Get up. Dust off. Yell Fuck. Start again.
: sob wrz 12, 2026 12:33 pm
Here we fucking go again.
I mean good morning.
Starała się przez rok dostać do wydziału zabójstw w Toronto. To było marzenie jej narzeczonego, którego ciągnęło do większych miast. Pragnął adrenaliny. Spraw, o których nie śniłby żaden policjant w małej mieścinie, jaką było Banff. Zostawiła za sobą wszystko. Wszystkie miejsca, które atakowały umysł wspomnieniami. Ludzi, którzy dziennie z uśmiechem pytali ją o samopoczucie i przynosili domowe obiady, wiedząc, że tę strefę swojego życia mocno zaniedbywała. Odeszła, bez żadnego pożegnania. Pod osłoną nocy wrzuciła walizki do bagażnika, pozostawiając klucze na stole, tak jak to uzgodniła z właścicielem.
Zniknęła.
Zaczynała od nowa. Nowa szczoteczka do zębów. Nowe mieszkanie i miasto. Nowy start z dala od wszelkich pytań. Tutaj nikt jej nie znał. Nie słyszał o tragicznych historiach z jej życia. Czysta strona. Początek historii.
Obserwowała przez okno, jak pierwsze promienie słońca przebijały się przez mrok nocy. Odstawiła na blat pusty kubek po kawie i cicho westchnęła. Na podłodze leżały jeszcze nie otwarte bagaże. W szafie, na wieszaku był tylko mundur. Kwintesencja wszystkiego, co zostało jej w tym życiu. Praca była jedynym lekarstwem. W jej grafiku nie istniało już coś takiego, jak czas prywatny. Każda myśl, każda godzina jej życia krążyła wokół zabójstw.
Dziś był jej pierwszy dzień na komisariacie. Miała poznać osobę, która będzie najczęściej jej towarzyszyć przy wezwaniach, a przynajmniej tak miało być na samym początku. Trochę się tym stresowała. Chciała mieć pod kontrolą każdy aspekt tego spotkania i drażniło ją to, że wszystko było jedną wielką niewiadomą. Aaron miał być kimś na kształt partnera. Bliskiej osoby, której miała zaufać w każdej sytuacji. Takie relacje wypracowywało się latami. Zabili go. Powinnaś tam być. Nie mogła pozwolić ponownie, żeby ktoś stał się dla niej ważny. Priorytety. Liczyły się tylko wyniki. Ilość rozwiązanych spraw. Dodatkowa gęba miała być tylko niedogodnością. Potrzebowała tego wprowadzenia, a potem...
Była pierwsza. Zmiana nocna obserwowała jej wejście do budynku z lekkim szokiem na twarzy. Nikt przecież normalny nie pojawiał się, tak wcześnie. Nikt nie mył ekspresu przed użyciem. Żadna kobieta nie chodziła tutaj w wyprasowanym mundurze i włosach spiętych w ciasnego koka, z którego nie odstawał ani jeden włos. Druga kawa tego dnia. Paliwo, które napędzało ją do działania. Uzależnienie, na które sobie pozwalała.
Usiadła przy biurku i zaczęła przeglądać akta sprawy, którą przydzielono wczoraj jej i nie jakiemu Aaronowi, gdy podpisywała wszelkie formalności. Czekała na niego. A czas płynął nieubłaganie wolno. Miał godzinę. Miała nadzieję, że będzie wcześniej. Że poważnie traktował swoją pracę.
Aaron Blackwood
I mean good morning.
Starała się przez rok dostać do wydziału zabójstw w Toronto. To było marzenie jej narzeczonego, którego ciągnęło do większych miast. Pragnął adrenaliny. Spraw, o których nie śniłby żaden policjant w małej mieścinie, jaką było Banff. Zostawiła za sobą wszystko. Wszystkie miejsca, które atakowały umysł wspomnieniami. Ludzi, którzy dziennie z uśmiechem pytali ją o samopoczucie i przynosili domowe obiady, wiedząc, że tę strefę swojego życia mocno zaniedbywała. Odeszła, bez żadnego pożegnania. Pod osłoną nocy wrzuciła walizki do bagażnika, pozostawiając klucze na stole, tak jak to uzgodniła z właścicielem.
Zniknęła.
Zaczynała od nowa. Nowa szczoteczka do zębów. Nowe mieszkanie i miasto. Nowy start z dala od wszelkich pytań. Tutaj nikt jej nie znał. Nie słyszał o tragicznych historiach z jej życia. Czysta strona. Początek historii.
Obserwowała przez okno, jak pierwsze promienie słońca przebijały się przez mrok nocy. Odstawiła na blat pusty kubek po kawie i cicho westchnęła. Na podłodze leżały jeszcze nie otwarte bagaże. W szafie, na wieszaku był tylko mundur. Kwintesencja wszystkiego, co zostało jej w tym życiu. Praca była jedynym lekarstwem. W jej grafiku nie istniało już coś takiego, jak czas prywatny. Każda myśl, każda godzina jej życia krążyła wokół zabójstw.
Dziś był jej pierwszy dzień na komisariacie. Miała poznać osobę, która będzie najczęściej jej towarzyszyć przy wezwaniach, a przynajmniej tak miało być na samym początku. Trochę się tym stresowała. Chciała mieć pod kontrolą każdy aspekt tego spotkania i drażniło ją to, że wszystko było jedną wielką niewiadomą. Aaron miał być kimś na kształt partnera. Bliskiej osoby, której miała zaufać w każdej sytuacji. Takie relacje wypracowywało się latami. Zabili go. Powinnaś tam być. Nie mogła pozwolić ponownie, żeby ktoś stał się dla niej ważny. Priorytety. Liczyły się tylko wyniki. Ilość rozwiązanych spraw. Dodatkowa gęba miała być tylko niedogodnością. Potrzebowała tego wprowadzenia, a potem...
Była pierwsza. Zmiana nocna obserwowała jej wejście do budynku z lekkim szokiem na twarzy. Nikt przecież normalny nie pojawiał się, tak wcześnie. Nikt nie mył ekspresu przed użyciem. Żadna kobieta nie chodziła tutaj w wyprasowanym mundurze i włosach spiętych w ciasnego koka, z którego nie odstawał ani jeden włos. Druga kawa tego dnia. Paliwo, które napędzało ją do działania. Uzależnienie, na które sobie pozwalała.
Usiadła przy biurku i zaczęła przeglądać akta sprawy, którą przydzielono wczoraj jej i nie jakiemu Aaronowi, gdy podpisywała wszelkie formalności. Czekała na niego. A czas płynął nieubłaganie wolno. Miał godzinę. Miała nadzieję, że będzie wcześniej. Że poważnie traktował swoją pracę.
Aaron Blackwood