Strona 1 z 1

Make Me Your Sin

: śr wrz 09, 2026 10:58 am
autor: Seungyeon Han
#
V
You wanted an angel. I became your sin


Finał trasy — Toronto, Rogers Stadium. Główny powód powrotu do Kanady.


Było jej przykro, gdy wyjeżdżała z rodzinnego Seulu. Podobne rozczarowanie odczuwała, żegnając się z Paryżem, Amsterdamem czy Barceloną. W każdym z tych miast zostawiła cząsteczkę siebie, fragment duszy, czasu, poznała cudownych ludzi i gdyby to od niej zależał pobyt w tych miastach, przeciągałaby je do miesiąca. Zdarzały się nieprzyjemne sytuacje, których wolałaby uniknąć; chociażby przerwanego koncertu we Francji ze względu na agresywnych uczestników, którzy zniszczyli zabawę, przychodząc pod wpływem alkoholu. Osoby sprawdzające wejściówki ewidentnie przeoczyły stan gości. Starała się ich nie obwiniać, lecz w pewnym momencie była tak sfrustrowana, że w myślach zdążyła ich zwyzywać. Próbowała być wyrozumiała, lecz ochronie płaciło się za pilnowanie porządku. W końcu powierzało się im odpowiedzialność za czyjeś życie, więc powinni lepiej szkolić pracowników. Przerwa zarządzona na piętnaście minut zepsuła harmonogram występu, a wdrożenie się na nowo w całą tę atmosferę wymagało profesjonalizmu i umiejętnego obracania takich sytuacji w żart. Nie pamiętała kto, najprawdopodobniej liderka zarzuciła lekkim komentarzem — świetnie, skoro wszyscy już są bezpieczni, możemy chyba wrócić do najważniejszej części wieczoru. Czyli do nas. Tutaj patrzcie! — tym samym dając dziewczynom znać, że mogły kontynuować. Mimo tej nieprzyjemnej sytuacji Yeon chętnie wróciłaby do Paryża. I miała nadzieję, że kolejna trasa również ją tam zaprowadzi.

Przygotowania do finałowego koncertu zajęły im sporo czasu. Ostatnie dni właściwie zlewały się ze sobą; próby wokalne, poprawki w aranżacjach, ustawienia świateł, przymiarki kostiumów i kolejne godziny spędzone na scenie. Wszystko musiało być idealnie dopracowane, bo na tak dużym wydarzeniu nikt nie mógł pozwolić sobie na porażkę. Największym problemem była klasycznie układana na bieżąco choreografia do piosenki promocyjnej. Tutaj musiała podziękować Kaidenowi za to, że poświęcił swój czas i jej w tym pomógł. Dodatkowe zajęcia z nim nie należały do najłatwiejszych. Potrafił zatrzymać muzykę w połowie układu, poprawić jej jeden krok, a potem kazać powtórzyć całość od początku. Bywało frustrująco, ale musiała przyznać, że dzięki temu coraz lepiej czuła rytm i przede wszystkim przestała zastanawiać się nad każdym kolejnym ruchem. Oczywiście nie robił tego z dobroci serca. Z tego, co wiedziała, porządnie mu za to zapłacono, więc trudno było nazwać jego pomoc bezinteresowną. Mimo wszystko była mu wdzięczna. Po dodatkowych zajęciach czuła się po prostu pewniej, a podczas kolejnych prób coraz rzadziej zerkała na innych, żeby upewnić się, czy wykonuje układ poprawnie. Poza tym pomijała już fakt, że sam Kaiden bardzo jej się spodobał i dużo chętniej chodziła na zajęcia, bo mogła na niego popatrzeć.

W końcu nadszedł dzień finałowego koncertu.
Od samego rana w miejscu wydarzenia panowało zamieszanie. Technicy krążyli między sceną a zapleczem, sprawdzając po raz kolejny nagłośnienie, światła i ustawienie ekranów. Wszędzie słychać było urywki rozmów, muzykę dobiegającą zza kulis i gwar typowy dla ludzi, którzy, choć w teorii mieli wszystko dopięte na ostatni guzik, tak woleli wiedzieć, czy aby na pewno tak było. Czas za kulisami, płynął dużo szybciej. Ostatnie poprawki makijażu, kostiumy, szybka próba mikrofonów i powtarzane w myślach fragmenty choreografii. Mimo że ćwiczyła ją przez ostatnie tygodnie niezliczoną ilość razy, poruszając się na scenie podczas prób i tak czuła się zżerana od środka przez stres. Pojawiła się także pierwsza publiczność, a wraz z tymi osobami pisk i radość na widok swoich idoli. Bambi naprawdę lubiła swoich fanów. Od początku pokazywała im serduszka, rozmawiała do nich i odmachiwała, gdy próbowali nawiązać kontakt. Zabawne. Już na sam widok tych osób przestawała się stresować. Wiedziała, że musi dać z siebie wszystko, bo chciała ich uszczęśliwić — nie potrafiła określić tego specyficznego uczucia jasnymi słowami. Porównywałaby to do miłości, ale trochę innej. Martwiła się o zupełnie obce osoby, podobnie jak one przeżywały każdy jej kryzys — a przecież jeśli się kogoś kocha, to się o tę osobę martwi, prawda? Więc tak, to był dziwny rodzaj kochania.

Koncert rozpoczął się wejściem Aritha, który został przez nią poproszony o rolę supportu — wytwórnia wytypowała prośbę, powołując się na jej imię. Znali się z tej branży, widywali się już dużo wcześniej, zwłaszcza na afterach⁣, na których zawsze działo się najwięcej. Lubiła go, choć jego osobowość prywatna czasem pozostawiała wiele do życzenia — ta sceniczna była przyjemniejsza. Artith doskonale wiedział, jak pracować z publicznością. W końcu musiał w jakiś sposób podbić, zebrać cały fandom. Muzykiem był cholernie uzdolnionym, a wygląd — tak jak w przypadku większości osób z branży artystycznej — działał na jego korzyść. Nikt nie pytał go o powód opuszczenia Tajlandii, bo przecież byli zbyt zajęci zachwycaniem się jego urodą, by pytać. Na szczęście w przypadku Yeon było podobnie. Miała za sobą kilka sytuacji, które ostatecznie udało się wyciszyć, prosząc o pomoc odpowiednich ludzi. W końcu za pieniądze to nawet morderstwo dałoby radę idealnie zatuszować. Mijając się na scenie z Artem, szturchnęła go jeszcze specjalnie ramieniem, racząc go typowym dla siebie, nieco butnym uśmiechem i śmiałym spojrzeniem. Trochę zazdrościła mu wygody, gdy sama musiała poruszać się z gracją modelki na wysokich, acz ciężkich butach — wizerunek sceniczny NOIRY od lat balansował na granicy gotyku i glam rocka, z domieszką mrocznego glamouru. Romantyczne, wampiryczne klimaty, muzyka przeplatająca ze sobą różne gatunki i prawdziwy ogień na scenie. Publiczność, która przyjeżdżała je oglądać, była równie specyficzna co sama grupa. Nic dziwnego, że wspólnie bawili się świetnie — ich koncerty miały w sobie coś hipnotyzującego. Rockowa energia mieszała się z popową melodyjnością, a same koncerty były po prostu widowiskiem; zmysłowym, tajemniczym przedstawieniem teatralnym.

Ostatnie światła na scenie zgasły. Za kulisami pojawiły się pierwsze gratulacje, głośne rozmowy, pochwały i komentarze sugerujące, co następnym razem wypadałoby poprawić. Mogłoby się wydawać, że wieczór właśnie dobiegł końca. Wybiła godzina dziesiąta. Ludzie masowo opuszczali swoje miejsca, artyści mieli czas na chwilę oddechu, a technicy mogli zacząć chować sprzęty. Oczywiście, że to nie był koniec. Prawdziwa impreza, miała odbyć się w pobliskiej rezydencji wynajętej specjalnie na tę okazję. Zamknięte after-party dla artystów, zaproszonych vipów i osób, które dziwnym zbiegiem okoliczności wiedziały, jak znaleźć się po drugiej stronie czerwonej linii. Wewnątrz rezydencji muzyka była głośna, przygaszone światła tworzyły przyjemny klimat, a zapach drogich perfum mieszał się z równie drogimi alkoholami. Niektórzy wciąż przeżywali wydarzenie, które odbyło się kilka godzin temu — inni już dawno o nim zapomnieli, zbyt zajęci wlewaniem w siebie dużej ilości alkoholu. Tutaj nie było miejsca dla prasy czy kamer. Rezydencja pozostawała zamknięta na niechcianych gości, którzy tylko mogli snuć domysły, co takiego działo się za ogromnymi drzwiami. Yeon szybko dała się porwać tej atmosferze.
Cechowała się ogromną ilością energii, która krążyła w jej żyłach niczym lawa, rozgrzewając ją od środka. Do każdego zagadywała, robiła mnóstwo zdjęć, przyjmując przeróżne pozycje, tańczyła i zachęcała do zabawy inne osoby. Przyjaciółki Yeon po wzniesieniu toastu za udaną promocję i występ rozeszły się w swoje strony, znajdując sobie własne towarzystwo. I tak się późnej spotkają, będą mogły porozmawiać i wymienić się opiniami na temat koncertu i późniejszej imprezy. Bambi zdecydowanie lubiła dzielić się ze światem wydarzeniami ze swojego życia prywatnego, więc uznała, że najlepszym sposobem na świętowanie, poza piciem alkoholu, będzie tiktokowy live, którego nadała chwilę po północy. Obeszła prawdopodobnie całą imprezę, opowiadając w języku koreańskim o bieżących wydarzeniach.

Pechowo — albo może i nie — na liście jej osób do podbicia tej nocy, był Art. Dorwała go przy barze, gdy popijał jakiegoś drinka. Zaszła go od tyłu, opierając ręce o jego łopatki — Ej, Art. Przywitaj się z ludźmi! Namawiali mnie, żebym do ciebie podbiła, więc teraz możesz ich osobiście pozdrowić! — powiedziała wesoło, poklepując go zachęcająco wolną ręką (bo przecież w drugiej trzymała telefon). Nieszczególnie interesowało ją to, czy potrzebował aktualnie interakcji, czy wręcz przeciwnie — jej już całkiem nieźle szumiało w głowie, a przecież wcale dużo nie wypiła. — A teraz już kończę, bo trochę boli mnie ręka. Dobrej nocy wam życzę! — pożegnała się wdzięcznie, gdy Rattanakosin zdążył wymienić (albo i nie) kilka uprzejmości z laskami proponującymi mu zawzięcie małżeństwo. Yeon schowała telefon do kieszeni, zatrzymując się naprzeciw muzyka.
— Hej, idziesz zapalić? W ogóle geez, ten koncert to był toootalny odjazd. Mam taką czilerkę, że czuję się jakbym była nafurana, ale to chyba raczej ekscytacja — zagadywała zawzięcie, dzieląc się swoimi przemyśleniami. Gadatliwość Yeon niewątpliwie bywała męcząca, podobnie jak brak filtra. Rzadko przebierała w słowach i otwarcie mówiła co myśli, nawet jeśli nie pytano jej akurat o zdanie. Dlatego czasem była wdzięczna dziewczynom z zespołu — zwłaszcza Chaerin, która swoim opanowaniem i powagą potrafiła wpłynąć na Yeon i powstrzymać ją przed kompromitacją w trakcie udzielanego wywiadu.
Zawiesiła na nim spojrzenie, po czym uśmiechnęła się zaczepnie.
— Chociaż może to ty tak na mnie działasz? — dorzuciła niezupełnie niewinnie, bo przecież doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że jej słowa mogły zostać odebrane dwuznacznie.


Arti ~