Strona 1 z 1

it's been a long day without you, my friend

: pn wrz 21, 2026 4:07 pm
autor: Jesse Henderson
— Bonnie zmarła wczoraj — odezwał się głos w słuchawce. Nie tej informacji spodziewał się, odbierając telefon od swojego byłego przełożonego. Widząc jego imię oraz zdjęcie na wyświetlaczu myślał, że przywita go radosnymi wieściami pokroju "hej, znalazło się dla ciebie miejsce" albo "hej, możesz już wracać" (bez określania czy do Stanów czy do Iraku. Henderson zdębiał, zamarł, zaniemówił, będąc kompletnie tym zaskoczony. Wiedział, że śmierć kobiety w tym wieku nie powinna być aż takim szokiem, a jednak. Dla niej to było za wcześnie, zdecydowanie za wcześnie.

Otrzymał od znajomego więcej informacji, chociaż tych też nie było zbyt wiele. Ustalił jedynie kiedy i gdzie miał odbyć się pogrzeb, bo to w sumie było najważniejsze. Jesse nie mógł nie odprowadzić swojej Bonnie w tę ostatnią podróż. Tyle, ile jej krwi napsuł (i vice versa) to chociaż w tych ostatnich chwilach mógł się jej odwdzięczyć. Henderson poinformował swoją jednostkę o konieczności wzięcia wolnego, a ci nie protestowali. Zdawali sobie sprawę, że w takich sytuacjach po prostu się wolnego nie odmawia - szczególnie, gdy cała ceremonia odbyć się miała poza granicami. Fakt, nie aż tak daleko, bo do większości miejscowości w Kanadzie było dalej z Toronto, niż do Rhinebeck, do którego Jesse miał się udać. Nie miało to jednak znaczenia.

Padało cały czas. Odkąd Jesse wysiadł na lotnisku w Nowym Jorku, aż nie dojechał do miejscowości docelowej jakimś busem. Niebo nie odpuszczało łez nawet na chwilę, dobijając już i tak przybitego całą sytuacją mężczyznę. Przyleciał sam. Żona nawet nie zaproponowała swojego towarzystwa, twierdząc, że to ktoś jemu bliski, o którym wcześniej nawet nie słyszała. A Jesse jej nie namawiał. Przeszło mu przez myśl, aby zapytać Iris, czy udałaby się wraz z nim, jednak obawiał się, że byłoby to zbyt duże przekraczanie granicy, którą i tak już wystarczająco naciągali. Zresztą, Henderson już niejedną żałobę sam przeżywał - kolejna nic by mu nie zmieniła. A przynajmniej takiego był zdania, pomijając fakt, że żadnej na dobrą sprawę jeszcze się nie wyleczył - standard.

Zatrzymał się w jakimś hotelu – jednym z niewielu w okolicy. Nie wyglądał zbytni zachęcająco, jednak innych opcji Jesse nie miał. Poza tym, w gorszych warunkach zdarzało mu się sypiać. Tu chociaż były materace, a przynajmniej obiecywali je na zdjęciach poglądowych. Zresztą, miał tu spędzić raptem dwie noce – i bez materaca by przeżył. Nazajutrz wstał razem z budzikiem, wystarczająco wcześnie, aby doprowadzić się do przyzwoitego wyglądu, jakiego wymagała ta sytuacja. Podciął krótko brodę, zaczesał włosy w sposób odpowiedni do stroju, by na koniec przywdziać galowy mundur – wymagany w takich sytuacjach. Przeglądając się w lustrze, poprawiał pomniejsze niedociągnięcia - Bonnie od razu by je wyłapała i sama skorygowała, przy okazji dając reprymendę żołnierzowi. Uśmiechnął się na to wspomnienie.

Pogoda dalej nie dopisywała. Równo o godzinie dwunastej stawił się w kaplicy. Już od wejścia dostrzegł przyjaciół z wojskowych baraków, których widok trochę go w tej sytuacji pocieszył. Podszedł do nich, by się przywitać krótko, a następnie do syna i wnuków Bonnie, którym złożył kondolencje. Zajął miejsce w ławce i chwilę później rozpoczęła się msza.

I jak na niego, dostrzegł Iris wyjątkowo późno. Wyhaczył ją swoim spojrzeniem dopiero w momencie, gdy wszyscy kierowali się już na cmentarz. Chmara ludzi, w większości ubrana w wojskowe mundury przyciągała wzrok niezaangażowanych w pogrzeb mieszkańców, dla których takie liczne pogrzeby nie były czymś codziennym. Podobnie jak on chyba, uznała, że miejsce z tyłu będzie bardziej odpowiednie. Nie mówiąc nic, stanął obok niej z rozłożonym parasolem, gdy dotarli do miejsca pochówku i w ciszy wytrwał do końca całej ceremonii.

— Nie mogło być chyba bardziej wymownej pogody do tej sytuacji — powiedział do Iris, widząc, że ludzie powoli zaczynali się już rozchodzić. — Chociaż Bonnie by się pewnie z takiej pogody cieszyła — zauważył, zwracając swoje spojrzenie w jej kierunku. — Nie musiałaby później kwiatów w ogrodzie podlewać — zauważył, wracając wspomnieniem do tych wszystkich historii o jej ogrodzie i susz, które zmuszały ją do latania z konewką. — Nie wiem jak ty, ale ja po tym wszystkim potrzebuję jakiegoś drinka.

Iris Valentine

it's been a long day without you, my friend

: pn wrz 21, 2026 9:15 pm
autor: Iris Valentine
Są takie informacje, których człowiek się nie spodziewa i które potrafią człowiekowi złamać serce. To była jedna z nich. Bonnie nauczyła ją prawdopodobnie wszystkiego, co dzisiaj umiała. Wykształcenie to jedno, ale prawdziwą szkołę życia przeszła dopiero na Bliskim Wschodzie i to Bonnie pokazała jej jak ją przetrwać. Jak nie dać się złamać. Była przyjaciółką i wzorem. Niewiele też osób o tym wiedziało, ale prawdopodobnie Bonnie uratowała jej życie…
A teraz sama przegrała walkę.
Nie musiała się zastanawiać, czy przylecieć na pogrzeb. Ta decyzja została podjęta właściwie w tym samym momencie, w którym odebrała telefon z informacją o śmierci kobiety. Pięć minut później kupiła bilet na samolot do Albany i zadzwoniła do swojej przełożonej, żeby zrobiła przetasowania grafikowe, bo potrzebowała paru dni urlopu. Na szczęście nikt nie miał z tym problemu. A ona działała trochę jak na autopilocie… musiała, żeby się nie rozpaść. Nie mogła. Jeszcze nie teraz.
W Albany wynajęła auto, żeby dostać się do niewielkiej miejscowości, o której pierwszy raz słyszała w życiu. Nic dziwnego, że Bonnie lubiła powtarzać, że jest z Nowego Jorku… to brzmiało zdecydowanie lepiej! No a może chodziło jej o stan? Też było to prawdopodobne… w końcu amerykanie są dziwni, prawda? Pomyślała o tym, gdy spojrzała na swoje odbicie w hotelowym lustrze. Jeszcze raz wygładziła materiał prostej czarnej sukienki, westchnęła i wyszła z pokoju, żeby w południe pojawić się w kaplicy. Trzymała się z tyłu. Z nikim nie rozmawiała. Z nikim się nie przywitała. I niewiele do niej docierało z tego wszystkiego, co działo się dookoła. Blada jak ściana wyglądała jakby sama była o krok do zejścia z tego świata. No cóż… niewiele brakowało. Gdyby nie Bonnie.
Drgnęła dopiero, gdy znajoma męska sylwetka pojawiła się obok niej. Jego obecność nie powinna być dla niej zaskoczeniem, a jednocześnie potrzebowała sekundy, żeby to zrozumieć. I docenić. Sama nie wiedziała, w którym momencie sięgnęła jego ramienia, żeby się na nim wesprzeć, gdy poczuła, że jeszcze chwila i nie utrzyma pionu. Był obok. Cały, zdrowy i bardzo żywy. Ten, o którego przynajmniej kilka razy pokłóciła się z Bonnie. Oczywiście, że miała rację… powinna się wtedy trzymać od niego z daleka, wybić go sobie z głowy. Teraz było już za późno.
Spojrzała na niego z lekkim niezrozumieniem, gdy przerwał panującą między nimi ciszę. Kwiatki? I wtedy sobie przypomniała… a na jej wargach pojawiło się coś, co odrobinę mogło przypominać uśmiech. Przelotny, bo przelotny ale uśmiech.
- Pod warunkiem, że będzie mocny… – co raczej nie było najmądrzejsze biorąc pod uwagę, że była przezroczysta, ale może alkohol w jakimś stopniu sprawi, że odzyska kolory. Uświadomiła sobie też, że ciągle zawzięcie wisiała na jego ramieniu… aż zrobiło jej się głupio i wyplątała się z tego – Przepraszam. – szepnęła speszona – Chodźmy. – tak, zdecydowanie lepiej było się stąd po prostu ewakuować.
Dlatego po paru chwilach skończyli w centrum tego niewielkiego miasteczka w niedużym, ale całkiem przyjemnym barze. Skórzane loże, przygaszone światło… i duży wybór alkoholu. Niczego więcej nie było im potrzeba.
- Byłaby zła… – rzuciła obserwując przez moment alkohol rozbijający się o krawędzi szklanki, gdy nią zakręciła – Że tu siedzimy. Razem. Wściekała się na mnie… że dałam ci się owinąć wokół palca, że byłam tak głupia i naiwna. – kącik ust drgnął jej w lekkim rozbawieniu, bo no cóż… nasłuchała się! – Ale myślę, że to dlatego, że była żoną. Więc w jakimś stopniu chciała być lojalna wobec tej twojej… – nie powinna lubić kochanki… a tu nie dosyć, że ją lubiła to jeszcze trochę traktowała jak własną córkę.


Jesse Henderson

it's been a long day without you, my friend

: wt wrz 22, 2026 5:04 pm
autor: Jesse Henderson
Jesse niegdyś sądził, że nie było sytuacji, w których alkohol faktycznie byłby czymś potrzebnym, czymś bez czego nie dałoby się obejść. Potem jednak w jego życiu nadeszły takie momenty, w których odmówienie sobie procentów jedynie pogorszyłoby jego stan. Brzmiało to jak początek do alkoholizmu, jednak Hednerson miał w sobie na tyle samoświadomości i odpowiedzialności, żeby na szczęście wiedzieć, który kieliszek był jego ostatnim. Zastanawiał się jednak, czy tego wieczoru będzie w stanie to wyczuć. Czuł się strasznie dziwnie, pusto i niezrozumiale. A i tak miał wrażenie, patrząc na Iris, że znosił to w jakimś stopniu lepiej. I w sumie się nie dziwił. Ona z Bonnie współpracowała na co dzień, a nie tylko przy okazji jak chociażby Henderson. Wiedział, że był to inny rodzaj bólu, więc nawet nie protestował, gdy wsparła się jego ramieniem. Chociaż tak był w stanie ją wesprzeć. Gdyby tylko mógł, naprawdę zrobiłby więcej. — Naprawdę nie masz za co — mruknął krótko.

Z cmentarza nie było daleko do centrum miasta. Cóż, miejscowość ta była takiej wielkości, że praktycznie wszystko było blisko lub niedaleko. Lokal, na który się zdecydowali, pomimo wczesnej godziny miał już paru gości. Gdyby Jesse sam nie zamawiał o tej godzinie drinka to pewnie oceniająco spoglądałby na innych, którzy przed czternastą stołowali się w barze, bynajmniej by coś zjeść. Standardowo, jak dla niego, poprosił barmankę o klasycznego Jacka Daniel’sa, którego już pierwszy łyk lekko rozgrzał gardło. — Czyli nie tylko ja słuchałem tych monologów? — zapytał odkładając szklankę na stół. Poluźnił nieco swój krawat. — Ja słyszałem cały czas, że mącę ci w głowie — dodał, spoglądając w końcu na Iris z lekkim uśmiechem, chociaż do śmiechu było mu daleko. — Ale chwila, owinąłem cię wokół palca? Wydaje mi się, że to było kompletnie odwrotnie! — zauważył, z lekka nawet jakby rozbawiony, wspominając tamte sytuacje. I chociaż teraz żartobliwie przerzucali się “winą”, to Jesse wiedział, że była ona niczyja. To po prostu się stało. Nagle, znienacka, niespodziewanie – taki urok zauroczenia, a może nawet i czegoś więcej, do czego żadne z nich nie chciało się przyznać. Jeszcze jakiś czas temu ze smutkiem wracał do tego. Teraz jednak, mając Iris tuż przed sobą nie musiał na nimi rozpaczać, sądząc, że więcej jej nie spotka.

— Chociaż z drugiej strony, czy miałaby o co być zła? — rzucił nagle. — Tylko siedzimy i zapijamy jej pogrzeb — dodał, chwytając do ręki szklankę z alkoholem. — Ze wszystkich rzeczy, które robiliśmy ta jest chyba najmniej gorsząca — dorzucił jeszcze, unosząc na chwilę dosłownie brwi ku górze. — Zawsze się śmiałem, że pierwszą i drugą młodość ma już za sobą, jednak nie sądziłem, że tak szybko. . . — zaczął, aczkolwiek ciężko mu było dokończyć, dlatego po prostu upił trochę swojego trunku. Tym razem już mniej paliło. — Za takie rozpaczanie na pewno byłaby zła — stwierdził po chwili. — Wolałaby, żebyśmy wspominali te dobre chwile albo chociaż te które ona uważała za dobre — przy tych słowach aż zaśmiał się pod nosem. — Dużo wcześniej chciałem cię gdzieś zaprosić — zaczął, spuszczając spojrzenie na blat. Aż dziwnie się o tym mówiło po takim czasie. — Któregoś dnia przyszedłem na izbę z jakimiś kwiatami — Róże. Czerwone róże, najpiękniejsze w Iraku. — Jak mnie zobaczyła na korytarzu z nimi to od razu wiedziała, że szedłem do ciebie. Gdybyś ty wiedziała, jak mnie zrugała! Kwiaty sama wyrzuciła do kosza, a ja zostałem zmuszony do wyjścia. Dość dosadnie — mówił. Nasłuchał się wówczas, że “mąci młodej” w głowie i powinien dać jej spokój, a nawet się jej tam nie spodziewał o tej godzinie. I od tamtej pory Henderson swoje zaloty zaczął bardziej ukrywać. — Chyba myślała, że coś tym wówczas wskórała.

Iris Valentine

it's been a long day without you, my friend

: wt wrz 22, 2026 8:03 pm
autor: Iris Valentine
Godzina, o której siadali do drinka to była naprawdę ostatnia rzecz, o której myślała. I o którą się martwiła. Zresztą panujący w lokalu półmrok (i zacinający deszcz na zewnątrz) sprawiał, że wydawało się być później niż było w rzeczywistości. Plus nie miała żadnych innych planów. Przez ułamek sekundy zastanawiała się, czy Jesse nie wolałby spędzić tego popołudnia z dawnymi znajomymi, których spotkał na uroczystości, ale nie zaproponowała tego. Postanowiła być egoistką. Nie chciała spędzić reszty dnia w pustym pokoju hotelowym, nie chciała być sama ze swoimi myślami, bo nic dobrego nie mogło z nich wyniknąć. Potrzebowała go. Dokładnie tak samo jak na cmentarzu.
- Odwrotnie? – prychnęła, kręcąc lekko głową, bo oczywiście, że to on owinął ją sobie wokół palca… - Byłam młoda, głupia, niedoświadczona, samotna… byłam podatna! Nawet jeśli nie poszłam do wojska szukać męża. – którego zresztą i tak nie znalazła, bo musiała ulokować uczucia w zajętym mężczyźnie. Żenujące. Możliwe, że właśnie w ten sposób straciła swoją szansę… i może właśnie dlatego Bonnie się na nią wkurzała. Bo miała ich dookoła siebie mnóstwo, na pęczki, a i tak wybrała tego, którego wybierać nie powinna. Albo to raczej on wybrał ją… i owinął sobie wokół palca. Uśmiechnęła się pod nosem do tych wszystkich wspomnień. Dawno i nieprawda? Inny świat, inne życie… tak wiele po drodze się wydarzyło, a ona ciągle siedziała z nim przy barowym stole i chociaż wiedziała, że powinna trzymać się z daleka – nie potrafiła.
Kącik ust drgnął jej w lekkim uśmiechu, bo teoretycznie miał rację. Teoretycznie nie robili nic złego. Teoretycznie tylko pili po pogrzebie przyjaciółki… ale jednocześnie miała wrażenie, że przygląda mu się trochę zbyt długo i zbyt intensywnie.
- Zdobyłeś dla mnie kwiaty? Tam? – nawet nie próbowała ukryć zaskoczenia, bo oczywiście, że się nie spodziewała… to było prawdopodobnie ostatnie miejsce, w którym spodziewała się dostać kwiaty – W takim razie chyba powinnam się jednak trochę na nią obrazić. – że wyrzuciła je do śmieci, a ona już nigdy więcej nie dostała żadnych kwiatów. Zdała sobie sprawę, że nigdy nie dostała od żadnego mężczyzny kwiatów, więc naprawdę mogła mieć żal do przyjaciółki. Że też musiała być porządna! – Nie chciała, żeby ktoś skończył ze złamanym sercem… – ona. Nie chciała, żeby Iris skończyła ze złamanym sercem, gdy Henderson po przygodzie na pustyni po wszystkim wróci do żony i rodziny… tak podejrzewała. Takie romanse przecież zawsze kończyły się tak samo – Valentine dałaby sobie rękę uciąć, że Bonnie widziała tego na pęczki – Mam wrażenie, że czasem nie mogła się zdecydować, czy bardziej powinna mnie traktować jak podwładną, koleżankę z pracy czy córkę… i wychodziła jej bardzo skomplikowana mieszanka wszystkiego. Nigdy nie było wiadomo, na którą wersję danego dnia i o danej godzinie trafisz. – uśmiechnęła się pod nosem i zrobiła krótką przerwę, żeby upić kolejny łyk alkoholu. Gorzej, że nie potrafiła sobie przypomnieć kiedy ostatni raz coś jadła, więc nawet nie chciała myśleć o tym jak szybko uderzy jej do głowy… nie miało to większego znaczenia.
Zawiesiła wzrok w bliżej nieokreślonym punkcie przestrzeni, naturalnie spoważniała i tylko leniwie obrała w dłoniach szklankę. To wszystko tak dokładnie teraz do niej wracało.
- Zawdzięczam jej wszystko. Wszystko… – rzuciła cicho i upiła kolejny łyk alkoholu – Uratowała mi życie, po czym sama się poddała. To nie jest sprawiedliwe. – ani trochę nie było i Iris tego nie rozumiała. Jak mogła dać się wykończyć chorobie?


Jesse Henderson

it's been a long day without you, my friend

: śr wrz 23, 2026 4:04 pm
autor: Jesse Henderson
— Dla chcącego nic trudnego — stwierdził, tak, jakby nie był to żaden wysiłek, by na żarzącej pustyni znaleźć kilkanaście róż w stanie jego zadowalającym. W końcu byle czego nie chciał jej dać. Nie wiedział wtedy na czym stoją, wiedział jednak, że zwykłymi znajomymi nie byli, a przynajmniej on czuł, że jest to coś więcej. I miał wrażenie, że ona myśli podobnie. Aby się upewnić, chciał jej dać dość prosty i wymowny sygnał w postaci kwiatów, które sprowadzał z innej wioski i przemycił na bazę z produktami, które przyjmowała kuchnia. I nawet jeżeli wylądowały one w koszu, to warto było. Bonnie myślała, że chciał jej tym bardziej namieszać w głowie i nie trafiały do niej argumenty, jakoby to właśnie miało wszystko uporządkować. Wypominała mu żonę, zapominając, że ta sama wniosła o rozwód, bo z żołnierzem dłużej wytrzymać nie mogła. Bonnie jednak miała taki charakter, z którym nawet zadziorny Jesse nie potrafił walczyć wystarczająco długo, żeby wygrać. — Ja chodziłem obrażony! — powiedział ze śmiechem, chociaż jego “obrażenie się” nie trwało chyba wystarczająco długo, aby było aż tak zauważalne. Skończyło się w momencie, w którym jego problemy ze snem wróciły, a Bonnie była jedyną, która miała na to rozwiązanie. Iris nie pochwalała jego zamiłowania do tabletek i nie chciał narażać się jej opinii, gdyby wówczas ją o to poprosił.

— Szkoda, że nie próbowała nawet założyć, że dobrze by się to mogło skończyć — dodał. Trochę oparcia w kimś ich relacja potrzebowała. Chyba nikt, kto o nich wiedział (a była dosłownie garstka tych osób) nie wróżył im dobrze. Sugerowali, aby zakończyć to zanim na dobre się rozwinie, dla dobra zarówno Iris jak i Jesse’a. Problem polegał na tym, że już było za późno. To wszystko rozpoczęło się wcześniej niż ktokolwiek by się spodziewał. Może gdyby po tym nieszczęsnym wypadku trafił na inną pielęgniarkę, to teraz nie dzieliliby tych wszystkich wspomnień. Chociaż znając ich szczęście i tak pewnie, w którymś momencie ich ścieżki by się połączyły. Tak działało to nieszczęsne przeznaczenie.

— Wydaję mi się, że wybierała kim dla niej będziesz w zależności od tego, co jej bardziej pasowało — stwierdził. Nie dało się ukryć, że Bonnie jako najbardziej wiekowa i doświadczona z całego składu często była im nie tylko zawodową mentorką, ale również po prostu pewnego rodzaju opiekunką. Po prostu dbała o swoich ludzi, a o niektórych wyjątkowo. Iris była pod jego szczególną pieczą. — Ale ze wszystkich jej córek byłaś z pewnością ulubioną — zauważył, wspominając, ile dobrego nasłuchał się o Iris właśnie od Bonnie, zanim ta dowiedziała się, że ich flirty nie są jedynie żartobliwe i przyjazne. — Tak dziwnie mówić o niej w czasie przeszłym — westchnął, chwytając ponownie za szklankę z alkoholem.

Dla Hendersona nie była to łatwa sytuacja, jednak dla Iris ewidentnie jeszcze gorsza. Aż ciężko mu było na nią w takim stanie patrzeć. Chciał być w stanie jakkolwiek jej pomóc, pocieszyć, zabrać tego smutku – jednak wiedział, że poza swoją obecnością i dobrym słowem nie mógł sobie na więcej pozwolić. Wtem, rzuciła dość enigmatyczne słowa, które wyjątkowo go zaciekawiły. — Na pewno wszystko? Ja rozumiem, że wiele ci przekazała i jeszcze więcej pokazała, ale nie powiedziałbym chyba, że wszystko — rzucił najpierw, nim Valentine dokończyła swoją wypowiedź. — Poddała? — powtórzył za nią, chociaż pytań co do jej wypowiedzi miał zdecydowanie więcej. — W jakim sensie poddała? — dodał, chociaż powoli zaczął się domyślać, że to nie starość zabrała z tego świata Bonnie. — Iris, o co chodzi?

Iris Valentine

it's been a long day without you, my friend

: śr wrz 23, 2026 9:50 pm
autor: Iris Valentine
Dla chcącego nic trudnego? Spojrzała na niego wymownie, bo przecież tam była i widziała jak to wyglądało. Nie przypominała sobie, żeby mijała kwiaciarnię na każdym rogu. Trudno było też o jakiegokolwiek dzikie kwiatki, gdy właściwie funkcjonowali na pustyni. Więc tak… zrobiło to na niej wrażenie. I chociaż same kwiaty nic nie zmieniały – nie miały żadnego wpływu na ich relację – żałowała, że nigdy ich nie dostała. Tak, była trochę zła na Bonnie, że zdecydowała za nią… i jeszcze bardziej żałowała, że nie mogła jej tego wytknąć. Nie mogła złapać za telefon i powiedzieć jej, co o tym myślała. Strata przyjaciółki znowu mocniej zabolała.
- A mogło? – spojrzała na niego wymownie, a brew drgnęła jej wymownie. Czy to, co było między nimi naprawdę mogło skończyć się dobrze? To był układ, w którym zawsze ktoś będzie poszkodowany… trójkąty nigdy nie przynoszą nic dobrego. A z perspektywy Valentine – jeśli ciągle nie rozwiódł się z żoną to znaczy, że jednak coś ich musiało łączyć. Nawet jeśli uparcie powtarzał, że było tego niewiele i nie wydawał się być najszczęśliwszym człowiekiem na świecie tkwiąc w tym małżeństwie. Nie odszedł. Więc jaką Iris miała pewność, że gdyby nie wyjechała, gdyby pozwoliła się tej relacji rozwijając i jeszcze bardziej w nim zakochiwać – że nie skończyłoby to się tak samo? Że ostatecznie nie wróciłby do żony? Wiedziała też, że to było nieodpowiednie pytanie. Nie ten czas, nie to miejsce – Nie odpowiadaj. – dodała więc, kręcąc lekko głową i sięgając po szklankę z rudym alkoholem. Palił w gardło i uderzał do głowy zdecydowanie szybciej niż powinien, ale tak przecież właśnie miało być.
Czy była ulubioną córką Bonnie? Tego nie wiedziała… czasami czuła, że tak. I cholernie to doceniała, bo przecież we własnym domu taką nie była. Jej rodzina pozostawiała wiele do życzenia, a od tej kobiety dostała więcej wsparcia, uwagi i troski niż od któregokolwiek z jej rodziców. Tych kilka lat w wojsku sprawiły, że uwierzyła w to, że rodzinę można sobie wybrać. I Bonnie na pewno do niej należała. W czasie przeszłym. Zdecydowanie nie tylko jemu dziwnie było tak mówić…
Na dodatek Valentine zdała sobie sprawę, że powiedziała za dużo. Skrzywiła się lekko, ale przeniosła wzrok na Hendersona, przez dobrą chwilę po prostu mu się przyglądając. Uważnie. Czujnie. Sunęła spojrzeniem po jego twarzy, skupiając się jednak na tęczówkach. Kilka uderzeń serca za długo.
- Miała raka. – rzuciła krótko i wreszcie odwróciła od niego spojrzenie. Opuściła je na szklankę z alkoholem, którą trzymała w dłoni – Nie wiem jakiego, nie chciała mi powiedzieć… zadzwoniła kilka tygodni temu. – doceniała, że chociaż się przyznała, ale jednocześnie szkoda, że zrobiła to tak późno. Tak jak zbyt późno rozpoczęła leczenie – Wiem tylko, że zdążył się rozsiać i dać przerzuty, więc zadzwoniła się pożegnać. Nie przyjęłam tego do wiadomości… miała walczyć. – co pewnie było głupie i bezskuteczne, więc prawdopodobnie przytaknęła tylko po to, żeby uspokoić Valentine, bo już dawno odpuściła. Chciała odejść w spokoju, otoczona przez bliskich. Kolejny łyk alkoholu, ale nadal nie podniosła wzroku, jakby bała się, że gdy teraz spojrzy mu w oczy – rozpadnie się – To Bonnie mnie odprawiła. Uparła się, że muszę wrócić do Kanady. I że nie mogę ci powiedzieć, bo to nie przyniesie nic dobrego… – rzuciła cicho, chyba nawet ciszej niż pierwotnie planowała. Nie przypuszczała, że to był ten dzień, w którym Henderson pozna prawdę, ale widocznie tak miało właśnie być… i tylko nie rozumiała dlaczego serce przy tym biło jej niebezpiecznie szybko – Poniekąd miała rację. I tak nic nie mógłbyś zrobić, a nie mogłeś też tam zostać i się martwić, bo musiałeś skupić się na pracy. – wzruszyła lekko ramionami – Nie wiem, czy to mnie jakkolwiek tłumaczy, ale nie powiedziałam nawet rodzinie. Póki nie okazało się, że leczenie działa nikt nawet nie wiedział, że wróciłam do kraju – była z tym zupełnie sama, musiała to zrobić po swojemu… trochę jak Bonnie teraz – Tylko ona była wtajemniczona. I biorąc pod uwagę jak na mnie teraz patrzysz… – kącik ust drgnął jej w lekkim rozbawieniu, nie mogła się powstrzymać – Była całkiem niezła w trzymaniu tajemnicy.


Jesse Henderson