Strona 1 z 1

I buy all my guns from a guy called "T-Rex". He's a small arms dealer.

: śr wrz 09, 2026 3:34 pm
autor: Elijah Nightingale
#
#2
He found it inconvenient to be poor

Wiadomość od policji przyszła w środku dnia, między jednym telefonem a drugim, przekazana przez jego prawnika tak beznamiętnie, jakby chodziło o przypomnienie o wizycie u dentysty. Sprawa przemytu broni na terytorium kraju. Ktoś chciał z nim porozmawiać. Elijah nie musiał pytać, kto konkretnie stał za tą prośbą – wystarczyło jedno spojrzenie na nazwisko wypisane w dokumentach, żeby wiedzieć, że nie było to przypadkowe zaproszenie.
Nie mieli na niego nic konkretnego. Nigdy nie mieli. Ale ludzie, którzy rzeczywiście brali udział w tym interesie, weszli z nim ostatnio w kontakt – a to, w oczach policji, zawsze wystarczało, żeby zapukać do czyichś drzwi. Gdy biuro policyjne zasugerowało, że powinien pozwolić się doprowadzić na komendę, Tajwańczyk tylko się roześmiał, cicho, z tym samym pobłażliwym rozbawieniem, z jakim reagował na wszystkie propozycje, które nie miały najmniejszych szans na realizację. Doprowadzić go? Gdyby ktokolwiek spróbował, nie zdążyliby nawet zadać mu pierwszego pytania, zanim jego zastęp prawników rozłożyłby ich procedurę na czynniki pierwsze i wysłałby wszystkich do domu z podwiniętymi ogonami.
Postanowił jednak – ze swojej wielkoduszności – zaproponować alternatywę. Rozmowę twarzą w twarz, na neutralnym gruncie, poza sterylnymi ścianami komendy, poza kamerami, poza całą tą sztywną, urzędniczą teatralnością przesłuchań. Gdy policja się zgodziła – a wiedział, że się zgodzą, bo alternatywa oznaczała dla nich miesiące walki z jego prawnikami o coś, na co i tak nie mieli dowodów – wysłał tylko jeden adres. EDO-ko, North York, Don Mills. Restauracja, w której zawsze czuł się dokładnie tak komfortowo, jak lubił się czuć, gdy prowadził rozmowy, które mogły zdecydować o losie innych powiązanych z nim osób.
Bo w tej sprawie – uczciwie mówiąc – nie brał bezpośredniego udziału. Nigdy tego nie robił. To nie był jego styl, nie na tym poziomie, nie w sposób, który zostawiałby jakikolwiek trwały ślad. Pomógł tylko skontaktować przemytników z odpowiednimi ludźmi – połączyć popyt z podażą, sprzedającego z kupującym, dwie strony, które same nigdy by się nie odnalazły w tym mieście pełnym pozorów i podwójnych standardów. Stał się pomostem. Niczym więcej. Most nie ponosił odpowiedzialności za to, co po nim przejeżdżało.
Był w tych sprawach staromodny, może nawet uparcie anachroniczny, choć sam nazwałby to raczej ostrożnością wyniesioną z doświadczenia. Unikał cyfrowego śladu z religijną wręcz konsekwencją. Nie wysyłał e-maili dotyczących niczego, co mogłoby go w przyszłości skompromitować. Nie pisał wiadomości tekstowych, nie robił zdjęć, nie nagrywał niczego, co dałoby się później odtworzyć na sali sądowej jako dowód A. Stawiał na papier – fizyczny, namacalny, łatwy do zniszczenia w ciągu kilku sekund – zapisany często w specyficznym, osobistym szyfrze, który dla przeciętnego człowieka – gdyby przypadkiem trafił mu w ręce – brzmiałby jak dziwacznie sformułowany, na wpół poetycki tekst, pozbawiony sensu. Jeśli już musiał z kimś porozmawiać osobiście, wybierał rozmowę w cztery oczy, dokładnie taką jak ta dzisiejsza. Nie zawsze zresztą pojawiał się sam. Często wysyłał kogoś, kto się za niego podawał, a czasem, bez ukrywania tego faktu, wysyłał swoich ludzi, zostawiając im pełną swobodę działania w jego imieniu.
Był więc niemal całkowicie pewny, że policja nie ma na niego niczego solidnego. Zwykłe poszlaki. Może ktoś gdzieś rzucił jego nazwiskiem w niewłaściwym towarzystwie. Może pojawił się na liście gości spotkań odbywających się za zamkniętymi drzwiami, do których dostęp mieli tylko nieliczni. Nic, co dałoby się przedstawić przed sądem jako coś więcej niż domysł. Zwykła nadinterpretacja. Mógł więc równie dobrze zignorować całe zaproszenie, wysłać w swoim imieniu kogoś innego albo zamknąć temat jednym telefonem. Zamiast tego zaintrygowała go osoba detektywa. Chciał się przekonać, jak funkcjonariusz do tego podejdzie. W jaki sposób spróbuje go rozegrać? Czy może zacznie sypać z rękawa informacjami, o których sam Nightingale nigdy wcześniej nie słyszał, licząc na to, że zaskoczenie wywoła u niego jakąkolwiek reakcję wartą zanotowania?

★★★

Stolik dla dwóch osób zarezerwowała jego asystentka, oczywiście jak zawsze – sam nigdy nie zawracał sobie głowy tak przyziemnymi sprawami jak rezerwacje. Tego dnia siedział akurat w sali konferencyjnej, otoczony przez zdenerwowanych członków zarządu amerykańskiej firmy ubezpieczeniowej, którą właśnie postanowił przejąć. Kłócili się między sobą, energicznie, z tą desperacją ludzi, którzy dopiero co usłyszeli, że za miesiąc stracą swoje ciepłe stołki, próbując znaleźć jakiekolwiek rozwiązanie, które pozwoliłoby im zachować twarz. Elijah zerknął na smartwatcha na nadgarstku, który nie dawał o sobie zapomnieć przypomnieniem o kolacji przy świecach z pewnym policjantem. Uśmiechnął się do siebie, wstał bez słowa wyjaśnienia i wyszedł, zostawiając za sobą pokój pełen zszokowanych mężczyzn w garniturach, którzy dopiero teraz zaczynali rozumieć, że ich los został już dawno przesądzony.
Kierowca czekał na niego przy krawężniku tak jak zawsze. Padało. Lubił późnoletni deszcz. Był przyjemnie relaksujący.
Droga do North York minęła w ciszy, przerywanej jedynie odgłosami miasta dobiegającymi zza przyciemnianych szyb. Gdy przekroczył próg restauracji, obsługa przywitała go z tą samą wyćwiczoną manierą, jaką rezerwowano tylko dla gości, których nazwiska otwierały drzwi, jeszcze zanim zdążyli je pchnąć. Ktoś zabrał od niego parasol. Ktoś inny poprowadził go przez salę, mijając rzędy stolików, ku miejscu przy oknie, skąd rozciągał się widok na skąpaną w wieczornym świetle i deszczu ulicę.
Zjawił się nieco przed czasem. Lubił przychodzić przed innymi – dawało mu to kilka minut na obserwację, na uporządkowanie myśli, na wyczucie rytmu miejsca, zanim ktokolwiek otrzymał szansę, by uczynić to samo z jego osobą. Zajął miejsce, poprawił mankiet koszuli i zerknął na kelnera, który już podchodził z kartą menu przyciśniętą do piersi. Wyglądał na nieco zestresowanego.
Wodę infuzjowaną kwiatami pomarańczy – rzucił, nie patrząc nawet w jego stronę, wzrokiem wciąż błądząc gdzieś po sali, jakby już teraz szukał w tłumie twarzy, której jeszcze nie widział, ale doskonale wiedział, że wkrótce się w nim pojawi.
Kelner skinął głową i zniknął równie cicho, jak się pojawił. Mężczyzna oparł się wygodnie o krzesło, splótł dłonie na blacie stołu i czekał.

Layonell Stones

I buy all my guns from a guy called "T-Rex". He's a small arms dealer.

: pn wrz 14, 2026 12:36 pm
autor: Layonell Stones
Miał sporo pracy, w zasadzie to nie tylko on, bo cały zespół, który pracował nad sprawą miał jej ogrom, a nie zanosiło się na to, aby sytuacja uległa zmianie, ponieważ trochę stanęli w miejscu. To nie było jednak niczym dziwnym w tej pracy, bo przeważni w pewnym momencie oddział zbija się ze ścianą, ale nie można się wtedy poddać, bo po prostu po ptakach. Layonell jest cholernie upartym typem, pewnie czasem, aż za bardzo i mocno się to na nim odbija, ale gdyby nie to to niektóre sprawy nie ruszyły. Czy to jest dobre? Kwestia dyskusyjna, on uważa, że tak. Jak na razie jego organizm daje radę, w końcu nie jest sześćdziesięcioletnim dziadkiem. Ma jeszcze sporo lat przed sobą, tak sobie powtarza, chociaż nie wiadomo, bo sytuacja podczas akcji może się potoczyć różnie i po prostu wyląduje w szpitalu albo na cmentarzu. Wie na co się pisze, jednak nie udaje superbohatera i nie wykazuje się brawurą, bo wtedy może narażać cały zespół na niebezpieczeństwo, a tutaj chodzi o pracę zespołową, a nie bycie jednostką, to jedna droga na cmentarz. Layo nigdy nie naraziłby swoich przyjaciół na takie niebezpieczeństwo. Ma spore doświadczenie i nim się kieruje podczas śledztw czy jakichkolwiek akcji.
Mieli rozkaz od szefa, że mają jechać i odpocząć do domu, każdy z nich miał już serdecznie dość i szare komórki nie działy tak jak powinny, a tacy policjanci się po prostu do niczego nie nadają. Stones wypił spore ilości kawy i energetyków, jednak to w żaden sposób nie pomagało. Nie mieli odpowiedniej ilości snu przez ostatnie dni, więc nic się nie stanie, jeśli pojadą do domu i odpocząć. Zostali zwolnieni w nocy, więc czasu na spanie było dużo. Wziął tylko prysznic i padł jak zwłoki na swoje łóżko. Nawet nie wiedział, kiedy zasnął i obudził się dosłownie po dziesięciu godzinach. To było mu potrzebne, czuł się wypoczęty. Zjadł śniadanie i wyszedł na spacer z psami. Dzisiaj odpuścił sobie nawet jakąkolwiek aktywność, bo mu się po prostu nie chciało. Layonell Stones miał dzisiaj totalny dzień lenia, choć tak nie do końca, trzeba było ogarnąć obowiązki domowe, jednak nie było to nic ciężkiego, więc śmiało można to wziąć jako odpoczynek. Pamiętał o tym, że za jakiś czas musi wyjść na spotkanie z Elijahem, jego nazwisko parę razy pojawiło się podczas śledztwa, więc nie mogli przejść obok tego obojętnie. Może to nic nie znaczyć, a może to znaczyć wszystko. Ten cholerny gang mocno zaszedł im za skórę, chociaż to mało powiedziane. Dobrze się kryli, choć kilka miejsc udało się policji odkryć, ale tylko obserwowali. Nie mieli pewności czy nie ma więcej miejsc, gdzie przechowywali tą cholerną broń.
Layonell nie nazwałby tego przesłuchaniem, raczej rozmową, ponieważ nie mili nic na tego człowieka, a doskonale wiedział kim on jest, więc po prostu chciał spokojnie porozmawiać o tym co wie, choć podejrzewał, że może się niczego nie dowiedzieć. Warto jednak próbować.
Umówili się w restauracji, takiej mocno snobistycznej, ale jakoś go to nie dziwiło. Ubrał się w miarę elegancko – czarna koszula oraz spodnie w tym samym kolorze.
Kiedy był a miejscu przy recepcji powiedział kim jest i do kogo przyszedł i młoda dziewczyna od razu zaprowadziła do miejsca, w którym siedział Elijah.
- Dzień dobry, Layonell Stones - wiedzieli o sobie, jednak wypadało się przedstawić. Layo wyciągnął rękę do mężczyzny.

Elijah Nightingale

I buy all my guns from a guy called "T-Rex". He's a small arms dealer.

: śr wrz 16, 2026 4:06 pm
autor: Elijah Nightingale
Nie podniósł się z miejsca, gdy policjant zjawił się przy stoliku. Spojrzał na niego tylko wymownie i wskazał mu miejsce siedzące naprzeciwko.
Dzień dobry, detektywie Stones. Elijah Nightingale, ale to już pewnie wiesz – przedstawił się i wrócił wzrokiem do karty. Wiedział już, co zamawia, ale chciał się nieco zdystansować. Papierowe menu było miłym pretekstem, żeby na chwilę uciec od bezpośredniego kontaktu wzrokowego – to on decydował, kiedy rozmowa się zacznie, nie jego gość.
Gdy obsługa zobaczyła, że ktoś przysiadł się do mężczyzny, szybko zjawiła się odebrać od niego zamówienie.
Czy decyzja już zapadła, czy potrzebuje pan jeszcze chwili? – młoda kobieta zwróciła się bezpośrednio do Elijaha.
Karakara ramen, okonomiyaki, dwie sztuki, oraz zestaw Morikomi sushi. Do tego poproszę butelkę sake, najlepszej jaką macie na stanie – gdy kelnerka wszystko zapisała, wręczył jej menu. Ta następnie spojrzała wymownie na drugiego mężczyznę.
Gdy ten już zamówił (lub nie), Nightingale wbił w niego wzrok. Obserwował go tak przez chwilę, studiując drobne detale – sposób, w jaki siedział, jak trzymał ręce, czy uciekał spojrzeniem, czy trzymał się mocno sztywnej fasady typowej dla detektywa. Lata praktyki nauczyły go czytać ludzi szybciej, niż większość zdążyłaby się przedstawić.
Czemu więc zawdzięczam tę przyjemność? Co było tak ważnym powodem, by kraść mój cenny czas? – zapytał Layo, doskonale znając powody, ale chciał usłyszeć je od mężczyzny.
Obaj doskonale wiedzieli, że do niczego się nie przyzna. Że dowody, które na niego mieli, były niewystarczające, nawet, by przesłuchać go w roli świadka. Decyzja o tym, by porozmawiać ze Stonesem, zapadła ze zwykłej ciekawości. Absurdalnej potrzeby wywołania wokół siebie wymuszonego zamieszania, by zdusić ogień zaraz po jego rozpaleniu. Nie był wrogo nastawiony do policji, ale też nie planował ułatwiać im pracy. Nie miał w tym żadnego interesu.
Do tej pory nie przeszkadzali mu w prowadzeniu biznesu. Nigdy nie próbowali go niesłusznie obierać za cel. Żyli z nim w zgodzie, w neutralnych stosunkach. On za to starał się zbyt często nie psocić. Choć daleko mu było do aniołka.
Słyszałem, że ostatnia sprawa związana z przemytem broni was nieco przerosła – kontynuował po chwili z czymś w rodzaju uśmieszku na twarzy, ale ciężko było zdecydować, czy był on szczery, czy może bardziej oceniający. – Chciałbym pomóc, ale mam w tej sprawie związane ręce. Widzisz – jestem uczciwym człowiekiem. To prawda, że czasem moje biznesy zahaczają o ten rewir. Nie będę kłamał, mówiąc, że nie. Handel uzbrojeniem jest dochodowy, ale szanuję prawo. Nic, co robię, nie jest nielegalne.
Na wszystko miał papiery, świadków, nagrania oraz często podpisy wysoko postawionych wojskowych. Jego nazwisko nigdy nie pojawiło się oficjalnie w żadnych dokumentach, które mogły należeć do przemytników ze szarej strefy. Dbał o to, jak nikt inny. Wiedział, że jest czysty.
W międzyczasie inna kelnerka przyniosła mu część zamówionego jedzenia. Poinformowała też, że reszta jest w trakcie przygotowywania na świeżo, a sake zaraz doniesie ktoś inny. Pokiwał tylko głową na te informacje, po czym zerknął przelotnie na rozciągający się za oknem widok – deszcz wciąż siąpił, rozmywając światła miasta w miękkie, migoczące plamy, a przechodnie kryli się pod parasolami, przemykając wzdłuż ulicy w pośpiechu, jakby chcieli jak najszybciej znaleźć się gdziekolwiek indziej, byleby nie zmoknąć.
Jesteś tu pierwszy raz? A może miałeś już tę przyjemność wcześniej? – momentalnie całkowicie zmienił temat. Chciał nieco rozluźnić atmosferę. Doskonale wiedział, że to, co właśnie przekazał detektywowi, nie pomagało mu w żaden sposób. Bardzo cieszył się z takiego obrotu sytuacji. – Wracam tutaj często. Nie dlatego, że miejsce to dobrze wygląda na zdjęciach, którymi chwalimy się mniej zamożnym znajomym. Mają naprawdę dobrej jakości ryby, owoce morza i przede wszystkim alkohol.
Na stół przybyło sake z dwoma kieliszkami, a obsługa przygotowała im ciepłe, pięknie pachnące kwiatem wiśni ręczniczki do przetarcia rąk przed jedzeniem. Rozlał alkohol do naczyń, a następnie obmył swoje dłonie ruchem wyćwiczonym i pozbawionym pośpiechu, jak przy każdej innej codziennej czynności, którą wykonywał setki razy. Nie rozpoczął jednak uczty. Zaczekał, aż kelnerzy przyniosą całość zamówienia dla obu mężczyzn.
Nie planował nastawiać się negatywnie wobec detektywa. Wszystko zależało od tego, jak podejdzie do rozmowy z nim. Mogli ten czas spędzić w miłym towarzystwie, spożywając pyszny i sycący posiłek, nie wynosząc nic poza tym z tego spotkania, lub wprost przeciwnie – dyskusja szybko mogła przerodzić się w otwarty konflikt, który popsułby im cały wieczór. Wybór należał do Layo.
Gdzieś w tle restauracji ktoś roześmiał się głośno przy jednym ze stolików, a brzęk sztućców i cichy szum rozmów tworzyły kojącą, monotonną melodię typową dla dobrze prosperującego lokalu. Elijah zerknął jeszcze raz na swojego gościa, chwycił zaraz za kieliszek, uniósł go w geście toastu i czekał – cierpliwie, jak zawsze, obserwując, czy detektyw sięgnie po prowokację, czy wybierze dyplomację.

Layonell Stones

I buy all my guns from a guy called "T-Rex". He's a small arms dealer.

: czw wrz 17, 2026 6:56 pm
autor: Layonell Stones
Layonell tylko lekko się uśmiechnął i zajął miejsce.
- Prawda, ale kultura wymaga, aby przedstawić się swojemu rozmówcy, prawda? - Powiedział i wziął do ręki menu. Widział zachowanie mężczyzny, ale nie dziwił mu się. Oboje znali powód tego spotkanie, ale Layo nie miał zamiaru wyskakiwać z niczym, tak po prostu. To miała być tylko rozmowa na temat tego co się dowiedzieli nic więcej. Nie mógł powiedzieć czym dysponują lub czym wiedzą, bo mogłoby to zostać wykorzystane przeciwko policji i wszystko by po prostu poszło się jebać, może i to zbyt dosłowne, ale tak wygląda sytuacja. On nigdy nie owijał w bawełnę, bo to jest po prostu strata czasu. Może w pewnych sytuacjach powinien zamknąć swoją przystojną gębę, cóż. Trzeba mierzyć się z konsekwencjami tego co się mówi, ale nie należy do tych ludzi, którzy najpierw mówią, a potem myślą. Jest inteligentnym i mądrym człowiekiem, jak wiemy to nie zawsze idzie w parze, bo można być mądrym a nie inteligentnym. Bywają policjanci, którzy są po prostu debilami. Do niedawna pracował z takim, ale na szczęście już go nie ma.
Czy Layonell był w tym momencie sztywny? Nie. Czy zachowywał czujność? Oczywiście. Jego ciało również jeszcze dobrze nie odpoczęło. Po prostu jest zajechany i takie oto są skutki. Sam potrafił doskonale czytać ludzi, jest to bardzo przydatne w tej pracy. Najmniejsze gesty, niemal niewidzialne potrafią wiele powiedzieć o tym co się dzieje w głowie człowieka. Wiele osób o tym zapomina.
- Poproszę o Onomichi Ramen oraz dwie sztuki Uramaki i dwie Gunkan z kawiorem z łososia plus Mugi-cha, dziękuje - uśmiechnął się do kobiety, kiedy zamykał menu. Nie jest jakimś bucem, mama go dobrze wychowała.
- Chciałem porozmawiać, ponieważ jak dobrze wiesz, twoje nazwisko parę razy przewinęło się podczas naszej sprawy - powiedział patrząc na rozmówce. Doskonale wiedział z kim rozmawia, ale nie miał zamiaru dać się podejść. - Chciałem o to zapytać, bo może być tak, że ktoś próbuje ci zrobić negatywną reklamę, aby zaszkodzić swoim interesom - ja pierdole, jak mu to ciężko przeszło przez gardło. Wiele razy jego nazwisko się pojawiało w niektórych sprawach, ale jest cholernie ostrożny i nigdy nic na niego nie było, poza tym nie chciało się Stonesowi użerać z jego prawnikami.
- Na temat śledztwa nie mogę się wypowiadać, jak doskonale wiesz - powiedział zgodnie. Jego ton cały czas był przyjazny. Nie wysnuwał pod jego adresem żadnych oskarżeń, chciał porozmawiać. - Doskonale o tym wiem, w końcu się tym zajmuje i musze mieć na pewne rzeczy oko - Layo nie jest głupi, doskonale wie jak to wszystko sie odbywa. W końcu zajmuje sie bronią i ma wszystko na oku, a wszystko mocno legalne wcale nie musi takie być. Nie zawsze, nie ma co generalizować, bo nie każdy kto zajmuje sie bronią jest od razu przestępcą.
- Jestem tutaj dość częstym gościem, nie ma nigdzie w okolicy lepszej japońskiej restauracji. Maja to cudowne jedzenie i wysokiej jakości e składniki, a to co czasem ciężko - wbrew pozorom Layo nie pochodzi z biednej rodziny. Jego ojciec jest właścicielem wielkiej firmy, a mama zajmuje sie branżą beauty, więc wychowywał sie w bogatej rodzinie, na pewno miał lżej. Bywał w różnych miejscach, miedzy innymi takich jak ta restauracja czy inne na świecie.
Uśmiechnął sie.
- Ja podziękuję za alkohol, czeka mnie jeszcze praca - powiedział uprzejmie, ale tak naprawdę nie pił za często. Trochę ze względu na prace, ale też nie do końca. Nie jest abstynentem, co to to nie.
Elijah Nightingale