Strona 1 z 1

sunshine, you're here

: czw wrz 10, 2026 12:24 am
autor: Lucien Spencer
outfit

Był skołowany.
Nie wiedział tylko czy od alkoholu pulsującego w jego żyłach, najpewniej zamiast krwi, czy od bałaganu, który pozostawiła mu w głowie pewna ciemnowłosa.

Miał nie pić. Miał zostać w domu i rozkoszować się ciszą i niezmąconym spokojem, jakiego nie zaznał od ponad miesiąca. Wreszcie miał szansę na chwilę zwolnić i złapać oddech. Ale kiedy w piątek wieczorem wrócił do pustego mieszkania, cisza i spokój okazały się dla niego zbyt uciążliwe, bo mimowolnie przywoływały obrazy z zeszłego weekendu w Misano. A Lucien teraz nie chciał zajmować nimi swoich myśli.
Próbował nie dopuszczać do siebie żalu, jaki czaił się gdzieś w głębinach jego świadomości. Miał wrażenie, że znów bezsensownie pozwolił sobie na nadzieję. Dała mu ją obietnica spotkania w Toronto, gdy oboje wrócą do miasta. I odezwał się do Zoi w tej sprawie, kiedy tylko zyskał ku temu okazję. Niestety, nie dostał żadnej odpowiedzi zwrotnej.
Milczenie z jej strony wydało mu się dziwne, więc następnego dnia po kolejnych wiadomościach bez odpowiedzi postanowił odwiedzić ją w jej mieszkaniu, licząc na to, że ją spotka. Jednak jedyną osobą, jaką zastał na miejscu, był jej współlokator, który napomknął tylko, że wyjechała. Wtedy po raz kolejny naszła Spencera myśl, że… chyba znowu jej się narzucał.
To Ellie namówiła go na imprezę. Organizowała domówkę w willi rodziców, w jednej z najbardziej prestiżowych dzielnic miasta. Zarzekał się, że przyjechał tam tylko i wyłącznie dla świętego spokoju, ale gdy wręczyła mu kubek z piwem, wahał się tylko chwilę, zanim pociągnął pierwszy łyk.

Chodź, chodź, łyk, łyk, shot, shot, cyk, cyk.

Po trzech takich kubkach i ośmiu szotach tequili stracił rachubę. Rzadko można było go spotkać w takim stanie, dlatego znajomi wcale go nie oszczędzali. Przyjemny szum w głowie w połączeniu z basem muzyki puszczanej z konsoli znanego dja skutecznie zagłuszał jego myśli. Dał się porwać zabawie i po prostu odpuścił.
Nawet nie zarejestrował momentu, w którym zgubił swoje towarzystwo i zaczął rozmawiać z jakąś dziewczyną. Wystarczyła chwila, a już po chwili wylądował z nią na parkiecie. Długonoga brunetka w skąpym stroju wiła się przy nim w tańcu. W pewnej chwili odwróciła się do niego tyłem i zaczęła się ocierać o niego swoim zgrabnym tyłkiem, przylegając do niego całym ciałem i pozwalając mu wędrować po niej dłońmi.
Krążący w jego organizmie alkohol mieszał mu w głowie, sprawiając, że wraz z każdą kolejną chwilą w towarzystwie Cath, Cory, Chloe, czy jak się przedstawiła, zaczął odczuwać coraz większą potrzebę bliskości. I już, już, odwrócił ją ku sobie, żeby sięgnąć jej ust, ale wystarczyło, że przesunął spojrzeniem po jej twarzy, od oczu, aż po usta i… wiedział, że nie tego szukał.
Zaraz więc wylądował z kolejnym kubkiem piwa na kanapie i wdał się w rozmowę o niczym z grupką innych dziewczyn, ale na propozycję tańca podziękował, grzecznie zachęcając je do dalszej zabawy, bez niego.
Gdy w końcu na chwilę został sam, opadł na sofę z ciężkim westchnięciem i sięgnął po telefon. Nie powinien już czekać na wiadomość, ale brak jakiegokolwiek odzewu ze strony Zoi wywoływał w nim ukłucie żalu. Przez chwilę bił się z myślami, zanim zajrzał na jej profil, łamiąc swoją dzisiejszą zasadę, żeby nie sprawdzać, co u niej. Nie miała żadnych relacji, ale to nie przeszkodziło mu w przejrzeniu po raz enty wstawionych przez nią postów z kurami, selfie, czy ostatniego photobombu z Włoch, na co mimowolnie uśmiechnął się kącikiem ust.
Powrócił na górę jej profilu i jego wzrok padł na okienko wiadomości. Przygryzł wargę z wahaniem, bo przecież najwyraźniej nie tego chciała. Mimo to impulsywnie wyświetlił okno.
To, co zobaczył w zamian, sprawiło, że jego serce nagle przyspieszyło swoje obroty. Wystrzelił znienacka tułowiem do przodu, opierając przedramiona o kolana i jeszcze raz przeczytał wiadomość.

Lucien, zgubiłam telefon.
Odezwij się do mnie XXXXXXXXX


Nie potrafił powstrzymać szerokiego uśmiechu, który momentalnie rozświetlił jego twarz. Wcale jej się nie narzucał. Chciała nadal mieć z nim kontakt.
Borze zielony, co za ulga!
Zanim przemyślał sprawę, już wybrał połączenie i przyłożył telefon do ucha, z rosnącym podekscytowaniem słuchając kolejnych sygnałów. Kiedy w słuchawce odezwał się nieco niewyraźny głos, był zbyt zaaferowany tym telefonem, żeby zastanowić się, czy to nie było dość podejrzane.
Dobry wieczór, słoneczko moje najpiękniejsze — zaczął głębokim głosem, uśmiechając się do siebie wybitnie radośnie. — Już myślałem, że postanowiłaś mnie zghostować. Ale miałaś dobry argument, więc wybaczę Ci — oznajmił spokojnie, zadowolony ze swojej wspaniałomyślności. — Tylko proszę, nie rób mi tego więcej, dobrze? — przechylił głowę znacząco, czego jednak nie mogła przez telefon zobaczyć, więc pozostało jej jedynie wydedukować to po tonie.
Naprawdę nie był pewien, ile jeszcze był w stanie znieść tego dziwnego zawieszenia, w jakim się znajdował w kwestii ich relacji. Chcąc nie chcąc, jej nagłe zniknięcie pozostawiło po sobie pustkę, której nie potrafił załatać. A teraz ogromnie mu ulżyło, że nie wszystko między nimi było stracone.
No, chyba, że po hektolitrach alkoholu, które tego wieczoru wypił, wygłupi się na tyle, że Zoya nie będzie chciała go znać. Ale czy taka możliwość w ogóle w tej chwili do niego docierała? Bynajmniej.
Niepostrzeżenie kątem oka zauważył uśmiechające się w jego kierunku miłe dla oka nieznajome.
Zoyaaa — westchnął przeciągle i oparł wolną dłoń o swój policzek. — Ratuj mnie. Jestem na celowniku chyba wszystkich panien na tej imprezie — jęknął żałośnie i wykrzywił swoją twarz zbolały, a natknąwszy się na spojrzenia tych kobiet, odwrócił głowę w zupełnie inną stronę.
I cholera, tam też inne zerkały na niego z zaciekawieniem. Ostatecznie przesunął więc dłoń z policzka na swoje czoło i wbił twarz w podłogę, próbując ustabilizować trochę wirujący świat. Piwo, które przed chwilą skończył, chyba zaczynało wchodzić w niego ze zdwojoną mocą.


Zoykaaaa

sunshine, you're here

: czw wrz 10, 2026 3:45 pm
autor: Zoya Weasley
W półśnie nie rozpoznała od razu głosu Luciena. Jęknęła sennie do słuchawki, nijak nie reagując na to serdeczne powitanie, po czym przekręciła się z brzucha na plecy. Potem oderwała aparat od od ucha i zerknęła na ekran. Dochodziła pierwsza w nocy.
Lucien? — zgadła znienacka, usłyszawszy dalszą część wypowiedzi. Nagle poderwała się do siadu i choć w głosie Zoi nadal pobrzmiewała senność to była już całkiem przytomna. — Jesteś pijany? — zapytała gwałtownie. Nie dało się zignorować tych przeciąganych spółgłosek oraz wylewności z jaką mówił. W dodatku w tle słyszała głośną, choć przytłumioną muzykę idealną do jakiejś potupajki.
Mocno zdezorientowana wysunęła nogi spod kołdry i stanęła boso na podłodze. Właściwie nie spodziewała się, że się do niej odezwie. Kiedy wracała do domu z Cree, prawdopodobnie gdzieś po drodze wypadł jej telefon, więc odkąd napisała Lucienowi wiadomość, kilkukrotnie w ciągu dnia sprawdzała czy odczytał. Skoro jeszcze tego nie zrobił łudziła się, że m o ż e wpadła do spamu albo zginęła gdzieś pod lawiną innych powiadomień. Najpewniej powiadomień od fanów.
Z tego też względu Zoya napisała swój numer pod jego paroma zdjęciami, ale prawda była taka, że natychmiast zniknął on pod falą komentarzy z gratulacjami po ostatnim wyścigu. Niewiele mogła zrobić.
Miała wtedy wrażenie, że wszystko się na nią uwzięło i zgodnie z tym przeczuciem, niedługo po zgubieniu telefonu straciła również pracę. I to nie tak, że przez ten czas nie myślała o Lucienie. Ba, myślała o nim bardzo dużo. Nawet dwukrotnie spróbowała zastać go w apartamencie, jednak ostatecznie skończyły jej się możliwości, gdy okazało się, że była potrzebna na farmie.
Lucien, próbowałam się z tobą skontaktować. Naprawdę. Byłam nawet u ciebie w domu. Wrzuciłam ci też kartkę do skrzynki — powiedziała przejęta, jakby potrzebowała się usprawiedliwić, kiedy poprosił, aby więcej tego nie robiła.
Ale nie robiła czego? Nie milczała? Zoya nie miała pojęcia o tym, co przeżywał Lucien ani jak gorliwie na nią czekał. Nie wiedziała, że jego dzisiejszy wieczór był kwintesencją całego żalu i rozgoryczenia, które w sobie trzymał. W dodatku jej sąsiad wyjechał, więc nawet w porę nie dowiedziała się, że sama miała gościa. Mijali się.
W momencie, w którym tak przeciągnął jej imię, uniosła zdumiona brwi i przygryzła wewnętrzną stronę policzka. Brzmiał uroczo, choć zaczęła się niepokoić jego stanem. W dodatku nie wiedziała, gdzie był, co i z kim robił i chociaż, być może, nie powinno jej to interesować, to nie potrafiła powstrzymać narastającego zdenerwowania.
A potem drgnęła, słysząc, że miała go ratować, jednak już po chwili prychnęła odrobinę rozbawiona.
Och... Powinieneś się cieszyć, że masz takie powodzenie. Na pewno powinnam cię ratować? — pokusiła się o żart. Raczej nie potraktowała jego słów poważnie; raczej nie sądziła, aby rzeczywiście potrzebował pomocy skoro dotychczas musiał radzić sobie sam z potencjalnie nachalnymi damami. Mimo wszystko ciekawość zaczęła gryźć Zoyę od środka. Ciekawość i może nawet zazdrość, więc nerwowo przełknęła ślinę. — Jesteś na jakimś evencie? — To była pierwsza myśl, jaka przyszła jej do głowy. Uznała, że pewnie brał udział w imprezie o biznesowym charakterze, jednak osobliwy stan, w jakim z nią rozmawiał, budził pewne wątpliwości. — Czy w klubie? Dużo właściwie wypiłeś?
To, że Lucien budził zainteresowanie, wcale nie było dziwne. Był atrakcyjny, a do tego popularny i obrzydliwie bogaty o czym prawdopodobnie wiedzieli wszyscy. Niemniej miała nadzieję, że nie znajdował się w żadnym miejscu otwarcie publicznym, w którym mógłby narobić rabanu. Po tym, jak się wypowiadał, Zoya oczami wyobraźni widziała, jak poruszał się niestabilnym krokiem, dlatego tym bardziej liczyła na to, że jeśli sam Lucien nie do końca panował nad sobą, to przynajmniej w pobliżu znajdował się jego menedżer albo ktoś z zespołu.
Drugą kwestią był fakt, że gdzieś z tyłu głowy Zoi przemknął ich incydent sprzed paru tygodni. Nie posądzała go o puszczalstwo, choć przecież otwarcie przyznał, że wdawał się w ons; nie posądzała go nawet o to, że ze względu na ich znajomość mógłby ewentualnie się powstrzymać, ale nie mogła ukryć przed samą sobą, że ten temat nagle nieproszenie rozproszył się w jej myślach.

Lucuś

sunshine, you're here

: pt wrz 11, 2026 4:05 pm
autor: Lucien Spencer
Lucienowi nawet przez myśl nie przeszło, żeby przed wykonaniem połączenia sprawdzić, która jest godzina i wziąć pod uwagę fakt, że nie była to najlepsza pora na tego typu telefony. Właściwie, na rozmowy telefoniczne po pijaku nigdy nie był odpowiedni moment, a już tym bardziej nie po to, żeby zbłaźnić się przed dziewczyną.
Żył więc w błogiej nieświadomości, że jego stan pozostawiał sporo do życzenia, i uśmiechał się głupio do siebie, niezmiernie ciesząc się, że mógł usłyszeć j e j głos. Na jej pytanie zastanowił się chwilę. Był pijany? Czuł się bardzo przyzwoicie.
Hmmm… możliwe — przyznał szczerze, potakując sobie głową, jakby nie był co do tego w stu procentach przekonany, ale istotnie brał taką możliwość pod uwagę. — Jeszcze nie wiem, co na to moje auto, którym przyjechałem, bo miało ze mną wrócić, ale coś mi nie wyszło po drodze — zmrużył oczy, po czym słysząc własne słowa, parsknął śmiechem. Nie wyszło po drodze? Dobre sobie.
Nawet jeszcze nie zastanawiał się, jak wróci, ale to już nie było takie istotne. Grunt, że czuł się d o b r z e, a nawet l e p i e j, odkąd zrozumiał, że milczenie ze strony Zoi było tylko kolejnym głupim nieporozumieniem, które dało się naprawić.
Rzadko przeglądał powiadomienia na instagramie. Było ich tak dużo, zarówno od fanów, jak i hejterów, że nie miał czasu odpisywać wszystkim, woląc pozostawić sobie czysty umysł i skupić się na tym, co było ważniejsze. Nie miał więc pojęcia, że Zoya mimo wszystko usilnie starała się z nim skontaktować.
Taaak? — zdziwił się mocno, windując brwi do góry. — Jaka szkoda! Musiała się gdzieś zawieruszyć w reszcie poczty. A jak wyglądała? — zapytał zmartwiony i na dowód tego westchnął ciężko.
Nie znikaj, to miał na myśli, wyrażając swoją prośbę. Sądząc po ich nieoczywistej relacji, w jakiej w danej chwili tkwili, to było nie na miejscu i na trzeźwo Lucien w życiu nie postawiłby jej przed takimi okolicznościami, ale alkohol rozwiązywał mu język. Dotychczas opanowany i kontrolujący zwykle swoje emocje, wraz z coraz mocniej pulsującą w jego żyłach mieszanką piwa i tequili, stawał się coraz bardziej swobodny w tym, co robił i mówił.
To wcale nie jest zabawne — zaoponował nadal żałosnym tonem. — A co, jak któraś mnie porwie do swojej jamy i już nie wypuści? Albo okaże się modliszką? Na to już żadna umowa nie pomoże — zauważył całkiem poważnie, choć kąciki jego ust na koniec uniosły się szerzej. Był świadomy głupot, które wygadywał, ale jakoś nie miał nic przeciwko temu, żeby się przed nią wygłupiać. Nie miał pojęcia, z czego to wynikało, niemniej w jej towarzystwie czuł się dziwnie bezpiecznie. — Nie wiem, nie liczyłem. I chyba wolę nie wiedzieć. Pewnie dowiem się jutro, jak wstanę. O ile w ogóle wrócę do domu. Albo w ogóle wstanę — ściągnął brwi, bo tu, na tej kanapie, robiło mu się zbyt wygodnie. Jednocześnie w pomieszczeniu w jego subiektywnej ocenie powietrze stawało się coraz gęstsze. — Duszno mi — mruknął w słuchawkę, po czym podniósł spojrzenie do góry i świat mu lekko zawirował. Niemniej czuł, że potrzebował dostępu do świeżego powietrza.
Wstał z sofy i lekko się zatoczył, zanim ruszył przez korytarz, obijając się o ludzi. W międzyczasie przez przypadek popchnął kogoś z butelką piwa, które z trzaskiem rozbiło się o podłogę, na co rzucił tylko krótkie sorry.
Z tego wszystkiego całkowicie zapomniał odpowiedzieć na jej pytanie: gdzie był?
Czemu, do cholery, wszyscy stają mi na drodze? — warknął zirytowany, wciąż trzymając słuchawkę przy uchu, ale w jego głosie słychać było też zmęczenie.
Musiał przedostać się na zewnątrz.

Zoyaaa

sunshine, you're here

: sob wrz 12, 2026 1:37 am
autor: Zoya Weasley
Właściwie Zoya już była pewna, że Lucien był pijany. Nie potrzebowała nawet potwierdzenia, ale kiedy sam wyraził niepewność co do tego, czy rzeczywiście się n a p i e r d z i e l i ł czy nie, mimowolnie parsknęła rozbawiona.
Trochę żałowała, że nie mogła go zobaczyć; trochę zastanawiała się, jaki face to face po alkoholu. Owszem, pamiętała ich zbliżenie w alejce, jednak to nie było to samo. Wówczas niewiele rozmawiali, a podobno słowa pijanych są myślami trzeźwych, więc tym bardziej Zoyę ciekawiło, co miał jej do powiedzenia o tak późnej porze.
I czy w ogóle miał coś do powiedzenia, bo ona sama miała bardzo wiele. Począwszy od dziękuję, a skończywszy na pytaniu, które odkąd wróciła z Włoch planowała mu zadać.
Myślę, że twoje auto powinno zostać na parkingu, a ty powinieneś wrócić z kimś znajomym. Albo wezwać taksówkę, Lucien — stwierdziła bardzo szczerze i poważnie.
Wątpiła, aby będąc pod wpływem, wsiadł za kierownicę. Wątpiła też, aby zrobił to jako zawodowy kierowca, jednak postanowiła przypomnieć mu o zasadach, gdyby wraz z dalszym piciem jego neurony zamierzały przegrać walkę ze zdrowym rozsądkiem.
Słuchała dalej i coraz mocniej uświadamiała sobie, że Lucien nie był po prostu pijany. Był napruty w trzy dupy, a ona w tym momencie zaczęła się zastanawiać, co właściwie doprowadziło go do takiego stanu. Przecież zapowiadał, że rzadko sięgał po alkohol, a tymczasem...
Wstała z łóżka i wyszła z pokoju, aby w kuchni sięgnąć po butelkę wody z lodówki. Ustawiła telefon na głośnomówiący, choć wciąż na tyle cicho, aby nie obudzić albo ewentualnie nie przeszkodzić współlokatorowi, który jak podejrzewała, miał w swoim pokoju towarzystwo.
No była taka mała. Biała w błękitne linie i... — przerwała znienacka. Nerwowo upiła wodę, po czym oparła sie tyłkiem o blat i po prostu się zaśmiała. Co niby miało im dać opisywanie tej małej karteczki? Nie wiedziała, dlatego prędko odłożyła butelkę i znowu przyłożyła komórkę do ucha. — To już nieistotne — Znowu zrobiła krótka pauzę. — Cieszę się, że się odezwałeś, Lucien — dodała i chyba chciała zabrzmieć lekko, ale w jej głosie skryła się kolejna nuta zdenerwowania.
Temat jednak zboczył dalej i już po chwili Zoyę znów natchnął ten dziwny, frywolny humor. Aleee... rzeczywiście, żartowanie z domniemanego porwania i ewentualnych modliszkowych mutacji, o których Lucien wspomniał całkiem poważnie, nie było chyba najlepszym pomysłem. Pomimo tego nie mogła sobie przecież darować kolejnego rozbawionego prychnięcia, które szybko zdusiła zaciskając usta. Zaraz potem nabrała oddechu, aby choć w niewielkim stopniu udawać, że naprawdę rozumiała jego rozterki oraz obawy.
Myślę, że ten ktoś mógłby cię co najwyżej zagłaskać, Lucien. — Uśmiechnęła się, po czym, czując narastające zawstydzenie, wsunęła paznokieć między zęby. — Jesteś teraz całkiem uroczy, kiedy wygadujesz takie bzdury.
Zoya miała wrażenie, że pomimo tego, że wciąż powinni porozmawiać o sytuacji, która miała miejsce w Misano, obecnie ucinali sobie zupełnie swobodną pogawędkę. Fakt, Lucien był pod wpływem alkoholu, a ona dopiero co przebudziła się z głębokiego snu, ale było naprawdę m i ł o. Przede wszystkim miło było znowu go usłyszeć.
Nigdy wcześniej nie żartowali w taki sposób; nigdy wcześniej nie miała okazji poznać Luciena od tej bardziej wyzwolonej strony. Właściwie może to trochę egoistycznie, ale chciała ciągnąć to połączenie jak najdłużej.
Mhm — mruknęła, słysząc, że nie wiedział, ile wypił. Zoya wnioskowała, że musiało być tego całkiem sporo. Zaraz westchnęła, bo reszta wypowiedzi mężczyzny wcale jej się nie spodobała. Z ciężkim, trudnym do zrozumienia uczuciem spojrzała na sufit i spróbowała przetrawić to całe gadanie o powrocie do domu i wstawaniu. Nie do końca wzięła to na serio, jednak już po chwili drgnęła, kiedy wspomniał, że słabiej się poczuł.
Duszno ci? — powtórzyła frasobliwie i mimowolnie odbiła się biodrami od blatu. — Lucien?zawołała go zatroskana. W odpowiedzi usłyszała jedynie jakieś podejrzane szumy i szmery, a chwilę później w słuchawce rozległ się dźwięk tłuczonego szkła. Wtedy mocniej ścisnęła telefon i zaniepokojona zmarszczyła brwi, wpatrując się jednocześnie w jakiś martwy kąt kuchni. — Lucien! — powtórzyła i dalej nasłchiwała. Krótkie i obojętne sorry odbiło się w telefonie. — Odezwij sie do mnie, boo...

Bo co, Zoya?

Spencer rzeczywiście odezwał się w samą porę, jednak Zoya nie poczuła się ani trochę spokojniejsza. Z lekkiej rozmowy przeszli do momentu, w którym zupełnie nie wiedziała, co się z nim działo. Wydawał się zirytowany, a na domiar tego wybitnie zmęczony, chociaż raptem chwilę wcześniej emanował dziwną energią. Zdenerwowana pośpiesznie skierowała kroki w stronę swojej sypialni.
Jesteś w Toronto? — dopytała, zważywszy na to, że zignorował jej poprzednie pytanie o lokalizację. — Jesteś tam sam? — Całkiem intuicyjnie sięgnęła po legginsy i jedną ręką zaczęła wciągać je na nogi. Zaraz jednak przytrzymała telefon ramieniem, ab móc pomóc sobie drugą dłonią. — Słuchaj, Lucien, przyjadę do ciebie — zaproponowała.

Lucien Spencer