiech. Kiedy Kimberly prychnęła śmiechem, sam nie wytrzymał i cicho parsknął, kręcąc z niedowierzaniem głową.
- Misja zaakceptowana, pani kapitan - odpowiedział, salutując jej prześmiewczo dwoma palcami przy skroni. - Ale jeśli zaatakuje nas stado wściekłych surykatek albo, co gorsza, jakiś zagubiony hipopotam, to ty robisz za żywą tarczę. Umowa stoi? – Zażartował, choć w głębi duszy podziwiał jej zapał. Uwielbiał ten jej techniczny, nieco zakręcony umysł i to, jak potrafiła połączyć realne niebezpieczeństwo z planowaniem kolejnego robota. Przypominała mu w tym brata, choć Nicholas pewnie na ten moment dostałby zawału.
Na wspomnienie o Nicholasie momentalnie poczuł, jak po plecach przechodzi mu dreszcz, a w brzuchu zawiązuje się supełek strachu. Dobrze wiedział, że gdyby Swanson dowiedział się, gdzie teraz są, obojgu urwałby głowy.
- Oszalałaś? Przecież gdyby Nick się dowiedział, że zamiast siedzieć w bezpiecznym miejscu, biegam z tobą po krzakach i tropię uciekinierów z zoo, zamknąłby mnie w piwnicy i do końca życia karmił tylko suchym chlebem - odpowiedział szeptem, zerkając nerwowo za siebie, jakby jego chłopak miał zaraz wyskoczyć zza najbliższego rogu. Spojrzał z ukosa na plecak Kimberly, zastanawiając się, jakie właściwie smakołyki tam zapakowała, ale nie zdążył zapytać, bo dziewczyna już ruszyła w prawo. Poprawił szybko bluzę i ruszył tuż za nią, lawirując między przechodniami. - Ej, czekaj, tylko błagam, nie idźmy od razu w stronę parku, jeśli nie chcemy skończyć jako przekąska! - rzucił półgłosem, starając się dotrzymać jej kroku i uważnie omiatając wzrokiem okoliczne zarośla.
Szedł krok w krok za nią, rozglądając się nerwowo na boki, dopóki Kimberly nie zatrzymała się nagle przed gęstą kępą krzaków przy miejskiej fontannie. Spodziewał się najgorszego, ale kiedy rozchylił gałęzie, odetchnął z ulgą. Na trawniku, całkowicie niewzruszone zamieszaniem, siedziały dwie puszyste kapibary, spokojnie przeżuwając miejską trawę. Reeve oparł dłonie na kolanach i odetchnął z głęboką ulgą, czując, jak znowu wraca mu dobry humor.
- Okej, wycofuję te teksty o żywej tarczy - szepnął do dziewczyny, a w jego oczach pojawiły się wesołe iskierki. - Jeśli to są te krwiożercze bestie, które miały nas zaatakować, to myślę, że moje serce jednak to przetrwa. Patrz na nie, wyglądają, jakby zaraz miały tu zasnąć. Wyciągaj smakołyki z plecaka, zanim te gigantyczne świnki morskie postanowią pójść zwiedzać resztę miasta.

Kimberly Swanson