Strona 1 z 1
004.
: wt wrz 15, 2026 11:37 pm
autor: Beatriz Gonzalez
004.
Sawyer Wright
Pamiętała go z jednej ze spraw w Mississauga. Nie z akt, nie ze zdjęć dołączonych do raportu, tylko z zimnego popołudnia, kiedy stali we trójkę na tyłach opuszczonego magazynu, a wiatr wciskał się pod kołnierz munduru. Betonowe podwórze było niemal puste. Kilka samochodów stało pod ścianą, dalej ciągnęło się ogrodzenie zwieńczone drutem, a na mokrym asfalcie odbijało się blade światło z latarni.
Sawyer Wright siedział wtedy na masce samochodu, z łokciami opartymi o kolana. Wyglądał tak, jakby znalazł się tam przez przypadek, choć Beatriz doskonale wiedziała, że nic w jego obecności przypadkowe nie było. W ręku trzymał papierosa, którego popiół osypywał się na ziemię przy każdym mocniejszym ruchu palców. Daniel stał obok niej, z rękami skrzyżowanymi na piersi, zdecydowanie zbyt blisko jak na zwykłą rozmowę.
Nie musiała na niego patrzeć, żeby wiedzieć, że zaczyna się niecierpliwić.
Wright wiedział to chyba jeszcze lepiej. Co kilka sekund zerkał na Beatriz, nie na Daniela. Kiedy mówiła, odpowiadał jej. Kiedy pytanie zadawał Daniel, jego spojrzenie przesuwało się gdzieś w bok albo zatrzymywało na papierosie. Nie dlatego, że lubił Beatriz bardziej. Po prostu przy niej nie musiał zastanawiać się, czy za chwilę rozmowa przestanie być rozmową.
Daniel miał krótki lont. Wystarczyło kilka razy usłyszeć to samo „nic nie wiem”, żeby jego twarz zaczęła twardnieć. Beatriz pamiętała moment, w którym odsunął się od samochodu i zrobił krok w stronę Wrighta. Niewielki. Prawie niezauważalny. Ale Sawyer od razu zsunął nogi z maski i wyprostował się.
Beatriz weszła między nich, zanim którykolwiek zdążył zrobić coś więcej.
– Spokojnie.
Daniel spojrzał na nią długo. Potem cofnął się o pół kroku, ale nie odszedł. Wright natomiast znów oparł się o samochód, jakby właśnie tego potrzebował – odrobiny przestrzeni i świadomości, że kobieta stojąca przed nim nie przyszła po to, żeby urządzać mu pokaz siły.
Później, kiedy Daniel na chwilę odszedł na bok odebrać telefon, Sawyer sam zaczął mówić. Nie dużo. Tyle, ile uważał za konieczne. Beatriz nie naciskała. Pozwalała mu mówić, a on najwyraźniej doceniał fakt, że nie musi walczyć o każde zdanie. Zapamiętała to. Nie jego słowa, nie szczegóły sprawy. Ten prosty mechanizm.
Z Danielem rozmowa była próbą siły.
Z nią – rozmową.
Minęły lata, ale Beatriz nadal pamiętała ten obraz. Może właśnie dlatego nazwisko Wrighta wróciło do niej teraz, kiedy Daniel zniknął, a ona sama została odsunięta na boczny tor. Potrzebowała kogoś spoza oficjalnych procedur. Kogoś, kto potrafił poruszać się tam, gdzie mundur otwierał mniej drzwi, niż kiedyś sądziła. Sawyer od lat funkcjonował w tym świecie. Wiedziała, że nie będzie zadawał niepotrzebnych pytań, jeżeli odpowiednio przedstawi mu sprawę. A Beatriz zamierzała przedstawić ją tak, żeby zainteresowała go bardziej niż możliwość odmowy.
Deszcz zaczął padać jeszcze zanim zapadła pełna noc. Teraz wąski zaułek za barem był już cały mokry, czarny i lśniący od wody. Ceglane ściany pochłaniały większość światła, kontenery stały pod nimi jak ciemne, ciężkie bryły, a na końcu uliczki paliła się pojedyncza lampa, której blask ginął w deszczu, zanim zdążył dotrzeć dalej.
Nad drzwiami zaplecza wisiała mała żarówka. Żółta, słaba, brudna od kurzu. Oświetlała ledwie kilka metrów mokrego asfaltu i kawałek ściany, pozostawiając całą resztę w niemal zupełnej ciemności.
Beatriz stała właśnie na jej granicy. Ciemna kurtka chroniła ją przed większą częścią deszczu, choć kręcone włosy zdążyły nasiąknąć wilgocią. Czarne loki ciężej opadały na ramiona, kilka wilgotnych pasm przykleiło się do policzka. Nie poprawiała ich. Papieros tlił się między jej palcami, a jego żar rozcinał mrok krótkim, pomarańczowym błyskiem przy każdym zaciągnięciu. Dym mieszał się z zapachem mokrego betonu i deszczu.
Stała bez ruchu, patrząc na drzwi. Wiedziała, że Sawyer tu bywa. Wiedziała też, że nie lubił być szukany. Dlatego nie zapukała. Nie dzwoniła. Nie zostawiła wiadomości.
Po prostu czekała.
W końcu drzwi zaplecza otworzyły się gwałtownie. Sawyer ciężko wypchnął je barkiem i wyszedł na zewnątrz. Przez krótką chwilę jego sylwetka znalazła się w prostokącie żółtego światła. Potem drzwi zaczęły się zamykać, a wraz z nimi światło zniknęło, pozostawiając go znowu w ciemności.
Beatriz odczekała sekundę.
– Widzę, że pewne nawyki się nie zmieniają, co, Wright?
Żar papierosa rozjarzył się mocniej. Dopiero wtedy wyszła z cienia. Jeden krok. Potem drugi. Światło nad drzwiami złapało najpierw mokre loki, później zarys jej twarzy, linię szczęki i oczy. Reszta sylwetki nadal pozostawała częściowo zanurzona w mroku.
Deszcz osiadał na jej włosach i ramionach. Cienka smuga dymu uniosła się przed twarzą i rozpłynęła w czarnym powietrzu.
Beatriz zatrzymała się kilka kroków od niego, spokojna jak wtedy, kiedy jeszcze pracowała w Mississauga i potrafiła jednym spojrzeniem odsunąć Daniela od kolejnej głupiej decyzji.
Tyle że tym razem nie przyszła tutaj prowadzić sprawy.
Przyszła zaproponować mu interes.
004.
: śr wrz 16, 2026 4:51 pm
autor: Sawyer Wright
— sześć —You can't change the cards you were dealt
just the way you play the hand
Tego dnia upewnił się, że będzie pił . s a m .
Bo nie potrzebował kolejnych kłopotów o ładnych oczach ani dodatkowych zobowiązań w mieście, w którym przez ograniczony czas miał pracować na jednym stanowisku i nad jednym zleceniem, wyjątkowo starając się kogoś utrzymać przy życiu, zamiast go tego życia pozbawić. Odmiana wydawała się miła, kiedy o niej usłyszał — choć zdecydowanie milsza była zaproponowana za to zlecenie kwota — ale wystarczyło kilka tygodni, żeby panna Adler odarła go z tego jakże naiwnego złudzenia.
Gdyby nie to zlecenie, Toronto nie byłoby z pewnością jego pierwszym wyborem. Z wielu względów, a tylko najbardziej przyziemny polegał na jego niechęci do dudniących metropolii z ich rozkrzyczanymi mieszkańcami. Nie; za tą niechęcią stały nazwiska zbyt duże, żeby mówić o nich głośno i sumy zbyt wysokie, żeby móc o nich zapomnieć. I dlatego Sawyer nigdy nie zdecydowałby się na zatrzymanie się w tym mieście, gdyby nie fakt — o ironio — że właśnie tutaj mógł zarobić szybko zadziwiająco dużą sumę pieniędzy. Tych samych, których potrzebował, żeby uwolnić część swoich północnych kontaktów, zamrożonych niestety nie z uwagi na surową i długą zimę.
Ostatecznie jednak jakie było prawdopodobieństwo, że znajdą go w tej pierdolonej metropolii, jeśli nie będzie się wychylał? Niemal zerowe. Dlatego wyrwał się tego wieczora do kiepskiego baru.
W swoim życiu Sawyer zrezygnował z wielu zasad i odrzucił prawie wszystkie reguły obowiązujące ogół społeczeństwa, jakie normalnym ludziom dawały poczucie bezpieczeństwa i wrażenie czegoś tak śmiesznie złudnego jak sprawiedliwość; zrzucił skórę z fałszywymi danymi tak wiele razy, że niektóre nazwiska już dawno zatarły mu się w pamięci; zamordował tylu ludzi, że mógłby zapełnić ciałami niejeden cmentarz; pogrzebał własną moralność, empatię, sentymentalizm, a wraz z nimi zapewne również człowieczeństwo; jednak to jedno pozostało niezmienne na przestrzeni lat:
Nie współpracował z psami.
Starał się trzymać od nich na dystans na tyle, na ile mógł sobie na to pozwolić, nie budząc niepotrzebnych podejrzeń. Nie był jednak skończonym idiotą — mimo nieskończonych szkół — i wiedział, że jego nazwisko pojawia się w niejednych aktach i raportach w całej Ameryce Północnej oraz części Południowej i na policyjnych tablicach korkowych osób najchętniej widzianych za kratami, a w najgorszym przypadku martwych oraz przypuszczalnie także w obrzydliwie mokrych snach niejednego gliniarza. Sawyer wiedział, że nie jest już tak anonimowy, jak jeszcze dziesięć lat temu, kiedy stawiał pierwsze kroki w tym zawodzie, a jego kartotekę znaczył jedynie . n i e w i n n y . ślad kilku lat pozbawienia wolności za napad i kradzieże. Że policjanci gonią go tak samo, jak goniły go nazwiska zdecydowanie gorsze niż cały wymiar sprawiedliwości obu kontynentów razem wziętych. I, co najważniejsze, że nic na niego nie mają, skoro wciąż chodzi jako wolny człowiek.
Mimo to unikał ich jak ognia, kiedy tylko mógł. Nie zawsze było to jednak możliwe.
Jak tej nocy.
Sawyer wyczuł obecność człowieka jeszcze zanim go zobaczył, kiedy zrobił pierwszy krok w deszczu po opuszczeniu baru po cichu tylnym wyjściem (prowadził go stary znajomy, który miał wystarczająco oleju w głowie, żeby nie zadawać zbyt wielu pytań). I bynajmniej nie chodziło o zapach. Nie, raczej . o b e c n o ś ć . . Coś na poziomie prymitywnej intuicji bardziej niż zmysłów czy świadomego, logicznego rozumowania, coś instynktownego, odzywającego się krótkim skurczem żołądka, a reakcji z ciała nauczył się słuchać już dawno.
Jednak nie usłyszał jej, zanim się nie odezwała i nie zobaczył, zanim nie weszła w krąg światła; a nawet wtedy kontur jej sylwetki został niebezpiecznie zamazany w cieniu, pozostawiając ruch jej rąk jedynie w sferze domysłów dla przyzwyczajonych do barowego światła oczu Sawyera. Obie te rzeczy zrobiła jednak łaskawie szybko. A on spiął w odpowiedzi mięśnie i zmrużył oczy, odwracając się w jej stronę z pozornie leniwą nonszalancją. Poza tym pozostał bez ruchu. W pozycji, z której potrafiłby zaatakować, zanim serce wykona jeden pełny skurcz. O krok od drzwi, które zamknęły się za jego plecami na sekundę po tym, jak jej głos zniknął w deszczowej nocy sprawiającej, że cały świat wydawał się lepiej wygłuszony, a miasto cichsze niż zwykle.
Zatrzymał wzrok na jej twarzy i zmełł w zębach przekleństwo. . Z n a ł . j ą .
Niektóre rzeczy faktycznie się nie zmieniały.
A jednak patrząc wstecz, nic nie było takie samo.
— Gdybym tylko mógł się odwdzięczyć tą imponującą pamięcią co do nawyków i nazwisk — warknął sarkastycznie, chociaż ostatnie, na co miał teraz ochotę, to wymienianie się z tą kobietą uprzejmościami i przerzucanie nazwiskami. Gdzieś na peryferiach świadomości zamajaczyło nazwisko przypisane do twarzy otoczonej burzą loków, ale nie na tyle wyraźnie, żeby Sawyer mógł tę myśl złapać i nazwać. To było coś hiszpańskiego, coś przywodzącego na myśl Amerykę Łacińską. Hernández? Martínez? — Niestety mam przykry zwyczaj ignorowania tych detali, przynajmniej jeśli chodzi o ludzi, których już nigdy w życiu nie chciałbym spotkać — dodał beznamiętnie, nie licząc rzecz jasna, że sama pogarda wystarczy, żeby się jej pozbyć.
Chociaż nie pamiętał jej nazwiska, ono miało w tym momencie znaczenie przynajmniej marginalne. Za to Sawyer zapamiętał rzeczy naprawdę istotne. Wspomnienia wiążące się niebezpiecznie z innym miastem i ludźmi, przed którymi miał się nie wychylać i którzy stanowili główny problem przyjęcia zlecenia Christophera Adlera w Toronto. I prosty, chociaż niezmiernie wkurwiający fakt, że była psem.
Jego czujność lekko przytępił wypity drink, ale nie na tyle, żeby pozbawić go odruchów. Potoczył szybkim, choć nie nerwowym spojrzeniem po okolicy, ale nie wyłapał żadnego ruchu innego człowieka. Co prawda nie znaczyło to jeszcze, że ich nie było, ale pierwsza obserwacja też miała znaczenie. Następna pojawiła się myśl, że nie mogła tu przecież przyjść sama. Nie drgnął mimo to, nie zrobił ani kroku w przód, ani się nie cofnął, ani tym bardziej nie odwrócił się, żeby odejść. A chociaż czuł, jak deszcz wdziera się pod kołnierz skórzanej kurtki, nie poprawił go ani nie schował rąk do kieszeni; wolał mieć pełną swobodę ruchu. Na wszelki wypadek.
— Coś jednak się zmienia, w twoim przypadku zadziwiająco na lepsze — rzucił. I chociaż przez ułamek sekundy te słowa mogły brzmieć na komplement, Sawyer zaraz ten miraż rozwiał: — Gdzie twój mundur?
Prawdziwe pytanie brzmiało inaczej: Czego chcesz?
Nie wątpił jednak, że i bez niego kobieta sama go zaraz oświeci. I że cokolwiek miała do powiedzenia, nie spodoba mu się to.
Pomyślał przelotnie ze znużeniem, że kłopoty o ładnych oczach same go znalazły, ba, że czekały na niego w mroku. Tyle że tym razem ich nie wybierał. I — co do tego miał kurewską pewność — te nie mogły się skończyć tak przyjemnie, jak jego ostatnie.
Beatriz Gonzalez