Strona 1 z 1

hokus pokus...abra kadabra?

: sob wrz 19, 2026 8:05 pm
autor: Lavender Shaw
outfit

Lavender Shaw zaczęła od tego, co zawsze było jej najmocniejszą stroną: research. Zanim wysłała do Maxa pierwszego maila, spędziła długie godziny na przeglądaniu archiwów, nagrań, wywiadów i starych artykułów. Chciała zrozumieć, kim właściwie był ten człowiek, zanim jego nazwisko stało się synonimem skandalu. Wyszukiwała wszystko, od wczesnych występów scenicznych, przez recenzje jego pokazów, aż po komentarze fanów, którzy przez lata śledzili jego karierę. W notatkach zapisała krótkie hasła, które miały jej pomóc w późniejszej analizie: „charyzma”, „kontrola narracji”, „publiczny wizerunek”, „reakcja mediów”. Każde z nich prowadziło ją do kolejnych źródeł, kolejnych opinii, kolejnych sprzeczności.
Najwięcej czasu poświęciła na prześledzenie sprawy, która zniszczyła jego karierę. Przeczytała zeznania, oświadczenia, komentarze prawników, a nawet wpisy na forach, gdzie anonimowi użytkownicy prześcigali się w ocenach i oskarżeniach. Zauważyła, że wiele z nich powtarzało te same frazy, jakby powstały na bazie jednego artykułu, który ktoś przeczytał i bezrefleksyjnie powtórzył. W jej notatniku pojawiło się zdanie: „Echo chamber. Brak weryfikacji. Narracja zbudowana na emocjach, nie faktach.” To był pierwszy moment, w którym poczuła, że coś w tej historii nie do końca się klei.
Zanim skontaktowała się z Maxem, stworzyła dla siebie spójny dokument, zestawienie faktów, opinii, sprzeczności i luk. Zaznaczyła fragmenty, które wymagały rozmowy z nim, ale równie wiele takich, które chciała omówić z osobami trzecimi: dawnymi współpracownikami, technikami scenicznymi, ludźmi z branży, a nawet z kilkoma fanami, którzy wciąż bronili jego imienia. Ten dokument był jej mapą, punktem wyjścia, fundamentem, który pozwalał jej zachować obiektywność. Nie chciała być kolejną osobą, która przychodzi do bohatera skandalu z gotową tezą. Chciała zrozumieć.
Pierwszy mail do Maxa był krótki, rzeczowy, pozbawiony emocji. Przedstawiła się, wyjaśniła cel projektu i zaproponowała zasady współpracy. W odpowiedzi otrzymała wiadomość, która była… cóż, dokładnie taka, jakiej można było się spodziewać po człowieku znanym z przesadnej pewności siebie i nieco zbyt swobodnego podejścia do powagi sytuacji. Max odpisał pół żartem, pół serio, wplatając w wiadomość komentarze, które nie miały nic wspólnego z jej pytaniami. Lavender westchnęła, ale odpisała. Ustaliła do’s and don’ts, jasno określiła granice, wyjaśniła, że nie interesują ją gierki ani próby manipulacji. Max odpowiedział krótko: „Fair enough.” W kolejnych mailach ustalili logistykę, miejsce spotkania, czas, zasady nagrywania. Lavender podkreśliła, że na pierwsze spotkanie nie zabierze kamerzysty ani sprzętu filmowego. Chciała zacząć od rozmowy, od obserwacji, od zrozumienia człowieka, zanim zacznie budować narrację dokumentu. Wzięła ze sobą jedynie notatnik, długopis i mały rejestrator głosu, narzędzia, które pozwalały jej skupić się na treści, nie na formie. Ustalili, że kwestie wideo omówią później, kiedy oboje poczują, że jest na to przestrzeń.
W dniu spotkania Lavender przyjechała pod adres, który Max wysłał jej w jednym z maili. Była to niewielka, odosobniona posiadłość na obrzeżach miasteczka, otoczona drzewami i ciszą, która wydawała się niemal nienaturalna. Stanęła przed drzwiami, poprawiła włosy, wzięła głęboki oddech i zapukała. Po raz pierwszy od dawna poczuła lekkie nerwy, nie dlatego, że bała się rozmowy, ale dlatego, że wiedziała, iż to spotkanie może zaważyć na całym projekcie. Max był człowiekiem, którego media rozszarpały na strzępy, a ona miała wejść w jego przestrzeń i poprosić go o szczerość.
Czekając na otwarcie drzwi, przypomniała sobie wszystkie godziny spędzone na analizowaniu jego historii. Z jednej strony widziała w nim mężczyznę, który stracił wszystko, karierę, reputację, zaufanie publiczne. Z drugiej strony wiedziała, że nie może pozwolić, by współczucie wpłynęło na jej obiektywność. W jej notatkach pojawiło się zdanie: „Nie jestem tu, żeby go wybielić. Jestem tu, żeby zrozumieć.” To była jej mantra.
Drzwi otworzyły się powoli, a w progu stanął Max, większy niż na zdjęciach, z tym charakterystycznym uśmiechem, który kiedyś podbijał sceny, a dziś wydawał się bardziej ostrożny, jakby schowany za warstwą ironii. Lavender uniosła wzrok, wyprostowała się i podała mu rękę. W tej chwili wiedziała, że wszystko, co wydarzy się dalej, będzie wynikiem ich wspólnej pracy, ich wspólnej szczerości i ich wspólnej walki z narracją, która przez lata żyła własnym życiem.
To spotkanie było początkiem dokumentu, który miał pokazać człowieka, nie nagłówek. I początkiem czegoś jeszcze, czegoś, czego Lavender nie potrafiła jeszcze nazwać, ale co czuła gdzieś pod skórą, jak delikatne napięcie, które pojawia się między dwoma silnymi charakterami, zanim jeszcze zdadzą sobie z tego sprawę.

Max Keale

hokus pokus...abra kadabra?

: sob wrz 19, 2026 9:00 pm
autor: Max Keale
Na odpowiedź czekała długo. Minęło kilka tygodni, zanim Max odpowiedział. Planował zdawkowo odmówić, ale wyuczona oschłość uległa szklaneczce whisky i w efekcie Lave dostała w odpowiedzi mieszaninę skromności — nie warto ruszać tematu starego performera — nonszalancji, humoru przypominającego ojcowski i... obaw... Nie było ich widać na pierwszy rzut oka, ale wprawne oko dziennikarki wyłapało między wierszami to, że się po prostu obawiał poruszania tego tematu.
Ostatecznie minęło tyle lat, sprawa przycichła, rana się zasklepiła i tylko odrobinę się jątrzyła. Może nie warto było jej rozdrapywać? Kolejne maile dalej zostawiały ostateczną zgodę za zasłoną tej wątpliwości i dopiero dość długa i szczera rozmowa telefoniczna, z zapewnieniem, że ona chce być obiektywna, sprawiła, że Max powiedział: Dobra... Masz ładny głos jak na dziennikarkę. Spotkajmy się, ale niczego nie obiecuję.
Późniejsze ustalenia sugerowały raczej, że się zgodził, ale mimo wszystko chciał mieć chociaż drobny wentyl bezpieczeństwa, by móc się wycofać.
Samotnia Maxa była w malowniczym zakątku, w sporym oddaleniu od samego miasta, co pasowało do człowieka, który nie chciał rzucać się w oczy. Drewniany dom przypominał miniaturowe ranczo z wielkim garażem i szopą, ale teren dookoła był zaskakująco zadbany, jakby mieszkał tutaj ktoś, kto lubił to robić i miał na to czas.
Drzwi otworzył z rozmachem i spojrzał na Lavender groźnie. Generalnie przy jego posturze i dzikim wyglądzie wyglądał groźnie.
- Ha! - powiedział na przywitanie, jakby jej pojawienie się coś mu udowodniło. - Lāwena! Przez telefon wydawałaś się niższa!
Zarechotał, otwierając szerzej drzwi, by wpuścić ją do środka.
Już w tej chwili pożałował, że jednak nie umówili się w jakimś neutralnym miejscu. Tak łatwo było opowiedzieć tę sytuację zupełnie inaczej, niż wyglądała w rzeczywistości. Normalnie pewnie porwałby ją w przyjacielskim uścisku, ale teraz nawet nie wyciągnął ręki na przywitanie, a kiedy wchodziła do jego domu, starał się trzymać dystans zdecydowanie większy, niż zwykle trzyma się, by uszanować czyjąś strefę komfortu.
- Na mą duszę! Ale wielki kubek na kawę! Nie wiem, czy mam jej aż tyle... Napijesz się czegoś, Makani? - zapytał, kolejnym żartem zakrywając swoje skrępowanie.
Wnętrze było... Takie, jakiego można się było spodziewać. Bardziej przypominało ranczo albo dom myśliwski niż eleganckie mieszkanie z centrum Toronto. Na kominku trzaskał ogień, pachniało drewnem, ale też świeżością. Najwyraźniej okna były tutaj regularnie otwierane na oścież. W powietrzu unosiło się trochę kurzu, ale to chyba norma.

outfit
Lāwena

hokus pokus...abra kadabra?

: sob wrz 19, 2026 9:57 pm
autor: Lavender Shaw
Lavender nie spodziewała się, że na odpowiedź będzie czekać aż tak długo. Minęły tygodnie, a jej skrzynka milczała, jakby wiadomość wysłana do Maxa, człowieka o reputacji większej niż jego własna sylwetka, po prostu zniknęła w cyfrowym niebycie. Przez chwilę zastanawiała się, czy może jednak przesadziła, czy powinna była zacząć od mniej bezpośredniego pytania, od delikatniejszego wprowadzenia. Ale nie, Lavender nie była osobą, która zaczynała od przeprosin za własną dociekliwość. Jej obiektywność była jej tarczą, a determinacja, mieczem.
Kiedy w końcu przyszła odpowiedź, była… dziwna. Max najwyraźniej planował odmówić, ale jego wyuczona oschłość rozpuściła się pod wpływem whisky, którą, jak Lavender wywnioskowała z tonu, popijał podczas pisania. Wiadomość była mieszaniną skromności, nonszalancji, humoru przypominającego ojcowski i czegoś jeszcze. Czegoś, co nie było widoczne na pierwszy rzut oka, ale co ona wyłapała natychmiast: obawy. Nie paniki, nie strachu, lecz tej cichej, uporczywej niechęci do rozdrapywania ran, które niby się zagoiły, ale wciąż potrafiły zapiec.
Przeczytała maila kilka razy, analizując każde zdanie, każde zawahanie, każdą próbę ukrycia emocji pod żartem. To właśnie te drobne pęknięcia w jego narracji sprawiły, że poczuła jeszcze większą potrzebę zrozumienia tej historii. Nie dlatego, że chciała go wybielić, wręcz przeciwnie. Chciała wiedzieć, dlaczego człowiek, który wygrał w sądzie, przegrał w oczach świata. Chciała zrozumieć, jak działa mechanizm publicznej narracji, jak powstaje legenda o winie, która nie ma pokrycia w faktach.
Kolejne maile były równie niejednoznaczne. Max niby zgadzał się na rozmowę, ale zawsze zostawiał sobie furtkę, drobny wentyl bezpieczeństwa, jakby chciał mieć możliwość wycofania się w ostatniej chwili. Lavender nie naciskała. Wiedziała, że jeśli ma z nim pracować, musi zbudować choć minimalne zaufanie. Dlatego w końcu zaproponowała rozmowę telefoniczną, długą, szczerą, bez kamer, bez nagrywania. Tylko głos za głosem.

Ustalenia, które nastąpiły później, były już bardziej konkretne. Max chciał mieć kontrolę nad miejscem spotkania, nad czasem, nad tym, co będzie nagrywane.
Jego samotnia znajdowała się w malowniczym zakątku, daleko od miasta, jakby wyjęta z pocztówki o życiu w kanadyjskiej głuszy. Drewniany dom przypominał miniaturowe ranczo, z wielkim garażem i szopą, a teren wokół był zadziwiająco zadbany. Drzwi otworzyły się z rozmachem. Max stanął w progu, ogromny, z dzikim wyglądem i spojrzeniem, które mogłoby przestraszyć niejednego człowieka. Spojrzał na nią groźnie, a potem rzucił: - Ha! Lāwena! Przez telefon wydawałaś się niższa!Na jego uwagę o wzroście jedynie mrugnęła oczami. Czy naprawdę wydawała się przez telefon jeszcze niższa niż była w rzeczywistości? Max był wielkości buldożera, dosłownie i w przenośni. Jego sylwetka mogłaby rzucać cień na pół pokoju, a charakter… cóż, przypominał pluszowego misia, który udaje wilka. Ten kontrast powodował w jej umyśle jeszcze większe zamieszanie. Człowiek, którego media przedstawiały jako drapieżnika, stał przed nią jak ktoś, kto nie do końca wie, jak się zachować, gdy ktoś traktuje go normalnie.
Wnętrze domu było ciepłe, pachnące drewnem i świeżością. Kominek trzaskał, jakby chciał przywitać gościa w imieniu gospodarza. Lavender rozejrzała się, zauważając drobne szczegóły: narzędzia poukładane w garażu widocznym przez uchylone drzwi, książki na stoliku, kilka fotografii z czasów, gdy Max występował na scenie. Wszystko to tworzyło obraz człowieka, który nie uciekł od życia tylko od ludzi.
Gdy Max zniknął na chwilę w kuchni, a Lavender została sama w salonie. Położyła swój notatnik na stoliku, ale nie otworzyła go od razu. Chciała najpierw poczuć atmosferę tego miejsca, zrozumieć przestrzeń, w której Max żył od lat. To była część jej metody, obserwacja przed rozmową, zanim padnie pierwsze trudne pytanie. - Jeśli masz jakieś czerwone wino, to bardzo chętnie - odpowiedziała na jego wcześniejsze pytanie o drinka.
Max wrócił z dwoma kieliszkami i butelką wina, którą najwyraźniej trzymał na „specjalne okazje”. Postawił wszystko na stole, ale nie usiadł od razu. Stał przez chwilę, jakby próbował ocenić, czy Lavender czuje się tu komfortowo. Lavender spojrzała na niego spokojnie, z tym charakterystycznym dla niej skupieniem, które potrafiło rozbroić nawet najbardziej opornych rozmówców. - Dziękuję - powiedziała przyjmując od niego kieliszek z winem. - Muszę przyznać że stworzyłeś tu bardzo przyjemną przestrzeń. - dodała ponownie się rozglądając w tym samym czasie kierując kroki do jednego ze zdjęć które przykuły jej uwagę. - Ciekawa jestem jaka historia kryje się pod tym zdjęciem? - zapytała wskazując na jedno z konkretnych zdjęć postawionych w jednej linii na jednej z niższych półek które i tak były wyżej niż sama mogła sięgnąć.

Max Keale

hokus pokus...abra kadabra?

: sob wrz 19, 2026 10:56 pm
autor: Max Keale
trigger warning
przekleństwa
Czuł się niepewnie na tym gruncie. A najgorsze było to, że rzeczywiście nie wiedział, co mu podpowiada intuicja. Z jednej strony odruchowo chciał jej zaufać, ale z drugiej rozum podpowiadał - no, kurwa, nie! Dobrze znał ten schemat. Śliczna dziewczyna, do tego urokliwa - ostatnie, o co by ją posądzał, to o niecne zamiary wobec niego. Mamy większe zaufanie do ludzi ładnych niż brzydkich. Podobno.
Na tym samym przejechał się lata temu. Jego asystentka była najbardziej uroczym stworzeniem na świecie. Zoe była po prostu do schrupania! Metr pięćdziesiąt w kapeluszu, szczuplutka, drobniutka, przypominała nastolatkę, chociaż po prawdzie to niewiele była starsza. Trochę traktował ją jak córkę, a trochę miał na nią crush... A ta wynosiła jego pomysły i sprzedawała je konkurencji. Kiedy to wykrył, oskarżyła go o molestowanie i złamała mu karierę. Ech... I by teraz, kurwa, nie miał ręki!
- Wino? - zły pomysł...
Bardzo zły pomysł, brachu. To bardzo złe juju! A mimo to poszedł do kuchni, żeby porozglądać się za tym alkoholem. Znaleziona butelka zaciążyła mu w rękach kolejnym alarmem. A potem będzie pisała o tym, że ją upiłem... Tylko niech Ci nie odwali! Nawet jakby sama na ciebie wskoczyła...
- Max, czy Ty siebie słyszysz? - mruknął cicho, kręcąc przy tym głową.
Wrócił do salonu z kieliszkami i butelką, którą odkorkował w kilka chwil bez żadnego problemu. Wkręcił korkociąg i wyciągnął korek tak, jakby ten nie stawiał żadnego oporu.
- Okej, czyli dzisiaj mamy sesję zapoznawczą, bez nagrywania? - zapytał, żartobliwym tonem kryjąc swoją niepewność co do sytuacji.
Świadomie nie podszedł do niej, oglądającej zdjęcia. Wiedział, o którym mówiła.
- W większości dom już tak wyglądał, jak go kupiłem. Po prostu poczułem się w nim dobrze. - wyjaśnił, po czym dodał: - Musiałabyś zobaczyć, jak wygląda tutaj zima. Nawet ja jestem w stanie ją tutaj znieść.
Samotnia na wsi, niedaleko Toronto w Kanadzie, była niczym pokuta dla człowieka, który większość dorosłego życia kursował między Hawajami a Las Vegas. Miasta, w których mieszkała zima wraz z Buką, odwiedzał tylko na pojedyncze występy, kiedy robił jedną z trzech tras. Na poziomie świadomości było to miejsce, w którym prawie nikt go nie znał albo nikogo nie interesował. Ale na poziomie serca... Chyba sam chciał siebie ukarać za to, że w ogóle dopuścił do takiej sytuacji, jaka zaistniała.
- To? Pierwsze show w Vegas. Miałem wtedy o połowę za mały zespół, jak na to, co przygotowaliśmy. To, że to show się udało, to jakiś cud boży. Ale potem zacząłem regularnie pracować w Vegas.
Pomyśleć, że wtedy właśnie Zoe mu tak bardzo pomogła. Połowa występu opierała się na jej sprawności i szybkim przeciskaniu się przez ciasne przestrzenie poukrywane między kuframi, podestami i innymi miejscami.
Lāwena

hokus pokus...abra kadabra?

: ndz wrz 20, 2026 6:56 pm
autor: Lavender Shaw
Lavender obserwowała go uważnie, choć udawała, że wciąż skupia się na zdjęciach. W rzeczywistości każdy jego ruch był dla niej jak sygnał, subtelny, ale wyraźny. Widziała, jak wrócił z kuchni z winem, jakby niósł w dłoniach nie butelkę, lecz cały ciężar własnych wspomnień. Słyszała to krótkie, ciche „Max, czy Ty siebie słyszysz?”, wypowiedziane w półuśmiechu, który nie miał w sobie ani krzty rozbawienia.
Kiedy stanął w salonie, zachowując dystans, Lavender odłożyła zdjęcie i spojrzała na niego z lekkim uniesieniem brwi. Nie było w tym osądu, tylko ciekawość, miękka i uważna.
- Pomyślałam że może sesja zapoznawcza bez nagrywania będzie najlepszym rozwiązaniem. - powiedziała spokojnie, z nutą żartu, która miała rozbroić napięcie, a nie je zignorować. - Ale Max…Ty naprawdę boisz się, że jedno wino może cię wpakować w kłopoty?- Jej głos był miękki, ale nie pobłażliwy. Raczej taki, który zapraszał do szczerości. Gdy Max zaczął opowiadać o domu, o zimie, o tym, że to miejsce było dla niego czymś więcej niż azylem. Lavender słuchała w ciszy, pozwalając, by jego słowa wybrzmiały. W jego tonie wyczuła coś surowego, nieprzepracowanego, jakby samotnia była formą pokuty, a nie tylko schronieniem.
- Zima, którą da się znieść… to brzmi jak coś, co trzeba zobaczyć.- mruknęła, przesuwając palcami po krawędzi stolika. - Ale ty nie mówisz o zimie. Mówisz o tym, że tu jest inaczej. Bez ludzi, bez hałasu, bez… przeszłości?- Jej pytanie nie było nachalne. Było miękkie, ale celne.
Kiedy wspomniał o pierwszym show w Vegas, Lavender wróciła spojrzeniem do zdjęcia, które wcześniej oglądała. Zatrzymała się na nim na moment, jakby próbowała wyobrazić sobie tamten chaos, młodą asystentkę przeciskającą się przez ciasne przestrzenie, jego zespół, jego ambicję. I jego samego, jeszcze nieświadomego, że ktoś, komu ufał, wbija mu nóż w plecy.
-To musiało być… intensywne.- powiedziała cicho. - Pierwsze Vegas, za mały zespół, improwizacja. I Zoe w tym wszystkim.- Nie było w jej głosie ciekawskiej sensacji. Tylko zrozumienie.
-Max… co dokładnie się stało między wami? -zapytała łagodnie. - Nie musisz mówić wszystkiego. Ale wspominasz o niej tak, jakby to była rana, która nigdy się nie zagoiła.
Jej spojrzenie było miękkie, ale przenikliwe. Nie bała się trudnych tematów, nie uciekała od nich, nie udawała, że ich nie ma.
Max milczał przez chwilę, a Lavender obserwowała, jak jego palce zaciskają się na szyjce butelki. Widziała, że wino było dla niego symbolem potencjalnej katastrofy, a nie zwykłym napojem.
-Wiesz… - zaczęła ostrożnie. - To, że nie podszedłeś bliżej… to nie jest coś, czego nie zauważam… - Nie jestem Zoe. — dodała spokojnie. - I nie zamierzam cię skrzywdzić. Ale też nie chcę, żebyś traktował mnie jak zagrożenie tylko dlatego, że kiedyś zaufałeś komuś kto zdecydował się zdradzić to zaufanie i wybrał samolubne zachowanie.- Lavender skierowała się w stronę kanapy na której usiadła i przesunęła się nieznacznie na niej tak z by wpasować się w róg, nie po to, by skrócić dystans, lecz by pokazać, że nie boi się tej rozmowy. Że nie boi się jego ostrożności. Że nie boi się być w miejscu, które dla niego było pełne duchów.
-Wspomniałeś też, że to miejsce jest jak pokuta. - zauważyła. - Za co dokładnie się karzesz?- To pytanie nie było ostre. Było miękkie, ale trafiało w sedno. Lavender odchyliła głowę lekko w bok, jakby próbowała ocenić, czy jej słowa do niego docierają.
- I jeszcze jedno… — dodała, tym razem z odrobiną humoru, który miał rozbroić napięcie. -Jeśli naprawdę boisz się, że napiszę potem, że mnie upiłeś… to może po prostu nalej mi tyle, żebym mogła udowodnić, że mam pełną kontrolę nad własnym zachowaniem. I od razu możesz mi przekazać całą butelkę!- Uśmiechnęła się lekko, ale jej spojrzenie pozostało poważne.
- Chcę cię poznać, Max. Nie twoje legendy, nie twoje show, nie twoje traumy. Ciebie.
Lavender nie próbowała go uspokoić na siłę. Nie próbowała go przekonać, że wszystko będzie dobrze. Po prostu pokazała mu, że nie musi być sam w tej przestrzeni pełnej wspomnień. Że może pozwolić sobie na odrobinę zaufania nie dlatego, że ona była „ładna”, lecz dlatego, że była obecna. Uważna. I prawdziwa.



Max Keale

hokus pokus...abra kadabra?

: wt wrz 22, 2026 10:40 pm
autor: Max Keale
Fuck... Ona naprawdę dobrze go czytała, ale paradoksalnie wcale nie sprawiło to, że poczuł się bezpieczniej. Musiał bardziej się kontrolować, skoro ktoś, kto go zupełnie nie znał, potrafił tak trafnie strzelić w jego myśli.
- Wino może nie... Ale umówmy się, rzadko który dziennikarz chciał opowiedzieć prawdziwą historię, raczej spotykałem się z ludźmi, którzy mieli już wypracowaną opinię. Trochę jak Ty...
Wyjaśnił, wzruszając ramionami, ale po chwili wahania przełamał się i, nalawszy wina do kieliszków, podszedł bliżej do małej galeryjki zdjęć. Tego wspólnego zdjęcia z Zoe i kilkoma chłopakami w czarnych strojach nie mógł się pozbyć i sam nie wiedział czemu.
Uśmiechnął się pod nosem, kiedy dobrze zinterpretowała jego zimę w tym miejscu.
- Tutaj jest aż nadto czasu na przeszłość. Ale śnieg jest przepiękny, a góry... Magiczne. Nie zrozum mnie źle, codziennie tęsknię za Hawajami, ale ta zima tutaj. Chyba dzięki niej tutaj też czuję się jak w domu.
Znów się spiął, spojrzenie wbijając na siłę w kolejne zdjęcie, na którym już Zoe nie było. Za to on, pośrodku wybuchającej pirotechniki. Wyglądało to tak, jakby miał za chwilę stanąć w płomieniach. Wspomnienie jego dawnej asystentki odbiło się chłodem na jego twarzy i dopiero po dłuższej chwili spojrzał na wcześniejsze zdjęcie, a potem na Lavender.
- Nic... Wszystko? - przejął zdjęcie z rąk dziennikarki i odłożył je na stolik, odwracając ramkę, po czym odszedł w kierunku kanapy i, sięgnąwszy po kieliszek, rozsiadł się nonszalancko na skórzanym meblu.
Upił łyk wina i skrzywił się lekko.
- Nie rozumiem, dlaczego ludzie to piją... - westchnął, podnosząc jedną nogę, by oprzeć ją na stoliku przed sobą. - Nie... Nie jesteś Zoe.
Przyznał jej rację, bawiąc się kieliszkiem tak, że rubinowy płyn podskakiwał pod same krawędzie. Cisza, jaka zapadła teraz, była naprawdę ciężka. I długa. Ale Lavender cierpliwie czekała.
- Zoe była dla mnie trochę jak siostra, trochę jak córka... Ale skłamałbym, gdybym powiedział, że się w niej nie podkochiwałem. Przyszła na casting do roli asystentki jako zahukana dziewczyna. Ale miała talent do kuglarstwa, była gibka, bo była cheerleaderką i miała sporo uroku. W sumie to straciliśmy dla niej głowę wszyscy. Ale miała swoje problemy. Agresywny ojczym, matka, która z ofiary zaczęła zachowywać się jak oprawca. Chciała uciec, więc jej pozwoliliśmy, by uciekła z cyrkiem. To jest z nami.
Kieliszek znów powędrował do ust, gdzie na chwilę się zatrzymał, aż w końcu Kahuna przełamał się i upił kolejnego łyka.
- Była fantastyczna na scenie. W naturalny sposób odwracała uwagę widowni do takiego poziomu, nad jakim ja musiałem pracować latami. Dzięki niej cały zespół był z tyłu niewidzialny. No i mieściła się w takie miejsca, że daj spokój! Największe wrażenie robiła zamiana miejsc. Wiesz, ona była ze dwa i pół raza mniejsza ode mnie...
Tutaj znów urwał opowieść na dłużej, ale tym razem Lavender zapytała o pokutę...
Za co się karzesz?
Spojrzał na nią, marszcząc brwi i przez moment wyglądał niczym rozjuszony niedźwiedź.
- Nie mówiłem o pokucie... - musiała trafić na ten nieszczęsny wywiad sprzed dwóch lat. - Nie karzę się... Tutaj po prostu jestem z dala od... - Zoe... - Ludzi, którzy ocenili mnie, zanim poznali prawdę.
Makani