trust that you betrayed, confusion that still lingers
: śr wrz 09, 2026 2:49 pm
003
and I fantasize about a time you're a little fuckin' sorry
{outfit}
Grają z Chicago Fire na własny boisku, a to zawsze daje pewną przewagę. Mimo wszystko jest to jednak drużyna zajmująca obecnie trzecie miejsce w tabeli, gdy Toronto FC ze swoim jedenastym miejscem obecnie nie załapałoby się do playoffów ligi. Mimo wszystko Laurie nie nastawia się źle – nie zamierza dać się pokonać, jeszcze za nim mecz się rozpocznie. Skupia się na tym, na czym może – na rozgrzewce, na mowie motywacyjnej przed meczem, na wskazówkach trenera, na strategii, którą mają wcielić w życie. Na pewno nie na tym, na czym nie powinien – na Franklinie ubranym w koszulkę Toronto FC, znowu, choć ta różni się nieco od tej, którą założył po raz ostatni w dwa tysiące dwudziestym drugim roku. Teraz, gdy widzi go w drużynowych barwach, jego obecność w drużynie staje się bardziej rzeczywista. Tak, jakby do tego momentu był jedynie obserwatorem czy gościem.
– Nie ma opcji, żeby Chicago Fire wygrało na naszym boisku. Prawda? – krzyczy na chwilę przed wyjściem z szatni, starając się rozgrzać i nastroić drużynę. W odpowiedzi otrzymuje parę zdecydowanych okrzyków potwierdzających jego słowa.
– Nie będzie nas jakiś Polaczek ustawiał na naszym terenie! – wykrzykuje Niklas Dorsch, a reszta mu przyklaskuje i zgadza się z nim kolejnymi okrzykami. W takiej atmosferze nastawienia do poważnej walki z tak świetną drużyną jak Chicago Fire, wychodzą w końcu na boisko. Laurie patrzy na czerwono-białe tłumy na trybunach, wykrzykujące nazwę ich drużyny. Uśmiecha się do nich szeroko i macha. Uwielbia to. Czuje się cudownie, gdy słyszy wszystkie te okrzyki kibiców. W tym momencie wydaje mu się, że wszystko jest możliwe – nawet wygrana z cholernym Chicago Fire.
13’
W trzynastej minucie Maren Halle-Sellasie strzela pierwszego gola dla amerykańskiej drużyny. Laurie patrzy na to z dość dużej odległości, więc dopiero okrzyki kibiców Chicago Fire upewniają go w tym, że gol faktycznie padł. Wie, że nie wszystko jest stracone, ale pierwszy gol dla przeciwnej drużyny nieco osłabia morale.
38’
Jest remis, gdy Markus podaje mu piłkę. Przez chwilę walczy z Gutmanem i Elliottem o kawałek miejsca, przez które mógłby kopnąć piłkę w stronę bramki, ale są nieustępliwi. Podaje ją z powrotem do Markusa i zanim obrońcy Chicago Fire zdążą się zorientować w lokalizacji piłki, podbiega do Cimermancica, by z powrotem ją przejąć i wykorzystać chwilę, w której ma wystarczająco miejsca przed sobą. Kopie piłkę z całej siły w prawy róg bramki przeciwnie i trafia. Na stadionie wznoszą się okrzyki kibiców Toronto FC, koledzy z drużyny, którzy znajdują się w pobliżu podbiegają, klepią go po plecach i gratulują mu, a on mimowolnie spogląda w stronę ławki rezerwowych. Chce zobaczyć reakcję Franklina. Widzi jego uśmiechniętą twarz, a w oczach radość z powodu zdobytego punktu i całkowicie wbrew sobie – sam unosi lekko kącik ust do góry.
63’
Walka z Chicago Fire jest zawzięta. Pada już sześć goli, po trzy na drużynę. Przewaga żadnej z nich nie trwa długo, w końcu przeciwna drużyna wyrównuje wynik. To już kolejny nieudany strzał Lauriego, nie orientuje się nawet, ile ich już było. Jeśli wcześniej Fraser liczył na duet Lauriego i Frankiego teraz widzi, jak w rzeczywistości wygląda ich współpraca. Trudno jest mieć uczucie deja vu, grając z Franklinem, bo nigdy nie szło im tak źle, jak w tym meczu. Jest wściekły na Frasera, że zdecydował się wpuścić go na boisko, bo każda akcja z ich udziałem jest nieudana. Jest jeszcze za wcześnie, by pozwolić mu grać. Nie wie, czy kiedykolwiek się zgrają, ale aktualnie ich próby wyglądają dość żałośnie. Frank znów podaje mu piłkę, ale strzał jest nieudany, a zawodnicy Chicago Fire z łatwością przenoszą piłkę na drugi koniec boiska. Jeszcze się nie orientuje w aktualnej sytuacji, a cholerny Lewandowski strzela czwartego gola dla swojej drużyny.
Jeśli Fraser nie zdejmie Franklina, to na pewno przegrają.
90’+2
Doliczony czas. Laurie już godzi się z myślą, że przegrają z Chicago Fire. Jeśli tak będzie, to w porządku. Nie można o nich powiedzieć, że nie walczą o zwycięstwo. Walka jest zawzięta i ostra, żadna z drużyn nie ustępuje nawet na chwilę. Jeśli przegrają to w naprawdę dobrym stylu. Nie ma wstydu i większych powodów do plucia sobie w twarz. To naprawdę dobry mecz…
Myśli, że to już koniec, że nic więcej się nie wydarzy, ale wtedy Franklin zdobywa piłkę. Nawet nie patrzy w jego stronę, sprawnie nią obraca, unikając wykradnięcia jej przez obrońców, a w końcu, gdy znajduje sobie odpowiednie miejsce – strzela. Laurie odwraca się w kierunku bramki i widzi piłkę uderzającą o siatkę za bramką. Okrzyki kibiców są najgłośniejsze od początku meczu – remisują. Chicago Fire nie zdobędzie kolejnej przewagi. Nie zdążą.
Remis z tak dobrą drużyną powinien smakować jak wygrana. A jednak Lauriemu smakuje gorzko. Patrzy, jak wszyscy zawodnicy Toronto FC doskakują do Franklina, podnoszą go do góry, a kibice wykrzykują jego imię. Tylko Laurie stoi obok i niby się uśmiecha, ale jest niesamowicie wkurwiony.
Po meczu
W końcu schodzą z boiska, a Laurie może w końcu przestać na siłę wyciągać kąciki ust do góry. Wszyscy idą korytarzem prowadzącym do ich szatni, klepią Franklina po plecach, komplementują jego wspaniały strzał, a Laurie czuje tylko, jak narasta w nim złość.
– Hej, Franklin! – rzuca w jego stronę, zanim zdąży pomyśleć, co robi. Nie daje sobie chwili na ochłonięcie, nie stara się tego zignorować. Daje dojść złości do głowy i przechodzi do działania, nie myśląc o tym, jakie to może mieć konsekwencje. Podchodzi do Franklina, a cała reszta drużyna wciąż kieruje się do szatni. Nie zwracają na nich uwagi i w końcu całkiem znikają za drzwiami.
– Taki był twój plan? Podawać mi chujowe piłki, żeby ostatecznie wyjść na bohatera? – wyrzuca z siebie w złości, przyciskając go do ściany. Zdecydowanie powinien ochłonąć. Dotarłoby do niego, że to, co robi jest nie tylko zle, co bardzo ryzykowne. Dla niego, dla jego reputacji, dla dobra drużyny. Ale teraz nie jest kapitanem, tylko zranionym chłopakiem, którego Franklin swego czasu potraktował okropnie. Nie obchodzi więc go nic innego, tylko jego własna złość wycelowana w Cosgrove’a.
franklin cosgrove