Ten drugi wygląda gorzej
: ndz wrz 20, 2026 8:55 pm
Zivai nie miała jednej określonej pory na bieganie. Nie czuła też presji robienia tego codziennie. Nie biegała dla zdrowia fizycznego, kondycji, w ramach przygotowań do maratonu ani dlatego, że to było modne. Bieganie uspokajało jej umysł, sprawiało, że pracowało jej się znacznie lepiej i przede wszystkim rozładowywała energię na tyle aby nie czuć się jak w klatce.
Biegała więc kiedy chciała i ile chciała.
Dziś zrobiła to bardzo wcześnie rano i postanowiła powtórzyć wieczorem.
Było już ciemno, dużo osób wracało do domów po drugich zmianach w pracy do późna, zaś inni wypindrzeni od stóp do głów wybierali się na imprezy, drinka, posiadówkę albo randki. Tym drugim szczerze zazdrościła szybko dochodząc do wniosku, że przecież też mogłaby pójść się zabawić. Nic nie trzymało jej na uwięzi, a jednak mentalnie czuła się przygwożdżona do laptopa w motelowym pokoju. Pracowała i szukała informacji o bracie. Nic więcej nie robiła. Poza tym, Toronto wydawało się mieć przedziwną energię, do której nie umiała przywyknąć. Czuła, że to obce miasto nie chciało aby tu była; jakkolwiek dziwnie to brzmiało w ustach kogoś, kto całe życie śmiał się z tego (i niedowierzał), że jego przodkowie byli afrykańskimi szamanami i wiedźmami.
Była blisko parku. Zamierzała do niego wbiec, okrążyć i wrócić. Niestety nie dobiegła do ścieżki, bo nagle od strony ulicy, przez przejście śmignął rower i wjechał na chodnik tuż przed nią. Nie miała szans na rozsądną reakcję. Nie było mowy o zatrzymaniu się ani odskoczeniu. Choćby była najlepszą akrobatką na świecie nie zrobiłaby żadnego salta ani innej wymyślnej figury godnej oceny 10/10. Wpadła na rowerzystę od jego lewej strony. Wbiła się ciałem w bok kierownicy i przewracając rower wraz z jego właścicielem również poleciała do przodu starając się dłońmi złagodzić upadek. Impet i prędkość była jednak na tyle duża, że po upadku przeturlała się na bok wprost pod nogi grupki osób wychodzących z parku.
- Kurwa – warknęła, kiedy twarzą wylądowała na piaszczystej ścieżce.
Serce choć wcześniej biło szybciej od biegania teraz waliło jak szalone. Przed oczami pojawiły się mroczki a w uszach nieznośnie piszczało. Gdzieś w oddali usłyszała czyjś krzyk. Po wściekłym tonie i słowach mogła przypuszczać, że rowerzysta albo próbował albo już zwiał.
Miała go w dupie.
Biorąc pod uwagę swoją pozycję obawiała się, że miała poharataną twarz. Bała się oderwać ją od piasku i ruszyć ciałem, żeby nie okazało się, że było gorzej niż przypuszczała; bo teraz, pod wpływem adrenaliny, nie czuła żadnego bólu.
Toronto naprawdę jej tutaj nie chciało.
Mogła próbować wmówić wszystkim, że była bardzo zorientowana w sytuacji i sama podjęła się próby wstania, ale to nieprawda. Uniosła się do siadu tylko pod namową i z pomocą kogoś, kto (prawdopodobnie z tej grupki) uznał, że warto oderwać jej twarz od piasku, który przykleił się do jej obdartego policzka.
- W pizdu – Potrząsnęła głową, ale to był zły pomysł. Poczuła nieprzyjemny ból nad lewym okiem. – Ręce. – Wysunęła dłonie przed siebie. Na obu miała otarcia i powoli docierał do niej ból prawego nadgarstka. – Nogi. – Spojrzała na nie upewniając się, że były na swoim miejscu. Długie dresy na pewno osłoniły skórę, ale nie uchroniły od siniaków.
Najważniejsze jednak, że nie oderwało jej rąk i nóg, więc nie było tak źle.
Chwila.
Z wyraźną paniką przyłożyła dłonie w okolice brzucha w swej dzikiej wyobraźni dopisując do scenariusza ogromną dziurę po kierownicy, w którą się wbiła. To byłaby słaba śmierć. Nie chciała tak.
teddy darling
Biegała więc kiedy chciała i ile chciała.
Dziś zrobiła to bardzo wcześnie rano i postanowiła powtórzyć wieczorem.
Było już ciemno, dużo osób wracało do domów po drugich zmianach w pracy do późna, zaś inni wypindrzeni od stóp do głów wybierali się na imprezy, drinka, posiadówkę albo randki. Tym drugim szczerze zazdrościła szybko dochodząc do wniosku, że przecież też mogłaby pójść się zabawić. Nic nie trzymało jej na uwięzi, a jednak mentalnie czuła się przygwożdżona do laptopa w motelowym pokoju. Pracowała i szukała informacji o bracie. Nic więcej nie robiła. Poza tym, Toronto wydawało się mieć przedziwną energię, do której nie umiała przywyknąć. Czuła, że to obce miasto nie chciało aby tu była; jakkolwiek dziwnie to brzmiało w ustach kogoś, kto całe życie śmiał się z tego (i niedowierzał), że jego przodkowie byli afrykańskimi szamanami i wiedźmami.
Była blisko parku. Zamierzała do niego wbiec, okrążyć i wrócić. Niestety nie dobiegła do ścieżki, bo nagle od strony ulicy, przez przejście śmignął rower i wjechał na chodnik tuż przed nią. Nie miała szans na rozsądną reakcję. Nie było mowy o zatrzymaniu się ani odskoczeniu. Choćby była najlepszą akrobatką na świecie nie zrobiłaby żadnego salta ani innej wymyślnej figury godnej oceny 10/10. Wpadła na rowerzystę od jego lewej strony. Wbiła się ciałem w bok kierownicy i przewracając rower wraz z jego właścicielem również poleciała do przodu starając się dłońmi złagodzić upadek. Impet i prędkość była jednak na tyle duża, że po upadku przeturlała się na bok wprost pod nogi grupki osób wychodzących z parku.
- Kurwa – warknęła, kiedy twarzą wylądowała na piaszczystej ścieżce.
Serce choć wcześniej biło szybciej od biegania teraz waliło jak szalone. Przed oczami pojawiły się mroczki a w uszach nieznośnie piszczało. Gdzieś w oddali usłyszała czyjś krzyk. Po wściekłym tonie i słowach mogła przypuszczać, że rowerzysta albo próbował albo już zwiał.
Miała go w dupie.
Biorąc pod uwagę swoją pozycję obawiała się, że miała poharataną twarz. Bała się oderwać ją od piasku i ruszyć ciałem, żeby nie okazało się, że było gorzej niż przypuszczała; bo teraz, pod wpływem adrenaliny, nie czuła żadnego bólu.
Toronto naprawdę jej tutaj nie chciało.
Mogła próbować wmówić wszystkim, że była bardzo zorientowana w sytuacji i sama podjęła się próby wstania, ale to nieprawda. Uniosła się do siadu tylko pod namową i z pomocą kogoś, kto (prawdopodobnie z tej grupki) uznał, że warto oderwać jej twarz od piasku, który przykleił się do jej obdartego policzka.
- W pizdu – Potrząsnęła głową, ale to był zły pomysł. Poczuła nieprzyjemny ból nad lewym okiem. – Ręce. – Wysunęła dłonie przed siebie. Na obu miała otarcia i powoli docierał do niej ból prawego nadgarstka. – Nogi. – Spojrzała na nie upewniając się, że były na swoim miejscu. Długie dresy na pewno osłoniły skórę, ale nie uchroniły od siniaków.
Najważniejsze jednak, że nie oderwało jej rąk i nóg, więc nie było tak źle.
Chwila.
Z wyraźną paniką przyłożyła dłonie w okolice brzucha w swej dzikiej wyobraźni dopisując do scenariusza ogromną dziurę po kierownicy, w którą się wbiła. To byłaby słaba śmierć. Nie chciała tak.
teddy darling