Strona 1 z 1

This paranoia won’t leave my head, and you’re not helping at all

: wt wrz 15, 2026 12:03 am
autor: Olivia Calvert
To zdecydowanie nie był dobry dzień. Niemal od początku czuła się dziwnie przytłoczona psychicznie przez ostatnie wydarzenia, które miały miejsce w jej życiu - od tego cholernego sąsiada, który machał jej bronią przed twarzą, by później wparować do jej mieszkania jak gdyby nigdy nic, poprzez stalkera, który nie dawał jej spokoju nadal atakując swoją obecnością, chociaż nigdy tak naprawdę nie było go blisko niej, a kończąc na sekcji zwłok dziesięcioletniego chłopca, którego znaleziono w opuszczonym pustostanie. Chociaż wiele razy zdarzało jej się przeprowadzać sekcję tak młodych osób, zawsze zostawiało to piętno na jej psychice. Bezsensowna śmierć dziecka uderzała, zwłaszcza, kiedy człowiek i tak był emocjonalnie rozstrojony, nie potrafiąc nad sobą zapanować.
Być może właśnie to sprawiło, że Olivia irracjonalnie uznała, że fantastycznym pomysłem będzie wrócenie do domu na piechotę. Jej samochód był aktualnie w naprawie, a komunikacja miejsca o tak późnej godzinie potrafiła być zdradliwa. Czekanie na taksówkę zajęłoby więcej czasu, niż przejście niewielkiego dystansu dzielącego jej od miejsca pracy do mieszkania. Dodatkowo potrzebowała przestrzeni, w której mogłaby pomyśleć, a jej własny dom zdawał się być na to za ciasny, chociaż nikt nigdy nie okresliłby tego apartamentu małym. Dławiła się tam po incydencie, który miał miejsce kilkanaście tygodni temu - odkrycie w barku drogiej butelki alkoholu, którzy nie należał do niej i nigdy nie został jej podarowany sprawiło, że nawet tam nie czuła się już bezpiecznie. Jaka więc była różnica, czy narażała się tutaj, czy tam?
Westchnęła, poprawiając torbę przewieszoną przez ramię; nigdy nie lubiła tych trzymanych w dłoni, uważała, że są niepraktyczne i aż prosiły się o to, by zostać wyrwanymi przez ulicznych złodziejaszków. Z taką, którą miała teraz, było znacznie więcej zachodu, bo niepostrzeżenie nie dało się tego zrobić. Czy to nie zabawne, że w takim momencie, kiedy miasto tonęło w półmroku, niemal w ciszy, która była tu abstrakcją, Calvert rozmyślała właśnie o tak prozaicznych rzeczach, jak rodzaje toreb oraz ich wady i zalety. Chyba serio traciła zmysły, ewentualnie szare komórki, upodabniając się do niektórych swoich koleżanek potrafiących rozprawiać jedynie o makijażu, zakupach oraz randkowaniu.
Niespodziewanie, tuż po tym jak znalazła się w bardziej odosobnionym miejscu, w połowie drogi do mieszkania, usłyszała za sobą dźwięk, którego nie dało się pomylić z niczym innym - kroki. Odbijały się cichym echem od ścian budynku sprawiając, że momentalnie przez jej ciało przeszedł dreszcz. Wstrzymała oddech, zwalniając, chcą sprawdzić, czy jej się nie przesłyszało. Kroki jednak się powtórzymy, zmuszając ją do zmiany podejście - musiała przyspieszyć. Długo walczyła ze sobą, by się nie obrócić jednak ciekawość zwyciężyła, zresztą chciała też sprawdzić dzielący ją dystans. Niewielki obrót pozwolił jej dostrzec samotną postać, skrytą niemal w całości w czerni, która leniwie podążała za nią. Może to nic takiego? Może to wcale nie był ten, który swoim jestestwem mieszał jej w zmysłach?
Opanuj się, kobieto. To zapewne zwykły spacerowicz.
O północy.
W takim miejscu.
Cały na czarno.
Zdecydowanie jej to wszystko nie pomogło. Zacisnęła mocniej dłoń na pasku torby, starając się ogarnąć i zwalczając silną ochotę na puszczenie się biegiem przed siebie.

Jude Iverson

This paranoia won’t leave my head, and you’re not helping at all

: czw wrz 17, 2026 8:28 pm
autor: Jude Iverson
14.

Noc była wyraźnie głodna. Przyglądał się wnętrzu miasta które odbijało się bez przerwy w jej zwierciadle, czarnej mazi budynków, błyszczącym lampionom świateł które ze wszystkich stron, niemal z gestem czułości, zaczynał spowijać mrok. Ulice stały się puste jak wylinki, jak środek grubych kokonów skąd dawno wypełzła forma i wzniosła się w stronę nieba. Ulice stały się puste, nie było żywego ducha, nie było już nic żywego. Nawet on…? On. Tylko on. Znów samotny. Pomyślał przez krótki moment dlaczego wciąż tutaj był. Dlaczego ciągle się błąkał, wystawiony samotnie niczym podatny cel. Przygryzał wnętrze policzka nie będąc w stanie odszukać odpowiedzi. Może dlatego że bardzo niewiele rzeczy dziejących się w jego życiu miało naprawdę sens. Wszystkie jego relacje były niezwykle krótkie. Sam zresztą siebie do tego doprowadził, dlaczego więc się zamartwiał? Westchnął, zniecierpliwiony. Martwił go fakt, jak wiele wydarzyło się w ostatnich tygodniach i martwił go również wniosek, że nie czuł, nie czuł potwornie nic, żadnej iskry obawy. Martwił się tym, że wszystko przechodziło gdzieś obok, wznowa choroby jego matki, romans z osobą z pracy gdzie obiecywał sobie, by tego dłużej nie powtarzać i nawet tamte wszystkie bezsensowne relacje nawiązywane po różnych aplikacjach. Widok pacjenta gdy stwierdzał ostatni zgon. Po raz pierwszy od dawna zaczął z uporem pytać samego siebie d l a c z e g o . Zaczynał pytać, gdzie tkwił aktualny sens. Możliwe że nie był w stanie już nigdy go odnaleźć. Próbował teraz ochłonąć, przyspieszył, idąc dalej przed siebie, słysząc rytm własnych kroków dudniących o grzbiet chodnika. Powietrze stało się ostre i nastroszone chłodem, osadzając się równo w jego płucach. Wiedział, że należało skierować się do domu. Był sfrustrowany sobą, że bawił się w identyczne rozmyślania i trwonił wyłącznie czas. Należało żyć dalej, nadal w podobny sposób, bo w jaki inny, bo w jaki powinien żyć? Drgnął, widząc postać, która zaczynała majaczyć obecnie przed jego wzrokiem. Zauważył jedynie po obrysie, że musiała najpewniej należeć do kobiety. Zatrzymała się, a on doskonale zrozumiał, że znajdował się aktualnie w dosyć niezręcznym położeniu. Idąc do przodu, mógł tylko stać się oprawcą, a zawracając mógł wyłącznie ją utwierdzić. Nie chciał w końcu tłumaczyć się w żaden sposób przed służbami. Nie chciał zrobić jej (?) krzywdy.
- Czy mam przejść na drugą stronę, żebyś poczuła się swobodniej? - zapytał głośno, na tyle, by była w stanie go usłyszeć. Jego głos zakołysał się, uderzając echem pomiędzy elementami otoczenia. - …powiedzieć, że wolę mężczyzn? - przechylił głowę; obrócił wszystko w ponury, rzucony pospiesznie żart, wykrzywiając swoje wargi w kwaśny uśmiech. Dopiero później zrozumiał, co tak naprawdę miało miejsce i kogo naprawdę spotkał. Ruszył, podchodząc do niej, tak jakby otrzymał na to momentalne przyzwolenie. Nie wiedział, czy powinien żałować poprzednich słów jakimi szczodrze ją obdarzył, żartu, który mogłaby odebrać zbyt dosłownie. Czy grało to jednak rolę w tym przypadku? Nie mogło to mieć znaczenia. Nie powinno.
- Olivia - powiedział w końcu jej imię, skracając dystans do stopnia, w którym stał się dogodny. Pamiętał. Jak mógłby o niej zapomnieć? - Wystarczy już, że z nas dwoje to ja podjąłem złą decyzję - wypomniał jej ostatecznie. Nie powinna poruszać się samotnie o tej porze po Toronto. Co sprawiło, że znajdowała się teraz poza domem?


Olivia Calvert