Strona 1 z 1

the one with the great escape

: ndz wrz 20, 2026 6:30 pm
autor: Leo Rosenhall
Spoiler
Obrazek
rissy
poważna obietnica:)
w takim razie będę czekać niecierpliwie
tylko się nie spóźnij, bo ucieknę
Wiadomość...

Oh, won't you kiss me on the mouth and love me like a sailor?


Leo czekał w aucie, opierając dłonie na kierownicy i wpatrując się w deszcz spływający po szybie. Była druga w nocy - dokładnie tak, jak się umawiali. Zaparkował w wąskiej uliczce nieopodal wejścia do The Fifth Social Club, wyłączył silnik i czekał, aż dołączy do niego Kingsley. Szczerze? Nie ogarniał tego wszystkiego, co działo się w ostatnich dniach. Zwykle twardo stąpał po ziemi, a perspektywa, że taka dziewczyna jak Rissy - pełna życia, nieprzewidywalna, cholernie piękna i przyciągająca spojrzenia wszystkich wokół - naprawdę chciała kontynuować z nim znajomość… cóż, brzmiało to co najmniej absurdalnie. Cholera no, leciał na nią tak bardzo, że aż kręciło mu się w głowie nawet wtedy, gdy nie było jej obok, tylko odczytywał od niej wiadomości.

Gdy minęło kilkanaście minut, a Kingsley wciąż nie wychodziła z klubu, Leo odruchowo poprawił skórzaną kurtkę i wysiadł z auta. Podszedł bliżej drzwi prowadzących do klubu, mijając po drodze kilka głośnych grupek imprezowiczów, którzy wciąż stali przed lokalem, głośno rozmawiali i palili papierosy. Rosenhall rozejrzał się uważnie i… w końcu ją zobaczył, akurat wychodziła. Podszedł do niej i zanim zdążyła go zauważyć, objął ją w pasie od tyłu, przyciągnął do siebie i złożył miękki, niespieszny pocałunek na jej odsłoniętym karku. Od razu oszołomił go zapach jej perfum. - Długa zmiana, Kingsley? - mruknął jej prosto do ucha z uśmiechem na ustach, po czym ujął jej dłoń i zaprowadził ją do zaparkowanego auta. Otworzył przed nią drzwi pasażera i poczekał, aż wygodnie usiądzie, zanim sięgnął do kieszeni swojej kurtki. Obiecał, że naprawi jej ten wieczór, prawda? A Leo Rosenhall zawsze dotrzymywał słowa, dlatego położył na jej kolanach pudełko z absurdalnie drogimi czekoladkami (tak szczerze to chciał sprawić jej przyjemność, więc pieniądze nie grały roli). - Obiecałem poprawić ci humor, więc łap starter - powiedział z uśmiechem, po czym zamknął za nią drzwi pasażera, okrążył auto i zajął miejsce w fotelu kierowcy. Zaraz odpalił silnik, nie ruszył jednak od razu - zamiast tego usiadł odrobinę bokiem i przeniósł wzrok na Rissy. - To jak, panno Kingsley… Gdzie jedziemy najpierw? - wymruczał, zanim zmierzył ją uważnym spojrzeniem, nachylił się w jej stronę i złożył na jej ustach powolny pocałunek w ramach prawdziwego powitania, bo tam przed klubem się nie liczyło. I dopiero teraz zdał sobie sprawę, że na ten pocałunek czekał cały dzień i pół nocy. Przez kilkanaście sekund pozwolił sobie po prostu chłonąć jej bliskość, a całe napięcie minionego dnia ostatecznie go opuściło, gdy tylko położył dłoń na jej udzie. - Dopiero teraz oficjalnie cześć - wyszeptał jej prosto w usta, nie odsuwając się od niej nawet na milimetr.

I don't believe in God, but I believe that you're my savior


love me like a sailor

the one with the great escape

: ndz wrz 20, 2026 9:17 pm
autor: Paris Kingsley
No oczywiście. Ten jeden raz, gdy stwierdziła, że urwie się trochę szybciej z roboty, w barze rozpętało się istne piekło. To dlatego po wymienieniu paru wiadomości z Leo, Rissy wzięła się do ekspresowej pracy, żeby zostawić lokal w dobrym i bezpiecznym stanie. Obsłużyła stałych, lojalnych klientów, z którymi przeprowadziła żywe rozmowy — to bowiem stanowiło pewien standard, dzięki czemu zawsze wracali po więcej, notorycznie przyprowadzając bliskich sobie ludzi. Upewniła się, że każdy zna swoje obowiązki i oddała klucze do baru zaufanej osobie, przypominając jej, że po godzinie czwartej ma zacząć wypraszać pijanych gości. W innym wypadku nie wyjdą co najmniej do ósmej i skończy się to wzywaniem policji lub wyciąganiem ich siłą. No, ale to na szczęście nie będzie już jej zmartwieniem. Zapanowanie nad bałaganem zajęło jej trochę więcej czasu niż planowała, dlatego porwała torebkę i kurtkę chwilkę po drugiej. Pomachała jeszcze swoim współpracownikom na odchodne, wychodząc na chłodne powietrze; cholera, trochę padało. To nic, pogoda jeszcze nigdy nie była dla niej przeszkodą.

Paris zerknęła odruchowo w telefon, żeby upewnić się, czy nie dostała nowych wiadomości od Leo, gdy nagle poczuła czyjeś ręce na swojej tali. W pierwszym odruchu zacisnęła dłonie w pięści, chcąc pobić potencjalnego napastnika, gdy nagle przypomniała sobie, że teraz powinna uważać. Wyczuwając więc charakterystyczny pocałunek na swoim karku, Kingsley uśmiechnęła się dość niekontrolowanie. Przez parę ostatnich dni próbowała w s z y s t k i e g o, by nie myśleć o nim zbyt obsesyjnie, ale finał zawsze był ten sam. Pragnęła jego obecności niemal każdego dnia.
— Długa i nużąca. Brakuje mi rozrywki — wymruczała, odwracając się w jego stronę z nieco szerszym uśmiechem. Rizz zerknęła na ich splecione dłonie, po czym znów powróciła spojrzeniem do jego twarzy. Nie mogła się do tego przyzwyczaić, ale było to cholernie przyjemne. Kingsley zajęła miejsce pasażera; kolejna nietypowa dla niej rzecz, po czym uniosła z zaskoczeniem pudełeczko, które położył na jej kolanach. — Leo, to musiało kosztować fortunę — skarciła, szturchając go lekko w ramię. — Miałam pokazać ci dobrą zabawę, więc pojedziemy na tor — powiedziała z uśmiechem. Wyścig pewnie niedługo dobiegnie końca, ale nadal czekała ich impreza. Rosenhall powinien zobaczyć, jak wyglądała jej codzienność, prawda?

Gdy tylko nachylił się, żeby ją pocałować, Paris znowu uniosła kącik ust poprzez tą czułość i ułożyła palce na jego karku, żeby przyciągnąć go jeszcze bliżej. Czuła się, jakby ostatni raz całowała go wieki temu. Nie mogła nacieszyć się świadomością, że znów mogła to zrobić.
— Cześć — wymruczała, zanim znów ucałowała jego usta namiętnie. Był tak boleśnie uzależniający. — Gotowy na szaleństwo? — zapytała, gdy w końcu zdołała się nieco od niego odsunąć. Zaraz ułożyła się wygodnie na fotelu, wykładając na niego swoje długie nogi, łamiąc pewnie przy tym wszystkie możliwe reguły bezpiecznej jazdy. Ale who give a fuck? Otworzyła pudełko, wyciągając jedną ładnie ozdobioną czekoladkę. Odgryzła połowę, odchylając lekko głowę, bo to było coś, czego zdecydowanie potrzebowała po całym tym dniu. — Umrę. Spróbuj — zachęciła, nachylając się łagodnie w jego stronę, by z błyszczącymi oczami, podsunąć mu czekoladkę do ust.

obsesja

the one with the great escape

: pn wrz 28, 2026 12:02 am
autor: Leo Rosenhall
Nawet nie pomyślał o tym, że przed chwilą znowu o mały włos nie dostał wpierdolu od Paris, dokładnie tak samo jak ostatnio, gdy prawie oberwał od niej torebką. Na szczęście, dziś również dość szybko zorientowała się, że to on objął ją od tyłu, mimo że to było dość słabe zagranie z jego strony, zwłaszcza pod klubem pełnym obcym ludzi… Oh, well, przynajmniej sama stwierdziła, że brakowało jej rozrywki. - No to trafiłaś pod właściwy adres, Kingsley - skwitował, patrząc na blondynkę z ukosa. Chciał cokolwiek wyczytać z jej twarzy, ale przychodziło mu to z trudem. Czy naprawdę ucieszyła się, że po nią przyjechał? Czy podobał jej się ten drobny upominek, który jej podarował? Czy może wręcz przeciwnie, czuła się przy nim niekomfortowo i chciała mu powiedzieć, że to wszystko było jedną wielką pomyłką? Tyle pytań, tak mało odpowiedzi, a Paris jedynie uśmiechała się delikatnie... Cholera, Leo serio nie potrafił czytać z kobiecej mimiki.


Leo, to musiało kosztować fortunę.


Machnął ręką. - Stać mnie - odpowiedział krótko, wzruszając przy tym ramionami, gdy skarciła go delikatnym szturchnięciem w ramię. No co? - Poza tym obiecałem, że poprawię ci humor - powtórzył, jakby to była najbardziej oczywista rzecz pod słońcem. A tak w sumie to była. Kurczę, nagle przemknęło mu przez myśl, że zwykle cholernie szybko angażował się w takie relacje, ale… miał nieodparte wrażenie, z Paris wszystko było inaczej. Miał wrażenie, że wiedział, czego mógł się po niej spodziewać; przy okazji chciał naprawić to, co spierdolił dawno temu i właśnie dlatego tak bardzo mu zależało, żeby się do niego nie zraziła. Każdy gest miał znaczenie. Miałam pokazać ci dobrą zabawę, więc pojedziemy na tor. Ach… tor. - Wow. Naprawdę wiesz, jak kupić moje serce. Wyznaczysz mi trasę? - powiedział i od razu podał jej swój telefon z odblokowaną mapą. Był… zachwycony to mało powiedziane. Był wniebowzięty tym pomysłem. Ostatni raz na torze w Toronto był… ponad trzy lata temu, a więc dzisiejsza wycieczka miała być powrotem na stare śmieci. Czuł ekscytację i… och, nie, lekki stres? Cholera, ludzie w tym środowisku na pewno go kojarzyli, wiedzieli o wypadku i o tym, jak się to wszystko skończyło. Jednak powrót na tor kusił nieziemsko. Postanowił zdusić negatywne emocje w zarodku i gdy tylko Paris wpisała adres w jego telefonie, dał gaz do dechy i z głośnym piskiem opon ruszył spod klubu, zostawiając imprezowiczów daleko w tyle.

Gotowy na szaleństwo? - Dla ciebie? Zawsze - odpowiedział z łobuzerskim uśmiechem, wrzucając wyższy bieg i przyspieszając. Akurat brał ostry zakręt, gdy Rissy bezceremonialnie wyciągnęła swoje długie nogi na jego kolanach. Fuck. Zerknął na nie kątem oka i jego dłoń niemal automatycznie wylądowała na jej udzie, gładząc je. - I ty myślisz, że w ten sposób będę skupiony podczas jazdy? Zaraz zamiast na tor zawiozę cię w jakieś ustronne miejsce… - mruknął pod nosem z uśmiechem błąkającym się w kąciku ust. Przy okazji posłał jej krótkie, maślane spojrzenie i westchnął ciężko. Cholera, podobała mu się ta noc, a jeszcze bardziej podobała mu się Paris. I te jej nogi… i rajstopy… i krótka spódniczka… Damn, jak on miał w takich warunkach prowadzić auto?

Pięć minut później zatrzymali się na czerwonym świetle (niestety) i Kingsley od razu wykorzystała tę okazję, żeby wcisnąć mu połówkę pysznej czekoladki prosto do ust. Mmm. Czekolada. Yummy. GŁĘBOKI SMAK, OWOCOWY AROMAT. Tak by chyba to skomentował Gordon Ramsay. - Mmm, faktycznie genialna - wymruczał. Jednak... jedno słówko Paris, które wypowiedziała, skupiło całą jego uwagę. Umrę, spróbuj. Umrę. Zielone światło rozbłysło przed nimi, a Leo od razu ruszył. - Nie umieraj, bo ja też umrę - dodał mimochodem ze spokojem, nawet na nią nie patrząc. Nie chciał jej znowu stracić.


That's what he meant.


passenger princess

the one with the great escape

: pn wrz 28, 2026 5:57 pm
autor: Paris Kingsley
Rissy zaśmiała się na jego komentarz, przesuwając opuszkami palców po pudełeczku. Nie była przyzwyczajona do tak romantycznych i jednocześnie miłych gestów, dlatego jej serce ścisnęło pewne... wzruszenie? Szybko odgoniła od siebie tę dziwną, nietypową dla siebie wrażliwość, skupiając się na tym, co było w środku, czyli czekolada. Pod tym względem nie zmieniła się nic a nic od czasów szkolnych, bo wciąż ciągnęło ją do słodkości. Teraz nie była jednak tak bardzo do siebie krytyczna, jak wtedy. Gdy była gówniarą, miała obsesję na punkcie swojej wagi, ale z wiekiem zwyczajnie z tego wyrosła i nie czuła się źle, gdy mogła posmakować takich rarytasów. — Wystarczy, że jesteś, Rosenhall. Już mam znacznie lepszy humor — przyznała, co nie było kłamstwem, bo oczekiwała z niecierpliwością na to spotkanie. Nie potrafiła przestać o nim myśleć nawet na chwilę, poważnie. Zaczepił się w jej głowie na dobre, a w jej sercu zaczęła kiełkować ta dziwna, złudna nadzieja, że może... Może w końcu odnalazła swoje stabilne miejsce i tę osobę, przy której poczuje się jak w domu. Po raz kolejny odgoniła od siebie natłok myśli, sięgając po jego telefon, by wyznaczyć trasę na tor. Ten wyścig był nieco bardziej ryzykowny niż zwykle, bo ścigali się w nieco bardziej oficjalnym miejscu. Jakiś bananowy student załatwił im dostęp do toru, ale nadal wiązało się to z ewentualnymi konsekwencjami. Nie, żeby było to coś, co mogłoby ją przed czymkolwiek powstrzymać.

Paris była ciekawa, jak Rosenhall zareaguje na jej środowisko i całe to nocne życie. Pozna dużą część jej znajomych, trochę poimprezują, może nawet zgarną samochód i nieoficjalnie się z kimś zmierzą? Kingsley zerknęła przelotnie na Leo, zdając sobie sprawę, że musiało mu tego brakować; szybkości, adrenaliny, toru. Chciała dać mu chociaż namiastkę tego, co kiedyś było jego codziennością. Gdy ruszyli z piskiem opon spod klubu, Paris uśmiechnęła się szeroko, wyciągając się wygodnie na miejscu pasażera. Prędkość to była zdecydowanie jedna z wielu rzeczy, która ich łączyła.

Wyczuwając jego dłoń na swoim udzie, dziewczyna przechyliła głowę do boku, nie spuszczając z niego spojrzenia. — Rany, Leo. Musisz jakoś popracować nad tym skupieniem, bo to jest najmniej pojebana rzecz, jaką jestem w stanie teraz zrobić — rzuciła ostrzegawczo, uśmiechając się przy tym krzywo. — Na torze też są ustronne miejsca. O to nie musisz się martwić — zaśmiała się swobodnie. — Powinniśmy utworzyć jakieś hasło na taką okazję. Hasło, oznaczające... Musimy zmyć się gdzieś tylko we dwójkę. Teraz — dodała, stukając palcami o oparcie. Dawno nie czuła się tak dobrze, lekko i komfortowo jak w tej chwili. Po raz pierwszy od wieków, nie robiła czegoś zupełnie w pojedynkę.

Nie umieraj, bo ja też umrę.


— To brzmi jak mocne wyznanie miłosne — powiedziała, wpatrując się w jego profil. Zsunęła spojrzenie na jego sylwetkę; na skórzaną kurtkę, w której wyglądał naprawdę dobrze, na jego dłoń, którą opierał na kierownicy. Boże, jak on jej się cholernie podobał. I pewnie nie tylko jej. — Jak przyjedziemy pewnie wszystkie laski się na ciebie rzucą — mruknęła, jakby nagle uderzyła ją ta świadomość. Wiele z nich przychodziło, żeby popatrzeć na bogatych, ładnych chłopców. Sama początkowo nie była lepsza, zanim osobiście zaczęła jeździć. Leo też przyciągnie ich uwagę, szczególnie ze względu na swoją karierę. — Jak się do którejś ładnie uśmiechniesz, to przysięgam, że połamię ci wszystkie palce — mruknęła marudnie, przenosząc spojrzenie na drogę, bo zbliżali się do toru.

Muzykę dało się słyszeć już z daleka. Podobnie jak od paru minut, mijali wiele pijanych ludzi, którzy szli lub wracali z imprezy na torze. Paris wskazała miejsce, w którym najlepiej by było, gdyby się zatrzymali i zabrała z niego swoje nogi; przez jej ciało przeszedł dreszcz ekscytacji. Ledwo zdołała wysiąść z samochodu, jak dobiegł ją głos Mike’a; chłopaka, który zwykle zajmował się zakładami. Od początku był po jej stronie, nagabując wszystkich wokoło, by to na nią stawiali, chociaż przez ostatnie tygodnie, ich relacje trochę się pokomplikowały. — Kingsley. Gdzieś ty się podziewała? — Rizz zerknęła na niego, krzyżując ręce na klatce piersiowej. — Nie wiem, Michael? Pracuję? — rzuciła kpiąco. — Te twoje grosze z zakładów, nie wystarczą na moje utrzymanie — dodała, odwracając głowę, by zerknąć na Leo. — Następnym razem lepiej stań na torze. G-Force znowu pierdoli, że stchórzyłaś — powiedział, sprawiając, że Kingsley uśmiechnęła się sztucznie, na wspomnienie znajomego imienia, prawie dostając szału. — Nie obchodzi mnie, co myśli. Dzisiaj mam lepsze zajęcie — rzuciła, chwytając Rosenhalla za rękę, żeby pociągnąć go w stronę tego całego tłumu. — Witaj w moim świecie — mruknęła, splatając ich palce razem i odwracając się do niego przodem, nadal nie zwalniając kroku.

welcome to my world