it's been a long day without you, my friend
: pn wrz 21, 2026 4:07 pm
— Bonnie zmarła wczoraj — odezwał się głos w słuchawce. Nie tej informacji spodziewał się, odbierając telefon od swojego byłego przełożonego. Widząc jego imię oraz zdjęcie na wyświetlaczu myślał, że przywita go radosnymi wieściami pokroju "hej, znalazło się dla ciebie miejsce" albo "hej, możesz już wracać" (bez określania czy do Stanów czy do Iraku. Henderson zdębiał, zamarł, zaniemówił, będąc kompletnie tym zaskoczony. Wiedział, że śmierć kobiety w tym wieku nie powinna być aż takim szokiem, a jednak. Dla niej to było za wcześnie, zdecydowanie za wcześnie.
Otrzymał od znajomego więcej informacji, chociaż tych też nie było zbyt wiele. Ustalił jedynie kiedy i gdzie miał odbyć się pogrzeb, bo to w sumie było najważniejsze. Jesse nie mógł nie odprowadzić swojej Bonnie w tę ostatnią podróż. Tyle, ile jej krwi napsuł (i vice versa) to chociaż w tych ostatnich chwilach mógł się jej odwdzięczyć. Henderson poinformował swoją jednostkę o konieczności wzięcia wolnego, a ci nie protestowali. Zdawali sobie sprawę, że w takich sytuacjach po prostu się wolnego nie odmawia - szczególnie, gdy cała ceremonia odbyć się miała poza granicami. Fakt, nie aż tak daleko, bo do większości miejscowości w Kanadzie było dalej z Toronto, niż do Rhinebeck, do którego Jesse miał się udać. Nie miało to jednak znaczenia.
Padało cały czas. Odkąd Jesse wysiadł na lotnisku w Nowym Jorku, aż nie dojechał do miejscowości docelowej jakimś busem. Niebo nie odpuszczało łez nawet na chwilę, dobijając już i tak przybitego całą sytuacją mężczyznę. Przyleciał sam. Żona nawet nie zaproponowała swojego towarzystwa, twierdząc, że to ktoś jemu bliski, o którym wcześniej nawet nie słyszała. A Jesse jej nie namawiał. Przeszło mu przez myśl, aby zapytać Iris, czy udałaby się wraz z nim, jednak obawiał się, że byłoby to zbyt duże przekraczanie granicy, którą i tak już wystarczająco naciągali. Zresztą, Henderson już niejedną żałobę sam przeżywał - kolejna nic by mu nie zmieniła. A przynajmniej takiego był zdania, pomijając fakt, że żadnej na dobrą sprawę jeszcze się nie wyleczył - standard.
Zatrzymał się w jakimś hotelu – jednym z niewielu w okolicy. Nie wyglądał zbytni zachęcająco, jednak innych opcji Jesse nie miał. Poza tym, w gorszych warunkach zdarzało mu się sypiać. Tu chociaż były materace, a przynajmniej obiecywali je na zdjęciach poglądowych. Zresztą, miał tu spędzić raptem dwie noce – i bez materaca by przeżył. Nazajutrz wstał razem z budzikiem, wystarczająco wcześnie, aby doprowadzić się do przyzwoitego wyglądu, jakiego wymagała ta sytuacja. Podciął krótko brodę, zaczesał włosy w sposób odpowiedni do stroju, by na koniec przywdziać galowy mundur – wymagany w takich sytuacjach. Przeglądając się w lustrze, poprawiał pomniejsze niedociągnięcia - Bonnie od razu by je wyłapała i sama skorygowała, przy okazji dając reprymendę żołnierzowi. Uśmiechnął się na to wspomnienie.
Pogoda dalej nie dopisywała. Równo o godzinie dwunastej stawił się w kaplicy. Już od wejścia dostrzegł przyjaciół z wojskowych baraków, których widok trochę go w tej sytuacji pocieszył. Podszedł do nich, by się przywitać krótko, a następnie do syna i wnuków Bonnie, którym złożył kondolencje. Zajął miejsce w ławce i chwilę później rozpoczęła się msza.
I jak na niego, dostrzegł Iris wyjątkowo późno. Wyhaczył ją swoim spojrzeniem dopiero w momencie, gdy wszyscy kierowali się już na cmentarz. Chmara ludzi, w większości ubrana w wojskowe mundury przyciągała wzrok niezaangażowanych w pogrzeb mieszkańców, dla których takie liczne pogrzeby nie były czymś codziennym. Podobnie jak on chyba, uznała, że miejsce z tyłu będzie bardziej odpowiednie. Nie mówiąc nic, stanął obok niej z rozłożonym parasolem, gdy dotarli do miejsca pochówku i w ciszy wytrwał do końca całej ceremonii.
— Nie mogło być chyba bardziej wymownej pogody do tej sytuacji — powiedział do Iris, widząc, że ludzie powoli zaczynali się już rozchodzić. — Chociaż Bonnie by się pewnie z takiej pogody cieszyła — zauważył, zwracając swoje spojrzenie w jej kierunku. — Nie musiałaby później kwiatów w ogrodzie podlewać — zauważył, wracając wspomnieniem do tych wszystkich historii o jej ogrodzie i susz, które zmuszały ją do latania z konewką. — Nie wiem jak ty, ale ja po tym wszystkim potrzebuję jakiegoś drinka.
Iris Valentine
Otrzymał od znajomego więcej informacji, chociaż tych też nie było zbyt wiele. Ustalił jedynie kiedy i gdzie miał odbyć się pogrzeb, bo to w sumie było najważniejsze. Jesse nie mógł nie odprowadzić swojej Bonnie w tę ostatnią podróż. Tyle, ile jej krwi napsuł (i vice versa) to chociaż w tych ostatnich chwilach mógł się jej odwdzięczyć. Henderson poinformował swoją jednostkę o konieczności wzięcia wolnego, a ci nie protestowali. Zdawali sobie sprawę, że w takich sytuacjach po prostu się wolnego nie odmawia - szczególnie, gdy cała ceremonia odbyć się miała poza granicami. Fakt, nie aż tak daleko, bo do większości miejscowości w Kanadzie było dalej z Toronto, niż do Rhinebeck, do którego Jesse miał się udać. Nie miało to jednak znaczenia.
Padało cały czas. Odkąd Jesse wysiadł na lotnisku w Nowym Jorku, aż nie dojechał do miejscowości docelowej jakimś busem. Niebo nie odpuszczało łez nawet na chwilę, dobijając już i tak przybitego całą sytuacją mężczyznę. Przyleciał sam. Żona nawet nie zaproponowała swojego towarzystwa, twierdząc, że to ktoś jemu bliski, o którym wcześniej nawet nie słyszała. A Jesse jej nie namawiał. Przeszło mu przez myśl, aby zapytać Iris, czy udałaby się wraz z nim, jednak obawiał się, że byłoby to zbyt duże przekraczanie granicy, którą i tak już wystarczająco naciągali. Zresztą, Henderson już niejedną żałobę sam przeżywał - kolejna nic by mu nie zmieniła. A przynajmniej takiego był zdania, pomijając fakt, że żadnej na dobrą sprawę jeszcze się nie wyleczył - standard.
Zatrzymał się w jakimś hotelu – jednym z niewielu w okolicy. Nie wyglądał zbytni zachęcająco, jednak innych opcji Jesse nie miał. Poza tym, w gorszych warunkach zdarzało mu się sypiać. Tu chociaż były materace, a przynajmniej obiecywali je na zdjęciach poglądowych. Zresztą, miał tu spędzić raptem dwie noce – i bez materaca by przeżył. Nazajutrz wstał razem z budzikiem, wystarczająco wcześnie, aby doprowadzić się do przyzwoitego wyglądu, jakiego wymagała ta sytuacja. Podciął krótko brodę, zaczesał włosy w sposób odpowiedni do stroju, by na koniec przywdziać galowy mundur – wymagany w takich sytuacjach. Przeglądając się w lustrze, poprawiał pomniejsze niedociągnięcia - Bonnie od razu by je wyłapała i sama skorygowała, przy okazji dając reprymendę żołnierzowi. Uśmiechnął się na to wspomnienie.
Pogoda dalej nie dopisywała. Równo o godzinie dwunastej stawił się w kaplicy. Już od wejścia dostrzegł przyjaciół z wojskowych baraków, których widok trochę go w tej sytuacji pocieszył. Podszedł do nich, by się przywitać krótko, a następnie do syna i wnuków Bonnie, którym złożył kondolencje. Zajął miejsce w ławce i chwilę później rozpoczęła się msza.
I jak na niego, dostrzegł Iris wyjątkowo późno. Wyhaczył ją swoim spojrzeniem dopiero w momencie, gdy wszyscy kierowali się już na cmentarz. Chmara ludzi, w większości ubrana w wojskowe mundury przyciągała wzrok niezaangażowanych w pogrzeb mieszkańców, dla których takie liczne pogrzeby nie były czymś codziennym. Podobnie jak on chyba, uznała, że miejsce z tyłu będzie bardziej odpowiednie. Nie mówiąc nic, stanął obok niej z rozłożonym parasolem, gdy dotarli do miejsca pochówku i w ciszy wytrwał do końca całej ceremonii.
— Nie mogło być chyba bardziej wymownej pogody do tej sytuacji — powiedział do Iris, widząc, że ludzie powoli zaczynali się już rozchodzić. — Chociaż Bonnie by się pewnie z takiej pogody cieszyła — zauważył, zwracając swoje spojrzenie w jej kierunku. — Nie musiałaby później kwiatów w ogrodzie podlewać — zauważył, wracając wspomnieniem do tych wszystkich historii o jej ogrodzie i susz, które zmuszały ją do latania z konewką. — Nie wiem jak ty, ale ja po tym wszystkim potrzebuję jakiegoś drinka.
Iris Valentine