if you only ever want me when you're drunk?
: wt wrz 08, 2026 8:47 pm
012.

Bremes szła przed siebie, poprawiając co jakiś czas torebkę, która zsuwała jej się z ramienia. Wieczór spędzała w towarzystwie znajomych, którzy wyciągnęli ją na warsztaty robienia świeczek. Było fajnie, naprawdę! Nawet całkiem zabawnie, szczególnie kiedy okazało się, że wszyscy mieli zdecydowanie większe zdolności manualne od niej. Coven szybko pogodziła się z tym, że artystka z niej żadna. Obie świeczki, które udało jej się stworzyć, były smutne, pokrzywione i wyglądały tak, jakby przeżyły już jakieś wyjątkowo traumatyczne wydarzenie. Jedna miała jeszcze dziwną górkę pośrodku, której nie potrafiła w żaden sposób wyjaśnić. Znajomi twierdzili, że wyglądała finezyjnie. Bremers podejrzewała, że po prostu nie chcieli jej zrobić przykrości.
Minęła kolejną witrynę, tym razem z jakąś wystawą, której nawet nie próbowała zrozumieć. Jej umysł i tak nie zdołałby pojąć, co artysta miał na myśli. Za szybą stała duża, dość dziwna instalacja, a obok niej wisiała kartka z opisem zapisanym tak małym drukiem, że trzeba byłoby chyba wejść do środka, żeby cokolwiek przeczytać.
Buty cicho stukały o chodnik, a odgłos ten co jakiś czas mieszał się z szumem samochodów dobiegającym z głównej ulicy. Coven zerknęła przez ramię, upewniając się, czy przypadkiem nie szedł za nią żaden podejrzany typ. W kieszeni luźnej, materiałowej kurtki miała małą puszkę z gazem pieprzowym. Ojciec uważał, że zawsze powinna go przy sobie nosić, tak dla własnego bezpieczeństwa. Nigdy nie wiadomo, kiedy może się przydać. Coven oczywiście uważała, że trochę przesadzał, ale skoro już jej go kupił, to równie dobrze mogła go nosić. Wolała mieć go przy sobie i nigdy nie użyć, niż któregoś dnia żałować, że zostawiła go w domu.
Im dalej szła, tym mniej było ludzi. W końcu została tylko z własną sylwetka odbijająca się co jakiś czas w ciemnych witrynach i stukot obcasów o chodnik. Zaczęła nawet rozważać, czy nie wybrała sobie przypadkiem najgorszej możliwej drogi powrotnej. Właśnie wtedy gdzieś za nią rozległ się cichy dźwięk kroków. Bremes automatycznie zwolniła. Nie zatrzymała się jednak, udając przed samą sobą, że wcale tego nie usłyszała. Na bank tylko to sobie wymyśliła. Kroki pojawiły się ponownie. Niezbyt głośne, ale wystarczająco wyraźne, żeby nie dało się ich pomylić z niczym innym. Po chwili ucichły. Zmarszczyła lekko brwi i spojrzała za siebie. Pasaż nadal wyglądał tak samo. Żadnej podejrzanej sylwetki, żadnego faceta stojącego przy jednej z bram, ani takiego, który mógłby właśnie skręcić w boczną uliczkę.
lainey rosewood