You Can’t Outrun the Past
: ndz wrz 13, 2026 5:20 pm
Wracała z pracy pieszo. Ostatnio wpadła na genialny pomysł, żeby brać na siebie zdecydowanie za dużo. Przyjmowała i wciskała w kalendarz każdą klientkę, która tylko poprosiła, która użyła tego magicznego bo mi tak bardzo zależy, przez co od tygodnia siedziała w salonie od piątej trzydzieści do dwudziestej drugiej minimum. Sama czuła, że przesadzała. Organizm niejednokrotnie błagał ją wręcz o odrobinę rozsądku, ale Norweżka zdawała się być głucha na wszystkie te mniej lub bardziej subtelne sygnały.
Co z tego, że dzień wcześniej prawie zasnęła za kierownicą? Rozwiązaniem tego problemu, jak się okazało, wcale nie było wyspanie się, a… zrezygnowanie z samochodu i powrót do domu spacerkiem. Oczywiście mogła pomyśleć o Uberze bądź komunikacji miejskiej, ale istniało ryzyko, że zaśnie również tam, lądując na jakimś końcowym przystanku, o którego istnieniu wcześniej nie miała pojęcia. Ewentualnie, w mniej optymistycznej wersji, obudzi się już gdzieś w lesie, przykryta liśćmi i zakopana pod płaczącą wierzbą.
Dlatego uznała, że spacer będzie zdecydowanie najbezpieczniejszą opcją.
Przynajmniej tak długo, jak długo nogi pamiętały, dokąd właściwie miały ją zanieść. Buła również opcja w postaci poproszenia Dantego, żeby po nią przyjechał — w końcu samochód został na podjeździe, a kluczyki na stoliku w salonie — ale wspaniałomyślnie uznała, że nie chce zawracać mu głowy, więc przystała przy pierwotnym planie zakładającym spokojny powrót pieszo. Nawet deszcz, który wbrew zapewnieniem prognozy pogody o pięknym, bezchmurnym wieczorze, zaczął delikatnie mrzeć z nieba, nie sprawił, że zmieniła zdanie.
A była naprawdę wykończona. Fizycznie, psychicznie… bo przecież znikąd w jej życiu musiał pojawić się jej licealny koszmar. Wstawiła tylko zdjęcie. Wydawało jej się, że całkiem dobrze na nim wyszła, w końcu od dawna słyszała, że miała naprawdę śliczny uśmiech i może — trochę nieskromnie — liczyła, że właśnie tego typu komentarze zobaczy pod tą fotką, ale nie. Musiał pojawić się on. I kiedy myślała, że wreszcie udało jej się go odpowiednio zgasić… odkopał jej numer telefonu. I choć w końcu przestał pisać, to ręce trzęsły jej się cały wieczór. Wróciły wspomnienia ze szkolnych lat, to całe psychiczne znęcanie, o którym nikomu nigdy nic nie powiedziała, twierdząc, że przecież świetnie sobie poradzi z tym sama. Dlatego ani Dante, ani jej tata nie mieli bladego pojęcia przez co przechodziła niemal przez całe liceum.
Ale te czasy już dawno minęły. Dlaczego więc… dlaczego więc znów się pojawił? I dlaczego znów to ona stała się jego celem do mało przyjemnych zabaw?
Migająca pomarańczowa dłoń pojawiła się na sygnalizatorze, ale licznik pokazywał pięć sekund do pojawienia się jej stałego odpowiednika. Nim jednak Elsa dotarła do przejścia, wspomniana dłoń zamieniła się w swój stały odpowiednik, a przez zbierający na siłę deszcz, który skutecznie rozmazywał dziewczynie widoczność, dziewczyna nie dostrzegła tej zmiany, wchodząc pewnie na przejście.
Pisk opon, oślepiające światło reflektorów motoru…
Serce podskoczyło jej do gardła, a ciało zareagowało szybciej niż myśli. Gwałtownie odskoczyła w bok, próbując zejść z toru jazdy, podczas gdy kierowca chyba dosyć instynktownie nacisnął hamulec. Maszyna zatrzymała się niedaleko niej, dosłownie kilkadziesiąt centymetrów, a drżące ze strachu nogi odmówiły posłuszeństwa — upadła na kolana. Opuściła swoją fioletową głowę i wzięła kilka głębokich, szybkich oddechów.
Chyba żyła.
Jeszcze… żyła.
levi shelby
Co z tego, że dzień wcześniej prawie zasnęła za kierownicą? Rozwiązaniem tego problemu, jak się okazało, wcale nie było wyspanie się, a… zrezygnowanie z samochodu i powrót do domu spacerkiem. Oczywiście mogła pomyśleć o Uberze bądź komunikacji miejskiej, ale istniało ryzyko, że zaśnie również tam, lądując na jakimś końcowym przystanku, o którego istnieniu wcześniej nie miała pojęcia. Ewentualnie, w mniej optymistycznej wersji, obudzi się już gdzieś w lesie, przykryta liśćmi i zakopana pod płaczącą wierzbą.
Dlatego uznała, że spacer będzie zdecydowanie najbezpieczniejszą opcją.
Przynajmniej tak długo, jak długo nogi pamiętały, dokąd właściwie miały ją zanieść. Buła również opcja w postaci poproszenia Dantego, żeby po nią przyjechał — w końcu samochód został na podjeździe, a kluczyki na stoliku w salonie — ale wspaniałomyślnie uznała, że nie chce zawracać mu głowy, więc przystała przy pierwotnym planie zakładającym spokojny powrót pieszo. Nawet deszcz, który wbrew zapewnieniem prognozy pogody o pięknym, bezchmurnym wieczorze, zaczął delikatnie mrzeć z nieba, nie sprawił, że zmieniła zdanie.
A była naprawdę wykończona. Fizycznie, psychicznie… bo przecież znikąd w jej życiu musiał pojawić się jej licealny koszmar. Wstawiła tylko zdjęcie. Wydawało jej się, że całkiem dobrze na nim wyszła, w końcu od dawna słyszała, że miała naprawdę śliczny uśmiech i może — trochę nieskromnie — liczyła, że właśnie tego typu komentarze zobaczy pod tą fotką, ale nie. Musiał pojawić się on. I kiedy myślała, że wreszcie udało jej się go odpowiednio zgasić… odkopał jej numer telefonu. I choć w końcu przestał pisać, to ręce trzęsły jej się cały wieczór. Wróciły wspomnienia ze szkolnych lat, to całe psychiczne znęcanie, o którym nikomu nigdy nic nie powiedziała, twierdząc, że przecież świetnie sobie poradzi z tym sama. Dlatego ani Dante, ani jej tata nie mieli bladego pojęcia przez co przechodziła niemal przez całe liceum.
Ale te czasy już dawno minęły. Dlaczego więc… dlaczego więc znów się pojawił? I dlaczego znów to ona stała się jego celem do mało przyjemnych zabaw?
Migająca pomarańczowa dłoń pojawiła się na sygnalizatorze, ale licznik pokazywał pięć sekund do pojawienia się jej stałego odpowiednika. Nim jednak Elsa dotarła do przejścia, wspomniana dłoń zamieniła się w swój stały odpowiednik, a przez zbierający na siłę deszcz, który skutecznie rozmazywał dziewczynie widoczność, dziewczyna nie dostrzegła tej zmiany, wchodząc pewnie na przejście.
Pisk opon, oślepiające światło reflektorów motoru…
Serce podskoczyło jej do gardła, a ciało zareagowało szybciej niż myśli. Gwałtownie odskoczyła w bok, próbując zejść z toru jazdy, podczas gdy kierowca chyba dosyć instynktownie nacisnął hamulec. Maszyna zatrzymała się niedaleko niej, dosłownie kilkadziesiąt centymetrów, a drżące ze strachu nogi odmówiły posłuszeństwa — upadła na kolana. Opuściła swoją fioletową głowę i wzięła kilka głębokich, szybkich oddechów.
Chyba żyła.
Jeszcze… żyła.
levi shelby