Hello, I’m your driver
: ndz wrz 20, 2026 8:56 pm
Wymiana wiadomości z Williamem wywołała na jej zmęczonej twarzy promienny uśmiech. Oboje byli zapracowani, w końcu zarówno w kancelarii jak i w jej salonie fryzjerskim działo się naprawdę wiele! A jak do tego dołożyć jeszcze ostatnie pokazy, przy których miała okazję pracować jako główna albo jedyna stylistka fryzur, dziwiła się jakim cudem znajdywała kilka godzin, żeby się faktycznie wyspać. Heh, chociaż większym zaskoczeniem było, że jeszcze Dante nie stwierdził, że skoro ma w ogóle nie widywać swojej dziewczyny to wali taki związek i się wynosi. Ale może to właśnie było na rękę? W końcu mógł w tym czasie spędzać czas ze swoimi znajomymi, imprezować… chociaż ona sama również nie mogła na niego narzekać. W końcu dbał, żeby nie zapominała o jedzeniu, szykował jej kąpiel i robił za terapeutyczną przytulankę, gdy psychika siadała od rozwydrzonych modelek albo drących się projektantów.
Kochała go. I była przeszczęśliwa.
Ale to nie oznaczało, że nagle zapomniała o swoich najbliższych! Właśnie dlatego, gdy tylko mama wysłała jej zdjęcie z dzieciństwa, na którym przytulała się do Willa i najprawdopodobniej zmęczona płaczem zasnęła na jego rękach, od razu przesłała je do swojego starszego brata z innej matki i ojca. I od słowa do słowa, zaproponowała mu podwózkę do domu. Oczywiście pod warunkiem, że zdecydowałby się pracować a kancelarii przynajmniej tak długo jak ona! Nie mogła przecież tak po prostu odwołać swoich klientów z godziny na godzinę, choćby niewiadomo jak bardzo stęskniła się za mecenasem Patelem.
Ale w końcu się ze wszystkim wyrobiła. Napisała mu szybko wiadomość, że właśnie wyjeżdża, więc może się powoli zbierać, bo będzie za jakieś piętnaście minut. I żeby wziął oczywiście swój rower, bo na spokojnie przymocują go do haka jej auta. Upewniła się, że odłączyła wszystkie sprzęty, że światło na pewno było wyłączone i że rolety antywłamaniowe spełniały swoją funkcję, a następnie wsiadła do swojej granatowego range rovera i podjechała pod dobrze znany jej adres. Zdarzało jej się w końcu być tam nie raz, kiedy jeszcze miała więcej czasu i mogła odwiedzać przyjaciela podczas przerwy na kawę, żeby pochwalić się pięknie zdanymi egzaminami na studiach, dostaniem się na staż fryzjerski do jednego z najbardziej renomowanych salonów w Toronto i tym, że rodzice — choć pewnie było im przykro — nie robili jej burd o to, że nie chciała iść w ich ślady i wybrała ścieżkę kariery po swojemu.
Ciężko było określić czy pogoda była tej nocy ich sprzymierzeńcem, czy raczej wrogiem. Z jednej strony, gdyby nie padało, mogliby udać się na spacer i spędzić ze sobą znacznie więcej czasu, ale przecież wtedy William nie zdecydował się na robienie nadgodzin tylko czym prędzej wrócił swoim dwukołowcem do mieszkania, więc Eriksen nie miałaby nawet powodu, aby zaproponować mu skorzystanie z usług własnej firmy przewoźniczej. Musiała więc uznać za pewnik, że już nawet chmury uznały, że to najwyższy czas, aby ta dwójka się w końcu ze sobą spotkała.
Gdy dotarła na miejsce, wyszła z auta, rozkładając od razu parasolkę. Wystukała w telefonie jeszcze krótką wiadomość "Jestem!", po czym podbiegła pod daszek znajdujący się nad drzwiami wejściowymi do budynku, w którym znajdowała się kancelaria. I stała tak z żółtą parasolką nad głową, swoim strojem nie wpasowując się w całą tą smutną scenerię Toronto. W końcu kto na taką chlapę ubierał miętową sukienkę z plisowanym dołem i płaszczyk w fuksjowym kolorze? I jeszcze ta delikatna biżuteria w motylkowego wzory… istna wróżka, która trafiła nie do tej bajki co powinna.
— Dzień dobry, panie mecenasie! — zawołała radośnie, gdy wreszcie mężczyzna zaszczycił ją swoją obecnością. — Dziś to ja będę pana kierowcą. Jak się pan miewa? Wszystko w porządku? Kawusia była smaczna? — zapytała z promiennym uśmiechem, po chwili rzucając mu się w ramiona.
William N. Patel
Kochała go. I była przeszczęśliwa.
Ale to nie oznaczało, że nagle zapomniała o swoich najbliższych! Właśnie dlatego, gdy tylko mama wysłała jej zdjęcie z dzieciństwa, na którym przytulała się do Willa i najprawdopodobniej zmęczona płaczem zasnęła na jego rękach, od razu przesłała je do swojego starszego brata z innej matki i ojca. I od słowa do słowa, zaproponowała mu podwózkę do domu. Oczywiście pod warunkiem, że zdecydowałby się pracować a kancelarii przynajmniej tak długo jak ona! Nie mogła przecież tak po prostu odwołać swoich klientów z godziny na godzinę, choćby niewiadomo jak bardzo stęskniła się za mecenasem Patelem.
Ale w końcu się ze wszystkim wyrobiła. Napisała mu szybko wiadomość, że właśnie wyjeżdża, więc może się powoli zbierać, bo będzie za jakieś piętnaście minut. I żeby wziął oczywiście swój rower, bo na spokojnie przymocują go do haka jej auta. Upewniła się, że odłączyła wszystkie sprzęty, że światło na pewno było wyłączone i że rolety antywłamaniowe spełniały swoją funkcję, a następnie wsiadła do swojej granatowego range rovera i podjechała pod dobrze znany jej adres. Zdarzało jej się w końcu być tam nie raz, kiedy jeszcze miała więcej czasu i mogła odwiedzać przyjaciela podczas przerwy na kawę, żeby pochwalić się pięknie zdanymi egzaminami na studiach, dostaniem się na staż fryzjerski do jednego z najbardziej renomowanych salonów w Toronto i tym, że rodzice — choć pewnie było im przykro — nie robili jej burd o to, że nie chciała iść w ich ślady i wybrała ścieżkę kariery po swojemu.
Ciężko było określić czy pogoda była tej nocy ich sprzymierzeńcem, czy raczej wrogiem. Z jednej strony, gdyby nie padało, mogliby udać się na spacer i spędzić ze sobą znacznie więcej czasu, ale przecież wtedy William nie zdecydował się na robienie nadgodzin tylko czym prędzej wrócił swoim dwukołowcem do mieszkania, więc Eriksen nie miałaby nawet powodu, aby zaproponować mu skorzystanie z usług własnej firmy przewoźniczej. Musiała więc uznać za pewnik, że już nawet chmury uznały, że to najwyższy czas, aby ta dwójka się w końcu ze sobą spotkała.
Gdy dotarła na miejsce, wyszła z auta, rozkładając od razu parasolkę. Wystukała w telefonie jeszcze krótką wiadomość "Jestem!", po czym podbiegła pod daszek znajdujący się nad drzwiami wejściowymi do budynku, w którym znajdowała się kancelaria. I stała tak z żółtą parasolką nad głową, swoim strojem nie wpasowując się w całą tą smutną scenerię Toronto. W końcu kto na taką chlapę ubierał miętową sukienkę z plisowanym dołem i płaszczyk w fuksjowym kolorze? I jeszcze ta delikatna biżuteria w motylkowego wzory… istna wróżka, która trafiła nie do tej bajki co powinna.
— Dzień dobry, panie mecenasie! — zawołała radośnie, gdy wreszcie mężczyzna zaszczycił ją swoją obecnością. — Dziś to ja będę pana kierowcą. Jak się pan miewa? Wszystko w porządku? Kawusia była smaczna? — zapytała z promiennym uśmiechem, po chwili rzucając mu się w ramiona.
William N. Patel