Strona 1 z 1

This paranoia won’t leave my head, and you’re not helping at all

: wt wrz 15, 2026 12:03 am
autor: Olivia Calvert
To zdecydowanie nie był dobry dzień. Niemal od początku czuła się dziwnie przytłoczona psychicznie przez ostatnie wydarzenia, które miały miejsce w jej życiu - od tego cholernego sąsiada, który machał jej bronią przed twarzą, by później wparować do jej mieszkania jak gdyby nigdy nic, poprzez stalkera, który nie dawał jej spokoju nadal atakując swoją obecnością, chociaż nigdy tak naprawdę nie było go blisko niej, a kończąc na sekcji zwłok dziesięcioletniego chłopca, którego znaleziono w opuszczonym pustostanie. Chociaż wiele razy zdarzało jej się przeprowadzać sekcję tak młodych osób, zawsze zostawiało to piętno na jej psychice. Bezsensowna śmierć dziecka uderzała, zwłaszcza, kiedy człowiek i tak był emocjonalnie rozstrojony, nie potrafiąc nad sobą zapanować.
Być może właśnie to sprawiło, że Olivia irracjonalnie uznała, że fantastycznym pomysłem będzie wrócenie do domu na piechotę. Jej samochód był aktualnie w naprawie, a komunikacja miejsca o tak późnej godzinie potrafiła być zdradliwa. Czekanie na taksówkę zajęłoby więcej czasu, niż przejście niewielkiego dystansu dzielącego jej od miejsca pracy do mieszkania. Dodatkowo potrzebowała przestrzeni, w której mogłaby pomyśleć, a jej własny dom zdawał się być na to za ciasny, chociaż nikt nigdy nie okresliłby tego apartamentu małym. Dławiła się tam po incydencie, który miał miejsce kilkanaście tygodni temu - odkrycie w barku drogiej butelki alkoholu, którzy nie należał do niej i nigdy nie został jej podarowany sprawiło, że nawet tam nie czuła się już bezpiecznie. Jaka więc była różnica, czy narażała się tutaj, czy tam?
Westchnęła, poprawiając torbę przewieszoną przez ramię; nigdy nie lubiła tych trzymanych w dłoni, uważała, że są niepraktyczne i aż prosiły się o to, by zostać wyrwanymi przez ulicznych złodziejaszków. Z taką, którą miała teraz, było znacznie więcej zachodu, bo niepostrzeżenie nie dało się tego zrobić. Czy to nie zabawne, że w takim momencie, kiedy miasto tonęło w półmroku, niemal w ciszy, która była tu abstrakcją, Calvert rozmyślała właśnie o tak prozaicznych rzeczach, jak rodzaje toreb oraz ich wady i zalety. Chyba serio traciła zmysły, ewentualnie szare komórki, upodabniając się do niektórych swoich koleżanek potrafiących rozprawiać jedynie o makijażu, zakupach oraz randkowaniu.
Niespodziewanie, tuż po tym jak znalazła się w bardziej odosobnionym miejscu, w połowie drogi do mieszkania, usłyszała za sobą dźwięk, którego nie dało się pomylić z niczym innym - kroki. Odbijały się cichym echem od ścian budynku sprawiając, że momentalnie przez jej ciało przeszedł dreszcz. Wstrzymała oddech, zwalniając, chcą sprawdzić, czy jej się nie przesłyszało. Kroki jednak się powtórzymy, zmuszając ją do zmiany podejście - musiała przyspieszyć. Długo walczyła ze sobą, by się nie obrócić jednak ciekawość zwyciężyła, zresztą chciała też sprawdzić dzielący ją dystans. Niewielki obrót pozwolił jej dostrzec samotną postać, skrytą niemal w całości w czerni, która leniwie podążała za nią. Może to nic takiego? Może to wcale nie był ten, który swoim jestestwem mieszał jej w zmysłach?
Opanuj się, kobieto. To zapewne zwykły spacerowicz.
O północy.
W takim miejscu.
Cały na czarno.
Zdecydowanie jej to wszystko nie pomogło. Zacisnęła mocniej dłoń na pasku torby, starając się ogarnąć i zwalczając silną ochotę na puszczenie się biegiem przed siebie.

Jude Iverson

This paranoia won’t leave my head, and you’re not helping at all

: czw wrz 17, 2026 8:28 pm
autor: Jude Iverson
14.

Noc była wyraźnie głodna. Przyglądał się wnętrzu miasta które odbijało się bez przerwy w jej zwierciadle, czarnej mazi budynków, błyszczącym lampionom świateł które ze wszystkich stron, niemal z gestem czułości, zaczynał spowijać mrok. Ulice stały się puste jak wylinki, jak środek grubych kokonów skąd dawno wypełzła forma i wzniosła się w stronę nieba. Ulice stały się puste, nie było żywego ducha, nie było już nic żywego. Nawet on…? On. Tylko on. Znów samotny. Pomyślał przez krótki moment dlaczego wciąż tutaj był. Dlaczego ciągle się błąkał, wystawiony samotnie niczym podatny cel. Przygryzał wnętrze policzka nie będąc w stanie odszukać odpowiedzi. Może dlatego że bardzo niewiele rzeczy dziejących się w jego życiu miało naprawdę sens. Wszystkie jego relacje były niezwykle krótkie. Sam zresztą siebie do tego doprowadził, dlaczego więc się zamartwiał? Westchnął, zniecierpliwiony. Martwił go fakt, jak wiele wydarzyło się w ostatnich tygodniach i martwił go również wniosek, że nie czuł, nie czuł potwornie nic, żadnej iskry obawy. Martwił się tym, że wszystko przechodziło gdzieś obok, wznowa choroby jego matki, romans z osobą z pracy gdzie obiecywał sobie, by tego dłużej nie powtarzać i nawet tamte wszystkie bezsensowne relacje nawiązywane po różnych aplikacjach. Widok pacjenta gdy stwierdzał ostatni zgon. Po raz pierwszy od dawna zaczął z uporem pytać samego siebie d l a c z e g o . Zaczynał pytać, gdzie tkwił aktualny sens. Możliwe że nie był w stanie już nigdy go odnaleźć. Próbował teraz ochłonąć, przyspieszył, idąc dalej przed siebie, słysząc rytm własnych kroków dudniących o grzbiet chodnika. Powietrze stało się ostre i nastroszone chłodem, osadzając się równo w jego płucach. Wiedział, że należało skierować się do domu. Był sfrustrowany sobą, że bawił się w identyczne rozmyślania i trwonił wyłącznie czas. Należało żyć dalej, nadal w podobny sposób, bo w jaki inny, bo w jaki powinien żyć? Drgnął, widząc postać, która zaczynała majaczyć obecnie przed jego wzrokiem. Zauważył jedynie po obrysie, że musiała najpewniej należeć do kobiety. Zatrzymała się, a on doskonale zrozumiał, że znajdował się aktualnie w dosyć niezręcznym położeniu. Idąc do przodu, mógł tylko stać się oprawcą, a zawracając mógł wyłącznie ją utwierdzić. Nie chciał w końcu tłumaczyć się w żaden sposób przed służbami. Nie chciał zrobić jej (?) krzywdy.
- Czy mam przejść na drugą stronę, żebyś poczuła się swobodniej? - zapytał głośno, na tyle, by była w stanie go usłyszeć. Jego głos zakołysał się, uderzając echem pomiędzy elementami otoczenia. - …powiedzieć, że wolę mężczyzn? - przechylił głowę; obrócił wszystko w ponury, rzucony pospiesznie żart, wykrzywiając swoje wargi w kwaśny uśmiech. Dopiero później zrozumiał, co tak naprawdę miało miejsce i kogo naprawdę spotkał. Ruszył, podchodząc do niej, tak jakby otrzymał na to momentalne przyzwolenie. Nie wiedział, czy powinien żałować poprzednich słów jakimi szczodrze ją obdarzył, żartu, który mogłaby odebrać zbyt dosłownie. Czy grało to jednak rolę w tym przypadku? Nie mogło to mieć znaczenia. Nie powinno.
- Olivia - powiedział w końcu jej imię, skracając dystans do stopnia, w którym stał się dogodny. Pamiętał. Jak mógłby o niej zapomnieć? - Wystarczy już, że z nas dwoje to ja podjąłem złą decyzję - wypomniał jej ostatecznie. Nie powinna poruszać się samotnie o tej porze po Toronto. Co sprawiło, że znajdowała się teraz poza domem?


Olivia Calvert

This paranoia won’t leave my head, and you’re not helping at all

: sob wrz 19, 2026 4:28 pm
autor: Olivia Calvert
Momentami nie rozumiała sama siebie. Miała wrażenie, że igra z losem jeszcze bardziej, niż do tej pory, jakby gdzieś podświadomie uważała, że jest nietykalna i tego przeświadczenia nie pozbawiły jej wydarzenie ostatnich tygodni, kiedy musiała zmagać się z jakimś psycholem, który utrudniał jej życie. Znalazła się do tej pory w wielu sytuacjach, w których zostało ono postawione na szali, a mimo tego nadal uparcie pchała się do przekraczania granic, sprawdzając co się poza nimi znajduje, zupełnie, jakby była od tego uzależniona. Może o to chodziło? Potrzebowała w swojej martwej (dosłownie) codzienności oznak, że jednak żyła i nie stawała się taka jak pacjenci, którzy lądowali na jej stole. Potrzebowała czuć, że mimo wszystko ma kontrolę i może w każdym momencie przerwać ciąg wydarzeń, który doprowadzał jej psychikę do wytrzymałości. Jak teraz, kiedy idąc przed siebie słuchała echa kroków osoby podążającej za nią. Serce biło jej niemiłosiernie szybko, niemal zagłuszając dźwięki, które wydawały jej buty dotykające chodnika. Czuła strach, który z wolna zaczął opanowywać komórka po komórce, rozprzestrzeniając się po jej drobnym ciele.
Sama była sobie winna.
Zacisnęła dłoń mocniej na pasku torebki jakby to miało jej w czymkolwiek pomóc. Znowu to robiła; znowu nie pomyślała o konsekwencjach, chociaż wiedziała, że teraz żadne miejsce nie było dla niej bezpieczne. Była zwyczajnie głupia, olewając zdrowy rozsądek. Wypuściła cicho powietrze, jakby nie chcąc wydawać z siebie kolejnych niepożądanych dźwięków i walczyła z chęcią odwrócenia się, by spojrzeć w twarz osobie, która była jej prześladowcą. Musiała stąd odejść jak najszybciej nie wystawiając losu na dalsze próby. Trzeba było wezwać tego Ubera. Kosztował z pewnością mniej, niż zszargane nerwy.
Nagle doleciał do jej uszu dźwięk, który idealnie złączył się z cichym mimowolnym krzykiem, który opuścił jej gardło. Nie planowała tego, ale odruch był zdecydowanie silniejszy. Jej umysł zaczął opacznie rozumieć słowa, które do niej doleciały. Brzmiały zdecydowanie przerażająco, jak zapowiedź kolejnej sceny z horroru, w którym ofiara dostała złudne poczucie bezpieczeństwa, chociaż było w nim coś znajomego.
Naprawdę zaczynała wariować.
Utwierdziła się w tym w momencie, kiedy postać zbliżyła się do niej dostatecznie blisko by mogła czuć jej obecność. W akcje chęci ratowania swojego życia, ostatniej rozpaczliwej próbie, zamachnęla się torbą spoczywającą na jej ramieniu, omal nie trafiając w głowę osoby, która tak śmiertelnie ją wystraszyła. I w tym momencie dostrzegła dobrze sobie znaną, przystojną twarz o oczach, które mogły przerażać, jeśli nie znało się osoby, do której należały.
-Na litość wszystkiego, Jude! Zwariowałeś?! Najpierw zostajesz wybawicielem, później omal oprawcą - wyrwało jej się z gardła znacznie głośniej, być może znacznie bardziej agresywnie. Omal nie dostała przez niego zawału. - Nie ciebie spodziewałam się tu zobaczyć, chociaż nie ukrywam, że jesteś znacznie przyjemniejszym widokiem - dodała, kiedy serce z wolna zaczeło się uspokajać. Opuściła torbę, która teraz niewinnie wisiała u jej boku. - Wygląda na to, że złe decyzje są domeną nas obojga. Jaką ty ostatnio złą podjąłeś? - westchnęła, przeczerując dłonią włosy pozwalając, by rozsypały się gęstym pióropuszem wokół głowy.

Jude Iverson

This paranoia won’t leave my head, and you’re not helping at all

: ndz wrz 20, 2026 11:27 pm
autor: Jude Iverson
Napięcie zdążyło opaść - stres pulsujący pod skórą rozluźnił się niczym lina, puszczając obecnie każdy z obolałych fragmentów jego świadomości. Wszystko się wyjaśniło, przynajmniej w samym, rzuconym tylko pośpiesznie założeniu, bo emocje, cały stos tych emocji, które teraz odczuwał, zmienił jedynie swoje źródło i gatunek. Ze zwykłej prostej obawy była obawa o nią, z niepewności powstała równie szybko niepewność związana z jej towarzystwem, nie było w nim żadnej ulgi, był tylko inny, dosadny ucisk pod mostkiem szarpiący krzywiznami żołądka. Nie lubił tego odczucia, nie lubił czuć się niepewny, nie lubił tego, jak aktualna sytuacja zaczynała narzucać mu niezręczność. Co rzeczywiście powinien był jej powiedzieć? Był hipokrytą, uznając, że nie ma prawa wychodzić o tej porze na zewnątrz. Czy mógłby się jej zapytać co pchnęło ją w te alejki, gdzie była w stanie usłyszeć jedynie własne kroki i oddech jaki rytmicznie osuwał się ciepłem po jej twarzy? Nie mogło go to obchodzić. Nie powinno. Rozdrażnił się samym sobą, czując, że nie był w stanie być na to obojętny. Nie chodziło już nawet o tamto spotkanie w barze i nie chodziło też o to, że uczęszczali do tego samego miejsca pracy. …więc o co, do cholery, miało mu teraz chodzić?
- Zgodziłem się zamienić dyżurem - odparł jej po namyśle, kładąc z zastanowieniem dłoń na karku. Rozmasował przez chwilę swoje mięśnie napięte dookoła kręgosłupa. Nie był w stanie już dłużej się uśmiechnąć, na jego wargach zadrgała przez krótki moment atrapa, ponura i nieprzyjemna. Nie widział dalej powodów do radości poza samym spotkaniem, które mogło się skończyć dużo mniej szczęśliwie. Popełnił tak naprawdę wiele błędów ale żadnego z nich nie zamierzał obecnie wypowiadać. Sumienie, które posiadał, było od dawna w strzępkach, sycząc przede wszystkim na temat ostatniego romansu z inną osobą z którą miał później mijać się w szpitalu. W przypadku choroby matki wiedział że znajdowała się pod opieką właściwych specjalistów. On sam był z kolei nieznośnie nieprzewidywalny.
- Przestaję myśleć, że wyjście o tej godzinie było błędem - sprostował - skoro trafiłaś na mnie zamiast na jakiegoś kieszonkowca - zawiesił tutaj ton głosu, spuszczając na moment wzrok - albo gorzej - dodał ciszej, świadomy, że utrata torebki była rzeczywiście czymś niewielkim w obliczu krzywdy jaką był w stanie ktoś wyrządzić. Oboje wiedzieli jak wiele nieszczęść spotykało innych ludzi. Nie musieli na ten temat nic mówić, widując to bezustannie podczas swoich codziennych obowiązków. Stał tak przez chwilę i milczał, ze świadomością, że cisza drażni mu usta i wbija się w jego gardło. Milczenie tym wyjątkowym razem stawało się uciążliwe.
Nie wytrzymał i musiał ją zapytać:
- Dlaczego nie jesteś w domu?


Olivia Calvert

This paranoia won’t leave my head, and you’re not helping at all

: pt wrz 25, 2026 10:10 am
autor: Olivia Calvert
Jej oddech powoli stawał się miarowy, a bicie serca wróciło do normalnego rytmu, nie obijając się już boleśnie o klatkę piersiową. Fakt, że osobą którą wcześniej wzięła za swojego stalkera okazał się być Jude z jakiegoś powodu ją uspokoił. Mogłaby obawiać się naprawdę wielu ludzi, ale po ostatnim spotkaniu, na którym padło tak wiele słów, z czego żadne nie zawierało podtekstu, czuła względem niego znacznie większą sympatię, która dawała dziwne poczucie bezpieczeństwa. Z jego strony nic jej nie groziło; przynajmniej nic, czego by nie chciała. Nie patrzył na nią lubieżnie, nie dostrzegał obiektu, którym chociaż na chwilę można by wypełnić pustkę po drugiej stronie łóżka. Była dla niego neutralna - tak siebie widziała w jego własnych oczach. I chociaż nie łączyło ich nic szczególnego, znalazł się przy niej, po raz drugi wybawiając z sytuacji, z którą sobie nie radziła, a za którą była odpowiedzialna, bezmyślnie kusząc los. o to chodziło? Potrzebowała tego dreszczyku i ostatecznie bohatera, który magicznie pojawi się obok? Jak wiele jeszcze razy to właśnie Iverson będzie tym, który wyciągnie do niej dłoń w chwili, w której odczuwała największy dyskomfort?
-Twoi współpracownicy muszą mieć z tobą jak w raju. Zamiana na dyżury jest dość rzadka. Chociaż ja właściwie nie narzekam - stwierdziła, uśmiechając się przy tym lekko. Przeznaczenie? Nie wierzyła w podobne rzeczy, chociaż nastoletnie część jej duszy niemal pragnęła, by tak to nazwać. Wytłumaczyć jego pojawienie się tutaj, kiedy serce waliło jej ze strachu. Nie mogła mieć oczekiwań - byli sobie niemal obcy wiedząc o sobie tak niewiele.
Obserwowała go chwilę dłużej, niż powinna. Śledziła wyraz twarzy, ten sam, który widziała ostatni. Wydawał jej się taki prawdziwy. Nie próbował na siłę zgrywać kogoś, kim nie był, Nie starał się przypodobać, spełniając oczekiwania innych. Był sobą, ale czy takim ostatecznym? Nie potrafiła tego jednogłośnie stwierdzić bo nawet jego jasne oczy nie krzyczały w jej stronę odpowiedzi. Nadal jednak były niebezpiecznie hipnotyzujące.
Chwilę później padło pytanie, którego odpowiedź powinna być dla niego mało znacząca. Ona powinna być, ale czy nie było to pytanie, które każdy człowiek by zadał w podobnych okolicznościach? “Co tu robisz?”, “Dlaczego tu jesteś?” - zdawały się być standardowym zestawem.
- Skończyłam sekcje dużo później niż planowałam. A później… później naiwnie uznałam, że spacer dobrze mi zrobi, chociaż Uber byłby bezpieczniejszy - odpowiedziała, chociaż nie musiała. Słowa jednak popłynęły pod naporem spojrzenia, od którego nie umiała się oderwać. - Może podświadomie liczyłam, że kogoś dzisiaj spotkam. Kogoś, kto nie będzie chciał mnie zabić - dodała, pozwalając sobie na kolejny uśmiech. Żart, który brzmiał absurdalnie.
Zaraz jednak kolejne pytanie zawisło w powietrzy, a którego nie potrafiła powstrzymać - cisnęło się na usta z siłą, z którą nie umiała się mierzyć.
-Mieszkam niedaleko. Odprowadzisz mnie?

Jude Iverson

This paranoia won’t leave my head, and you’re not helping at all

: pn paź 05, 2026 8:39 am
autor: Jude Iverson
Mogło być znacznie gorzej, pomyślał, gdy zadarł głowę pomiędzy jednym a drugim uderzeniem wypowiedzi, mogło być znacznie gorzej, tak, potwierdził przed samym sobą nurkując wiązką spojrzenia w bezdennej źrenicy nieba, w której jak w brudnej studni zatrzymał się osad gwiazd i mętny kożuch obłoków. Ten wieczór mógł być ostatni, nie tylko dla niej, bo nie był też absolutnie nietykalny. Czy chciałby skończyć w ten sposób? (…w ciemnym, wąskim zaułku gdzie nikt już poza nim samym nie będzie w stanie usłyszeć jego krzyku?) Nie. Oczywiście że nie, nawet jeśli nie sądził aby miał dożyć sędziwego wieku, nie wyobrażał sobie siebie jako starca pełnego cennej niezastąpionej mądrości doświadczenia. Uważał, że maksymalnie osiągnie próg sześćdziesiątki. Nie przejdzie na emeryturę, bo zwyczajnie nie nadejdzie dla niego taki czas, bo umrze na coś prostego jak zawał serca lub nowotwór. Pogrążył się w tej fantazji, ponurej i nieprzyjemnej, przez krótką chwilę stając się całkowicie nieobecnym. Nie powinien tak myśleć, powinien się tylko cieszyć że mógł ponownie ją zobaczyć.
- Przysługa za przysługę. Nic więcej - odparł bez przekonania, wzruszając przy tym ramionami. Medycy musieli zawsze w pewnym stopniu wykazać elastyczność. Istniały dyżury którymi należało się zamienić, istniały dyżury które należało obstawić z powodu czyjejś choroby albo innego wydarzenia. Wszystkie z tego rodzaju były niestety obarczone klątwą, istniało w końcu powiedzenie, aby nie brać zmian po kimś bo wtedy działo się wszystko co makabryczne, o czym mówiono jeszcze przez kilka następnych dni.
- Mhm. Dlatego tak na początku zdążyłaś się mnie wystraszyć - powiedział z cieniem ironii, nie wydawał się być jednak rozzłoszczony jej decyzją - przez ciebie musiałem przebranżowić się na geja - wykonał stereotypowy ruch nadgarstkiem. Mówiono, że nie wszyscy mężczyźni, ale zawsze mężczyzna. Czasami myślał, że musieli być w jakiś sposób naznaczeni, skazani na wieczną skłonność do agresji i wykroczeń. Przyjrzał się jej dłużej, kiedy usłyszał spontaniczną propozycję. Przekrzywił głowę, trudno było ocenić które z emocji zaczynały mu w tym momencie towarzyszyć.
- Mogę - przyznał później, nie dlatego, że nie chciał, ale dlatego, że nie chciał być natarczywy. - Życzę ci w końcu śmierci z powodów naturalnych - wyznał niemal obskurnie, ale mogła zrozumieć, że dysponował takim rodzajem zachowania. Jego humor nie różnił się od dowcipów znanych w ochronie zdrowia. Każdy z nich musiał umrzeć, a śmierć nagła, związana z popełnieniem przestępstwa, była zawsze brutalna i przedwczesna. Nie lubił pouczać innych, ale nie mógł wytrzymać, by czegoś jej nie powiedzieć. To nie było rozsądne, a fakt, że znalazł się przy niej, absolutnie niczego nie rekompensował. Czy pierwszy raz wracała do domu w podobny sposób? Czy miała zamiar kiedyś to powtórzyć?
- Wiesz, że statystyki są bezwzględne - czuł się nienaturalnie, wypominając ten fakt patologowi. Wiedziała o tym lepiej od niego. Zamyślił się, rozważając, ile razy badała młode kobiety, a przez jej głowę nie zaczynała pełzać ta sama myśl - to przecież mogła być ona, to mógł być naprawdę każdy, w złym miejscu i w złej godzinie. Poczuł się nieprzyjemnie, jakby okryty błotem. Kto również zagwarantował że przy nim nikt jej nie skrzywdzi. Że on jej nie skrzywdzi? Co?
- Nie twierdzę, że słaba płeć - wyjaśnił - ale na pewno bardziej poszkodowana. - Wszystko, co teraz mówił, sprowadzało się tak naprawdę do jednego. Nie powinnaś. Nie był w stanie w tej chwili przestać o tym myśleć.


Olivia Calvert

This paranoia won’t leave my head, and you’re not helping at all

: wt paź 27, 2026 5:08 pm
autor: Olivia Calvert
Po raz kolejny trafiała na niego w momencie, w którym potrzebowała pomocy i chociaż tym razem nie chodziło o wybawienie jej z rąk mało przyjemnej, dość nachalnej randki, tak z całą pewnością była mu wdzięczna za obecność, nie dostrzegając w jego osobie żadnego zagrożenia. Zdążył, być może nieświadomie, udowodnić jej, że z jego strony nie groziło jej nic, co doprowadziłoby do późniejszej traumy.
Był bezpieczny.
Uśmiechnęła się lekko do siebie na to stwierdzenie. Własnie poniekąd powierzała życie osobie, która była bezdenną studnią tajemnic, a jednocześnie była całkiem prosta w obsłudze. Mógł okazać się jedną z tych postaci z książek, która jedynie sprawiała pozory kogoś, komu daleko było do seryjnego mordercy. Szanowany zawód, pewna pozycja w świecie. Z taką łatwością miałby dostęp do ofiar, jak chociażby do niej, kiedy sama prosiła się o kłopoty.
-Wyobraźnia, to wszystko. Czasami wstępne założenia odbiegają od efektu końcowego, a ty zdawałeś się chodzić dość… sama nie wiem, podejrzanie? Chociaż to zapewne również mój wymysł - odpowiedziała, odgarniając włosy z twarzy. Kiedyś nauczy się je wiązać i być może nie będą sprawiały jej takiego problemu, jak teraz. Wystarczył bowiem powiew wiatru, żeby miała wszystko w oczach i ustach. - Męski świat z pewnością się ucieszy, chociaż dla kobiecego jest to pewna strata - skomentowała z nutką śmiechu w głosie, przesuwając wzrokiem po jego sylwetce. Nie lubieżnie, nie z zamiarem oznajmienia mu, że zaraz się na niego rzuci, złakniona bliskości. Ot, po prostu impuls, którego koniec ostatecznie przypadł na twarz. Tam było znacznie bezpieczniej.
-Nie wiem, czy pisane jest mi umrzeć naturalnie. Biorąc pod uwagę skalę nieprzyjemnych sytuacji, w które ostatnio wpadam śmiem twierdzić, że bliższe jest, że któregoś dnia to ja spocznę na stole sekcyjnym policyjnego prosektorium Ale to miłe, Jude - skomentowała ze śmiechem, tym razem znacznie głośniejszym niż do tej pory. Zerknęła przy tym na niego, lekko zadzierając głowę. Zadziwiające, jak w jego obecności słowa z łatwością opuszczały jej usta. Zupełnie jakby nie musiała niczego analizować, ani obawiać się, że to co powie zabrzmi niestosownie, a ona zostanie skierowana do szpitala psychiatrycznego. Nawet, jeśli ją oceniał, robił to w sposób, który jej nie przytłaczał. Był taki inny.
-Wiem, ale naprawdę chcesz, żebym teraz przyznała się do bezmyślności? Sam wiesz jak to jest - nigdy nie zakłada się, że w danej sytuacji to właśnie nam przydarzy się coś złego. Ludzie lubią myśleć, że są nietykalni - odpowiedziała, wzruszając ramionami, kierując się w stronę mieszkania. Zostało tak niewiele. - Ale bez tej słabej płci świat byłby dla was smutny, hm? I nie mówię tu tylko o mordowaniu czy napadaniu - rzuciła, wchodząc stając przed budynkiem, w którym mieszkała. Tu już z całą pewnością nic nie mogło jej grozić. Pozornie, bo już raz w jej mieszkaniu pojawił się nieproszony gość, który zostawił prezent. - Spieszysz się do domu? Jeśli nie, może wstąpisz na herbatę? Zabrzmiało jak w przedszkolu. Może inaczej - mam całkiem dobrą whisky, bo na kawę chyba za późno - spojrzała na niego, lekko przechylając głowę. Wolała oszczędzić mu mówienia własnych myśli - że potrzebowała jeszcze chwilę jego obecności, by upewnić się, że i tym razem w jej mieszkaniu nikogo nie będzie.

Jude Iverson

This paranoia won’t leave my head, and you’re not helping at all

: pn lis 02, 2026 12:42 am
autor: Jude Iverson
Nie musisz mi nic przyznawać - słowa, które powtarzał w myślach, zniknęły w jednym momencie zanim zaczerpnął oddech i zrozumiał, że nie będzie mieć dłużej szansy ich powiedzieć. Poczuł, jak w jego szyi zbiera się żółć frustracji, bo chociaż wszystko wydawało się dobre i przepełnione ogólną serdecznością jak filmy które od zawsze dążą do szczęśliwego zakończenia, nie umiał wyszarpać z siebie złośliwego przeczucia, że coś mu tutaj zwyczajnie nie pasuje. Ulica, którą obecnie szli, jedynie nasilała to wrażenie, ciemna jak pysk zwierzęcia, które zamierzało zupełnie ich pochłonąć. Czy był w tym wszystkim ofiarą? Czy byłby w stanie jej pomóc? Czy byli obcymi ludźmi, którzy przez kształt wydarzeń szukali pomiędzy sobą nici porozumienia? Czy teraz popełniał błąd?
- Nie będę aż tak zachłanny - podsumował jedynie jej starania. Wiedział, że chciała łatwiej móc uzasadnić ich spotkanie, nawet, kiedy rozmowy prowadzone po pracy toczyły się zazwyczaj po południu, nie w środku stężonej nocy, przed którą nie miały siły nawet bronić się latarnie. - Chyba wystarczy mi samo twoje towarzystwo - rozsunął w nagłym uśmiechu swoje usta. Sumienie, które wyjątkowo posiadał, zdążyło go w tym momencie wyraźnie spoliczkować. Nie chciał z nią tak rozmawiać. Nie mógł z nią tak rozmawiać. Schował jedną z rąk do kieszeni płaszcza, by ukryć, jak nagle drży. Podwinął swoje palce, zgniatając je w formę pięści. Serce zaczęło wierzgać mu jeszcze szybciej, miał wrażenie, że płynie w szumie własnego, niespokojnego tętna. Przestał na nią spoglądać i zwiesił nieznacznie głowę. Szedł obok, bo w końcu nie prowadził ich wędrówki - ruszyli w stronę osiedla, lepiej oświetlonego niż miejsce w którym spotkali się jeszcze na początku. Przez chwilę nie mówił nic, czując, że wszystko wokół jest dalej tak samo puste jak poprzednio. Zdążyli wyminąć tylko pojedynczych ludzi.
- Muszę cię o coś spytać. Wiem, że nie powinienem - powstrzymał się, by na koniec nie westchnąć, zdenerwowany własnym zaangażowaniem - ale zaczynam mieć to kompletnie gdzieś - stali w klatce schodowej, czekając na przyjazd windy. Położył dłoń przy panelu wzywającym kabinę. Zgarbił się, szukając tylko pretekstu, aby dalej nachylić się w jej stronę. Wcześniej nic nie powiedział, chociaż zapamiętał jej słowa. W innych okolicznościach, które potwierdzał głośny, serdeczny kobiecy śmiech, uznałby, że nie próbuje mu przekazać niczego poważnego. Fakt, że przypadkiem odsunął od niej człowieka, który zaczął przekraczać jej granice, stawał się czynnikiem budującym w nim kolejne podejrzenia. Co jeśli ktoś ponownie postanowił być namolny?
- Czy to o stole sekcyjnym było wyłącznie żartem? - twarz mu nagle ostygła, robiąc się poważna jak maska, którą ktoś pozostawił zawieszoną na manekinie jego ciała. Zdążył zobaczyć jedną z tych nieprzyjemnych sytuacji, w barze, gdzie mężczyźni potrafili być niebezpieczni i bezczelni. Chciał mieć jedynie pewność, że nic takiego nie wydarzyło się ponownie. - Jeśli nie, mam nadzieję, że nie jestem pierwszą osobą, której o tym mówisz - poczuł, jak wszystko wokół staje się coraz bardziej gęste i nieprzyjemne. Powietrze jak brudna woda przelało mu się do krtani. Wiedział, że istniały dwie opcje - mógł się obecnie zbłaźnić albo rzeczywiście potwierdzić swoje podejrzenia.
- Powiedz mi, że nie jestem - powtórzył szeptem. Nie był zatroskany - był zimny, zaskakująco też bardziej niż poprzednio. Drzwi windy rozsunęły się cicho, gotowe, aby w tej chwili wpuścić ich do środka.


Olivia Calvert