through ups and downs, through smiles and pouts
: pn wrz 14, 2026 10:05 pm
001
through smiles and pouts
{outfit}
Z jednej strony początek roku akademickiego przynosi pewną ulgę – znów żongluje wszystkimi związanymi z doktoratem aktywnościami, by zmieścić je w ograniczonym czasie, znów może uczyć i prowadzić ciekawe dyskusje ze studentami, znów jej dzień wypełniony jest po brzegi wszystkim tym, co sprawia jej przyjemność – z drugiej jednak, tym razem na uczelni czuje się dość niekomfortowo. Spojrzenia innych pracowników uniwersytetu i rozmowy prowadzone szeptem, przerywane nagle, ilekroć pojawi się w pobliżu wprawiają ją w dość spory dyskomfort. Naiwna wiara w to, że jej sprawa ucichnie po wakacjach, wydaje jej się już kompletnie nie miejscu. Naprawdę chce zakończyć już ten rozdział, zapomnieć o Irvingu i koszmarze, który rozegrał się w poprzednim roku akademickim, ale wścibskie spojrzenia i przekazywane sobie plotki, skutecznie jej w tym przeszkadzają.
W takich momentach żałuje, że to nie ona jest tą, która opuściła University of Toronto. Nie da się ukryć, że postąpiła słusznie, gdy składała na Irvinga oficjalną skargę popartą świadectwami jego innych studentek czy doktorantek, ale teraz gdy mierzy się z wszystkimi niespodziewanymi (choć może powinna móc je przewidzieć, gdyby pozbyła się tego irytująco idealistycznego sposobu myślenia i spojrzała na to wszystko bardziej realistycznie) konsekwencjami, przede wszystkim ma ochotę uciec. Zresztą to właśnie robi – chowa się po kątach, jada lunche w odosobnieniu, trzyma głowę skierowaną w dół, z laboratorium korzysta przede wszystkimi wieczorami, gdy nikogo lub prawie nikogo w nim nie ma. To jednak nie jest wystarczające. Marzy jej się świeży start. Obawia się jednak, że gdziekolwiek w Kanadzie (a może i nawet gdziekolwiek indziej) by nie wylądowała, jej dawny profesor jest tak znaną postacią w środowisku neurobiologicznym, że informacje o niej i tak ostatecznie przeniknęłyby do innej uczelni. Jedyne, co by się zmieniło to miasto (a przecież uwielbia Toronto!) i nic więcej. Ostatecznie więc nie pozostaje jej nic innego, jak po prostu skupić się na pracy i przetrwać to jakoś.
I właśnie to robi – siedzi w laboratorium i sprawdza wyniki badań, starannie notując swoje wnioski i komentarze w zeszycie, kiedy słyszy pukanie do drzwi, zza których za chwilę wyłania się znajoma twarz.
– Bowie? Co ty tu robisz? – pyta i nagle rozgląda się po pomieszczeniu, jak gdyby nie była pewna, czy jest w nim sama. Wcale by się nie zdziwiła, gdyby było inaczej – często zdarza jej się przecież, że skupi się na pracy tak bardzo, że wszystko co poza nią zdaje się nie istnieć. Z łatwością przeoczyłaby pojawienie się innej osoby. – Masz szczęście, że nikogo tu nie ma. I tak wystarczająco mnie już nienawidzą – rzuca, niby się krzywiąc, choć cieszy ją jego obecność. Nawet jeśli nawet nie podnosi się z miejsca, by przywitać się jakimkolwiek objęciem, całusem w policzek czy czymkolwiek, musi przecież zakończyć myśl na wpół zapisaną, zanim kompletnie wypadnie jej z głowy.
Bowie Vance