drive it like you stole it
: sob wrz 19, 2026 7:34 pm
𝕚'𝕞 𝕠𝕦𝕥𝕥𝕒 𝕙𝕖𝕣𝕖, 𝕟𝕠 𝕥𝕦𝕣𝕟𝕚𝕟' 𝕓𝕒𝕔𝕜
Zsunął buty przy wejściu i rozejrzał się po domu Finchówny, w którym miał już przecież przyjemność być nie raz. Chwilę później zobaczył czarną chmurę pędzącą prosto w jego kierunku, więc od razu się uśmiechnął, odstawił torby ze snackami i napojami na ziemię, ukucnął i dał się porządnie przywitać dobermance. - Nyx, no też się za tobą stęskniłem. Już, już - zaśmiał się, drapiąc ją za uchem, a potem klepiąc po tyłku. Dopiero kiedy powitanie zostało oficjalnie zakończone, podniósł się z podłogi, zgarnął torby i ruszył w stronę pokoju Kiry. - Dobra, nakupowałem nam w chuj dużo chipsów i innych pierdół. - Zaczął wyciągać wszystko i rozrzucać po jej łóżku. - Mam sweet chilli, cebulkowe, salt and vinegar, ketchup, barbecue... o, i żelki. Czaisz, że jedne są o smaku pikli?! Musimy spróbować. - Rzucił to uchachany, po czym przyszła kolej na napoje. Cola Zero. Root beer. Sprite zmieszany z jakąś herbatką. Bubbly o pięciu różnych smakach, no hit. I no... Może wysypywanie wszystkich puszek na łóżko nie było najbardziej inteligentnym ruchem na świecie, bo powodzenia później z otwieraniem ich bez rozbryzgania tego na pół pokoju, ale spokojnie... Shelby nie takie kryzysy rozwiązywał. Wystarczyło kilka razy postukać paznokciem w wieczko, żeby nic sie nie rozlało, podobno, i guess we will see. - Chyba starczy, co?
Rzucił się na jej łóżko i oparł plecami o ścianę, przesuwając spojrzeniem po zajebiście urządzonym pokoju, pełnym różnych samochodowych części, modeli i innych cudów. No. To było zdecydowanie jego środowisko. - Słyszałaś nową piosenkę Yung Leana? Zajebista jest. Teledysk też. Musimy obejrzeć. - Bez czekania na odpowiedź otworzył paczkę piklowych żelków, wyciągnął jednego i powąchał. Zmarszczył nos. Cholera jasna, faktycznie pachniał jak ogór. Wonderful. Wysunął opakowanie w stronę Kiry. - Musimy spróbować na raz, bo inaczej się nie liczy. Chociaż raz będę miał z tobą swój pierwszy raz - westchnął dramatycznie, po czym sam parsknął śmiechem.
Finchhampstead była kurewsko piękną kobietą... i jeszcze znała się na samochodach. Potrafiła mu odpyskować, nie dawała sobie wejść na głowę i ogólnie chyba właśnie dlatego, że grała do kompletnie innej bramki, zostali tak zajebiście dobrymi kumplami. Levi wiedział, że mimo tego, iż czasami zachowywał się jak ostatni, skończony kutas, mógł na nią liczyć praktycznie w każdej sytuacji. I działało to też w drugą stronę. Co najważniejsze, wiedział, że jeżeli naprawdę zaczynał odpierdalać, wystarczyło, żeby zdzieliła go w ten głupi łeb albo powiedziała mu prosto z mostu, że zachowuje się jak debil i zamiast obrazić się jak skończona beksa, przełknąłby tę gorzkawą prawdę i spróbował wyciągnąć z niej jakieś wnioski. Nie zawsze posłucha, aaaaaale wysłucha. O. Spojrzał na nią po chwili, - Poza tym chyba ktoś rzucił na mnie jakieś złe juju, bo zachowuję się jak jakiś zdesperowany gówniarz zamiast mieć na wszystko i wszystkich wyjebane jak do tej pory. - Zmarszczył brwi. - Nie poznaję się. - Chwilę się zastanowił. - Może to męska menopauza? - przerwał na moment - ale tak wcześnie?! - spojrzał na nią śmiertelnie poważnie. - Może jednak mnie przejedź, Finchhampstead.
𝐟𝐢𝐧𝐜𝐡𝐡𝐚𝐦𝐩𝐬𝐭𝐞𝐚𝐝